Być może Wszechświat jest niczym innym, jak tylko Snem pewnej Istoty? Jeśli tak, to kim jest owa postać, czym w rzeczywistości jest jej Sen? Sztuczną inteligencją? Umysłem? Jeśli to prawda, to kim w tym Śnie jesteśmy my?
Sen o Niczym to pierwszy tom pasjonującej trylogii Pan Snów, która prowadzi czytelnika po labiryncie skomplikowanej, wielowymiarowej rzeczywistości sennego imperium.
Inspirowana bajeczną grą Wiedźmin, intrygująca opowieść o naszym uniwersum, to nie tylko rzecz o funkcjonowaniu Wszechświata – to także historia mitycznych nacji i gatunków: Krasnoludów, Wampirów, Elfów Słonecznych i Błędnych, a nade wszystko potężnych bohaterów: Ostatniego Strażnika i Ostatniego Smoka.
Czy wszyscy znają teorię Wielkiego Wybuchu i naukową opowieść o powstaniu wszechświata?
Z pewnością, lecz teraz należy wzbogacić ją o nowe informacje…
Autorka o książce:
Pierwszą inspiracją był „Władca Pierścieni”, potem „Najdłuższa Podróż”, a na końcu „Wiedźmin”. Do tego dochodzi moc drobnych wpływów – każdy z nas stanowi zlepek takich – ale te trzy są kluczowe. Przy czym często mam tak, że coś wymyślę, a niedługo potem znajduję gdzieś coś podobnego. Pewnie dlatego „Najdłuższa podróż” zrobiła na mnie naprawdę gigantyczne wrażenie, wcześniej, zanim poznałam tę grę, postać mojego Ostatniego Strażnika Równowagi zaczęła kiełkować mi w głowie. A potem nagle poznaję April Ryan, niedoszłą Strażniczkę Równowagi, która przechodzi podobny kryzys wewnętrzny, co mój Strażnik. Dziesięć lat temu, gdy to się działo, to było dla mnie niesamowite zjawisko. Ich światy są kompletnie różne, ale zawsze myślałam, że ten mój biedny Strażnik, który u nikogo nie znajduje zrozumienia, odnalazłby je właśnie u April Ryan. Między innymi dzięki temu ta gra kompletnie mnie oczarowała. Oczywiście, motyw Strażnika Równowagi czy Śniącego jest powszechny, ale mój pomysł ma powiązania jedynie tutaj.
Magdalena Świerczek – pierwszy wiersz napisała w wieku 9 lat, pierwszą książkę – 11, na rynku wydawniczym zadebiutowała, mając lat 20. Wychowała się, jak mówi, w małym miasteczku na odludziu. Skończyła filozofię i bezpieczeństwo narodowe w Krakowie. Prowadzi kilka blogów, jest autorką poezji, tańczy, fotografuje. Uwielbia Halinę Poświatowską i Tolkiena. Obecnie pisze pracę magisterską z etyki na temat problemów etycznych w twórczości SF Stanisława Lema.
Uwaga! Zanurzając się w świat snu, odkrywamy także cząstkę nieznanej dotąd wiedzy o nas samych, zatem, jeśli macie odwagę – oddychajcie głęboko i zamknijcie oczy na wszystko prócz tego Snu…
Magdalena Świerczek
Pan Snów Tom I
Sen o Niczym
Wydawnictwo Papierowy Księżyc
Premiera: maj 2014
Część I
Faza NREM
Rozdział 1. Król Słońca i Bóg Nocy
– Mamy skoczka.
– Zbawiony, czyźli Potępiony? – spytałem bez zainteresowania.
– Zbawiony. Męczennik podobnież. W wielkich bólach ze świata zszedł.
– Mówił, gdzie najpierw trafił?
– Do Rzeki Hajleny. Blisko miał skoczyć, poturbowany nie jest… Przynajmniej nie ode skoku… – Shisha zmarkotniał.
– Hajlena nie przyjęła męczennika? – zdziwiłem się chłodno. – Chora czy co?
– Strażniku, miesiąc już, jak Hajleny nie ma. Rzeka jej struta, jeszcze cała, ale popękana. Słodka Hajlena nie zniosła tego, na jaworze zwisła.
