Jedenaście sensacyjnych opowieści o niezwykłych losach arcydzieł, które zostały skradzione podczas II Wojny Światowej oraz losach polskich „obrońców skarbów”, którzy ratowali je przed zniszczeniem i tropili na całym świecie.


Reporter Włodzimierz Kalicki i Monika Kuhnke, która zajmuje się odzyskiwaniem utraconych przez Polskę dzieł sztuki w Ministerstwie Spraw Zagranicznych fundują czytelnikom trzymający w napięciu kryminał non-fiction ze sztuką na pierwszym planie.

„ Pomarańczarka” wypływa w Hamburgu • „ Palacz” spotyka się z „Praczką” • Apollo zjawia się pod Leningradem • Jeszcze jedna „ Bitwa pod Grunwaldem” • Niobe ukrywa się w węglu • Biblia wraca w skrzynce • Pożar ukradziony z pożaru • Chopin gra w NRD • Profesor ukręca głowę lwu • Naziści biorą niewinnego „Młodzieńca” • Piękna Madonna
pozostaje w ukryciu

– Panie Włodzimierzu, sensacja! W Hamburgu wypłynęła „Żydówka z pomarańczami!”
Tak zaczyna się ta książka, ale też sensacyjna historia odzyskania zagrabionego w czasie wojny arcydzieła Aleksandra Gierymskiego. W „Uprowadzeniu Madonny” Włodzimierz Kalicki i Monika Kuhnke opowiadają bowiem nie tylko fascynujące losy bezcennych skarbów z polskich kolekcji zagrabionych przez nazistów i Armię Czerwoną.

Często to sami autorzy, obok dzieł Matejki, Rafaela, Batoniego, są bohaterami tych opowieści. Łowcami skarbów, którzy sprawiają, że wracają do nas obrazy mające zniknąć w muzeach na chwałę Tysiącletniej Rzeszy i w kolekcjach nazistowskich dygnitarzy.

Wiele zagrabionych dzieł wciąż pozostaje jednak w ukryciu. Dlatego ciąg dalszy tej historii nastąpi.

Włodzimierz Kalicki – z wykształcenia cybernetyk, z zawodu reporter związany od pierwszego numeru z „Gazetą Wyborczą”. Zyskał sławę jako tropiciel dzieł sztuki zagrabionych przez nazistów oraz publikowanych w “Dużym Formacie” felietonów z cyklu „Zdarzyło się dzisiaj”. Autor książek W domu smoka (1998), Powrót do Sulejówka (2002), Ostatni jeniec wielkiej wojny (2002), Zdarzyło się (2014).

dr Monika Kuhnke – historyk sztuki, prezes Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Historyków Sztuki, od lat 90. zaangażowana w rewindykację do Polski dzieł sztuki i pamiątek historycznych wywiezionych w okresie II wojny światowej; autorka kilkudziesięciu artykułów oraz publikacji dotyczących problematyki strat wojennych. Zastępca pełnomocnika ministra spraw zagranicznych do spraw restytucji dóbr kultury.

Włodzimierz Kalicki, Monika Kuhnke
Sztuka zagrabiona. Uprowadzenie Madonny.
Wydawnictwo Agora
Premiera: 10 grudnia 2014

