Opowieść o tym, jak kochające się małżeństwo, dwa koty, dwa psy i trzydzieści osiem tysięcy książek może odmienić życie lokalnej społeczności.
Jack i Wendy Welch zawsze marzyli o prowadzeniu księgarni. Pewnego dnia postanowili, że nie można dłużej zwlekać z realizacją marzeń. Zapragnęli żyć niespiesznie, według własnych zasad. Kupili dom w niewielkiej górskiej miejscowości i zaczęli sprzedawać używane książki.
Wiele wskazywało, że przedsięwzięcie nie ma prawa się udać: otwieranie księgarni na końcu świata, w kryzysie, w epoce e-booków, wydaje się co najmniej nierozsądne! Szybko okazało się, że sam optymizm nie wystarczy. Aby księgarnia zaczęła działać, trzeba wokół niej zbudować prawdziwą wspólnotę…
Zabawna książka z pełną obsadą ekscentrycznych bohaterów.
„Kirkus”
Szczera i ujmująca opowieść. (…) Ta książka to niezwykle ciepła i wciągająca podróż, którą najlepiej odbyć przy filiżance herbaty.
„Beyond the margines”
Wendy Welch
Księgarenka w Big Stone Gap
O przyjaźni, wspólnocie i nadzwyczajnej przyjemności z dobrej książki
Przekład z języka angielskiego Paweł Lipszyc
Wydawnictwo Black Publishing
Premiera: 30 lipca 2014
Od autorki
To jest prawdziwa historia. Część imion i szczegółów zmieniłam, niektóre postacie zostały stworzone na podstawie kilku autentycznych osób, przestawiłam parę elementów chronologii, by ułatwić zrozumienie przebiegu zdarzeń. Mam nadzieję, że ludzie, którzy się tu rozpoznają, z radością ponownie przeżyją tamte chwile, mam też nadzieję, że pozostałym sprawi frajdę czytanie o wszystkich głupstwach, jakie wyczynialiśmy.
Kiedy sprzedajesz komuś książkę, nie sprzedajesz po prostu trzystu gramów papieru, tuszu i kleju – sprzedajesz całe nowe życie. Miłość, przyjaźń, humor i statki na morzu w nocy – w książce, prawdziwej książce, są całe niebo i ziemia.
Christopher Morley, The Haunted Bookshop
Prolog
Chcę zamieszkać w domu przy drodze
Którą pędzą ludzie –
Ludzie dobrzy, ludzie źli,
Dobrzy i źli jak ja.
Nie szydziłbym
Ironia to nie mój styl
Chcę zamieszkać w domu przy drodze
I zaprzyjaźnić się z ludźmi.
Sam Walter Foss, The House by the Side of the Road
z tomu Dreams in Homespun
Trzecia nad ranem. Sen uleciał. W głowie wirowały mi książki do rozpakowania, rzeczy, które należało znaleźć.
Wyślizgnąwszy się spod kotki zwiniętej w kłębek na mojej piersi – otworzyła oko i zakomunikowała swoje niezadowolenie – bezgłośnie przekradłam się na schody. Za plecami rozległo się ciche łupnięcie, kiedy labradorka wskoczyła na materac, zawarła pokój z kotką i zawłaszczyła sen, który mi umknął. Na dole jedynymi przedmiotami na blacie były czajnik elektryczny i pudełko z herbatą, co dobrze oddawało hierarchię ważności mojego szkockiego męża. Po zaparzeniu herbaty malinowej przeszłam do przestronnego frontowego pokoju. Przepastny dom z pustymi półkami na ścianach ginął w ciemnej pustce, czekał. Na jedynym meblu, czyli stoliku, stał mój laptop. Obydwa przedmioty wyglądały jak skurczone i nie na miejscu.