Poczułem, jakby ktoś dał mi w twarz.
– Nikt mi słowa nie rzekł?!
– Strażnik tam na pogrzeby niechętny, każdy wie – Shisha zaczął się szybko tłumaczyć, przerażony, że to na niego spadnie odpowiedzialność. – Zwłaszcza w inne Rzeki chybać. A o śmierci, tom myślał, że pan Seth powiedział.
– Sahy’ra! – przekląłem, ledwo nad sobą panując, ale i odczuwając ulgę, że mogę skierować gniew i żal na przyjaciela. – Seth w matkę się bawi, Równowagą go niedługo zwać trzeba będzie.
– Charakteryjniki ście obaj. Zechcesz przywitać skoczka, panie, a może wielmoża Setha do czarnej roboty zwołać?
– Nie, nie… Ledwo dziś nad ranem nowy portal skończył, whisky z Głównej Ziemi ściąga. W tych okolicznościach… – zamrugałem szybko. – Flaszki będą mi potrzebne. Daleko ten skoczek spadł?
– Nad Okami.
– Oczami, Shisha – poprawiłem go automatycznie. – Za daleko. Postąp tu do mnie, skorzystamy z teleportu Setha.
– Oj, nie wiem, Strażniku, czy radę dam. Głowę mam dziś słabą…
– Bo popalasz chwasty Setha, co je tak hoduje czule na święto Kabuli. Nie bój się, gównem mnie to tyka, słowa mu nie rzeknę. Po prostu nie denerwuj mnie i chodź tu. Kaca mam, też nie lepiej się czuję.
Drżała mi ręka, gdy brałem z ławy lusterko. Widziałem przed oczami uroczą twarz Hajleny, którą tyle razy zamykałem w dłoniach. Czułem jej serce, mimo wszystkiego, co ją spotkało czyste, bijące tuż obok mojego. Całe Cykle temu, ale pamiętałem ją, jakbym dotykał jej ciała i zaglądał w duszę ledwie wczoraj.
Zwierciadło samo wyślizgnęło mi się z palców, nie musiałem nim rzucać o posadzkę. Shisha nic nie zauważył, czemu nijak się dziwić, skoro miał przekrwione, przejarane oczy. Lusterko rozprysło się na chłodnym kamieniu, a drobinki tafli stworzyły cieniutką ramę owalnych drzwi wysokości rosłego mężczyzny. Wewnątrz zakotłowała się różnobarwna energia, po chwili tworząc w oddali obraz czterech jezior, ku którym zmierzaliśmy. Złapałem Shishę mocno za ramię i pociągnąłem za sobą w portal.
Przejście jak zwykle przypominało chwilowy marsz pod lodowatym wodospadem. Przyniosło pewne ukojenie mojej pulsującej bólem głowie, ale oziębiło serce. Niczym odruch bezwarunkowy wraz z chłodem przyszły fałszywie obojętne rozmyślania. Jakbym był zombie.
Czy moje serce nie jest już tak ścięte lodem, że nie powinienem odczuwać zimna beznadziei?
Jaki jest następny stopień zamarzania po lodzie? Przecież to, że temperatura, która mogłaby zmienić jego konsystencję, jest niewyobrażalna, nie znaczy, że nie istnieje.
Konsystencja, której nic już nie cofnie.
Oczy skąpane były w wiosennym, przejrzystym świetle słońca, spokojne i ciche. Rozlewały się w idealne okręgi na planie kwadratu na bujnych łąkach, które nazwałem Polami Elizejskimi. Znajdowały się przy samym Lotnisku, jednorazowego użytku, który nie miał nastąpić. Roli tego miejsca nie znał nikt prócz mnie, tak samo jak przeznaczenia wielkiej, poszarpanej skały pośrodku jezior, nie stworzonej przeze mnie. Przypomniałem sobie, z jak daleka i z jakim wysiłkiem musiałem ją przywlec, w którym przeklętym, zapomnianym przez Równowagę miejscu jej szukać. Poczułem kolejne ukłucie kąśliwego mrozu w piersi. Na co mi te starania? I tak mnie nie znajdzie, nawet nie będzie chciał…
– Strażnik Równowagi? Trzeci brat Joshui?