Warszawa – Buxtehude – Warszawa:
Wiadukt stracony, „Żydówka” odzyskana

– Panie Włodzimierzu, sensacja! W Hamburgu wypłynęła „Żydówka z pomarańczami”!
W połowie listopada 2010 roku Adam Chełstowski, biegły sądowy i ekspert domu aukcyjnego Desa Unicum, nie kryjąc ekscytacji, telefonicznie alarmuje Włodzimierza Kalickiego.
To rzeczywiście wielka sensacja. „Żydówka z pomarańczami”, obraz fantastyczny, bodaj najlepsze dzieło Aleksandra Gierymskiego, przed II wojną światową znajdował się w zbiorach warszawskiego Muzeum Narodowego. Podczas okupacji „Pomarańczarka” pozostawała tam do 1944 roku. Arcydzieło znikło z gmachu muzeum bezpośrednio po upadku Powstania Warszawskiego. Od tego czasu nic o jego okupacyjnych losach nie było wiadomo. „Pomarańczarka” przez sześćdziesiąt lat figurowała na oficjalnych listach dzieł zrabowanych z polskich zbiorów. Również w tym najnowszym, z 2007 roku. I nagle – jest!
Ale czy to na pewno ona?
Obraz pojawił się na aukcji w Niemczech, w małym, nieznanym w światku marszandów i kolekcjonerów domu aukcyjnym Kunst & Auktionshaus Eva Aldag w miasteczku Buxtehude pod Hamburgiem.
Oferowany był tam na aukcji dzieł sztuki z szokująco niską ceną wywoławczą 4,4 tys. euro. Gdyby „Pomarańczarka” Gierymskiego znalazła się w handlu legalnie, nie mogłaby kosztować mniej niż 1,5 mln zł. A najpewniej trzeba by na nią wyłożyć solidnie ponad 2 mln. I to tylko dlatego, że na rynku sztuki w roku 2010 panowała dekoniunktura.
Skąd więc to nieprawdopodobne zaniżenie ceny wywoławczej?
W Warszawie Włodzimierz Kalicki i Adam Chełstowski pochylają się nad fotografią obrazu w internetowym katalogu Kunst & Auktionshaus Eva Aldag. Obraz na fotografii w katalogu istotnie różni się od oryginalnej „Pomarańczarki” na jedynej istniejącej, czarno-białej fotografii wykonanej przed wojną. Przede wszystkim koszyk przewieszony przez lewe ramię starej Żydówki na przedwojennej fotografii sięga zaledwie skraju jej odzieży. Tymczasem na obrazie w katalogu skraj koszyka zachodzi daleko na odzienie pomarańczarki. Równie poważne wątpliwości budzi sygnatura – o ile można ocenić z fotografii, nie wygląda na starą. Inaczej prezentują się także partie szyi starej Żydówki, jej prawego barku i zamalowane elementy w tle. A rozmiar podany przez niemiecki dom aukcyjny – 65×54 cm – jest minimalnie mniejszy niż w przedwojennym opisie dzieła. To budzi wątpliwości, czy jest to dzieło Gierymskiego.
Aldag opisuje „Pomarańczarkę” jako „zapewne obraz Gierymskiego”. Może niemieccy marszandzi wiedzą, co piszą? Może sprzedawany przez nich obraz to późniejsza, bynajmniej nie autorska kopia sławnego dzieła Aleksandra Gierymskiego?
Adam Chełstowski nie traci jednak podczas rozmowy nadziei, że obraz pod Hamburgiem jest prawdziwą „Pomarańczarką”. Zauważa, że wątpliwe partie wyglądają na domalowane – może właśnie dla ukrycia faktu, że obraz jest oryginalny? Twarz pomarańczarki na obrazie w Niemczech, o ile można wyrokować na podstawie niewyraźnej fotografii, to malarstwo najwyższej klasy – tu i Chełstowski, i Kalicki są zgodni.
