Kolejna po kochanym na całym świecie „Oscarze i pani Róży” książka Erica-Emmanuela Schmitta z bestsellerowego cyklu „Opowieści o Niewidzialnym”.

Pani Ming, mądra, serdeczna kobieta, uwielbia opowiadać o dziesięciorgu swoich dzieci. Liczna rodzina zdaje się być jej całym światem. Główny bohater, przyjezdny z Europy, odwiedzający współczesne Chiny, jest zafascynowany jej osobą.
Wiedziony ciekawością postanawia odkryć największy sekret pani Ming, dowiedzieć się, co kobieta skrywa za fasadą swoich poruszających, choć niewiarygodnych opowieści.
W swojej nowej książce Schmitt z właściwą sobie wrażliwością jeszcze raz dotyka najskrytszych tajemnic ludzkiej duszy, mistrzowsko odmalowuje emocje, o których najtrudniej jest mówić.
Eric-Emmanuel Schmitt
Tajemnica pani Ming
Tłumaczenie: Łukasz Müller
Wydawnictwo Znak
Premiera: 17 lutego 2014
Chiny są nie tyle krajem, ile tajemnicą.
Pani Ming, kobieta o przenikliwym spojrzeniu, uczesana w kok o jedwabistym połysku, siedząca sztywno na taborecie, tak mnie zagadnęła pewnego dnia, mnie, przejezdnego Europejczyka:
– Rodzimy się braćmi, lecz pod wpływem wychowania stajemy się różni.
Miała rację… Chociaż wciąż je przemierzałem, Chiny mi umykały. Podczas każdej mojej kolejnej podróży ich terytorium wydawało się większe, ich historia się ulatniała, a ja traciłem orientację i nie umiałem jej odzyskać. Mimo że robiłem postępy w nauce kantońskiego, dużo czytałem i nawiązywałem coraz więcej kontaktów handlowych z ich mieszkańcami, w miarę jak posuwałem się naprzód, Chiny cofały się przede mną, niczym horyzont.
– Zamiast narzekać na ciemność, lepiej zaświecić światło – oświadczyła pani Ming.
Ale jak? Kogo wybrać, by zgłębić tajemnicę tego zagadkowego lądu? Jaką zdobycz złowić? Przecież Chiny miały tylu obywateli co Morze Śródziemne ryb.
– Na naszej planecie żyje miliard Chińczyków i pięć miliardów cudzoziemców – mruknęła pani Ming, cerując pończochy.
Słuchając audycji z pamiętającego czasy Mao ciemnobrązowego plastikowego radia, które przyprawiało głosy o katar i ślinotok, pani Ming powtarzała słowa rządowego dziennikarza, mistrza statystyk i dupolistwa. „Miliard Chińczyków”. Wtedy nie umiałbym powiedzieć, co ją wprawiło w zakłopotanie: czy to, że jest tak wielu Chińczyków, czy że tak niewielu…
Owa dama, wywodząca się z narodu arytmetyków, który wynalazł niegdyś kalkulator kieszonkowy, potrafiła niesamowicie żonglować cyframi. Na pierwszy rzut oka niewiele się różniła od innych pięćdziesięciolatek, ale, jak wiadomo, na pierwszy rzut oka nic nie widać.
Pani Ming miała okrągłą głowę, czerwoną twarz z wyraźnymi zmarszczkami, zęby drobne niczym pestki słonecznika i przywodziła na myśl dojrzałe, o ile nie przejrzałe, jabłko, owoc dobry, zdrowy, smaczny i jeszcze niewysuszony. Jej szczupłe ciało przypominało giętką gałąź. Gdy już się odezwała, okazywało się, że jest bardziej kwaśna niż słodka, bo zasypywała swoich rozmówców uszczypliwymi uwagami, które dawały do myślenia.
Znajdowaliśmy się w prowincji Guangdong, a pani Ming siedziała niczym na tronie na swoim trójnożnym stołku w suterenie Grand Hotelu, wśród białych ceramicznych płytek i oślepiających neonów, w tej pachnącej jaśminem toalecie, w której pełniła funkcję babci klozetowej.
