W porównaniu z powieściami Rebeki Gablé każdy hollywoodzki epos robi wrażenie skromnej telewizyjnej produkcji


Anglia, rok 1147. Kraj ogarnięty jest wojną domową między cesarzową Matyldą a Stefanem z Blois. Jednym z niewielu miejsc, do których nie dociera bitewna wrzawa, jest mała wyspa, na której mieszkają podopieczni mnichów z klasztoru św. Pankracego. Ta starannie chroniona przed światem grupa składa się z arystokratów, przestępców, chorych, upośledzonych i opętanych. Są wśród nich bracia syjamscy, jeden święty i jeden seryjny morderca.

Oto bracia Hioba. Wyspa, która zapewnia im bezpieczeństwo, jest tak naprawdę ich więzieniem. Mieli pozostać tam na zawsze. Ale pewnego dnia…

Gdy grupa wyrzutków pod wodzą tajemniczego Losiana udaje się na poszukiwanie swojego miejsca w świecie, szybko staje się jasne, że najbardziej powinni się obawiać nie zdemaskowania i pojmania, ale siebie nawzajem. Każdy z nich skrywa jakąś mroczną tajemnicę, a kruche przymierze, które ich połączyło, może przypieczętować ich los…

W porównaniu z powieściami Rebeki Gablé każdy hollywoodzki epos robi wrażenie skromnej telewizyjnej produkcji.
„Bild am Sonntag”

Rebecca Gablé jest autorką dziewięciu powieści historycznych i kilku kryminałów. Jej książki, sprzedawane w milionach egzemplarzy i tłumaczone na wiele języków, uzyskały pozycję bestsellerów i uczyniły z autorki najbardziej znaną współczesną niemiecką pisarkę historyczną.

Rebecca pisze o sobie: Urodziłam się co do dnia 898 lat po bitwie pod Stamford Bridge (jeżeli nie chce się wam tego sprawdzać albo, tak jak niektórzy historycy, macie wątpliwości, czy do tej bitwy w ogóle doszło – urodziłam się 25 września 1964 r.) w miasteczku niedaleko Kolonii, na zachodnim krańcu Niemiec. Nie wiedząc, co ze sobą zrobić po zakończeniu szkoły, pracowałam kilka lat w banku, ale już wtedy moją pasją było pisanie powieści. Robiłam to po nocach i w weekendy. Kiedy w 1990 roku napisałam pierwszą książkę – był to thriller, którego akcja, jak możecie się domyślać, toczyła się w środowisku bankierów i wielkich pieniędzy – zdałam sobie sprawę, że powinnam przynajmniej spróbować uczynić z ulubionego zajęcia sposób na zarabianie na życie. Po pięciu długich i dość frustrujących latach znalazłam wreszcie wydawcę dla mojego thrillera. Wydałam jeszcze dwa inne, zanim napisałam pierwszą powieść historyczną.

Rebecca Gablé
Bracia Hioba
Przekład: Paulina Filippi-Lechowska
Wydawnictwo Esprit
Premiera: 11 września 2013


Wyspa Whitholm, luty 1147 r.

– Obejrzyj się, diabelski pomiocie – warknął mnich. – Popatrz ostatni raz na ten świat.
Simon mimowolnie posłuchał jego rozkazu, choć postanowił sobie przecież solennie właśnie tego nie robić. Przystanął i obróciwszy się, popatrzył na rozszalałą, wzburzoną toń morza. Raptowny podmuch wiatru smagnął jego włosy i strącił jeden kosmyk wprost do oka, chłopiec nie mógł go jednak odgarnąć, bo braciszkowie skrępowali mu ręce na plecach. Obawiali się najwyraźniej, że ten piętnastoletni, chudy jak patyk chłopczyna mógłby zagrozić czterem postawnym benedyktynom. Przez ołowiane chmury przedarł się promień słońca, rozświetlając morze i płaski pas wybrzeża jasnym, niemal nierzeczywistym blaskiem. Simon zobaczył, jak wrzosy nabierają żywych barw, a wieża klasztornej kaplicy, przysadzista i raczej brzydka, w jednej chwili rozbłyskuje niczym filigranowa i jasna budowla z kości słoniowej. W pobliżu klasztornych sadów pasło się zbite w ciasną gromadkę niewielkie stado owiec, które z oddali przypominały żółtawe kłębki wełny. A potem gruba chmura przysłoniła słońce i klasztor świętego Pankracego znów zatonął w półmroku.

