Świetnie przedstawieni młodzi bohaterowie, ze swym charakterystycznym językiem, buzującymi emocjami i odmiennymi osobowościami, wymagające i realistyczne sytuacje oraz dynamiczna akcja sprawią, że czytelnicy nie będą mogli oderwać się od lektury.
Potężne tsunami pustoszy wybrzeże Stanów Zjednoczonych. Nad krajem przetaczają się straszliwe burze, a ze zniszczonego ośrodka wojskowego wydostaje się tajemnicza broń chemiczna.
Sześcioro licealistów, dwójka gimnazjalistów i szóstka mniejszych dzieci po wypadku w drodze do szkoły chroni się w supermarkecie. Wielki sklep szybko staje się jednak zarówno ich schronieniem, jak i więzieniem.
Grupka zdanych na siebie, przerażonych, odciętych od świata dzieciaków zaczyna tworzyć małą społeczność: organizują sobie życie, dzielą obowiązki, starsi opiekują się młodszymi, ale też ujawniają się szkolne sympatie, antypatie i skrywane dotąd uczucia, wyłaniają się naturalni przywódcy i ci, którzy chcą skorzystać z sytuacji i trochę się zabawić…
„Autorka zręcznie przemienia to, co mogło być kolejną postapokaliptyczną książką dla młodzieży, w pełen napięcia, przerażająco prawdziwy thriller”
– Publishers Weekly
„Mocny początek, a potem niesamowicie realistyczna historia przetrwania bohaterów z krwi i kości, której zakończenie budzi autentyczny dreszcz”
– Booklist
Emmy Laybourne jest pisarką i aktorką, jako artystka komediowa współpracowała m.in. z Comedy Central i MTV. Pierwszy tom serii „Monument 14” to jej bardzo udany debiut powieściowy.
W przygotowaniu kolejny tom cyklu: Niebo w ogniu
Emmy Laybourne
Monument 14. Odcięci od świata
seria: Monument 14 t.1
Przekład: Maria Smulewska
Wydawnictwo Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 17 czerwca 2014
ROZDZIAŁ 1
Stuk
Twoja matka wrzeszczy, ze spóźnisz się na autobus.
Widzi już, jak nadjeżdża. Nie zatrzymujesz się, żeby ją przytulić i powiedzieć jej, że ją kochasz. Nie dziękujesz za to, że jest taka dobra, serdeczna, cierpliwa. Oczywiście, że nie – pędzisz w dół po schodach i mkniesz w kierunku przystanku.
Tylko że jeśli to był ostatni raz, kiedy widziałeś swoją matkę, to jednak jakby trochę żałujesz, że się nie zatrzymałeś i nie zrobiłeś tych wszystkich rzeczy. A może nawet, że nie spóźniłeś się na autobus.
Ale autobus już wjechał w naszą ulicę, więc pobiegłem.
Na podjeździe usłyszałem jeszcze, jak mama krzyczy na mojego brata Aleksa. Jego autobus jechał Park Trail Drive, tuż za moim. Jego przyjeżdżał o 7.09, co do minuty. Mój miał być o 6.57, ale prawie zawsze się spóźniał, jakby kierowca zgadzał się ze mną, że wyjeżdżanie do szkoły przed 7.00 jest po prostu nie fair.
Alex wybiegł za mną i nasze stopy wybijały na chodniku podwójny trampkowy rytm.
– Nie zapomnij, że po szkole jedziemy do Armii Zbawienia – zawołał.
– Jasne – odpowiedziałem.
Kierowca mojego autobusu zatrąbił.
Czasami po szkole wybieraliśmy się zapolować na stare gadżety elektroniczne. Przed kryzysem paliwowym podwoziłem brata na różne kiermasze. Teraz jeździliśmy rowerami.
Do szkoły też go kiedyś podwoziłem. Ale odkąd zaczął się kryzys, wszyscy – nawet maturzyści – przyjeżdżali autobusem.
Tak nakazywało prawo.
Wskoczyłem na stopień autobusu.
Usłyszałem jeszcze, jak pani Wooly, która prowadziła autobus uczniów podstawówki, sarkastycznym tonem dziękuje Aleksowi, że zaszczycił ich swoją obecnością.
Pani Wooly była w naszym mieście prawdziwą kobietą instytucją. Szpakowata, rozczochrana, śmierdząca jak popielniczka i wygadana. Niesławna i całkowicie oddana idei prowadzenia autobusu, czego nie da się powiedzieć o wszystkich kierowcach.