Pani Ming przywróciła godność tej profesji, która wśród malkontentów uchodzi za upokarzającą: była królową wszechświata. Podczas organizowanych codziennie piętro wyżej kongresów i seminariów przybywałeś do niej biegiem. Znalazłszy się przed nią, zwalniałeś, dreptałeś w miejscu i nieruchomiałeś. Jej niemy majestat onieśmielał. Pochylałeś się, patrząc błagalnym wzrokiem, i żebrałeś o pozwolenie wstępu do jej królestwa. Dokładnie w tym momencie ona mierzyła cię wzrokiem od stóp do głów, sprawiając wrażenie, jakby zgłębiała, co dzieje się w twoich oponach mózgowych i w twoich trzewiach. „Nie warto nic mówić, dobrze wiem, z kim mam do czynienia”. W jej szarych źrenicach nie odczytywałeś osądu, tylko wyrozumiałość. Więcej: rozgrzeszenie. Niezależnie od tego, czy byłeś robotnikiem, inżynierem, szefem sprzedaży czy dyrektorem naczelnym, ona dostrzegała twoją niedolę i przygarniała cię, widząc w tobie dawnego smarkacza domagającego się wysadzenia na nocnik, żałosną cielesną istotę, która chce złagodzić napięcie materii. Z Chin Mao pani Ming zachowała egalitaryzm, a z Chin Konfucjusza humanizm.
Tak więc pani Ming opiekowała się męską ubikacją w Grand Hotelu w Yunhai. Ta funkcja napawała ją dumą, a równocześnie dowodziła, że jej się poszczęściło. Szorowanie damskiej wygódki znajdującej się na końcu korytarza byłoby poniżające w kraju, który ceni tylko chłopców. Tam byłaby służącą, tu była królową, bo faceci defilowali przed nią tysiącami, kłaniali się jej i czekali, aż łaskawie udzieli im prawa do zaznania ulgi. Gdy mijało się drzwi ozdobione namalowaną sukienką, słyszało się chichoty i trajkotanie brunetek poprawiających makijaż. Za to za drzwiami oznaczonymi parą spodni –nic z tych rzeczy. Żadnej wymiany zdań, żadnego spoufalania się czy zerkania na innych osobników, najwyżej kilka westchnień. Pisuary w tej publicznej toalecie roztaczały wokół siebie aurę uniżonej godności, fatalistycznej uległości, solidarności żołnierzy posłusznych prawom natury. Czyżby sprawiała to obecność surowej pani Ming? Ten przybytek zmieniał się w laboratorium metafizycznego i moralnego eksperymentowania, gdzie każdy śmiertelnik wyzbywał się złudzeń co do własnej potęgi. Ale dlaczego, zarzucicie mi, katuję was tymi szczegółami? Pozwólcie, że wam wyjaśnię.
Interesy mojej firmy zaprowadziły mnie na południe Chin. W lipcu kupowałem tam zabawki, które podczas najbliższych świąt Bożego Narodzenia będą zachwycały nasze maluchy. Zamawiałem również inne zabawki, w jeszcze większej ilości, przeznaczone dla chińskich dzieci. Lalki i laleczki, samochodziki, samoloty, wszystkie te plastikowe wyroby były produkowane za bezcen w prowincji Guangdong, a następnie ekspediowane do Francji, gdzie nasi styliści i nasi pracownicy konfekcjonowali je przed odesłaniem pewnej ich części do Chin. Podróż tam i z powrotem na statkach handlowych w ogóle nie miała wpływu na marże. Europejczycy i Amerykanie chętnie stosowali ten system i dlatego marki zachodnie zdominowały chiński rynek, chociaż tylko dzięki artykułom wytwarzanym na miejscu.
Z racji mojego talentu do języków – mówiłem już siedmioma – przełożeni wysyłali mnie do Azji, licząc, że szybko porzucę sztywną angielszczyznę używaną w interesach i zacznę prowadzić rozmowy po mandaryńsku. Nie mylili się w swoich kalkulacjach poza jedną rzeczą: niezależnie od mandaryńskiego, musiałem sobie radzić po kantońsku, bo tym językiem mówiono w Guangdongu, gdzie fabryki zabawek wyrastały jak grzyby po deszczu.
