Fascynująca epicka opowieść o miłości, zdradzie i wierności młodzieńczym ideałom, osadzona w ogarniętej wojną domową zachodniej Afryce.


Brytyjski psycholog, Adrian Lockheart, którego małżeństwo sypie się w gruzy, przybywa do stolicy Sierra Leone, by nieść pomoc ludziom, którzy ucierpieli podczas działań wojennych. W kraju, w którym, jak wykazały niezależne badania, 99 procent populacji cierpi na zespół stresu pourazowego, nie okazuje się to wcale takie łatwe. Nie bez znaczenia jest również bariera kulturowa i językowa.

Po kilku tygodniach Adrianowi zostaje właściwie tylko dwoje pacjentów: umierający na zwłóknienie płuc profesor uniwersytetu Elias Cole, który opowiada mu historię swojego życia, widząc w nim w równym stopniu terapeutę co spowiednika, oraz Agnes, starsza kobieta cierpiąca na fugę dysocjacyjną, rzadką chorobę, której objawami są powtarzające się co pewien czas ucieczki z domu i późniejsza amnezja.

Cole wspomina pełne optymizmu lata sześćdziesiąte i spalającą go, toksyczną miłość do Saffii – żony charyzmatycznego kolegi, którego nienawidził i który na zawsze pozostał dla niego niedościgłym wzorem – ta historia staje się coraz bardziej mroczna i w końcu wysłuchujący jej psycholog zmienia się wbrew woli z terapeuty w śledczego. Coraz bardziej zagubiony i wątpiący w sens swojej misji Adrian poznaje miejscowego młodego chirurga, Kaia Mansaraya, nie znającego tego rodzaju wahań: swoją użyteczność mierzy liczbą pacjentów, którzy po operacji odzyskują władzę w rękach i nogach.

Jednak i Kai skrywa swoją mroczną tajemnicę. Świadczą o tym prześladujące go koszmary – Adrian, w którego przyszpitalnym mieszkaniu Kai często nocuje, prawie co noc słyszy, jak jego przyjaciel zmaga się z cieniami przeszłości. Okazuje się, że ponura trauma, którą przeżył Kai, doprowadziła do rozstania z jedyną miłością jego życia – piękną Nenebah, córką Saffii i Eliasa Cole’a…

Aminatta Forna
Pamięć miłości
przekład: Andrzej Szulc
Wydawnictwo Albatros
Premiera: 14 lutego 2014

ROZDZIAŁ 1

Na żelaznym łóżku wąskie prześcieradło przybrało kształt leżącego pod nim mężczyzny. Na nocnej szafce, przy wazonie ze sztucznymi kwiatami w jaskrawych kolorach leży niewielki stos kołonotatników. Ich okładki wytarły się od częstego używania, kartki pomarszczyły od wilgoci. W atmosferze pokoju unoszą się i formują wspomnienia. Leżący na łóżku człowiek opowiada historię. Nazywa się Elias Cole.
Adrian słucha. Jest tutaj nowy.
Elias Cole opowiada:

*

Pewnego ranka, idąc na uczelnię, usłyszałem piosenkę. Dobiegała z radia stojącego na mijanym przeze mnie straganie.
To była piosenka z dalekich stron, o utraconej miłości. Tak w każdym razie mi się wydawało, ponieważ nie rozumiałem słów. W niskich tonach melodii słyszałem rozpacz z powodu straty, jaką poniósł ten mężczyzna. A wysokie sugerowały, że to piosenka o czymś, co nigdy nie mogło się zdarzyć. Od lat już nie płakałem. Lecz tam i wtedy, na zakurzonej ulicy pełnej obcych ludzi, zebrało mi się na płacz. Ta melodia pozostała w mojej pamięci przez długie lata.
Podobnie dzieje się, gdy widzimy po raz pierwszy kobietę, o której wiemy, że moglibyśmy ją pokochać. Ludzie mylą się, mówiąc o miłości od pierwszego wejrzenia. To nie jest miłość ani pożądanie. Nie. Kiedy ta kobieta od nas odchodzi, czujemy, że coś tracimy. Mamy przeczucie straty.