Simon miałby teraz ochotę wykrzyczeć światu, który go odtrącił, że nie jest to wcale zachwycający widok i że owszem, chętnie z niego zrezygnuje. Jednak nie miał nawet szans na wygłoszenie tego przekornego kłamstwa, bowiem zakonnicy, żeby nie mógł ich przeklinać, włożyli mu do ust knebel. Stary, łysawy mnich z wystającymi z nozdrzy kłaczkami posiwiałych włosów, ten sam, który podczas odprawiania egzorcyzmów modlił się z takim zapamiętaniem, że w pewnym momencie popadł w omdlenie, trącił teraz chłopca kosturem w plecy.
– Ruszaj!
Simon odwrócił się więc do świata plecami. Niewielka, choć stabilna łódka, na której przypłynął tu z zakonnikami, kołysała się teraz lekko na falach przycumowana do przystani dwiema grubymi, solidnymi linami. Simon pomyślał, że najpewniej braciszkom skóra cierpła na samą myśl, że ich łupinka mogłaby odpłynąć, zmuszając ich tym samym do dłuższego pobytu na wyspie. Jakieś trzydzieści kroków od przystani wznosiła się palisada ze znajdującą się pośrodku solidną, drewnianą bramą warowną.
– Klucz, bracie Marcinie – ponaglał mnich z włochatymi nozdrzami. W jego głosie pobrzmiewało zniecierpliwienie i podenerwowanie. Simon wiedział, że naprawdę się go boją, zwłaszcza w tej chwili. Lękają się, że w ostatnim momencie coś pójdzie nie tak i więzień, z pomocą sił nieczystych zamieszkujących jego duszę, zdoła się uwolnić, mordując ich wszystkich albo zamieniając w dżdżownice. Na wszelki więc wypadek łysy zakonnik uniósł swój kostur, a jego oczy rozbłysły nienaturalnym blaskiem.
– No, otwieraj wreszcie – ponaglał.
Brat Marcin wyjął zza pazuchy największy klucz, jaki Simon widział w życiu, i włożył go do równie ogromnej, czarnej kłódki. Dopiero kiedy wyjął pałąk z jej zardzewiałej obudowy, dwaj pozostali zakonnicy mogli podnieść potężną żelazną sztabę ryglującą bramę. Podobne zamknięcia można było spotkać w zamkowych wrotach, tyle że po stronie wewnętrznej.

Tu jednak wszystko było inaczej.
Dwaj młodzi mnisi musieli użyć sporo siły, by otworzyć potem skrzydło bramy na odpowiednią szerokość. Kiedy tylko szpara stała się na tyle szeroka, by można się było przez nią przecisnąć, Simon otrzymał znienacka cios w kark, zatoczył się przez próg i runął na twarde podłoże. Padając na ziemię, nie mógł użyć rąk, upadł więc prosto na pierś i przez dobrą chwilę nie był w stanie się poruszyć.
– Niech Bóg się nad tobą ulituje, synku.
Usłyszawszy słowa łysego mnicha, chłopiec zdołał odwrócić głowę w jego stronę, jednak brama już się za nim zatrzasnęła. Simon przeturlał się na bok, poczuł pod policzkiem lodowate błoto i zapłakał.

Płakał długo i rozpaczliwie, przerażony tym, co go spotkało. Teraz, gdy został sam, opanował go strach. Strach przed wiecznym potępieniem, które wieszczył mu czcigodny opat, ale i strach przed tym, co go czeka tutaj. W miejscu, gdzie miał spędzić resztę swego życia. Zaszlochał, a kiedy łzy zatkały mu nos, poczuł, że się dusi, bo tkwiący wciąż w ustach knebel uniemożliwiał mu nabranie powietrza. Zaczął ciężko dyszeć i podciągnął nogi, próbując bezskutecznie podnieść się na kolana. Już miał poddać się panice, gdy nagle poczuł na ramieniu czyjąś dłoń.
– Ciii. Spokojnie, mój synu – dobiegło go ciche mamrotanie. Silne ręce objęły go od tyłu, a czyjaś dłoń musnęła jego czoło.

Simon zamarł z przerażenia, usiłując dostrzec przez ramię, kim jest ta istota, która go trzyma. Nie mógł jednak tak mocno odwrócić głowy, a poza tym we wnętrzu bramy panowały niemal całkowite ciemności.
– Ciii. Oddychaj. Zaraz będzie lepiej, zobaczysz.
Głos brzmiał przyjaźnie. Simon uspokoił się odrobinę, pozwolił się objąć, modląc się jednocześnie, by akurat teraz nie zaskoczył go jakiś zdradziecki cios. Z wolna przychodził do siebie. Strach przed uduszeniem ustąpił i znów oddychał spokojnie. Na koniec czyjeś ręce ujęły go pod pachy i postawiły na nogi. W następnej chwili został uwolniony od tej obrzydliwej szmaty, która kneblowała mu usta. Chłopak splunął, otarł wargi i odwrócił się.
– Dziękuję.