Może zatem pod Hamburgiem pojawił się zaginiony obraz Gierymskiego, tylko – jako dzieło zrabowane z polskich zbiorów i tym samym nienadające się do legalnego sprzedania – odpowiednio spreparowany? Stąd domalowane partie koszyka, szyi, barku, zmiany w tle, nieudolnie, ewidentnie świeżo nałożona sygnatura artysty? Stąd cena, sugerująca, że to kiepska, anonimowa kopia Gierymskiego, tyle że z dorobioną poźniej sygnaturą?
Włodzimierz Kalicki dostrzega w tym makiaweliczny plan: ktoś chce sprzedać w nieznanym, prowincjonalnym domu aukcyjnym oryginalny obraz Gierymskiego, sugerując – śmiesznie niską ceną wywoławczą, nikomu nieznanym miejscem aukcji, wreszcie przemalowaniami obrazu i sygnatury oraz innymi niż w opisach oryginału wymiarami – polskim muzealnikom, historykom sztuki, marszandom i komukolwiek, kto natknąłby się na ofertę Kunst & Auktionshaus Eva Aldag, że to kiepska podróbka lub kopia. Ci, którzy obraz – mimo że to dzieło zrabowane i opisywane w polskich wykazach strat wojennych – mogliby chcieć jednak kupić, zostaną na czas dyskretnie zawiadomieni. „Pomarańczarka”, licytowana bardzo wysoko, może i w setki tysięcy euro, będzie przybita młotkiem i zniknie w prywatnej kolekcji, być może w kraju, z którego kupione w tak zwanej dobrej wierze dzieła sztuki jest bardzo trudno odzyskać. Dodatkowym zyskiem dla zwycięzcy licytacji byłby status obrazu – sprzedanego bez sprzeciwu polskich instytucji na publicznej aukcji, zatem zalegalizowanego na rynku dzieł sztuki.
Kalicki decyduje się od razu – jeśli tak jest w istocie, trzeba jechać do Buxtehude, obejrzeć sprzedawany tam obraz i natychmiast zaalarmować polskie ministerstwo. W taką misję, która może się zakończyć w sądzie, dobrze jechać ze świadkiem. A najlepiej ze świadkiem, który jest ekspertem w dziedzinie malarstwa dawnego. A jechać trzeba natychmiast, dosłownie w ciągu dwóch dni, by zdążyć przed rozpoczęciem aukcji.
Włodzimierz Kalicki proponuje wspólną wyprawę Adamowi Chełstowskiemu, on jednak z wyjazdu rezygnuje – zatrzymują go obowiązki w domu aukcyjnym. Kalicki proponuje następnie wspólny wyjazd marszandowi Markowi Mielniczukowi. Przed dwunastu laty rozpoznał on na aukcji w prowincjonalnym francuskim domu aukcyjnym inny obraz Gierymskiego – „Luwr w nocy”. Jedna wersja tego dzieła jest od lat w zbiorach Muzeum Narodowego w Poznaniu, a obraz zidentyfikowany przez marszanda znany był jedynie z korespondencji Gierymskiego. „Luwr w nocy” kupił jeden z banków do zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie.
Po dniu wahań Mielniczuk przyjmuje propozycję. Obaj uzgadniają, że zadzwoni on do Buxtehude i zapowie wizytę dwóch marszandów reprezentujących poważnego kolekcjonera. Dwa dni przed aukcją, późnym rankiem, obaj lądują w Hamburgu. Gdy w Buxtehude wchodzą do domu aukcyjnego Eva Aldag, spotyka ich niespodzianka. Siedziba firmy to raczej duży, ponaddwustumetrowy pawilon ze starociami. Na ścianach i w gablotkach jest mnóstwo obrazów, drobnych rzeźb, bibelotów w cenach od 50 do kilkuset