Nigdy nie sądziłem, że usłyszę ponownie tę piosenkę. I nagle miesiąc, a może dwa miesiące temu, kiedy siedziałem sam, w pokoju, który służy mi jako gabinet, usłyszałem niewyraźnie przez otwarte okno, jak ktoś ją gwiżdże i powtarza słowa refrenu. Kobiecy głos. Ta sama melodia jak wtedy, przed laty. Zawołałem Babagaleha, który choć raz stawił się na pierwsze wezwanie, i wysłałem go na ulicę, żeby odnalazł osobę, która gwizdała. Nie było go przez całe wieki. A ja mogłem tylko siedzieć i słuchać, jak moje serce dotrzymuje kroku niecierpliwości.
Człowiek, którego przyprowadził mi Babagaleh, był murarzem z plemienia Fula, w podartych spodniach i z gołym torsem obsypanym cementowym pyłem, który przypominał prochy zmarłego. Babagaleh przegonił go z dywanu, lecz ja powiedziałem, żeby podszedł bliżej. Poprosiłem, żeby zaśpiewał, a on wykonał jakąś inną piosenkę. Babagaleh nie był człowiekiem, który przyprowadziłby mi pierwszą lepszą osobę, którą zobaczył za bramą.
Zanuciłem kilka taktów tak, jak je zapamiętałem. I wtedy stojący przede mną mężczyzna zaśpiewał, i to były ta melodia i ten głos, dziewczęcy i wysoki. Kiedy umilkł, zapytałem, co znaczą te słowa. Piosenka była rzeczywiście o stracie, ale nie chodziło o kobietę. Młody człowiek tęsknił za dawnymi czasami, znanymi mu wyłącznie z opowieści tych, którzy w nich żyli.
Śpiewał o życiu, które było dla niego stracone, ponieważ miał pecha i urodził się znacznie później, kiedy świat zmienił się nie do poznania.

*

Tego ranka obudziłem się później niż zwykle. Babagaleh był już na nogach od wielu godzin. Jest muzułmaninem z północy i budzi się codziennie przed wezwaniem do modlitwy o piątej, co trzeba mu zaliczyć na plus. Poza tym nie pije i jest uczciwy, czym nie może się pochwalić zbyt wielu ludzi. Ci z północy są jednak porywczy. Kazałem mu przynieść do łazienki wiadro gorącej wody, żebym mógł się ogolić. Od jakiegoś czasu nie ma gorącej wody, mamy szczęście, jeśli jest zimna. Krany są najczęściej suche i tak właśnie było w ciągu ostatnich paru dni. Na taką ewentualność trzymamy z tyłu domu beczkę.
— Chcę dzisiaj skończyć gabinet — powiedziałem mu. — Przyjdź tam do mnie, kiedy wrócisz z targu.
— Dziś mamy piątek — odparł, nalewając wody do umywalki i szykując się do wyjścia. Ubrany w piżamę, siedziałem na skraju wanny i zbierałem siły, by się podnieść i podejść do umywalki.
No tak, piątek. Babagaleh wybiera się do meczetu. Nikt nie będzie mi pomagał przez cały dzień.
— No dobrze — mruknąłem. — Pamiętaj, żeby wrócić prosto do domu. Bez tracenia czasu na pogaduszki i congosa*.
* Congosa (w języku krio) — plotki.

Nie doczekałem się odpowiedzi, co oznaczało, że zrobi, jak mu się spodoba. Odstawiwszy wiadro, podszedł i stanął nade mną jak kat nad dobrą duszą. Odprawiłem go. Po jego wyjściu nabrałem w płuca tyle powietrza, ile byłem w stanie, i wstałem, łapiąc się wieszaka na ręczniki. Cztery kroki do umywalki. Oparłem dłonie na skraju porcelany, odzyskałem równowagę i popatrzyłem w lustro. Blade włoski na moim podbródku nadawały twarzy szary odcień.
Pochyliłem się i odciągnąłem najpierw jedną, a potem drugą dolną powiekę. Gałki oczu były żółte, poprzecinane czerwienią. Piękne kolory, gdyby chodziło na przykład o zachód słońca.
Poprzedniego wieczoru Babagaleh jak zwykle podparł mnie poduszkami. Od pewnego czasu śpię prawie wyprostowany. Leżałem, wpatrując się w czerń i słuchając skrzypienia moich zwłókniałych płuc, świstu powietrza, które buszowało w oskrzelach niczym w zardzewiałej maszynerii.