Dobrze znałam to uczucie. Od przyjazdu do Big Stone Gap w Wirginii Jack i ja żyliśmy z wdziękiem ryb jeżdżących na skuterach. Za sprawą czegoś, co niebezpiecznie przypominało kaprys, zostaliśmy przerażonymi właścicielami edwardiańskiej posiadłości z pięcioma sypialniami i trzema łazienkami, z których tylko jedna działała, skrzypiącymi drewnianymi podłogami i przeciekającym dachem. Nie mieliśmy grosza przy duszy. Pod wpływem salsy i sangrii postanowiliśmy założyć w tym domu księgarnię z używanymi książkami, choćbyśmy to mieli przypłacić życiem.
Prawdopodobnie taką właśnie cenę przyjdzie nam zapłacić, myślałam, patrząc, jak internet budzi się do życia w niebieskoszarym mroku. Co my tu właściwie robimy? Przecież to jest jedno z tych miasteczek, jakie widuje się na filmach dokumentalnych, gdzie ciała nigdy nie zostają odnalezione, bo miejscowi nabrali wody w usta.
Wczoraj Jack postawił olbrzymi szyld z napisem czterystapunktową czcionką:
KSIĘGARNIA Z UŻYWANYMI KSIĄŻKAMI.
WKRÓTCE OTWARCIE.
To utwierdziło naszą pozycję „tych nowych świrów w starym domu Meade’ów”. Przechodnie zatrzymujący się, żeby przeczytać szyld, rzucali zachęcające komentarze w rodzaju:
– Księgarnia? Zwariowaliście!
Bardzo korciło mnie, by zapytać, czemu zwariowaliśmy: Ponieważ udajemy, że nigdy nie słyszeliśmy o iPadach, e-bookach i Kindle’u? Sądzimy, iż miasto, które boryka się z upadającą kopalnią, wesprze nowy interes? Wierzymy w rychłe ożywienie pikującej gospodarki? Mamy nadzieję, że stara gwardia w tym słynącym z hermetyczności regionie zaakceptuje nowo przybyłych?
W najgorszych koszmarach podejrzewaliśmy, że w grę mogą wchodzić wszystkie wyżej wymienione ewentualności jednocześnie.
Z posępnych myśli o przeznaczeniu wyrwały mnie przednie światła samochodu, które zatoczyły szeroki łuk przed domem. Nagłemu niebieskiemu błyskowi towarzyszył pojedynczy jęk syreny. Pewnie zgarnia pijanego kierowcę, pomyślałam. Nasza przyszła księgarnia stała przy skrzyżowaniu w kształcie litery T. Wóz policyjny zatrzymał się u zbiegu ulic, reflektory oświetliły frontowy pokój. Przez pozbawione zasłon okna na całą ścianę wnętrze domu było doskonale widoczne, ale czego policja szukała tu o trzeciej nad ranem?
Ford bronco skręcił za rogiem i usiłował wjechać na trawiasty podjazd na bocznym podwórku. Zaraz po wprowadzeniu się postawiliśmy siatkę, która odcięła ten podjazd, nieodzowną z uwagi na nasze psy – urodzonych włóczęgów. Wóz policyjny stanął kilka centymetrów od siatki, a jeśli samochód może wyglądać na sfrustrowany, to ten właśnie tak wyglądał. Po chwili zawrócił, znowu potoczył się za róg i znieruchomiał przy naszym krawężniku. Drzwi od strony kierowcy się otworzyły. Przesunąwszy dłonią po rudych włosach, zacisnęłam pasek szlafroka Jacka i otworzyłam drzwi.
Raczej spróbowałam otworzyć. Drzwi należały do tego upiora z 1903 roku, będącego teraz naszą własnością, toteż zdołałam przekręcić mosiężną klamkę, ale drzwi utknęły w wypaczonej drewnianej framudze. Pod klamką widniała schludna dziurka od klucza. Czyżby drzwi były zamknięte na klucz? Gdzie on był? Czy już go znaleźliśmy? Znowu pociągnęłam. Nic.
Po schodach wszedł niski, przysadzisty cień. W ten sposób ludzie giną od kuli! – pomyślałam, wyobrażając sobie, co widzi policjant: ciemną postać, która z czymś się mocuje. Pragnąc zapewnić go o pokojowych intencjach, pomachałam.
Policjant sięgnął do kabury.