Natomiast mój autobus, który zawoził nas do liceum, prowadzony był przez chorobliwie otyłego i zupełnie nieprzytomnego pana Reeda. Jedyne, co było o nim wiadomo, to że pije poranną kawę ze słoika po dżemie.
Mimo że nasza podróż do szkoły dopiero się zaczęła, Jake Simonsen, mistrz futbolu i bohater popularności, który siedział z tyłu, już otoczony był swoją świtą. Jake przeniósł się do naszej szkoły z Teksasu rok temu. W Teksasie był prawdziwą gwiazdą, bo tam oczywiście króluje futbol, i po przeniesieniu do naszej szkoły utrzymał, a może wręcz umocnił swoją pozycję.
– Mówię wam: handel! – przekonywał właśnie swoich wielbicieli. – W mojej starej szkole parę lasek sprzedawało napoje, ciasteczka i pieczone ziemniaki. Na każdym meczu. Normalnie zbiły na tym z milion dolarów.
– Milion dolarów? – spytała Astrid.
Astrid Heyman, najlepsza zawodniczka w drużynie pływackiej, wyniosła, dumna królowa, dziewczyna moich marzeń.
– Nawet gdybym mogła zarobić milion dolarów, nie zrezygnowałabym z własnej kariery tylko po to, żeby zapewniać atrakcje fanom futbolu – dodała.
Jake posłał jej swój boski uśmiech.
– Tu nie chodzi o atrakcje, dziunia, tylko o przedsiębiorczość!
Astrid walnęła Jake’a w ramię.
– Au! – jęknął z uśmiechem. – Boże, ale ty jesteś silna. Powinnaś przerzucić się na boks.
– Mam czterech młodszych braci – prychnęła. – Boks to dla mnie betka.
Zapadłem się w fotel, usiłując uspokoić oddech. Ciemnozielone oparcia ze sztucznej skóry były na tyle wysokie, że jeśli się człowiek trochę zgarbił, mógł niemal zniknąć.
Schowałem się. Miałem nadzieję, że nikt nie skomentuje mojego sprintu do autobusu. Astrid nawet nie zauważyła, że wsiadłem, co miało swoje dobre i złe strony.
Za mną Josie Miller i Trish Greenstein omawiały plany jakiejś demonstracji w obronie praw zwierząt. Były trochę takimi hipiskami-aktywistkami. Prawie ich nie znałem, poza tym, że raz w szóstej klasie chodziłem z nimi od drzwi do drzwi w ramach kampanii popierającej Cory’ego Bookera. W sumie nieźle się wtedy bawiliśmy, ale teraz nawet nie mówiliśmy sobie „cześć”.
Pojęcia nie mam dlaczego. W liceum już jakoś tak jest.
Jedyną osobą, która w ogóle zauważyła moją obecność, był Niko Mills. Pochylił się i skinął w stronę mojego buta gestem w stylu „taki jestem cool, że nawet się nie odzywam”. Spojrzałem w dół i oczywiście but był rozwiązany. Zawiązałem sznurowadło. Powiedziałem „dzięki” i natychmiast wetknąłem sobie do uszu słuchawki, skupiając się na swoim minitabie.
Nie miałem Nikowi nic do powiedzenia, a wnioskując z jego zachowania, on też nie miał nic do powiedzenia mnie. Z tego, co słyszałem, Niko mieszkał z dziadkiem w chacie u podnóża Mount Herman. Podobno polowali, żeby zdobyć jedzenie, nie mieli elektryczności i używali porostów zamiast papieru toaletowego. Czy coś w tym stylu. Ludzie nadali mu ksywę „Dzielny Myśliwy” – całkiem nieźle pasowała do jego szczupłej, żylastej, wyprostowanej sylwetki i zestawu brązowa skóra plus brązowe oczy plus brązowe włosy. Nosił się z pewnego rodzaju sztywną dumą, jaką zaczyna się przejawiać, gdy nikt się do ciebie nie odzywa.
Zignorowałem więc Dzielnego Myśliwego i próbowałem włączyć minitaba. Ale wyglądało na to, że padła bateria, co było dość dziwne, bo przecież odłączyłem go od ładowarki na chwilę przed wyjściem z domu.
Potem usłyszałem to stuk, stuk, stuk. Wyciągnąłem słuchawki, żeby lepiej słyszeć. Stukanie przypominało deszcz, ale było bardziej metaliczne.
A potem stuk, stuk zmieniło się w STUK, STUK, a pan Reed wrzasnął:
– Jezu Chryste!
