Opowieść o kobiecie, która zmieniła historię. Okupowana Francja, tajna misja i płomienny romans…


Mariane właśnie poznała smak pierwszego pocałunku. Alice nauczyła się skakać ze spadochronem i zabijać Niemców. Anne-Marie była piękna i przyciągała spojrzenia mężczyzn.

Mariane, Alice i Anne-Marie to jedna osoba. Kobieta, która nie cofnie się przed niczym – ani na wojnie, ani w miłości. Bezkompromisowa kobieta szpieg z elitarnej brytyjskiej jednostki SOE staje się bezbronną dziewczyną, kiedy po raz pierwszy przychodzi do niej miłość.

“Kobieta, która spadła z nieba” to trzymająca w napięciu opowieść o poświęceniu, odwadze i miłości, która rozkwita pomimo okrucieństwa wojny. Historia inspirowana losami tajnych brytyjskich agentek.

Simon Mawer (ur. 1948) jest brytyjskim autorem, który od lat mieszka w Rzymie. Ma na swoim koncie jedenaście książek.
Przygotowując się do napisania Kobiety, która spadła z nieba prześledził dokumenty francuskiego oddziału SOE, tajnej agencji brytyjskiej, który między majem 1941 a wrześniem 1944 wysłała na pole walki trzydzieści dziewięć kobiet. Spośród nich aż dwanaście zostało ujętych podczas swojej misji i poniosło śmierć z rąk Niemców, a jedna zmarła na zapalenie opon mózgowych. Niektóre spośród nich są powszechnie znane dzięki książkom i filmom, które im poświęcono. Inne pozostają nieznane. Wszystkie były niezwykłe.

Simon Mawer
Kobieta, która spadła z nieba
Tłumaczenie: Adriana Celińska
Wydawnictwo Znak
Premiera: 29 sierpnia 2013


– Proponuję, aby mówiła pani, że jest w trakcie wstępnego szkolenia na oficera łącznikowego w celu wyjazdu za granicę. Biorąc pod uwagę pani znajomość francuskiego, Algieria nasunie się jako oczywistość. Może pani czynić takie aluzje, ale proszę tego nie sugerować wprost. Nasi ludzie powinni być miłymi rozmówcami, ktorzy nic nie mówią. Proszę zacząć ćwiczyć od zaraz. Ostrzegam także, że będę otrzymywać raporty, w których ta właśnie pani umiejętność będzie oceniana przez innych. Będzie pani poddana nieustannej obserwacji. Ma to na celu ocenę pani zachowania. Czy to zrozumiałe? Nie każdy posiada pożądane przez nas zdolności i wielu odpada podczas szkolenia. Proszę zrozumieć także, że porażka nie świadczy o żadnej ułomności z pani strony. To po prostu znak, że nie ma pani osobowości, która jest przez nas poszukiwana. Szukamy ludzi o bardzo specyficznych cechach charakteru, Mariane, posiadających szczególne talenty.

Szczególne talenty… to zabrzmiało niczym szczególne przyjaźnie, czyli relacje balansujące na granicy grzechu i budzące popłoch w umysłach zakonnic.
– Tak naprawdę – dodała panna Atkins, a z tonu jej głosu przebijała nieznaczna dezaprobata – niektóre cechy osobowości pożądane przez nas mogą okazać się niezbyt godne podziwu.

Opustoszały podjazd przed stacją lśni pod szarym niebem. Pod szarym paryskim niebem, którego łaknęła i bała się, o którym marzyła i które prawie zapomniała. Tym niebem niczym kocem otula dziecięce wspomnienia z tego miasta. Powinna iść zdecydowanym, ale niespiesznym krokiem. Tak mówili w Beaulieu. Zawsze powinna wiedzieć, dokąd idzie i w jakim celu. Zawsze powinna być gotowa, aby powiedzieć, co robi.

Ona jednak nie wymyśliła żadnej historii, nie wie, co powinna robić, pragnie tylko porozglądać się, nacieszyć się widokiem miasta niewidzianego od lat. Przechodzi na drugą stronę ulicy, staje na bulwarze, patrząc na budynki z przeciwległego brzegu rzeki. Przypomina sobie Londyn i dzień, w którym pojechała na pierwsze spotkanie, a potem szła wzdłuż Tamizy nieopodal mostu Hungerford, nasłuchując stukotu przejeżdżającej nad głową kolejki metra. Wtedy to wyobraziła sobie teraźniejszą chwilę, kiedy stanie na nadbrzeżu Sekwany, patrząc na jej lśniące i spokojne wody. Tamta fantazja była górnolotna, wręcz dramatyczna. Rzeczywistość okazała się zwyczajna, niewielka kobieta nic nieznacząca wobec ogromu rzeki i nieba. Jej starania, czyny to nic przy tym, pył zaledwie. Mimo to przypomina sobie ciężar kamieni w dłoniach, gryzący zapach siarki i słowa Neda: „Tyle. Wystarczy. Właśnie wysadziłaś Londyn w powietrze. Zniknął z mapy, z historii. Wyparował”.

Teraz to oczywiste, widzi znak i przypadkowego przechodnia schodzącego w dół na stację. Jej uwadze nie umyka też czarny citroen zaparkowany przy wejściu i stojący przy nim dwaj mężczyźni ubrani na czarno. Paląc papierosy, obserwują ludzi. Ubrani są w zapięte na pasek prochowce i filcowe kapelusze, ale nie daj się zwieść, to po prostu inna wersja munduru. Nie panikuj. Zachowaj spokój. Głęboko oddychaj, idź wolnym, acz zdecydowanym krokiem – nakazuje sobie. Zbliżając się, widzi, jak zatrzymują kogoś, proszą o dokumenty i otwarcie torby.

Bądź pewna siebie. Nie patrz na nich. Ignoruj ich, jakbyś nie zauważała żadnej niemającej z tobą związku rzeczy. Oni jednak patrzą na nią. Czuje ich spojrzenia sunące po jej nogach, biodrach, plecach. Wypchajcie się – myśli i przechodzi obok nich, patrząc w inną stronę, mdli ją z przerażenia.

Gilbert odbiega od samolotu. Pilot unosi oba kciuki w górę. Dudnienie silników narasta, ryczenie i hurkot niosą się w ciemność. Maszyna napina się wciąż na hamulcach, potem przechyla się, rusza z hukiem i nabiera prędkości. Przez okno kokpitu widać, jak twarz Clementa przeobraża się w smugę cienia, wreszcie znika, lysander jest już w powietrzu. Wznosi się na rozciągniętych skrzydłach, jak nietoperz przecina noc, coraz wyżej i wyżej, skręca, kołysząc się wśród gwiazd, zostawia Alice w tyle, na ziemi, jej włosy rozwiewa wiatr, poły jej płaszcza trzepoczą. Po jej policzkach płyną łzy, cholerne, pieprzone łzy naiwnego dziewczęcia, a Gilbert krzyczy prosto w jej twarz, jakby strumień powietrza ciągnący się za samolotem rozwiał na dobre jego beztroski spokoj.

– W co ty, do cholery, grasz? To nie jest zabawa!
– Wiem o tym.
Chwyta ją za ramię.
– Powiedziałem ci przecież, w Paryżu czeka cię śmierć. Jesteś spalona, skończona. Wyznaczyli nagrodę za twoją głowę.
– Nie zamierzam wracać do Paryża.