Wziąłem do ręki pędzel do golenia, zmoczyłem go i namydliłem twarz. Maszynka do golenia nie była ostra i szarpała zarost na luźnych fałdach skóry. Tam, gdzie bruzdy były najgłębsze, ostrze ślizgało się po mokrych włoskach.Wypchnąłem językiem policzek i naciągnąłem skórę lewą dłonią. Ogoliwszy się, spryskałem twarz wodą z umywalki. Była nadal przyjemnie ciepła. Przejrzałem się ponownie w lustrze. Kilka zadraśnięć wezbrało krwią. Z biegiem lat moja skóra zrobiła się cieńsza. Zwisała pod oczyma i podbródkiem, ześlizgiwała się z kości twarzy. Wycisnąłem pastę na szczoteczkę i zaatakowałem zęby. Krew na włosiu. Moje dziąsła kurczyły się niczym ślimaki w palącym słońcu. Wyszczotkowawszy zęby, wypłukałem usta i wyplułem wodę do umywalki. Następnie wyjąłem korek i patrzyłem, jak resztki pasty, zakrwawione mydliny, włoski i woda znikają w otworze odpływowym podobnie jak przez tyle minionych lat.

Kiedy Babagaleh wrócił z targu, siedziałem na nieposłanym łóżku, z trudem naciągając na siebie ubranie. Związany z tym wysiłek przyprawił mnie o kaszel, którego dźwięk przywiódł go do moich drzwi. Bez słowa postawił tacę z moimi lekarstwami i dzbankiem z wodą. Nalał jej do szklanki i pomógł mi przełknąć kilka łyków. Kaszel stopniowo ustępował. W końcu usiadłem spokojnie, poddając się jego zabiegom niczym dziecko albo jakiś debil. Babagaleh oswobodził moją lewą rękę, która utknęła w rękawie, i zajął się mankietami. Odsunąłem jego dłonie i sam zapiąłem się z przodu. Wtedy pochylił się, naciągnął skarpetki na moje stopy, po czym obuł je i zawiązał sznurowadła.
Wykrochmalona biała koszula. Czarne spodnie. Stosowne obuwie. Mogłem oczywiście chodzić nieogolony i w poplamionej piżamie tak jak mój sąsiad. Widuje się takie osoby w całym mieście. Siedzą na balkonach w oparach spalin, gapiąc się w przestrzeń, przysypane coraz grubszą warstwą ulicznego kurzu.
Żywe trupy.

Wychodząc z pokoju, zobaczyłem swoje odbicie w lustrze toaletki. Strach na wróble w niewyraźnym świetle. Koszula i spodnie wypinały się powyżej i poniżej paska. Co tydzień zapinałem go ciaśniej o jedną dziurkę. Plama krwi na kołnierzyku koszuli. Nic na to nie poradzę. Nie miałem siły znowu się przebierać. Nie spodziewałem się gości.
Babagaleh przyszedł, by mi powiedzieć, że wychodzi. Był ubrany do meczetu, w długą białą dżalabiję, skórzane sandały i haftowaną czapeczkę kufi w ciemnoniebieskim kolorze. Nie po raz pierwszy przyszło mi do głowy, jak bardzo ułatwiłbym sobie życie, ubierając się w ten sposób. W dni powszednie Babagaleh wykonuje codzienne obowiązki; w piątek zajmuje swoje miejsce w drugim rzędzie w meczecie. Co dwa tygodnie ma dzień wolny.
Raz w miesiącu odwiedza żonę. Chociaż od dawna każde z nich podąża własną drogą, tylko w zeszłym roku zapłacił za nowy dach i okienne ramy. Piją razem kawę i rozmawiają o wnukach. Przed wyjściem Babagaleh wrócił z kolejną tacą, na której tym razem były termos z herbatą, fulański chleb, margaryna i dwa jajka na twardo. Nalał mi filiżankę herbaty i szczodrze ją osłodził. Jak wszyscy jego pobratymcy wierzy, że cukier krzepi.
Potem przeszedł przez cały dom, zasuwając częściowo zasłony przed nadchodzącym upałem, i znów bez słowa wyszedł. Przez kilka chwil popijałem herbatę, kontemplując nagłą samotność. Myśli drążyły mój umysł niczym chrząszcze ryjkowce. Nic, co robiłem, nie mogło ich przepłoszyć; nocami budziły mnie tak samo często jak ataki duszności. Nie ma w tym z pewnością nic dziwnego. To kwestia wieku. Konsekwencja braku zajęć.
Pomalowane na biało ściany. Podłoga z ciemnego drewna. Parkiet. Położenie go kosztowało sporo pieniędzy. Przy oknie, tam, gdzie padają promienie słońca, pod warstwą wosku widać romb wyblakłego drewna. Postrzępiony, ciemnoczerwony dywanik z własnymi rombami spłowiałej wełny. Dwa ratanowe fotele odkupione przed trzydziestu laty od wydziału leśnictwa. Popękane i nakrapiane kropkami pleśni pufy z czerwonej skóry.