Nagle w dachu autobusu pojawiły się wgniecenia – ŁUP, ŁUP, ŁUP – a na przedniej szybie pajęczyna pęknięć. Z każdym ŁUP szyba się zmieniała jak na pokazie slajdów – pajęczyna rosła i stawała się coraz bardziej biała, a dziury były już na wylot.
Spojrzałem w okno obok mnie.
Ulicę bombardował grad, lodowe kulki miały bardzo różne rozmiary – od malutkich grudek po wielkość typu to-nie-może-być-grad.
Samochody zupełnie wariowały. Pan Reed, który zawsze miał ciężką nogę, wcisnął gaz zamiast hamulca, czyli dokładnie na odwrót niż pozostali kierowcy.
Nasz autobus przemknął przez skrzyżowanie, przejechał drugi pas i wylądował na parkingu lokalnego hipermarketu Greenway. Panowały tu niemal zupełne pustki, bo było dopiero piętnaście po siódmej.
Obejrzałem się na Astrid i nagle zacząłem widzieć wszystko w zwolnionym i przyśpieszonym tempie jednocześnie.
Autobus wpadł w poślizg i zakręcił się. Wirowaliśmy coraz szybciej, aż żołądek mi podszedł do gardła. Plecy miałem przyciśnięte do szyby. Przez jakieś trzy sekundy kręciliśmy się jak w wesołym miasteczku, po czym walnęliśmy w latarnię i rozległ się metaliczny huk.
Chwyciłem oparcie fotela przede mną, ale i tak poleciałem w powietrze. Inne dzieciaki też. Nie było słychać krzyków, tylko jęki i głuche uderzenia.
Runąłem na bok, ale jakimś cudem walnąłem w dach. Potem zrozumiałem, że to autobus przekręcił się na burtę i tak sunął po asfalcie. Zatrząsł się i zatrzymał. Grad, który dotąd dawał łupnia dachowi, teraz zaczął dawać łupnia nam.
Ponieważ autobus leżał na boku, lodowe kule wpadały przez okna, bo szyby były raczej słabe. Część moich kolegów z klasy była już przysypana warstwą gradu i szkła z potrzaskanych szyb.
Miałem szczęście. Fotel obok mnie był źle zamocowany, udało mi się go przewrócić i pod nim schować. Grudki lodu, niektóre małe jak kulki do gry, inne wielkie, nieregularne, były szare od czegoś w środku. Słychać było wrzaski i krzyki. Wszyscy próbowali się chować pod obluzowane fotele lub przyciskali do dachu, który był teraz ścianą. Brzmiało to tak, jakby zasypywała nas lawina kamieni. Miałem wrażenie, że ktoś okłada kijem baseballowym fotel, pod którym się schowałem.
Przechyliłem głowę i spojrzałem na pozostałości przedniej szyby. Przez białą ścianę gradu na zewnątrz widziałem, że autobus podstawówki – autobus Aleksa – jakimś cudem jedzie dalej. Pani Wooly nie straciła kontroli nad pojazdem tak jak pan Reed. Jej autobus przejeżdżał właśnie przez parking w kierunku głównego wejścia do Greenwaya.
Pani Wooly chce wjechać do budynku, przemknęło mi przez myśl. I zrozumiałem, że chce w ten sposób schować dzieciaki przed gradem. I udało jej się. Autobus roztrzaskał szklane drzwi hipermarketu i wjechał do środka. Alex jest bezpieczny, pomyślałem. Dobrze.
Potem usłyszałem smutny, jękliwy dźwięk. Podsunąłem się do przodu i spojrzałem w stronę fotela kierowcy. Przód autobusu był wgnieciony w miejscu, gdzie uderzyliśmy w latarnię. To pan Reed wydawał ten dźwięk. Utknął za kierownicą, a krew lała mu się z głowy jak mleko z kartonu. Po chwili ucichł. Ale nie mogłem teraz o tym myśleć.
Zamiast tego spojrzałem na drzwi autobusu wciśnięte w chodnik. Jak się wydostaniemy? – myślałem. Nie mamy jak wyjść. Przednia szyba była zasłonięta maską autobusu. Wszystko było powyginane. Utknęliśmy w zgniecionym, przewróconym autobusie.