Trzeba przyznać, że miasteczko Yunhai, w którym natknąłem się na panią Ming, niesamowicie odmłodniało: z małej mieściny błyskawicznie zmieniło się w dwumilionowe miasto. Ten proces sprawił, że było nieco zszokowane, spłoszone i zagubione. Domki zostały zastąpione blokami, zaułki arteriami, a maleńki sklepik spożywczy pana Yibulaxina, jeszcze niedawno zapchany towarem jak pudełko szpilek, zniknął z powierzchni ziemi za sprawą czterech supermarketów wyposażonych w chłodnie. Wiejskie okolice miasta schowały się pod sześciopasmową obwodnicą, przy której dogorywały ostatnie jeże. Zbyt nowe, wzniesione w pośpiechu budowle, pozbawione patyny, tego brudu i śladów zniszczenia decydujących o uroku, który roztaczają wokół siebie stare domostwa, sprawiały wrażenie, jakby ich monotonne fasady zrobiono z otynkowanej tektury. Gdzie było kiedyś centrum Yunhai? Zgodnie z nieubłaganą racjonalnością ulice krzyżowały się z bulwarami, bulwary z alejami, a aleje z autostradą. Ogromne ronda, niedostępne z powodu ruchu samochodowego, zdawały się mówić: „Proszę przejeżdżać, nie ma tu nic do oglądania”. Jedynie skrzyżowania, nadzorowane przez czerwone światła, okazywały przychylność zbiegowiskom, bo powstały w miejscu dawnej pralni pogrzebanej pod betonem. Nie przetrwała żadna pamiątka z przeszłości, choćby jedna ruina w centrum czy na obrzeżach Yunhai. Zacny wzrost gospodarczy zmiótł wszystko.
Weterani znikali. Ci, którzy nie umarli ze zdumienia w obliczu tak gwałtownych zmian, kulili się w głębi nowoczesnych mieszkań roztaczających mniej więcej tyle uroku co nowy pojemnik na śmieci.
Pani Ming, obojętna na te wypadki, staranna, skupiona i pogodna, ucieleśniała stałość w tym niestałym świecie i zarządzała toaletą Grand Hotelu tak, jakby ten niedawno otwarty przybytek istniał od zawsze, a zwłaszcza jakby chodziło o misję najwyższej wagi. Już od naszych pierwszych spotkań nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że jej profesjonalizm się tam marnuje. Kiedy pewnego dnia w końcu jej to powiedziałem, zaczerwieniła się zakłopotana i odpowiedziała, zginając kark:
– Lepiej spełnić uczynek godny uwagi, niż zostać zauważonym. Dziwicie się, dlaczego wdawałem się w poufne rozmowy z babcią klozetową na końcu Chin? Otóż na wasze zdziwienie mógłbym udzielić trzech odpowiedzi: moje babki szorowały podłogi u burżujów, nigdy nie rezygnuję ze sposobności ćwiczenia języka, którego się uczę, i wreszcie stosuję pewną technikę negocjacji polegającą na tym, że szarpię nerwy swoich partnerów, przerywając nagle dyskusję i wychodząc. Ta metoda zmusza mnie do zapuszczania się do toalety równie często, jak patriarcha, którego prostatę gnębi podeszły wiek.
Tak więc pewnego ranka opuściłem bez uprzedzenia towarzystwo dwóch handlowców z Pearl River Plastic Production i podczas gdy piętro wyżej oni drżeli z niepokoju w związku z moimi zamówieniami, ja prowadziłem pogawędkę w suterenie. Kiedy szukałem w marynarce drobnych na napiwek, wyślizgnęła mi się z kieszeni fotografia. Pani Ming podniosła ją i uśmiechnęła się, widząc, że to zdjęcie rodzinne.
– Czy to pańskie dzieci?
– Tak.
– Ile ich pan ma?
– Szczęśliwym trafem dwoje. Dziewczynkę i chłopca. Nie oczekiwałem więcej.
– Przekroczenie celu nie oznacza jego osiągnięcia.
Poczęstowała mnie komunałem. Przez grzeczność poczułem się zobowiązany zapytać ją o to samo.
