„Nie powiem wam, jak wyglądam. Cokolwiek sobie wyobrazicie, w rzeczywistości jest pewnie jeszcze gorzej.”
Na skutek zaburzeń genetycznych August (Auggie) Pullman urodził się z poważną deformacją twarzy. Pod każdym innym względem jest jednak zwykłym dzieckiem – żywym, inteligentnym, wrażliwym i serdecznym.
Do tej pory jego wygląd i zdrowie nie pozwalały, by jak wszystkie dzieci uczęszczał do szkoły, więc w domu uczyła go mama. Teraz ma się to zmienić – dziesięcioletni Auggie rozpocznie naukę w piątej klasie nowojorskiej szkoły publicznej. Jeśli kiedykolwiek zdarzyło się wam być nowym uczniem w klasie, wiecie, jak trudno może być.
Wychowany w domu pełnym miłości, mądrości i akceptacji, August będzie zmuszony podjąć wyzwania, jakie postawi przed nim środowisko szkolne. Będzie się zmagał z nietolerancją i ostracyzmem kolegów, zostanie zdradzony przez najbliższego przyjaciela, ale również doświadczy szczerej, niezłomnej przyjaźni ze strony szkolnej koleżanki. Mały August jest po prostu zwykłym dzieciakiem z niezwykłą twarzą. Czy uda mu się przekonać nowych kolegów, że wbrew pozorom jest taki jak oni?
R. J. Palacio napisała prostoduszną, ciepłą, podnoszącą na duchu opowieść, która sprawia, że czytelnicy na przemian śmieją się i płaczą. Książkę „Cud chłopak” zainspirowało prawdziwe wydarzenie z życia autorki i jej rodziny: Pewnego razu, gdy z młodszym synem czekała przed cukiernią na mleczne napoje, obok niej na ławce usiadła dziewczynka ze zdeformowaną twarzą.
Na jej widok chłopiec wpadł w histerię, a pani Palacio oblała się rumieńcem zakłopotania, mama dziewczynki zareagowała jednak spokojnie – jakby nauczona kilkuletnim doświadczeniem doskonale wiedziała, jak poradzić sobie w sytuacji kryzysowej – po prostu wzięła dziewczynkę za rękę i powoli odeszła.
Ta urocza mądra książka, ujmująca w krótkie dynamiczne rozdziały pełne ciepła relacje rodzinne i codzienność hałaśliwej, rozemocjonowanej społeczności szkolnej, spodoba się zarówno dorosłym, jak i dzieciom.
Jedna ze 100 książek najlepiej sprzedających się w 2013 roku w Stanach Zjednoczonych!
Zapadająca w pamięć opowieść o dobroci, odwadze i inności.
Kirkus Reviews, 15 grudnia 2011
Palacio bez wysiłku i z wielką gracją sprawia, że czytelnik kibicuje bohaterowi i staje się częścią tej zmagającej się z problemami, lecz ostatecznie bardzo serdecznej społeczności.
Booklist, 1 lutego 2012
Palacio ma wyjątkowy talent do konstruowania realistycznych dialogów, opisywania myśli i emocji bohaterów… świetnie napisana, skłaniająca do refleksji książka.
School Library Journal, 1 lutego 2012
Sądzę, że każdy rodzic stanie się lepszy po przeczytaniu tej książki. Rodzice Auggiego, których autorka nie nazywa i nie dopuszcza w książce bezpośrednio do głosu – dają doskonały przykład, jak dawać schronienie i siłę dziecku z ułomnością, ale też, jak być skutecznym obrońcą każdego małego człowieka.
Huffington Post, styczeń 2013
Mocna i zapadająca w pamięć… To Auggie i reszta dzieci są prawdziwym sercem „Cud chłopaka”, a Palacio z równą wprawą uchwyca głosy dziewczynek i chłopców, piątoklasistów i starszych dzieciaków.
New York Times, 8 kwietnia 2012
Tym, co czyni debiutancką powieść R.J. Pallacio tak niezwykłą i uroczą, jest rzadkie oddanie, z jakim autorka opowiada historię Auggiego… Rezultatem jej talentu pisarskiego jest piękna, zabawna i czasem doprowadzająca do łez historia powolnej przemiany.
Wall Street Journal, 9 czerwca 2012
R. J. Palacio
Cud chłopak
Tłumaczenie: Maria Olejniczak-Skarsgard
Wydawnictwo Albatros
Premiera: 21 maja 2014
Część pierwsza
August
Zwykły dzieciak jak inne
Wiem, że nie jestem zwykłym dziesięciolatkiem. To znaczy, oczywiście, robię zwykłe rzeczy. Jem lody, jeżdżę na rowerze, gram w piłkę, mam xboxa. Pod tym względem jestem całkiem zwyczajny. Tak mi się wydaje. I tak czuję. W środku. Ale gdy zwykły dzieciak spojrzy na drugiego zwykłego dzieciaka, to przecież nie ucieka z wrzaskiem z placu zabaw. I ludzie nie wlepiają w niego wzroku, gdziekolwiek się pojawi.