Josie Miller wrzeszczała. Pozostałe dzieciaki instynktownie schowały się przed gradem, ale Josie siedziała i wyła pod grudami lodu. Była cała zalana krwią, ale zrozumiałem, że nie własną, bo próbowała wyciągnąć czyjąś dłoń spomiędzy dwóch zgniecionych siedzeń. Przypomniałem sobie, że przecież obok niej siedziała Trish. Ręka była bezwładna niczym kluska i wyślizgiwała się z dłoni Josie. Trish z całą pewnością już nie żyła, ale do Josie to nie docierało.
Z bezpiecznej pozycji pod przewróconym fotelem ten kretyn Brayden, który zawsze się przechwala, że jego tata pracuje dla NORAD-u, wyciągnął swojego minitaba, żeby nagrać, jak Josie się drze i próbuje złapać śliską rękę. Olbrzymia gradowa kula uderzyła Josie w czoło i na jej ciemnej skórze pojawiła się różowa rana. Krew zalewała jej twarz. Wiedziałem, że grad ją zabije, jeśli będzie tak siedziała nieosłonięta.
– Chryste! – Brayden wściekał się na minitaba. – Włącz się wreszcie!
Wiedziałem, że muszę się ruszyć. Pomóc jej. Ruszyć.
Pomóc.
Ale moje ciało nie reagowało na polecenia mózgu.
Potem Niko się wychylił, chwycił Josie za nogi i wciągnął pod powyginany fotel. Tak po prostu. Sięgnął, pociągnął ją za nogi i wziął na ręce. Trzymał ją tak, a ona łkała. Wyglądali jak bohaterowie horroru.
To jakoś wyrwało wszystkich z otępienia. Teraz nagle wszyscy próbowali się wydostać. Astrid przeczołgała się na przód autobusu. Próbowała kopniakami odrzucić maskę od szyby. Zobaczyła mnie pod fotelem i krzyknęła:
– Pomóż mi!
Patrzyłem na jej usta. Na kolczyk w nosie. Na poruszające się wargi. Chciałem powiedzieć:
– Nie. Nie możemy wyjść. Musimy zostać tu, gdzie mamy się pod czym schować – ale nie mogłem wydobyć z siebie ani słowa.
Wstała i krzyknęła na Jake’a i jego grupę:
– Musimy się dostać do hipermarketu!
– Nie możemy wyjść! – udało mi się w końcu wycharczeć. – Grad nas pozabija.
Ale Astrid już była na tyłach autobusu.
– Spróbujcie wyjściem ewakuacyjnym! – krzyknął ktoś.
Jake już ciągnął drzwi z tyłu autobusu, ale nie mógł ich otworzyć. Przez chwilę – nie wiem jak długą – panował zupełny chaos. Poczułem się dziwnie. Jakby moja głowa unosiła się ponad tym wszystkim na długim sznurku od balonu.
A potem usłyszałem zabawny dźwięk. Takie bip-bip-bip, jakby wycofywał się szkolny autobus. Dziwnie było to słyszeć przez dudnienie gradu i wrzaski. Bip-bip-bip, jakbyśmy byli na parkingu podczas wycieczki do Mesa Verde i autobus się wycofywał. Bip-bip-bip, jakby wszystko było jak zwykle. Normalnie.
Zmrużyłem oczy i zobaczyłem, że to pani Wooly wycofuje swój autobus w naszą stronę. Znosiło ją dość mocno na prawo i widać było wgniecioną maskę po tym, jak autobus wbił się do hipermarketu. Ale jechał.
Przez dziurę, przez którą patrzyłem, zaczął wlatywać czarny dym. Zaniosłem się kaszlem. Powietrze było ciężkie. Oleiste. Niemiłosiernie piekło mnie w płucach. Powinienem teraz iść spać, pomyślałem. Nie mogłem się uwolnić od tej myśli. Wydawała się taka logiczna. Powinienem pójść spać.
Krzyki innych stały się głośniejsze:
– Autobus się pali!
– Zaraz wybuchnie!
– Umrzemy!
I pomyślałem sobie: Nie szkodzi. Tak, umrzemy. Ale to nie szkodzi. Wszystko w porządku. Tak powinno być. Wszyscy umrzemy.
Usłyszałem walenie. Uderzanie metalu o metal.
I:
– Ona próbuje otworzyć drzwi!
I:
– Pomocy!
Zamknąłem oczy. Zupełnie jakbym spadał w wodę. Zrobiło mi się tak ciepło. Tak przytulnie.
A potem ostre światło. I zrozumiałem, w jaki sposób pani Wooly udało się otworzyć drzwi awaryjne. W rękach trzymała siekierę.
Usłyszałem, jak wrzeszczy:
– Wsiadać do autobusu.