– A pani ?
– Ja mam dziesięcioro.
Natychmiast uznałem, że moja znajomość kantońskiego szwankuje… Żeby się upewnić, powtórzyłem „dziesięć” po mandaryńsku, potem po angielsku, ale ona za każdym razem potakiwała głową.
Niedowierzając, rozpostarłem palce jak wachlarz.
– Dziesięć?
Chcąc mnie uspokoić, wymieniła ich imiona:
– Ting Ting, Ho, Da-Xia, Kun, Kong, Li Mei, Wang, Ru, Zhou, Shuang.
Miłość, którą rozbudziły w niej te słowa, rozświetliła jej oczy, wygładziła rysy i na moment odmłodziła twarz.
Nie siląc się na komentarz, zrobiłem minę wyrażającą podziw stosowny do okoliczności, trzasnąłem obcasami i migiem wbiegłem po schodach, żeby dołączyć do negocjatorów.
Byłem oszołomiony. Cóż za przesadne kłamstwo! Czyżby wyobrażała sobie, że jej uwierzę? Brała mnie za głupca? Każdy wiedział – nawet byle bezmózgi turysta – że państwo chińskie, chcąc zapanować nad przyrostem demograficznym, od dziesięcioleci zabrania parom wydawania na świat więcej niż jednego dziecka.
Mając w pamięci bezsensowne samochwalstwo pani Ming, podczas śniadania, na które zaprosili mnie moi dwaj rozmówcy z Pearl River Plastic Production, upewniłem się, czy nie da się obejść prawa jednego dziecka.
– Wyjątki? Złagodzenie… W niektórych prowincjach w sytuacji, kiedy maż i żona mieszkają bez rodzeństwa, pozwala się na drugie dziecko.
– Na wsi, gdy rodzi się dziewczynka, chłopi zachowują prawo do próby spłodzenia chłopca.
– Dlaczego chłopca? – wypaliłem, udając zdziwienie.
– Ponieważ chłopiec ciężko pracuje w polu. Później zaopiekuje się rodzicami.
– Ach tak? Czyżby tutaj dziewczynki były niewdzięczne?
– Nie, ale kiedy dziewczyna odchodzi do rodziny męża, jest stracona dla swoich.
– Co się dzieje, kiedy młoda matka zachodzi w ciążę?
– Dokonuje aborcji.
– A jeśli dziecko już przyszło na świat?
– Matka płaci grzywnę. I to znaczną.
– Czy Chinka może mieć dziesięcioro dzieci?
Obaj handlowcy zahukali niczym sowy i przymknęli oczy, waląc dłońmi w stół. Skulili się, otworzyli usta i tak poczerwienieli, że ich twarze przybrały barwę bardziej purpurową niż małpi zadek. Pod wpływem spazmów, od których trzęsła im się klatka piersiowa, ziarnka ryżu, sos z czarnej fasoli i kawałeczki wieprzowiny podeszły im do gardła, wypełniły policzki, dotarły do ust, zapowiadając wymioty.
To było do przewidzenia, właśnie takiej reakcji się spodziewałem: biznesmen, który się śmieje, zawsze robi to z przesadą, więc chiński biznesmen…
Chociaż ich wybuch wesołości wprawił mnie w zakłopotanie, przyniósł mi ulgę: głośny śmiech – oto reakcja, którą powinienem był się przeciwstawić pani Ming. Ta samochwała nie zasługiwała na nic lepszego. Co za idiotka!
Tak więc zachowałem dystans, gdy o piętnastej ponownie przed nią przeszedłem.
Jednak po porannej wymianie zdań ta bajerantka przekroczyła dzielący nas mur rezerwy i podjęła rozmowę w miejscu, w którym ją przerwaliśmy:
– Proszę pana, jak mają na imię pańskie dzieci?
– Fleur i Thierry.
Chociaż odpowiedziałem jej z posępnym wyrazem twarzy, ona uczepiła się tych imion, popisując się błogim uśmiechem. Powtarzała je, wyśpiewywała, gruchała, jakby to były najbardziej melodyjne dźwięki w całym wszechświecie.