– Proszę poczekać! – zawołałam przez szybę. – Drzwi nie chcą się otworzyć! – Mocno szarpnęłam, klamka została mi w dłoni, drzwi otwarły się na oścież, aż straciłam równowagę. Herbata malinowa chlusnęła na podłogę, pasek szlafroka się poluzował. Klamkę wsunęłam do kieszeni, mocniej chwyciłam kubek, odgarnęłam włosy z oczu, boso wyszłam na werandę i powiedziałam:
– Dzień dobry, panie władzo.
– Pani tu mieszka? – Zlustrował moje włosy, szlafrok, kubek, szybę.
Nie, jestem włamywaczką, herbata to przykrywka. Choć pokusa była silna, wewnętrzne tłoki zaczęły pompować zdrowy rozsądek i odparłam:
– Tak, proszę pana.
– Mhm. – Broń, wysunięta na niebezpieczne pięć centymetrów z kabury, została wsunięta z powrotem. – Niedawno kupiliśmy z mężem ten dom.
– Po co?
Ponieważ zwariowaliśmy.
– Otwieramy księgarnię.
– Księgarnię? Zwariowaliście! – Policjant radośnie klepnął się w udo.
– Tak sądzę. Czy zgarniał pan kogoś za jazdę po pijaku? Dlaczego prowadzimy tę rozmowę w środku nocy?
Policjant spojrzał na mnie tak, jakbym naprawdę straciła rozum.
– Co takiego? To jest oficjalna kontrola bezpieczeństwa. Kiedy zobaczyłem światło i ruch, pomyślałem o włamywaczach.
Którzy postawili szyld i siatkę? Na głos odpowiedziałam:
– Nie, to tylko niegroźni Jack i Wendy. Nie mogłam zasnąć, więc zeszłam do komputera. Ale zobaczyłam pana na skrzyżowaniu, kiedy syrena… hm, brzęknęła.
Policjant odwrócił wzrok, kiwając się na stopach.
– No tak. Nacisnąłem nie ten guzik, co trzeba.
To brzmiało obiecująco, więc staliśmy tak na ciemnej werandzie i rozmawialiśmy w najlepsze. Grundy, jak się przedstawił, zamierzał za pół roku przejść na emeryturę. Jego brat, chirurg, któremu świetnie się powodziło, miał we Florida Keys posiadłość z siedmioma sypialniami, sufitami jak w katedrze i sauną, ale Grundy jeszcze nie został tam zaproszony. Grundy zawsze chodził w niedzielę do kościoła, należał do klubu Kiwanis, brał udział we wszystkich wyborach, ale to jego brat miał miliony, a jeśli ktoś chciał znać zdanie Grundy’ego, chirurg zawdzięczał majątek przekrętom podatkowym.
– Tak to już jest – skarżył się mój nowy przyjaciel. – Ja w służbie publicznej, on się bogaci.
Grundy znał starszą panią, która mieszkała w tym domu przed nami.
– Wpadałem do nich co pewien czas – powiedział, poruszając przy tym brwiami w taki sposób, że rozsądek odradzał dalsze wypytywanie. Kiedy poprzednia właścicielka trafiła do domu opieki, jej przyjaciółkę natychmiast eksmitowano. – W południe dostała pismo od prawnika, o czwartej była już na bruku.
Gdy wyraziłam współczucie, usłyszałam:
– Jej nie musi pani współczuć. Oszustka czystej wody. Pewnie jest winna pieniądze ludziom stąd do granicy stanu.
– Ach tak – odparłam.
– Odkąd ich nie ma, zazwyczaj wjeżdżam na podjazd, sprawdzam dom, upewniam się, czy wszystko jest w porządku. Dziś nie mogłem tego zrobić z powodu siatki. – Spojrzał na mnie oskarżycielsko.
– Mamy czarną labradorkę Zorę. Ona dobrze pilnuje. (Śpi na górze). Nasz terier Bert ujada jak najęty na wszystko. (On też smacznie śpi).
Policjant skinął głową, najwyraźniej zadowolony, że jego obowiązki przejął wykwalifikowany personel.