Coraz częściej rozglądałem się wokół siebie i przeliczałem w pamięci, ile to wszystko może być warte. Patrząc któregoś dnia na Babagaleha, który strzepywał pył z zasłon i przecierał mokrą szmatką poręcze foteli, zastanawiałem się, czy nie myśli o tym samym. Ta sprawa nie dawała mi spokoju; wiedziałem też, że powinienem coś zrobić ze swoim księgozbiorem. Na półkach stały setki książek. Postanowiłem, że sam zdecyduję, które z nich chcę zatrzymać. Resztę mogłem ofiarować bibliotece uniwersyteckiej. W charakterze darowizny. Tak właśnie powinno się postąpić. Ten pomysł nadał nowy cel memu przedsięwzięciu.
My, starzy ludzie, jesteśmy jak zwierzęta w klatkach. Jak myszy lub chomiki kręcące się bez przerwy w kołowrotku wciąż na nowo porządkujemy należącą do nas przestrzeń, bo wierzymy, że dzięki temu uda nam się uchronić od szaleństwa.
Przed rokiem kazałem odremontować całe wnętrze domu. Dwaj malarze założyli pokrowce na meble i ustawili swoje drabiny. Od czasu do czasu wchodziłem po schodach, żeby sprawdzić, jak im idzie, upewnić się, czy nie poplamili farbą parkietu, a także popatrzeć, jak malują sufit, balansując na pojedynczej desce, którą zawiesili między drabinami. Rozmawiali ze sobą na najprzeróżniejsze tematy, prezentując proletariackie mądrości inspirowane tym, co usłyszeli w radiu. Nie dawali po sobie poznać, że moja obecność jest dla nich uciążliwa, nie wypadało im tego robić, a poza tym wiedzieli, że nie mam wiele do roboty.
Właśnie wtedy zacząłem mieć problemy z oddychaniem; rozumie pan, opary farby.Wcześniej dokuczał mi czasami suchy kaszel. Sądziłem, że powoduje go wiatr harmattan, pyłki z ogrodu, smog albo spaliny unoszące się nad miastem. Nie poszedłem do lekarza. Po co? Żeby facet opukałmi pierś, zapisał jakiś antybiotyk, a potem kazał słono za to zapłacić? W jednym z rogów sufitu pająk utkał sieć, srebrzyste nitki trapezu. A na dywanie drobinki białego pyłu, których nie dostrzegł Babagaleh. Cementowego pyłu.

*

Poznałem kiedyś kobietę, której utratę opłakiwałem, zanim jeszcze zamieniłem z nią jedno słowo.
Dwudziestego stycznia 1969 roku. Uroczysta kolacja dla pracowników wydziału wraz z żonami.My, kawalerowie, zgromadziliśmy się u stóp trawnika, przy nieprzystrzyżonych zaroślach. Po drugiej stronie stał komitet powitalny. Słuchałem, a w każdym razie udawałem, że słucham, mojego towarzysza, który skarżył się na to, jak podzielono na nowo przestrzeń biurową w budynku wydziału. Nie wyszedł na tym dobrze, co było bez wątpienia smutne. Zerknąłem na nowych gości. Miała na sobie niebieską suknię i schodząc po kamiennych schodkach na trawnik, skubała palcami materiał, który przykleił się do jej skóry w upale. Patrząc na nią, doznałem nagłej emocji, nienazwanego jeszcze uczucia.
Pierwszą świadomą myślą, która przyszła mi do głowy po kilku chwilach — i o mało nie zbiła z nóg — było, że schodzący za nią mężczyzna jest jej mężem.