– Fleur i Thierry…
Czy umiałbym to przyznać? Wzruszyła mnie. Gdy słyszałem drogie mojemu sercu imiona wypowiadane tym czystym, zachwyconym głosem, a każda ich samogłoska brzmiała wyjątkowo dzięki egzotycznej wymowie, zaparło mi dech w piersiach, a na prawą dłoń spłynęła łza.
Kiedy to sobie uświadomiłem, zganiłem się za sentymentalizm.
– Przepraszam, brakuje mi ich.
– Dopiero z nastaniem zimowych chłodów dostrzegamy, że sosna i cyprys zachowują zieleń dłużej od innych drzew.
Życzliwa kobieta podała mi papierową chusteczkę.
– Radość kryje się we wszystkim. Trzeba umieć ją wydobyć. Niech pan płacze, proszę płakać, ile tylko pan zechce.
Wszedłem do ubikacji i wzruszony szlochałem bez umiaru. Rzeczywiście, to było cudowne. Byłem przytłoczony i przepełniała mnie melancholia, bo ból potęgował uczucie, którym darzyłem Fleur i Thierry’ego. Wytarłem nos, zakłopotany, że ta kłamczucha mnie przejrzała, i zdecydowany wymknąć się chyłkiem.
Niestety, wstała i z miotłą w ręku zagrodziła mi drogę.
– Ile lat mają Fleur i Thierry?
– Piętnaście i trzynaście.
– Czym chcą się później zajmować?
– Jeszcze się wahają. – I nie wiedzieć czemu, dodałem całkiem szczerze: – Zresztą to mnie niepokoi…
Zgodziła się ze mną.
– Tego rodzaju utrapienie mieliśmy z moją szóstą, Li Mei. Od urodzenia zauważała rzeczy, na które nikt inny nie zwracał uwagi: w chmurach dostrzegała twarze, pośród pary, która po deszczu okrywa mgłą leśne poszycie, podziwiała tańczące duchy. Kiedy przyglądała się bryłom ziemi, odkrywała w nich kształty, które nam umykały, widziała na przykład konia i odsłaniała go, babrząc się w glinie, szlifując ją i wygładzając. Na naszej podłodze, posuwając się wzdłuż słoi drewna, odczytywała epopeje, opowieści o bitwach, cesarskich armiach w rozsypce i potwornościach, które tak ją przerażały, że zatykała sobie uszy rękami, żeby nie słyszeć szczęku broni i rzężenia rannych. Chcąc ją uspokoić, mój mąż rozścielił na podłodze wysłużony dywan. To był strzał w dziesiątkę: pomiędzy wątkiem i plamami Li Mei odcyfrowała legendę o Feniksie, baśń, za którą przepadała. Ale Li Mei miała słaby wzrok. Bardzo wcześnie lekarz zmusił ją do ciągłego noszenia okularów o szkłach grubości denka od butelki. Zresztą ja tak się przyzwyczaiłam do jej soczewek, że kiedy pewnego dnia ją kąpałam, aż podskoczyłam, odkrywając ze zdumieniem, że Li Mei wcale nie ma trzy razy większych oczodołów niż jej siostry. W moim mężu budziła antypatię. Trzeba przyznać, że w szkole nie błyszczała… Jeśli na lekcji biologii nauczyciel opowiadał, że jaszczurka żywi się owadami, Li Mei się oburzała i odmawiała wysłuchania ciągu dalszego. Na historii płakała, ilekroć wspominano o śmierci jakiegoś cesarza, a na matematyce śmiała się w głos, gdy litery x czy y mieszały się z cyframi, i parskała śmiechem z podniecenia, jeśli mówiono jej, że prosta zamierza się zetknąć z krzywą. Ja tłumaczyłam jej wybryki nadmierną wrażliwością, lecz mój maż robił sobie wymówki, że spłodził dziecko niedorozwinięte umysłowo. „Co zrobimy z tą smarkulą, która nie widzi tego, co widzi każdy, za to widzi coś, czego nie widzi nikt?” Gdy była nastolatką, ćwiczył z nią grę w pokera w nadziei, że podczas turniejów prześwietli karty