Kiedy Grundy uścisnął mi dłoń na pożegnanie, świt rozjaśniał niebo wczesnymi obietnicami. Policjant ruszył w stronę schodów, potem się obejrzał.
– Wie pani, to świetnie, że otwieracie księgarnię. Tutaj nie ma zbyt wiele do roboty. Wpadnę do was, jak przejdę na emeryturę. Lubię westerny.
Ta rzucona mimochodem aprobata zabrzmiała sympatycznie. Jak klucze do miasta. Miasteczka. Wioski. Drzwi wejściowych. Gdy odwróciłam się, żeby wejść do domu, rozległ się jęk syreny i skrzyżowanie rozświetlił niebieski błysk. Grundy opuścił okno.
– Szlag by to! – zawołał z uśmiechem, wzruszył ramionami, potem pozdrowił mnie, unosząc kapelusz, i odjechał we wschodzące słońce.
Drzwi wejściowe nie dały się zamknąć, ale co z tego? Przecież nad naszym snem czuwał Grundy.
Na górze mój mąż otworzył jedno oko i patrzył, jak za pomocą klamki wywabiam labradorkę z łóżka.
– Czy to od drzwi wejściowych? – spytał Jack, kiedy Zora, pojąwszy, że ją nabrano, upuściła klamkę z sarkastycznym brzękiem i podreptała do holu, a za nią udał się zaspany Bert.
– Znamy już kogoś w miasteczku.
Pokrótce zrelacjonowałam Jackowi spotkanie z Grundym. Jack potrząsnął głową z zamkniętymi oczami.
– Wpasujemy się tu na medal – oświadczył i wtulił twarz w poduszkę.
Dobry Boże, mam taką nadzieję, pomodliłam się bezgłośnie w szarzejącym świetle poranka.
1
Jak narazić się na atak najskrytszego pragnienia
Odkąd szczęście po raz pierwszy usłyszało
twoje imię, biega po ulicach, próbując cię znaleźć.
Hafez
Ludzie mówią o podążaniu za swoim szczęściem, ale jeśli jesteście tak upartymi, mało spostrzegawczymi draniami jak Jack i ja, szczęście musi was walnąć w głowę, nim ujrzycie sprawy w nowym świetle. Zanim poznaliśmy się z Jackiem, około dwunastu lat przed wkroczeniem księgarni w Big Stone Gap w nasze życie, mieszkaliśmy w sumie w ośmiu krajach, a odwiedziliśmy ponad czterdzieści. Pierwsze pięć lat małżeństwa spędziliśmy w ojczystej Szkocji Jacka jako weseli pracoholicy z pretensjami do bohemy. Jego pensja szefa wydziału wyższej uczelni oraz moja za kierowanie pozarządową, niekomercyjną organizacją zajmującą się animacją sztuki pozwalały na życie pełne muzyki, przyjaciół, opowieści i podróży po Wyspach Brytyjskich oraz Stanach Zjednoczonych.
Kiedy się pobraliśmy, Jack miał już swoje lata – dla niego było to drugie małżeństwo, dla mnie pierwsze – i świadomość różnicy wieku (dwadzieścia lat) pozwalała nam utrzymać swobodną równowagę w związku. Nurt rzeki czasu przypominał nam o tym, by czerpać radość z bycia razem, póki mieliśmy po temu okazję. Mając to na uwadze, pracę na etatach przetykaliśmy weekendowymi wyjazdami, podczas których snuliśmy opowieści i wykonywaliśmy piosenki na festiwalach, jarmarkach i konferencjach.
Początkowo Jack śpiewał, ja opowiadałam, ale w miarę upływu lat jego wstępy do piosenek stawały się coraz dłuższe, ja śpiewałam coraz więcej ballad, aż w zasadzie oboje robiliśmy jedno i drugie.
Wracając z tych wypadów, zmęczeni i szczęśliwi, często przekomarzaliśmy się na temat tego, co będziemy robić „pewnego dnia”, po zrezygnowaniu z roli weekendowych wojowników. Tego typu rozmowy krążyły wokół powracającego wątku.