Zobaczyłem, że kilka metrów przed komitetem powitalnym skręcił w bok. Więc to nie mąż. Ulga, przechodzący po plecach zimny dreszcz. Zaraz jednak kobieta wyciągnęła rękę i dotknęła lekko jego rękawa. I choć musnęła go zaledwie koniuszkami palców, mogło się zdawać, że ma siłę dziesięciu mężczyzn, tak szybko skręcił z powrotem w stronę długiego rzędu witających. Zobaczyłem, jak ulega jej woli. Usta kobiety uniosły się w delikatnym i słodkim uśmiechu. Uśmiechu, który on odwzajemnił, przyznając się z wdziękiem do porażki. Od chwili, gdy padł na nią mój wzrok, minęło kilka sekund, a ja zdążyłem ją już dwa razy utracić.

Przeprosiłem mojego towarzysza, odstawiłem szklankę na tacę niesioną przez kelnera, przeciąłem trawnik i dołączyłem do witających, stając przy ostatnim w rzędzie facecie, którego znałem luźno z wydziału. Skinąłem mu głową, a on zrobił to samo, prawie mnie nie zauważając, pogrążony od dawna w stuporze, któremu sprzyjają tego rodzaju towarzyskie zobowiązania.
Uścisnąłem kilka dłoni, mamrocząc słowa powitania. Nikt mnie nie rozpoznawał ani nie zwracał na mnie uwagi, wszyscy myśleli tylko o alkoholu i jedzeniu. I nagle stanęła przede mną ona, z uśmiechem i wyciągniętą dłonią. Uścisnąłem ją. Przedstawiłem się. Jej uśmiech był ubogą wersją tego, którym obdarzyła wcześniej swojego małżonka. Przesunęła się i stanęła w odległości kilku metrów, gdy się z nim witałem. A potem odeszli i jego dłoń znalazła się ponownie przy jej łokciu. Podążyłem za nimi wzrokiem. Zdałem sobie sprawę, że nie mam pojęcia, jak ma na imię; tak głośno huczało mi w uszach w chwili, gdy je wymówiła.

*

Herbata ostygła, nim zdążyłem ją wypić. Nie lubię letnich napojów. Przeszedłem z filiżanką przez pokój, postawiłem ją na niskim stoliku i otworzyłem oszklone drzwi na werandę. Na zewnątrz wylałem herbatę na grządkę z kwiatami i patrzyłem z satysfakcją, jak drąży dziurę w suchym gruncie. Ogród ucierpiał podczas suszy; na trawniku pojawiły się spłachetki gołej ziemi, grządki wyglądały jak zaniedbane groby.
Siadając z powrotem na krześle, byłem spocony z wysiłku. Nalałem sobie filiżankę świeżej herbaty i ostrożnie ją wypiłem. Następnie rozbiłem jedno z jajek o bok tacy, zdjąłem z niego skorupkę i zanurzyłem je w soli, której trochę nasypałem na talerzyk. Babagaleh nie zgadza się z poglądem, że jajko można gotować zbyt długo. Zdołałem przełknąć najwyżej kawałek. Resztę odłożyłem na tacę. Nadal brak apetytu. Cóż za ironia losu. Brak łaknienia powinien być wyzwalający. Tymczasem my odczuwamy innego rodzaju tęsknotę za utraconym łaknieniem.Marzyłem o tym, by zachciało mi się jeść, bym poczuł głód, a potem przyjemność, jaka towarzyszy jego zaspokojeniu. Nagle naszła mnie chęć na papierosa. Czy może być coś wspanialszego od niedbałego wdychania toksyn, wciągania ich głęboko w płuca?
W końcu dźwignąłem się z krzesła, podszedłem do biurka, usiadłem za nim i obróciłem fotel w stronę książek. Wybrałem jedną z nich i zdjąłem z półki. Monografia West African City Bantona, wydana pod auspicjami Międzynarodowego Instytutu Afrykańskiego. Zszywany tom w płóciennej oprawie, żółty i ziarnisty papier. Poszukałem na pierwszych stronach daty wydania. 1957.
Zacząłem czytać w miejscu, gdzie otworzyła się książka, o rozwoju tego miasta. Trzecia warstwa składała się z imigrantów plemiennych, ludzi, których Kreole uważali za rębaczy drewna i nosicieli wody i którzy byli na razie zadowoleni ze swojej pozycji. Cofnąłem się o jedną stronę: Nazywali ich „ludem błądzącego serca” w nawiązaniu do Psalmu 95: I rzekłem: „Ten jest lud błądzącego serca i nie poznał dróg moich”. Aż przysiągłem w moim gniewie: „Nie wejdą do kraju mego odpocznienia”*.
* Księga Psalmów, tłumaczył z hebrajskiego Czesław Miłosz, Editions du Dialogue, Paris 1979.