euro. Przeważającą większość oferowanych przedmiotów można kupić za 150, 200 euro. To właściwie bardziej sklep z dekoracyjnymi pamiątkami z przeszłości niż poważny dom aukcyjny.
Szefowa i pracownicy są bardzo sympatyczni, częstują kawą, nie czynią trudności z oględzinami dzieła. Nie kryją przy tym, że przybysze z Polski nie są pierwszymi zainteresowanymi i że z rozmów z potencjalnymi kupcami wszyscy oni wnoszą, iż obraz sprzedany zostanie bardzo drogo.
Już wstępne oględziny nie pozostawiają wątpliwości: to Gierymski! Mimo licznych uszkodzeń warstwy malarskiej twarz starej Żydówki ma niezwykłą urodę i skupioną, wewnętrzną siłę. Ten obraz stworzyła ręka wielkiego mistrza. Różnice między fotografią przedwojenną a zdjęciem obrazu w domu aukcyjnym wynikają najpewniej z bardzo złej konserwacji przeprowadzonej po wojnie. Obraz musiał mieć dużo ubytków, które nie zostały fachowo zapunktowane farbą, lecz ordynarnie zamalowane. Stąd wzięła się najbardziej rażąca różnica w kształcie i rozmiarach koszyka na lewej ręce pomarańczarki. „Pomarańczarkę” zdjęto z oryginalnego blejtramu. Po wstępnych oględzinach
Kalickiemu i Mielniczukowi wydaje się, że płótno przycięto, by ukryć ślady po wbitych przez Gierymskiego gwoździach. Ostatecznie naklejono je na sklejkę.
Szefowa domu aukcyjnego nie robi trudności z udostępnieniem lampy ultrafioletowej. W jej świetle widać przemalowania obrazu, w tym radykalną zmianę kształtu koszyka. Wygląda na to, że niemieccy marszandzi z prowincjonalnego domu aukcyjnego nie byli świadomi, jakie arcydzieło dostali do sprzedaży, ani tego, że obraz ten opisywany był wiele razy jako zrabowany ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie. W rozmowie wyjaśniają, że babcia obecnej właścicielki oferowanego obrazu w 1948 roku wyszła za mąż za przemysłowca i kolekcjonera dzieł sztuki z Dusseldorfu, który był jego właścicielem. Od tego czasu dzieło pozostawało w rękach kolejnych spadkobierców.
Po oględzinach Marek Mielniczuk na wszelki wypadek zgłasza chęć wzięcia udziału w licytacji. Włodzimierz Kalicki w małym barze kanapkowym w Buxtehude pospiesznie pisze artykuł o odkryciu. Nazajutrz publikuje go „Gazeta Wyborcza”.
Po ukazaniu się artykułu jeszcze tego samego dnia polskie Ministerstwo Kultury interweniuje w sprawie „Pomarańczarki” w Niemczech. Niemiecki sąd natychmiast nakazuje zatrzymanie obrazu Gierymskiego do swej dyspozycji. Hamburska policja 27 listopada 2010 roku, w dniu aukcji w domu Eva Aldag, zatrzymuje „Pomarańczarkę”. Niemiecki minister kultury Bernd Neumann w rozmowie z polskim ministrem kultury Bogdanem Zdrojewskim obiecał tego dnia udzielenie wszelkiej możliwej pomocy w odzyskiwaniu obrazu Gierymskiego.