Człowiek, za którego plecami się teleportowaliśmy, miał nieprzyjemny głos, drażniący uszy, świadczący o naderwanych strunach głosowych. Gdy się ku niemu odwróciłem, stwierdziłem, że równie odpychająco wygląda. Rozpoznałem w nim katowanego Żyda. Miał pełną plam i szram twarz, blade, mętne oczy, nadpaloną brodę oraz dziwacznie powykrzywiane ciało, jakby ze źle zrośniętą większością kości. Hajlena z pewnością go uleczyła, gdy do niej trafił, aczkolwiek zagłębiając się w Nurt Rzeki, którą użytkowałem, każdy przechodził przez ścianę autentyczności, amena’h. Sprawiała, że przybysz stawał się wcieleniem swej głównej duszy, by można było zdemaskować ewentualnych agresorów. Schemat mego Snu nakazywał najpierw o wszystkim powiedzieć, dopiero potem ingerować, dlatego musiałem olać żałosny stan skoczka.
Schemat… Samo to słowo, nawet jedynie pomyślane, doprowadzało mnie do szaleństwa. Jak wszelkie emocje we mnie, zdawało nieme i chłodne, jakby stanowiło swą doskonałą formę lub własne przeciwieństwo.
– Jesteś piękniejszy, niż opisywała Hajlena – wychrypiał przybysz. – Cieszę się, że tu trafiłem, Królu Słońca.
Ukłucie w mostku. Właściwie już tylko Hajlena tak się o mnie wyrażała. Zanim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć, Żyd błyskawicznie zinterpretował cień, jaki musiał przebiec po mej twarzy.
– Powiedziała, że spytasz, czy cierpiała. Cierpiała o wiele mniej niż ty i tylko chwilę. Tak kazała powiedzieć. A jeśli chodzi o coś, co mogłoby nastąpić po lodzie… Skoro naszym światem rządzi Równowaga, to i musiałoby istnieć coś lżejszego i cieplejszego od pary. Powinieneś mieć to na uwadze.
Z trudem przełknąłem ślinę i niechętnie spojrzałem w jego wyprane z koloru oczy.
– Jesteś… – zacząłem, ale znów mnie uprzedził.
– Bez obaw, nie czytam w myślach, czuję jedynie emocje. Jestem empatą, Strażniku.
– Twoje życie musiało być smutne, jeśli oprócz swojego bólu czułeś także cudzy – mruknąłem; dosłyszałem w swoim matowym głosie słabą nutę zazdrości.
– Nie wypełniał mnie smutek – odparł empata. – Nie stałem się popękaną rzeźbą z lodu. Ja nigdy się nie poddałem.
Pięciu ludzkich rybaków, stojących ze spuszczonymi głowami westchnęło, każdy na swój sposób. Żaden z nich nie śmiałby rzucić mi takiej aluzji. Dwóch Elfów Godnych patrzyło mi prosto w oczy, nie okazując nawet cienia emocji, ale wiedziałem, o czym myślą. Bezgłośnie odetchnąłem głębiej, by nie zaszkliły mi się oczy. Oczy to lustra. Tak jak otaczające nas jeziora miały być lustrem dla kogoś, kto najpewniej nie spojrzy w nie nigdy. Gdyby i w moje nikt nie patrzył…
– Zapraszam cię na skraj Wenecji, do Pałacu ze Szkła. Wyjaśnię ci prawa rządzące Snem Strażnika – wyrzuciłem z siebie z trudem, jak przegrzany automat.
– Będę zaszczycony, Najwyższy.
Przepuściłem go, by pierwszy wszedł do portalu. Shisha, zerkając trwożliwie na mnie, ruszył za nim. Przebyłem lodowatą toń jako ostatni, wciąż czując we wnętrzu dłoni gładką skórę Hajleny.
Przygotowała go. Opowiadała mu. Znalazła na to czas, lecz nie miała go, by się ze mną pożegnać. By choć dać znać, że Zatrucie dotarło w tym Cyklu do jej Rzeki. Że już dłużej nie da rady. Cóż za klarowne zaprzeczenie. Przygotować jakiegoś umęczonego Żyda na zadręczonego Strażnika, a nie pomóc Strażnikowi poczuć się choć odrobinę lepiej. Zdjąć z barków dodatkowe, nieznośne ukłucia mrozu, spowodowane jej śmiercią.