– Pewnego dnia damy sobie spokój z tym szaleństwem, osiądziemy gdzieś i założymy miłą księgarnię – mówiłam.
– Księgarnię z używanymi książkami, z knajpką serwującą jedzenie z lokalnych produktów – zgadzał się Jack.
– Będzie miała niewiarygodnie piękne drewniane podłogi, skrzypiące pod nogami.
– I mnóstwo dużych okien, żeby wpuszczać słońce, bo oczywiście okna będą wychodziły na południe.
– W mieście z zadrzewionymi ulicami, gdzie dużo się chodzi, więc ludzie będą zaglądać pod wpływem impulsu. Wszyscy pokochają nas jako barwną parę. Ty możesz nosić luźny sweter w stylu Freda Rogersa, zsuwać okulary na czoło i opowiadać o Szkocji, ja mogę uczyć na pobliskim uniwersytecie i napisać wielką powieść amerykańską.
– W księgarni będą wysokie sufity i staromodne drewniane wentylatory. – Jack lubił się trzymać opisów fizycznych.
– W ogrodzie będzie stał jednorożec. – W tej grze mogą uczestniczyć dwie osoby.
– Naturalnie! Dotrzyma towarzystwa słoniom. – Mój mąż dawał się ponieść.
Znużeni drogą, przemierzaliśmy kolejne kilometry, budując zamki na piasku i snując marzenia o księgarni z używanymi książkami, którą „pewnego dnia” otworzymy. Kiedy marzenia zmaterializowały się w najmniej dogodnym momencie w postaci domu o powierzchni blisko pięciuset metrów kwadratowych, nie tyle wkroczył on w nasze życie, ile nad nim zapanował.
Do Big Stone nie przyjechaliśmy po to, by otworzyć księgarnię – w istocie okazja o mały włos nie przeszła nam koło nosa. Dwa lata przed przeprowadzką do Wirginii wyjechaliśmy z Wielkiej Brytanii do Stanów Zjednoczonych, ponieważ otrzymałam posadę w Kłębowisku Węży. (Na wypadek, gdybyście mieli wątpliwości, to nie jest prawdziwa nazwa). Tym samym weszłam do ostrej gry w węże i drabiny w agencji rządowej, tyle że w naszej grze były same węże i żadnych drabin. W agencji obowiązywał etos „gryź albo zostaniesz pogryziony”, przy czym prawda nie miała znaczenia; liczyło się tylko to, czy potrafisz ugryźć mocniej, niż ugryziono ciebie. Nie kwestionowało się założenia, że kąsanie jest najlepszą formą komunikacji.
Wolność oznaczać może stan, w którym nie ma się już nic do stracenia, możliwe też, że określa moment, kiedy w umyśle rozkwita zdrowy rozsądek. Pewnego dnia obudziłam się, widząc sprawy jasno po raz pierwszy od dwóch lat. W Kłębowisko Węży wkroczyłam z własnej woli, ponieważ praca wyglądała ekscytująco i obiecywała możliwości czynienia dobra, ale w efekcie dołączyłam do grona kąsaczy. Nie, dziękuję. Życie nie polega na rywalizowaniu, kto komu wyszarpnie większy kawał ciała. Chyba że jesteś zombie.
Po konsultacji z prawnikiem złożyłam dwutygodniowe wymówienie i odeszłam. Niemal każdy doświadczył Kłębowiska Węży na pewnym etapie życia, tym bardziej należy ubolewać. Nasze Kłębowisko stanowiło co prawda ciężką przeprawę, ale Jackowi i mnie dopisało szczęście. Dom był naszą własnością, nie jedliśmy wiele, mogliśmy więc uznać, że jesteśmy kwita. Wielu ludzi, którzy ugrzęźli w upiornym położeniu – od głodowych stawek do stanowisk kierowniczych – nie stać na podobny luksus. Wrażliwi ludzie, którzy nienawidzą swojej pracy, ale wykonują ją, aby utrzymać rodzinę albo opłacić dziecku studia, zasługują na duży podziw. Jeśli znajdujesz się w takim położeniu, przyjmij wyrazy szacunku za wytrwanie. Oby Bóg wkrótce otworzył ci drzwi, a do tego czasu dał ci siłę, by wytrwać.