Znalazł się oko w oko z tyczkowatym Anglosasem w znoszonym habicie. Pomimo posiwiałych włosów i kudłatej brody mężczyzna wyglądał raczej młodo, miał może koło czterdziestki, a jego niebieskie oczy emanowały młodzieńczą wręcz butą. Plecy miał lekko przygarbione, jak gdyby zbyt wiele czasu poświęcał na studiowanie pobożnych ksiąg.
– Wszyscy zaczynają tu tak jak ty – odezwał się. – Wszyscy leżą pod bramą i płaczą. Ale wierz mi, nie jest tak źle. Można się przyzwyczaić. Jak się nazywasz, chłopcze?
– Simon de Clare.
– Oho! Pochodzisz więc ze szlachetnego normańskiego rodu. Zaszczyt to dla nas, wielki zaszczyt. Witamy na Wyspie Szczęśliwców, Simonie de Clare.
– Myślałem, że to raczej Wyspa Straceńców – odpowiedział chłopiec.
Mężczyzna potrząsnął głową.
– Tak nazywają ją ci po drugiej stronie – odparł, wskazując pogardliwie brodą na bramę. – Ale my tutaj wiemy lepiej.
Simon kiwnął głową bez przekonania.
– A jak zwą ciebie? – zapytał.
– Jam jest święty Edmund – przedstawił się Anglosas. – Ale możesz się do mnie zwracać królu Edmundzie, jak wszyscy pozostali. Nie przywiązujemy tu zbytniej wagi do formalności.

Simon poczuł, jak uśmiech zamiera mu na twarzy. Szaleniec. Ten człowiek całkiem oszalał. Jak wszyscy tutaj. Co z niego za głupiec, że dopuścił choćby na chwilę myśl o nadziei. Westchnął więc tylko ciężko.
– Czy rozwiążesz mi ręce, królu Edmundzie?
Tamten uśmiechnął się łobuzersko.
– Kiedy tylko przekonam się, jak dalece jesteś niebezpieczny.
– O, nie obawiaj się – odparł chłopiec z goryczą. – Jestem całkiem niegroźny.
– Skoro tak sądzisz, zupełnie siebie nie znasz, Simonie de Clare. Nie ma niegroźnych ludzi. Z jakiego powodu znalazłeś się tutaj?
Simon odwrócił głowę. Poczuł, jak wstyd pali go w piersi niczym żółć trawiąca trzewia.
– Nie chciałbym o tym mówić – wydusił.
– Możesz to zachować dla siebie, jeżeli taka twoja wola – odpowiedział król Edmund obojętnie. – Ale nie masz powodu do wstydu. Każdy z nas ma jakąś skazę. Tak samo, jak ci na zewnątrz – tyle, że w naszym przypadku jest ona bardziej widoczna. Za to możesz się tu nauczyć jednej rzeczy: nie wstydzić się tego, kim jesteś.

Simon głośno pociągnął nosem, żeby znów się nie rozpłakać.
– Zdaje mi się, królu Edmundzie, że to właśnie nie przyjdzie mi z łatwością.
Edmund mrugnął do niego przyjaźnie.
– To nic. Masz na to resztę swojego życia. A jeśli choćby raz usłyszę, że przeklinasz, synu, mocno tego pożałujesz. Obiecuję.
Choć wypowiedział te słowa życzliwym tonem i z łobuzerskim uśmiechem na twarzy, chłopca przeszył dreszcz. Czy z niebieskich oczu tego Anglosasa nie wyzierało aby szaleństwo? A może to tylko złudzenie, bo właśnie tego spodziewał się tutaj? Simon, któremu przez ponad połowę życia inni narzucali swoje zdanie, nie potrafił jeszcze zawierzyć do końca własnemu osądowi.
– Proszę o wybaczenie, królu Edmundzie. – Simon postarał się, aby z jego głosu zniknął choćby najlżejszy ślad drwiny. Skłonił się dwornie przed mężczyzną w habicie, który uważał się za najgoręcej wielbionego anglosaskiego męczennika, a potem minął go i wyszedł z bramy na dziedziniec starej twierdzy.