Samobójstwem. Słowo to pieściło moją duszę jak matka odnaleziona po latach, a jednocześnie kalało ją, niczym twoje marzenie, które spełnia ktoś inny.
Poprowadziłem przybysza przez kilka długich korytarzy do biblioteki, ponieważ tam wisiały mapy i stała największa, najprawdziwsza w świecie, ziemska lodówka, po brzegi wypełniona przeróżnego rodzaju winem i browarem. Czułem, jak rozgląda się, zaintrygowany.
– Lustra – powiedział cicho. – Wszędzie szkło i weneckie lustra…
Wskazałem mu bardzo miękką, obitą brązową skórą sofę pod ścianą, na której wisiał pejzaż Gefrezis, Doliny Strumienia w Kręgu Równowagi. Skoczek zachwycał się nim przez chwilę, nim usiadł, podczas gdy wyjmowałem z lodówki półsłodkie, hiszpańskie wino. Shisha zdążył już zniknąć. Poszedł do Setha, pomyślałem i prychnąłem w duchu. Pobiegł go ostrzec, że ma przejebane.
Napełniłem wysokie, kryształowe kieliszki i usiadłem obok Żyda, nie patrząc na niego. Podałem mu wino.
– Wyśmienite. Ziemskie – orzekł, z trudem hamując łapczywość łyków.
– Seth sprawia mi takie prezenty. Zapewne wiesz, kim jest Seth Irinina.
– Tak, Strażniku. Bogiem Nocy.
– Chrzań tę pompatyczność, człowieku – mruknąłem ze znużeniem. – Jak ci na imię?
– Rafael. Zawsze witasz skoczków?
– Witam Zbawionych. Potępieni należą do Setha. Irinina zawsze kochał tych, którzy ani krzty na to nie zasłużyli.
Utkwiłem wzrok w arrasie przedstawiającym me narodzenie. Mężczyzna przekrzywił głowę i poczułem intensywność zaciekawionego spojrzenia. Tak robi pies, mimowolnie pomyślałem. Nie potrafiłem się powstrzymać przed określeniem, jakie wypłynęło mi na powierzchnię zdrętwiałych od wewnętrznego ziąbu myśli: żydowski kundel. I obawy, że pewnie ma pchły.
Aż tak zepsuło mnie to obrzydliwie, przeciągające się trwanie, że potrafiłem być takim prostakiem? Wciąż kipiał gdzieś we mnie gniew, choć nie miałem szans znaleźć go pod grubą taflą lodu?
– Posłuchaj, Rafaelu. Znajdujesz się w Rzece przeznaczonej na trwanie wolnych istot i wasze Niebo. Zagospodarowałem ją i zamieszkałem w niej, tworząc w niej świat na swój sposób. Jestem jednym z trzech Śniących, istniejących w granicach WszechRzeki. Wyśniłem, czy też, używając żargonu mieszkańców, poruszyłem w tej Rzece wszystko i wszystkich. Przeto często zwą mnie Poruszycielem. Najwyższy, Strażnik i Ostatni to także popularne zwroty. Bliscy zwracają się do mnie imieniem w języku wysokim: Khazan. Jak Seth chce mnie wkurzyć, wymawia je w narzeczu niskim… Nie ważne. Wszyscy myślą o mnie odrobinę jak o Bogu, bo poruszyłem ich nieruchome dusze, ale moim życzeniem jest, by traktowali mnie jedynie jako Ostatniego Strażnika. Nie stanowię Boga w znaczeniu, jakie znasz. Panuje tu deizm. Rozumiesz?
– Sądzę, że tak. Zapełniłeś swój świat istotami i dałeś im wolną rękę. Jakbyś wypełniał pustkę wokół siebie po prostu, by przestała nią być.
Mięśnie szczęki lekko mi stężały. Upiłem sporo wina, zanim znów podjąłem swoją standardową, nudną przemowę.