Gdybym znalazł czarodziejską lampę i mógł wypowiedzieć jedno życzenie, chciałbym mieć normalną twarz, na którą nikt nigdy nie rzuci okiem. Kiedy idę ulicą, wolałbym, żeby przechodnie nie spoglądali na mnie i nie odwracali głów. Moim zdaniem sprawa przedstawia się tak:
nie jestem zwykłym dzieckiem tylko dlatego, że nikt nie patrzy na mnie jak na zwykłe dziecko.
Właściwie już się przyzwyczaiłem do swojego wyglądu. Umiem udawać, że nie widzę, jakie ludzie robią miny. Wszyscy nabraliśmy w tym dużej wprawy — mama, tato i Via. Chociaż nie — odwołuję to, co powiedziałem — nie wszyscy. Vii nie wychodzi to najlepiej. Potrafi się porządnie wkurzyć na ordynusów. Na przykład któregoś dnia kilku starszych chłopaków coś tam wygadywało na placu zabaw. Nawet nie wiem co, bo nie słyszałem, ale usłyszała ich Via i natychmiast zaczęła się wydzierać. Taka już jest. Ja tak nie robię.
Via nie uważa, że jestem zwyczajny. Nie przyznaje się do tego, ale gdyby widziała we mnie zwykłego dzieciaka, to nie byłaby przekonana, żemusi się tak omnie troszczyć. Rodzice też nie uważają, że jestem zwyczajny. W ich odczuciu jestem nadzwyczajny. Jedynym człowiekiem na świecie, który zdaje sobie sprawę, jaki ze mnie zwykły chłopak, jestem ja sam.
Tak na marginesie, mam na imię August. Nie powiem wam, jak wyglądam. Cokolwiek byście sobie wyobrazili, w rzeczywistości jest pewnie gorzej.
Dlaczego nie chodziłem do szkoły
W przyszłym tygodniu zaczynam naukę w piątej klasie.
Ponieważ nigdy nie uczyłem się w prawdziwej szkole, jestem cały w nerwach. Wielu ludzi sądzi, że nie posłano mnie do szkoły z powodu mojego wyglądu, ale to nieprawda. Przyczyną były te wszystkie operacje. W sumie dwadzieścia siedem od urodzenia. Najpoważniejsze przeprowadzono, jeszcze zanim skończyłem cztery lata, więc ich nie pamiętam. Od tamtej pory co roku miałem ze dwie, trzy (jedne skomplikowane, inne proste), a ponieważ jestem mały jak na swój wiek i cierpię na jeszcze inne, tajemnicze przypadłości, których lekarze nie potrafią rozszyfrować, często dopadały mnie różne choroby. Dlatego rodzice uznali, że nie powinienem iść do szkoły.
Teraz jestem dużo silniejszy. Ostatnią operację miałem osiem miesięcy temu i prawdopodobnie nie czeka mnie kolejna przez kilka najbliższych lat. Mama daje mi lekcje w domu. Dawniej robiła ilustracje do książek dla dzieci. Wróżki i syreny udają jej się świetnie, gorzej tematy dla chłopców. Kiedyś chciała mi narysować Dartha Vadera, ale wyszedł jakiś dziwaczny robot w kształcie grzyba. Od dawna nie widziałem, żeby cokolwiek narysowała. Pewnie jest zbyt zajęta opiekowaniem się mną i Vią.
Nie powiem, że zawsze chciałem chodzić do szkoły, bo to nie do końca prawda. Niby chciałem, ale tylko gdybym był taki jak inni uczniowie. Gdybym mógł mieć dużo kolegów, spotykać się z nimi po szkole i takie tam. Teraz przyjaźnię się z kilkoma chłopcami. Moim najlepszym przyjacielem jest Christopher, potem Zachary i Alex. Znamy się od pieluch. Nie razi ich mój wygląd, bo zdążyli się przyzwyczaić przez te wszystkie lata. Gdy byliśmy mali, ciągle się bawiliśmy razem, ale potem Christopher przeprowadził się do Bridgeport w stanie Connecticut. To ponad godzinę drogi od mojego domu w North RiverHeights, na samym czubku Manhattanu. A Zachary i Alex poszli do szkoły. Dziwna sprawa: choć Christopher przeniósł się tak daleko, widzę się z nim częściej niż z Zacharym i Alexem. Tamci dwaj mają już nowych kolegów.