Szedł wolnym krokiem z rękami wciąż skrępowanymi na plecach i rozglądał się dookoła. Roztaczający się widok wstrząsnął nim, choć nie był zaskakujący: typowo normańska budowla, wzniesiona szybko, ale solidnie. Najprawdopodobniej władca, który podbił te ziemie, uszczęśliwił tą jałową wysepką któregoś ze swoich wasali, nakazując mu wybudowanie na niej twierdzy i wyglądanie nieprzyjacielskiej duńskiej floty. Tyle, że Duńczycy już dawno zaprzestali podbojów. Przeszło trzydzieści lat temu opuszczono więc warownię i od tego czasu, co łatwo dawało się rozpoznać, nikt nie wbił tu w ścianę choćby jednego nowego gwoździa. Mimo to palisada wciąż stała prosto i pewnie, jak pierwszego dnia, a drewniany stołp* na wzgórku nadal pokryty był dachem. Król Edmund ruszył spod bramy za Simonem, dołączył do niego i zamierzał iść przed nim, jak to było w zwyczaju władcy zamku oprowadzającego gościa po swoich włościach.

Wskazał ręką na wpół zmurszałą drewnianą szopę po prawej stronie.
– Sądzimy, że mieściła się tu niegdyś piekarnia. W każdym razie jest tam palenisko, gdzie możemy przygotować posiłek.
– A co tu jadacie? – zainteresował się Simon. – Skąd… Przecież nic tu nie rośnie, nie czuję też zapachu bydła.
– Nie, nie – mruknął w odpowiedzi król Edmund. – Nie musimy w pocie czoła pracować na nasz chleb powszedni. To właśnie jedna z zalet naszej sytuacji – ludzi, którzy w oczach tego żyjącego w błogiej nieświadomości, ogłupiałego świata, nie są już dziećmi Boga. Dwa razy w miesiącu mnisi przypływają tu łodzią i przywożą to, co im zbywa. Mąkę, owies, ryby, cebulę. Drewno na opał, choć zawsze za mało. Niekiedy latem nawet owoce. A po jesiennym świniobiciu, jeżeli się nam poszczęści, mięso i wędliny… A ty przypadkiem nie umiesz gotować?

Chłopak pokręcił głową.
– Szkoda. Jesteś pewien? – nie ustępował Edmund.
– A wyglądam jak jakiś przeklęty podkuchenny? – oburzył się młody Norman, na co król Edmund zwrócił się w jego stronę z przenikliwym i doprawdy mrożącym krew w żyłach rykiem:
– Czy nie mówiłem ci, żebyś nie przeklinał?! Mówiłem, ty marny pętaku! I nie mów, że cię nie ostrzegałem! Nie przeklina się w obecności świętego!
Rzucił się na Simona, przyparł go do ziemi i jął okładać pięściami jego pierś i głowę. Chłopak leżał ze związanymi rękami, nie mogąc chronić twarzy przed ciosami. Pięść Edmunda raczej przypadkiem trafiła go w nos, z którego natychmiast polała się krew, jednak zanim doszło do poważniejszych urazów, ktoś schwycił rozwścieczonego Edmunda i odepchnął go.
– Chyba już wystarczy. – To był przyjemny głos, w którym pobrzmiewały jednocześnie tony szacunku i autorytetu. – Jestem przekonany, że nie zrobił tego celowo.

Simon spojrzał szeroko otwartymi z przerażenia oczami w górę na swojego wybawcę i na króla Edmunda, który jeszcze czas jakiś pokrzykiwał, aż w końcu ucichł tak niespodziewanie, jak wcześniej wybuchł.
– Byłoby na miejscu, gdybyś przeprosił – poradził chłopcu łagodnie nowo przybyły. Miał równie długie włosy i brodę jak samozwańczy święty, tyle że jego włosy były koloru pszenicy. Mógł mieć może dwadzieścia kilka lat, a jego oczy – tu Simon nie mógł się zdecydować – były niebieskiego, a może zielonego koloru. Chwycił chłopca krzepkimi dłońmi za ramiona i pomógł mu się podnieść. A potem ten człowiek o przedziwnych oczach stanął za nim i zaczął cierpliwie rozsupływać więzy na jego dłoniach.
Tymczasem Simon rzucił gniewne spojrzenie w stronę króla Edmunda.
– Przepraszam – mruknął.
– Już to mówiłeś – odparł święty król-męczennik i oddalił się obrażony.

* Stołp – wolno stojąca wieża obronna wznoszona w średniowieczu w obrębie warowni.