– Aby nie znaleźli mnie ci, którzy uważają, iż nie żyję, przyjmuję Zbawionych, tak, jak pierwotnie miało być w tej Rzece. Przez to, że w każdym Cyklu postępuje Zatrucie i nie minie tej Rzeki, przyjmuję na zapas Potępionych, żeby nie rzucać się w oczy. Zbawieni żyją w tym samym deizmie, co wszyscy. Potępieni mają swoją ziemię, którą im dałem i jedyny dodatkowy warunek, jaki przyszło im spełniać, to pozostawanie na niej.
Jego kiwnięcie głową, mój łyk wina.
– Wszystkie istoty, poruszone bądź nie, traktują mnie jak sąsiada, który kompletnie ich ignoruje. Między sobą mówią, co chcą, ale wobec mnie zachowują chłodny szacunek, mający świadczyć o podobnej obojętności. Tak okazują mi wdzięczność za to, że istnieją. Jak pewnie wiesz, poruszyłem tutejsze istoty z biernych dusz, tych, dla których brakło miejsca czy zastosowania na początku Cyklu lub zostały zapomniane. Chłodny szacunek oznacza też, że nie wypowiadają przy mnie swojego zdania na mój temat. Przez Hajlenę mogłeś wyrobić sobie jakiś osąd, nie znając mnie, pod silnym wpływem jej opinii. Proszę, byś go porzucił i przyjął obowiązujące tu zasady.
– Wybacz mi, Strażniku – powiedział natychmiast Żyd, jakby wcześniej doskonale zdawał sobie sprawę z tego, co powiem i dokładnie wiedział, kiedy się odezwać. – Rozumiem, że posunąłem się za daleko. Czy mogę jednak o coś spytać?
– No pewnie. Zapewne nigdy więcej nie będziemy rozmawiać, możesz też więcej mnie nie zobaczyć.
– Dlaczego tu jesteś, panie? Czytałem u Hajleny o tym wszystkim, o tobie jako Czwartym, Ostatnim Strażniku, o wędrówce, Pradawnym, walce, jaką nieustannie podejmujesz. A nagle spotykam cię w małej Rzeczce, zamkniętego w weneckich lustrach i lodowym sercu.
– Łamiesz zasady – bardziej westchnąłem, niż warknąłem.
– Wiem. Ale możemy nigdy więcej już nie rozmawiać.
Czułem, jak obezwładnia mnie znajoma rzecz: robiłem się koszmarnie, odrętwiająco zmęczony. Mimo to postanowiłem odpowiedzieć. Szczerze. A potem natychmiast wyrzucić tego człowieka z Pałacu. Już miejscowi wszystko mu wyjaśnią, pomyślałem. Będzie miał aż zadość. Każdy wokół posiadał zawikłane zdanie na mój temat, które to na szczęście nic mnie nie obchodziło.
– Cykl powtarza się w kółko. Przeżyłem to miliard razy. Zostaję stworzony na siłę, słaby, z gasnącego ognia. Wygnany, błąkam się jak przybłęda po Rzece Głównej, wsiąkam w Ziemię, walczę i przegrywam – zrobiłem krótką pauzę, badając, czy odczuwam cokolwiek, mówiąc o tym; przez pokrywające moją świadomość kry nie przebiło się zupełnie nic. – Za każdym razem. Skazany na robienie tego do końca, który nigdy nie nadejdzie. Próbowałem, Rafaelu. Próbowałem wyzwolić nas z niespełniającego się Snu Twórców Rzecznego Systemu, Wielkich Śniących. Tyle razy, że nie pamiętam pierwszego. Nie pamiętam nawet, jak to jest mieć nadzieję na zwycięstwo. Dlatego poddałem się, jak słusznie zauważyłeś. Od kilkunastu Cykli przybywam tu na Czas Bez Schematu(5) i mam zamiar robić to… póki będę istniał. Znalazłem dobro, jakie mi się udaje: śnię niepotrzebnym nikomu duszom życie. I mieszkam między nimi, kojąc stratę, beznadzieję, bezradność oraz pustkę. Czy ta odpowiedź cię satysfakcjonuje?
Żyd odstawił pusty kieliszek na szklaną posadzkę, splótł poranione ręce na wychudzonej piersi i obdarzył mnie badawczym spojrzeniem, szukając emocji, których najwidoczniej nie wyczuwał. Zupełnie jak Seth. Powodzenia, zadrwiłem w duchu.