W każdym razie, gdy spotykamy się przypadkiem na ulicy, wciąż są dla mnie mili. Zawsze mówią „cześć”. Przyjaźnię się też z innymi chłopcami, choć nie tak blisko jak dawniej z Christopherem, Zackiem i Alexem. Na przykład Zack i Alex zapraszali mnie w dzieciństwie na przyjęcia urodzinowe, a Joel, Eamonn i Gabe — ani razu. Emma zaprosiła mnie raz, ale od dłuższego czasu się nie widzieliśmy. No i ciągle chodzę na urodziny do Christophera, to jasne. Czy ja nie przesadzam z tymi przyjęciami urodzinowymi?
Jak przyszedłem na świat
Lubię, gdy mama opowiada tę historię, bo strasznie mnie śmieszy. Nie tak, jak śmieszą dowcipy, ale słuchając mamy, po prostu boki zrywamy z Vią.
No więc, gdy byłem jeszcze w brzuchu mamy, nikomu nie przyszło do głowy, że po wyjściu stamtąd będę wyglądał tak jak teraz. Cztery lata wcześniej urodziła się Via i to była „bułka z masłem” (słowa mamy), wobec tego nikt nie widział powodu, żeby przeprowadzać specjalne badania.
Ze dwa miesiące przed moim urodzeniem lekarze stwierdzili, że coś jest nie w porządku z moją twarzą, ale ich zdaniem nie wyglądało to groźnie. Powiedzieli rodzicom, że mam rozszczep podniebienia i jakieś tam jeszcze „drobne anomalie”, jak się wyrazili. Tej nocy, gdy się urodziłem, na sali porodowej pracowały dwie pielęgniarki. Jedna była sympatyczna i miła. Druga, jak twierdzi mama, ani trochę. Miała bardzo umięśnione ręce i— teraz robi się śmiesznie — ciągle puszczała bąki. Na przykład podawała mamie pokruszony lód i pryk. Mierzyła jej ciśnienie i pryk. „Nie uwierzycie, mówiła mama, ta kobieta ani razu nie powiedziała »przepraszam «!”. Ponieważ opiekujący się mamą lekarz akurat miał wolny dzień, musiała się zdać na jakiegoś podenerwowanego młodego doktorka, któremu dała z tatą przezwisko Doogie, zdaje się dlatego, że przypomniał im się bohater starego serialu telewizyjnego Doogie Howser, lekarz medycyny (oczywiście nie zwracali się tak do niego bezpośrednio).
Mama mówi, że choć jej sąsiadki na sali trochę kwękały, tato rozśmieszał ją przez całą noc. Gdy wyszedłem z brzucha, podobno zapadła kompletna cisza. Mama nawet nie miała sposobności, żeby na mnie spojrzeć, bo ta miła siostra natychmiast wybiegła ze mną z sali. Tato ruszył za nią w takim pośpiechu, że upuścił kamerę wideo, która się roztrzaskała na milion kawałków. To wszystko ogromnie zdenerwowało mamę. Chciała wstać z łóżka, żeby zobaczyć, dokąd oni pędzą, ale prukająca pielęgniarka chwyciła ją swoimi łapskami za ramiona i przygwoździła do łóżka. Prawie doszło do bójki: mama histeryzowała, a pielęgniarka wrzeszczała, każąc jej się uspokoić. W końcu obie zaczęły wołać lekarza. I wiecie co? Lekarz zemdlał! Runął na podłogę!
Widząc to, prukająca pielęgniarka próbowała go ocucić szturchnięciami nogą, a przy tym wymyślała mu: „Jak tak można? Co z pana za lekarz! Niech pan wstaje! No już!”. I nagle, ni stąd, ni zowąd, puściła bąka — niewyobrażalnie potężnego, głośnego i śmierdzącego bąka. Mama twierdzi, że dzięki temu lekarz się ocknął. Tak czy owak, gdy mama opowiada tę historię, odgrywa każdą z postaci — także naśladuje odgłos prukania — i brzmi to strasznie, strasznie śmiesznie.
Potem okazało się, że prukająca pielęgniarka jest bardzo miła. Siedziała przy mamie cały czas. Nie odeszła od łóżka, nawet gdy tato wrócił do pokoju i lekarze powiedzieli rodzicom, co mi dolega. Mama dokładnie pamięta, co ona szepnęła jej do ucha, kiedy lekarz oznajmił, że prawdopodobnie nie przeżyję nocy. „Wszystko bowiem, co z Boga zrodzone, zwycięża świat”. Następnego dnia, gdy jednak przeżyłem noc i pokazano mnie mamie pierwszy raz, właśnie ta pani trzymała ją za rękę. Mama mówi, że wtedy lekarze o wszystkim już jej powiedzieli. Była gotowa mnie zobaczyć. Ale gdy spojrzała w dół na moją malutką powykręcaną buzię, jej uwagę zwróciły jedynie śliczne oczy.
Tak na marginesie, mama jest piękna. Tato jest przystojny. Via jest cudna. Wyjaśniam na wszelki wypadek, gdybyście się nad tym zastanawiali.