Na marginesie nagryzmolone były jakieś słowa. Gdybym nie znał tak dobrze, jak znałem, charakteru pisma ich autora, miałbym kłopot, żeby je odczytać. „Dajcie mi pełen brzuch i hamak, to wejdę do kraju mego własnego odpocznienia”. Julius. Miał w zwyczaju pisać komentarze na marginesach pożyczanych książek.
Zamknąłem monografię i przez kilka minut starałem się uspokoić oddech. Następnie pochyliłem się i wrzuciłem ją do stojącego przy biurku kartonu.
Kolejnym tomem, który wziąłem do ręki, była książka Lethbridge’a Banbury’ego o tych stronach. Nareszcie coś wartościowego. Elegancka ciemnoczerwona okładka z wytłoczonym w złocie obrazkiem słonia i palmy. Ręcznie cięte kartki. Czarnobiałe ryciny, każda z chroniącą ją bibułką. Nadal potrafię zacytować z pamięci pierwsze linijki: Dlaczego pojechałem do S., nie ma większego znaczenia: być może zrobiłem to wiedziony nienasyconym pragnieniem „zobaczenia świata”, które ożywia tylu Anglików; może powodował mną ambitny zamiar zasłużenia na awans w służbie, w której sukces staje się ponoć udziałem tych, co poszukując go, schodzą z ubitego szlaku.
Tom dostałem od swojego mentora, wizytującego profesora z jakiegoś szkockiego uniwersytetu, który wiedział o mojej miłości do książek. Pierwsze wydanie z 1888 roku. Przyszło pocztą kilka miesięcy po tym, jak profesor zakończył swoje badania i odpłynął. Pamiętam, że kiedy trochę wypił, lubił recytować wierszyk o ostatnim gubernatorze kolonii.

Za Stuke’a Beresforda
Od pawia wykrzywiona morda
Za to w Protektoracie
Srają równo w gacie.

Śmiałem się, żeby sprawić mu przyjemność. I później śmiałem się ponownie, ponieważ namawiał mnie do picia, zachowując się tak, jakby żadnemu z nas nie wypadało być trzeźwym. Tamtego styczniowego wieczoru obserwowałem ją i jej męża. Krążyli swobodnie między ludźmi, nigdy dłużej niż przez kilka chwil nie pozostając sami. W pewnym momencie stanąłem na obrzeżach otaczającej ich grupki, poza kręgiem światła, lecz tak blisko, że mógłbym wyciągnąć rękę i jej dotknąć. Mąż opowiadał jakąś dykteryjkę, wszyscy się śmiali — wszyscy oprócz mnie. Nie słuchałem tego, co mówił. Zamiast tego przyglądałem się jej. Ja przyglądałem się jej, a ona jemu. Nasze oczy raz się spotkały i wtedy się uśmiechnęła i odwróciła wzrok.

Dopiero później przypomniałem sobie, że gdzieś go już widziałem. Podczas przerwy na lunch, w audytorium, na zebraniu zwołanym przez studentów. Na którym, jeśli dobrze pamiętam, mówiono o relegowaniu z uczelni jednego z nich. Oddelegowany przez dziekana, zająłem miejsce z tyłu. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, co mi nawet odpowiadało. Kilka zdań napisanych na maszynie i wsuniętych do przegródki dziekana. Zadanie wykonane.
Zanim zebranie oficjalnie się zaczęło, zauważyłem, jak studenci gromadzą się wokół niego, przejęci i zdyszani.W którymś momencie prowadzący poprosił go o zabranie głosu. Na początku wzbraniał się, uśmiechał i machał trzymaną w ręku kartką, jakby nie przewidywał takiej ewentualności. Słysząc zachęcający pomruk z sali, zerwał się w końcu z miejsca, nagle wypełniony energią, wbiegł na podium i wygłosił kilka słów. Oparty łokciem o mównicę, pochylał się do przodu, wpatrzony w słuchaczy. Jego głos niósł się dźwięcznym echem. Ogólne podniecenie. Oklaski, jakby ptaki zrywały się do lotu.
Co im takiego powiedział? Wypadło mi z głowy.

 
Wesprzyj nas