Dla Jacka i dla mnie opuszczenie Kłębowiska Węży przypominało wytarty banał: kryzys wieku średniego zbiega się z kryzysem sumienia. Czternasty Dalajlama wyraził współczucie dla każdego, kto „żyje tak, jakby nigdy nie miał umrzeć, a następnie umiera, choć nigdy tak naprawdę nie żył”. C. S. Lewis wyraził bardzo podobną myśl w Listach starego diabła do młodego, mówiąc o ludziach, którzy budzą się nagle w trakcie jakiejś „ważnej” działalności, zadają sobie pytanie „czy to mi sprawia radość?”, rzadko odpowiadają twierdząco, ale mimo to nadal robią to samo przez resztę życia.
Funkcjonowanie w świecie pozbawionym moralnego punktu oparcia sprawiło, że zboczyliśmy z kursu i trwaliśmy w stanie zawieszenia. Zatęskniliśmy za łagodniejszym życiem wśród przyjaźnie nastawionych ludzi, którzy mieli mniej do udowodnienia, ale udowodniali to z większą szczerością. Kiedy więc zaproponowano mi skromną posadę polegającą na kierowaniu programami edukacyjnymi w małym miasteczku o nazwie Big Stone Gap w południowozachodniej Wirginii, spakowaliśmy się i strząsnęliśmy jad z butów.
Big Stone (jak nazywają je miejscowi) leży w centralnych Appalachach, na tak zwanych Polach Węglowych. Na początku dwudziestego wieku miasteczko było na dobrej drodze, by stać się Chicago Południa, ale boom węglowy się załamał. Teraz było tylko kolejną kropką na mapie, pełną górników i emerytów, ze sfatygowanym centrum oraz supermarketem Walmart przy czteropasmówce. Największymi lokalnymi wydarzeniami były mecze piłkarskie i zjazdy licealne.
Łatwa, spokojna praca w The Gap (inna nazwa miasteczka) wydawała się oferować miły pobyt w przyjemnym miejscu. Mogliśmy przez rok cieszyć się życiem na wolniejszych obrotach, nie angażując się przesadnie. Ja pochodzę z centralnych Appalachów, Jack ze Szkocji. Góry i wiejski tryb życia należą do rzeczy, które nas łączą.
Debbie, sympatyczna pośredniczka w handlu nieruchomościami, pomagając nam znaleźć lokum na tyle tanie, by było realistyczne, a przy tym wystarczająco przytulne, odkryła, że podobają nam się stare domy. W katalogu jej firmy niedawno pojawił się dom, którego Debbie jeszcze nie widziała, postanowiliśmy więc go obejrzeć.
W ten sposób księgarnia schwytała nas w sidła. Edith Schaeffer, która wraz z mężem założyła chrześcijańską komunę L’Abri, napisała: „Ważne wydarzenia w życiu nie afiszują się. Nie grają trąby… Zazwyczaj to, co odmieni całe twoje życie, staje się wspomnieniem, zanim zdążysz się zatrzymać i poczuć podziw”. To w zasadzie wyczerpuje sprawę.
Edwardiański dom z pięcioma sypialniami z 1903 roku stał w pobliżu dwóch skrzyżowań, w sąsiedztwie przysadzistych domków z cegły i bungalowów wśród liści. Przy ulicy od frontu nie brakowało miejsc do parkowania. Kiedy tylko weszliśmy do środka, dom, mimo przepastnych rozmiarów, wydał nam się przytulny i wygodny.
– Podłogi skrzypią – oświadczył mój mąż, marszcząc brwi, i potarł gumową podeszwą po porysowanym drewnie.
– Drzwi rozsuwane się zacinają – zauważyła Debbie i kichnęła, wyciągając z ukrycia dębowe panele w tumanach kurzu.
– Sporo tu okien do mycia. – Wskazałam na szyby na całą ścianę, zdobiące trzy frontowe pokoje na otwartym planie od strony południowej.