swoich rywali, co pozwoli jej wygrywać. Nic z tego. Li Mei niczego nie odgadywała, nie widziała ani asa, ani pika, ani karo. Dostrzegała natomiast nad głowami graczy światło, którego kolor wskazywał jej stopień ich uczciwości: cynobrowa aureola oznaczała oszusta, żółta przygodnego szachraja, a przeźroczysta człowieka nieskazitelnego – to normalne, bo przecież postępowanie ludzi przyzwoitych nie pozostawia po sobie smaku, jak woda. Mój mąż się złościł. Przez kilka tygodni obserwował ten jej dar, sprawdzał, czy Li Mei się nie myli, a potem doszedł do wniosku, że mogłaby pomagać policji, wymiarowi sprawiedliwości, a nawet służbom specjalnym. Przedstawił ją pewnemu członkowi partii, z którym utrzymywaliśmy kontakty towarzyskie, a ten z kolei swojemu przełożonemu, który zabrał ją do wysokiego dygnitarza partyjnego. Niestety nad peruką tego dyrektora Li Mei dostrzegła cynobrową aureolę oszusta i na tym się zakończyła jej kariera szpiega. Mój mąż boczył się później na nią, bo po tym skandalu zwolniono go z pracy. Biedak… Cóż, i tak byłam zadowolona, że nie wsadzili go do więzienia. Teraz ja spróbowałam znaleźć Li Mei zajęcie. Ponieważ przypomniało mi się, że jako dziecko dostrzegała różne sylwetki w glinie i je z niej uwalniała, pomyślałam sobie, że mogłaby zostać rzeźbiarką, bo to użyteczny zawód, szanowany i dobrze płatny. Li Mei zdała egzamin wstępny, podjęła studia i robiła postępy w rysunku. Kiedy jednak przyszło do obróbki kamienia, zaczęły się problemy, bo umiała wydobyć z niego jedynie to, co w nim dostrzegała. Daremnie podsuwano jej wszelkiego rodzaju kamienie, granit, marmur, lawę. Nigdy nie dopatrzyła się w tych blokach wizerunku Mao ani brygady proletariuszy zasługujących na to, żeby poproszono ją o ich wyciosanie. Jej profesorowie wyrzucili ją za drzwi. –Wybuchnęła śmiechem. – Cóż, niepotrzebnie się martwiliśmy: teraz ilustruje albumy w Pekinie. Zna pan Didi, śpiewającą żabę? Nie? Ale dzieciaki wyrywają sobie egzemplarze… Li Mei robi ilustracje na podstawie tekstów układanych przez pewnego pediatrę. Szczerze mówiąc, trzeba być nią i umieć uchwycić coś, czego inni nie dostrzegają, żeby uratować te bajki, bo gdyby się ograniczyć do tego, co mówi dziesięć czy piętnaście zdań tworzących epizod… W zeszłym roku wyszła za mąż za masażystę – „człowieka, który widzi palcami” – i od tego czasu prowadzi wygodne życie. Niesamowite, prawda?
Nie mogąc wtrącić choćby słowa ani się wycofać, znosiłem tę jej komedię. Gdy odzyskałem oddech, mruknąłem jak echo:
– Tak, niesamowite…
Miałem nadzieję, że po ironicznym tonie zorientuje się, iż nie nabiorę się na jej bujdy. Jeśli nawet dostrzegła moją rezerwę, pomyliła się co do jej przyczyny:
– Zatrzymuję pana? Proszę mi wybaczyć. Gdy chodzi o moje dzieci, zapominam o wszystkim, nawet o uprzejmości. Błagam, niech mi pan tego nie ma za złe. Do widzenia panu. Do jutra.
Korciło mnie, żeby jej odpowiedzieć: „Lepiej przeproś za swoje przechwałki, spryciaro! Obrażasz mnie tymi łgarstwami”, jednak czy to z powodu odrętwienia, czy tchórzostwa ograniczyłem się do ukłonu i wróciłem na górę, żeby kontynuować negocjacje.








Uwielbiam go!!!
Muszę kupić. Mam wszystkie poprzednie 🙂
Jest bardzo krótka. Niedosyt!!!