(…)

W lipcu 2011 roku „Pomarańczarka” wróciła do Polski. Już wstępne oględziny wyjaśniły, że różnice między odzyskanym dziełem a jedyną istniejącą, czarno-białą fotografią „Pomarańczarki” wykonaną przed wojną wynikały z niefachowej konserwacji przeprowadzonej, najpewniej dwukrotnie, już po zrabowaniu obrazu. „Pomarańczarka” uległa po zrabowaniu uszkodzeniom, które usiłowano zabezpieczyć i zakryć. To wtedy sprasowano oryginalną warstwę malarską i zamalowano uszkodzone partie dzieła, ukrywając w ten sposób wykruszenia farby. Natychmiast po oficjalnym przekazaniu przez sponsora obraz trafił do pracowni konserwatorskich Muzeum Narodowego.
Na odzyskanym obrazie skraj koszyka trzymanego przez Żydówkę w lewej ręce zachodził dalej na jej odzienie niż na przedwojennej fotografii. Inaczej też prezentowały się partie szyi, prawego barku, elementy w tle. Różnice wynikały z bardzo złej konserwacji przeprowadzonej najprawdopodobniej krótko po wojnie. Obraz miał dużo ubytków, które nie zostały fachowo uzupełnione farbą, lecz ordynarnie zamalowane. Nieznaczna różnica w rozmiarach „Pomarańczarki” – odzyskany obraz był minimalnie mniejszy, niż podawał przedwojenny jego opis – wynikała z tego, że zrabowany obraz został zdjęty z oryginalnego blejtramu i ostatecznie naklejono go na sklejkę, zawijając część malatury z jednego boku sklejki. Mimo dużych przemalowań obraz nie stracił swoich walorów artystycznych.
Uratowanie go okazało się najtrudniejszym przedsięwzięciem w karierze wybitnej konserwatorki Anny Lewandowskiej. Najpierw musiała ona usunąć niemiecką sklejkę lotniczą, na którą ktoś – już po zrabowaniu dzieła – nakleił „Pomarańczarkę”. W Niemczech po wojnie płótno miejscami odkleiło się od partii brzegowej sklejki i wtedy ktoś wtłoczył w takie odspoinowe pęcherze klej syntetyczny, który trzymał jak beton.
Anna Lewandowska nakleiła na warstwę malarską „Pomarańczarki”, jedna na drugą, trzy warstwy bibułki japońskiej. A na wierzchnią warstwę bibułki – jeszcze warstwę sztywnej włókniny. Z tak zabezpieczonego obrazu można było usunąć niemiecką sklejkę. Niewielkim dłutkiem konserwatorka zeskrobywała, z pomocą konserwatora Piotra Lisowskiego, drzazga po drzazdze, a każda z drzazg wielkości igiełki, sklejkę z odwrocia obrazu.
Zeskrobywała te drzazgi przez cztery miesiące. Sklejka po usunięciu pierwszej warstwy drewna zaczęła się paczyć i mocno wyginać cały obraz. Konserwatorzy natychmiast gęsto obłożyli leżącą płasko płytę sklejki woreczkami z piaskiem. Od tej pory odsłaniali spod obciążników tylko strzępek jej powierzchni, piętnaście na piętnaście centymetrow, tyle, by móc dalej dłutkiem łupać maleńkie drzazgi.
Oryginalne płótno obrazu było bardzo przesuszone.
– Chłonęło wilgoć nawet z naszych oddechów, nawet w nocy pracowało, naprężało się – wspomina Anna Lewandowska.
Nagrodą za mozolne zeskrobywanie sklejki było odkrycie na odwrocie płótna obrazu namalowanego, oryginalnego, przedwojennego numeru inwentarzowego Muzeum Narodowego – „73408 MN”.
Lico obrazu pokryto w Niemczech woskiem z niezidentyfikowanymi dodatkami. Po podważeniu tej warstwy szlamu za pomocą skalpela do operacji oka okazało się, że w oryginalnej warstwie malarskiej – oprócz niefachowych przemalowań – są duże ubytki. Konserwatorka oczyściła obraz z niemieckich przemalowań i zaimpregnowała go.
– Spod błota późniejszych domalowań i woskowań wyłoniły się dobrze zachowane pociągnięcia pędzla Gierymskiego, z ładnym, czystym, świetlistym kolorem. To oszałamiająco piękny obraz – mówi Anna Lewandowska.
Konstruktor Henryk Arendarski przed laty wymyślił i zbudował samonaprężające się krosna – zbawienne dla starych obrazów o wielkich formatach, w tym dla „Bitwy pod Grunwaldem” Jana Matejki. Specjalnie dla „Pomarańczarki” skonstruował małe, samonaprężające się krosna, na których osadzono obraz Gierymskiego, po uprzednim zdublowaniu go cieniuteńką, przezroczystą tkaniną szklaną.
Już w trakcie konserwacji Anna Lewandowska odkryła, że do dużego uszkodzenia pod brodą przekupki i jego reperacji musiało dojść przed wojną, a nie, jak dotąd uważano, po zrabowaniu obrazu. Po oczyszczeniu dzieła okazało się, że po wojnie ktoś domalował pomarańczarce więcej włosów, niż uwiecznił Gierymski. I wreszcie się wyjaśniło, jak skonstruowany jest zawój na jej głowie.

* * *

W marcu 2014 roku Muzeum Narodowe w Warszawie otwiera wielką wystawę malarstwa Aleksandra Gierymskiego. Jej gwiazdą jest „Pomarańczarka”.

 
Wesprzyj nas