Z wysokich sufitów zwieszały się krzywe drewniane wentylatory na odsłoniętych przewodach. Okna w salonie z obłażącą tapetą na piętrze wychodziły na zadrzewioną uliczkę podporządkowaną, która przecznicę dalej przecinała główną szosę. Woń kociego moczu unosiła się na dębowych schodach ze wspaniałymi miedzianymi narożnikami, zmatowiałymi po długim zaniedbaniu.
Mój mąż i ja spojrzeliśmy na siebie z iskrą pożądania w oczach, podziękowaliśmy pośredniczce Debbie za wizytę i pożegnaliśmy ją, kiedy sporządzała listę niezbędnych napraw przed wystawieniem domu na sprzedaż.
Z edwardiańskiej posiadłości Jack i ja udaliśmy się do Little Mexico, flagowej restauracji Big Stone Gap. Znajduje się ona na wzgórzu obok sklepu Walmart, skąd za parkingiem roztacza się wspaniały widok na góry. W pełnym słońcu ujawniała się moc sezonowych kwiatów: róż rododendronów, biel kalmii, błękit chabrów. W restauracji zanurzyliśmy tortille w ostrej salsie i spojrzeliśmy na siebie przez kieliszki z sangrią. Nie mieliśmy pieniędzy. Dom w Kłębowisku Węży kupiliśmy za gotówkę po przyjeździe ze Szkocji, ale gospodarka właśnie zahamowała, z załamanego rynku nieruchomości dochodziły hiobowe wieści: nie mogliśmy liczyć na szybką sprzedaż domu. To oznaczało konieczność zaciągnięcia kredytu hipotecznego, ale w obliczu pikującej gospodarki i ograniczonej atrakcyjności mojego doktoratu z etnografii na rynku pracy nie wydawało się to rozsądnym posunięciem. Należało po prostu przyczaić się gdzieś na rok i przegrupować siły. Szaleństwem było myślenie w kategoriach jednorożców w ogrodzie. Nie, słowo „księgarnia” nie przejdzie mi nawet przez usta.
Jack żuł chrupkę kukurydzianą.
– Ten duży biały dom doskonale nadawałby się na księgarnię, gdyby to było większe miasto.
Wiedziałam!
– Naprawdę tak myślisz?
Mężczyzna, który od dziesięciu lat był moim mężem, się uśmiechnął.
– Wiem, że ty właśnie o tym myślałaś. Debbie mówiła, że mieszka tu pięć tysięcy czterysta osób. To za mało, żeby wspierać księgarnię, zresztą nie zostaniemy tu aż tak długo.
– Tak – zgodziłam się. – Głupio byłoby angażować się w coś takiego teraz, kiedy jesteśmy zmęczeni i, no wiesz, wytrąceni z kursu.
– Zgadza się. Nie mówiąc o tym, że nie mamy forsy.
– Ani sił. Szkoda widzieć coś tak miłego i nie móc skorzystać z okazji, ale to zupełnie nieodpowiedni moment. Potrzebujemy czegoś pewnego. Przyjmę tę pracę na rok czy dwa, ty tymczasem rozejrzysz się za pomysłem na spokojną emeryturę.
Jack odczekał chwilę, po czym rzekł z namysłem:
– Ale gdybyśmy mieli zostać tu dłużej, niedaleko jest uczelnia, gdzie mogłabyś uczyć… Co nie znaczy, że snujemy teraz długofalowe plany.
Serce zabiło mi szybciej.
– Nie, nie snujemy dalszych planów.
– Pewnego dnia otworzymy księgarnię.
– Mhm. Pewnego dnia.
Chrupaliśmy w milczeniu, aż Jack dobył miecza i zabił smoka.
– A jeśli ten dzień właśnie nadszedł?
Kiedy z naszego zaszpuntowanego życia wyskoczył korek, nie rozległ się nawet krótki huk. Tylko kelnerzy wyglądali na zdziwionych, gdy nachyliłam się nad stołem, szurając brzuchem po koszyku z tortillami, i wycisnęłam długi, mocny pocałunek na ustach mego najlepszego przyjaciela.