– Hajlena bardzo cię kochała, Strażniku – wychrypiał niespodziewanie. – Kazała ci powiedzieć także i to, że nigdy nie uwierzyła w twą lodową maskę. Nie wierzyła, że nikogo już nie kochasz. Wybaczyła ci, iż odciąłeś ją od siebie w ostatnich Cyklach. Pamiętała te Czasy Bez Schematu, gdy byliście razem. Uprosiła Setha, by spróbował ocalić jej pamięć o tobie i udało się. Wybaczyła ci, gdyż uważała, że nadal kochasz wszystkich za bardzo. Tylko zwariowałeś od tego, że nie możesz nam pomóc.
Wstałem, napełniłem ponownie swój kieliszek i przyłożyłem dwa palce do skroni.
– Seth? – spytałem w przestrzeń.
Niemal natychmiast zjawił się w uchylonych drzwiach, w niczym wyciągniętej psu z gardła, szarej koszuli, z równie pomiętą skórą przepitej twarzy. Żyd mocno wypuścił powietrze, wpatrując się w niego z zachwytem i chłonąc całym sobą jego aurę. Żałujesz, żeś się tak bohatersko męczył za swego Boga, co? – pomyślałem, brzydząc się sobą, ale nie mogąc się powstrzymać. Żałujesz, żeś pod opiekę Boga Nocy, do ziemi potępieńców nie trafił?
– Seth, zaklęcie zapomnienia – oznajmiłem beznamiętnie. – Na farmazony, które o mnie naopowiadała mu Hajlena.
Irinina(6) spojrzał na Rafaela z cieniem współczucia, który oczywiście zaraz zlikwidował, czując mój palący wzrok. Jego oczy błysnęły krótko zielenią, a Żyda na moment zmętniały.
– Pozostaje mi tylko powitać cię w Krainie Strażnika i życzyć przyjemnego istnienia. Tubylcy zaopiekują się tobą. Shisha odprowadzi cię do wyjścia i sprowadzi do miasta – powiedziałem miękko, rad, że mogę już pozbyć się skoczka i popaść w niczym niezakłócane otępienie.
Przymknąłem powieki i dałem ponieść się niezwykłej, paraliżującej pozarzeczną emocją intuicji Śnienia. Gdy ponownie spojrzałem na Rafaela, stanowił okaz zdrowia i urody. Ubrałem go na modłę miejscowych kapłanów, wyzbywając potarganych szmat. I zlikwidowałem brodę. To było silniejsze ode mnie.
Żyd skłonił się i wyszedł do czającego się za drzwiami Shishy. Seth spróbował odwlec cios, bombardując mnie pytaniami.
– Zapytałeś go o cokolwiek? Jak umarł? W jakich czasach? Na której Ziemi? Czy gównem cię to tyka?
Wciągnąłem się na wysoką półkę koło sofy, w połowie zawaloną ziemskimi tomami filozoficznymi. Oparłem plecy o chłodne lustro i wychynąłem drugi kieliszek do dna. Wino potęgowało znużenie, ale i tworzyło mgłę zbawiennie oszałamiającą mój umysł. Dopiero po chwili oddania się powracającemu zmuleniu spojrzałem na Setha. Podszedł nieco bliżej, założył ręce na pierś i oparł się o drewnianą, rzeźbioną szafkę, która skrywała lodówkę. Nie skupiał dobrze na mnie wzroku. Zalał się whisky szybciej, niż ja zdążyłem sięgnąć dziś po cokolwiek.
– Kiedy miałeś zamiar powiedzieć mi o Hajlenie? – spytałem zimno.
Irinina nawet nie mrugnął. Długo milczał, gapiąc się na mnie tym przymulonym Jackiem Danielsem wzrokiem. Uderzyło mnie, iż przyzwyczaiłem się do niego. Patrząc na niego, będąc blisko, nie odczuwałem zachwytu, rozkoszy, jaką czuje ciało, gdy na kark spływa gorąca woda. Jego czar nie wpływał na mnie. Idealne rysy jedynego z mojego gatunku, którego było mi jeszcze dane oglądać, niemożliwe dla mnie do wyśnienia. Aura wnikająca w duszę jak ambrozja. Nic. Któż nazwał Irininą, czyli Grozą, tak miłe życiu stworzenie? Kto pchnął je w tą beznadziejną tułaczkę ze mną, by powoli umierać? Znałem odpowiedzi na te pytania. Na samą myśl o Pradawnym ześliznąłem się z półki, minąłem Setha i złapałem za butelkę z winem, wychylając ją do dna.
– Byłeś smutny. Chciałem to przeczekać – usłyszałem zza pleców. Przybrałem prawie uprzejmy, urzędowy ton.
– Według wszelkich istot tej Krainy ja zawsze jestem smutny. Ty jeden stanowisz wyjątek co do tej opinii. Schlebiasz mi.
– Nie zawsze jesteś smutny – stwierdził, papugując moją sztuczną barwę głosu. – Zawsze zalewasz robaka. Smutny jesteś… przeważnie.
Zwróciłem się ku niemu i skrzywiłem, z pewnością paskudnie, wpatrując w jego plecy.
– Seth, kiedy ostatni raz miałeś kaca? – spytałem słodko.
– Nie pamiętam.
– Bo to ty zawsze jesteś napruty. Ja mam kaca niemal codziennie.
Odwrócił się do mnie, wykrzywiając twarz w równie złośliwym grymasie. Zupełnie nie pasował do jego rysów. Gdyby przydzielano zajęcia zgodnie z wyglądem, Seth winien byłby utulać niemowlęta do snu, ciamkając im nad główkami urocze kołysanki.
– Dlatego, że kochasz cierpieć – wycedził. – W każdy sposób. Pieprzonego kamienia z buta byś sobie nie wyciągnął, byleby cię coś uwierało. Dobrze, że łaskawie stworzyłeś świat z kacenjamerem, inaczej pewnie wypruwałbyś sobie na żywca bebechy zakrzywionym gwoździem albo sadził tulipany z opróżnionych butelek.
Mięśnie barków, szyi i szczęki boleśnie mi stężały.
– Seth, mój najwspanialszy przyjacielu, skoro tak cudownie mnie znasz, jakbyś był metafizycznym rentgenem, to dlaczego nie powiedziałeś mi o Hajlenie? Przychodzi jakiś Żyd, co wygląda, jakby mu przetrącono wszystkie gnaty obuchem i gada o ostatnich słowach Hajleny. Naprawdę wolałeś, żebym tak się dowiedział? Powiedz, ile czasu przed jej samobójstwem wiedziałeś, że jej świat się rozpada? Że jest już illuvia’h? Ile sztuczek zrobiłeś, jarmarczny kuglarzu, żebym nic a nic o tym nie usłyszał? Może jeszcze się z nią widziałeś? Pożegnałeś? I dlaczego, do kurwiej nędzy, dałeś jej pamięć o mnie? Nie zrobiłaby tego, gdyby mnie nie pamiętała. Porzuciłem ją, by przeżyła. Zabiłeś ją mną.
Seth z niedowierzaniem wgapiał się w moje oczy, którym w końcu udało się zaszklić. Oczy są lustrem. To zdrajcy.
– To odebranie wpomnienia o tobie by ją zabiło. A nie powiedziałem ci, bo chciałem właśnie tego – niemal wyszeptał, jakby wypowiadał się wobec świętej relikwii. – Zobaczyć w tobie jakąkolwiek emocję. Ze swoim żalem zamknąłbyś się w domu bez okien, gdzie tkwi twoja dusza, ale gniew musiał wypełznąć spod drzwi jak trujący gaz. A nie łatwo cię podburzyć do gniewu.
Ukłucie mrozu w piersi. Tego dnia najsilniejsze. Oczy natychmiast mi wyschły, tak jak woda tężeje pod wpływem zimna.
– Wspaniale, że choć jeden z nas jest szczęśliwy – powiedziałem obojętnie. – Szczęśliwi wydajniej pracują. Może więc wrócisz do pracy?
Z ociąganiem spuścił wzrok i ruszył do drzwi. Dłonie wsadził głęboko do kieszeni.
Wiedziałem, że zaciska je w pięści.







