Nowa powieść Ewy Nowak, jednej z najbardziej lubianych współczesnych pisarek dla młodzieży!


Weronika jest uczennicą ostatniej klasy gimnazjum. Jej rodzice to wykształceni ludzie na poziomie, tacy, którym uprzejmie kłaniają się sąsiedzi. Za piękną fasadą kryje się jednak prawdziwy dramat. Weronika i jej brat doświadczają ze strony ojca-tyrana przemocy psychicznej i fizycznej, a ich matka woli zdystansować się od rodzinnych problemów, udając, że ich nie dostrzega.

Zakochana w koledze Weronika liczy, że na warsztatach teatralnych spędzi z nim dużo czasu. Okazuje się jednak, że Łukasz oddał jej własne miejsce na warsztatach. Mimo początkowego rozczarowania, zajęcia teatralne pomagają Weronice poradzić sobie z sytuacją w domu i doświadczyć pierwszej prawdziwej miłości…

Ewa Nowak
Bransoletka
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 11 września 2013


Niech się wreszcie nauczy

W trzeciej klasie czytaliśmy Dzieci z Bullerbyn. Ostatnio znowu zajrzałam do tej książki i uderzyło mnie, że gdzieś tam, w bezsłonecznej Szwecji, i to ze sto lat temu, było dokładnie tak jak dziś. Idę do szkoły dwanaście minut, a wracam czterdzieści, a najczęściej jeszcze dłużej. Droga do szkoły jest całkiem innej długości niż powrotna. Astrid Lindgren była mądrą kobietą.
My, dziewczyny, zazwyczaj wychodzimy razem. Chwilę stoimy przed szkołą i gadamy, a potem idziemy grupami w zależności od tego, gdzie kto mieszka. Dom Magdy jest najdalej. W zeszłym roku to ustaliłyśmy, bo zmierzyłyśmy krokami, gdzie dokładnie wypada połowa drogi między naszymi domami. Tylko co z tego? Magda ciągle wykręca mi ten sam numer.
Tego dnia jak zwykle wracała z nami Baśka. Ona jest niesamowita – śmieje się cały czas i dosłownie ze wszystkiego sobie żartuje. Przy niej zawsze mam dobry humor. Kiedy tylko Baśka się odłączyła i pogalopowała wielkimi susami do domu, zrobiło się cicho. Czekałam, aż Magda przeprosi mnie za to, że znów grzebała w moich rzeczach, ale ona raptownie odwróciła się i wzięła mnie pod ramię.
– Słuchaj, Werka, miałam ci powiedzieć coś niesamowitego! Wiesz, kto się wczoraj do mnie odezwał? Nie uwierzysz!
Byłyśmy dokładnie w połowie drogi, przy przerdzewiałej skrzynce na listy koło sklepu spożywczego, przystanęłam więc i czekałam, aż skończy.
– A, racja! – Magda niby nagle przypomniała sobie, że tu jest połowa drogi. – Odprowadzisz mnie? To ci opowiem…
Czasem nawet mogłabym ją odprowadzić, ale ona zawsze mnie o to prosi. Zastanawiałam się przez chwilę. Nie chciałam jej odprowadzać, bo musiałam napisać wypracowanie i rozwiązać zadania z matematyki, a poza tym chciałam poczytać. Kiedyś odprowadzałyśmy się i bywało, że stałyśmy nawet dwie godziny, bo nie mogłyśmy się nagadać, ale to już przeszłość.

Teraz chciałam iść do domu. Bez niej. Dlaczego nie umiem powiedzieć jej tego wprost? Nienawidzę tego w sobie. Zaczęłam gorączkowo szukać w głowie jakiegoś pretekstu, bo o tym, że chcę robić matmę, przecież jej nie powiem. Zanim się odezwałam, Magda powiedziała:
– Racja, przecież i tak będziesz szła ze Śliwą. To weźmy go…
Nie chciałam się z nią kłócić, dlatego zanim zdążyłam się zorientować, już szłyśmy do mnie. Trudno, stracę trochę czasu, ale przynajmniej usłyszę jakąś dobrą historię. Skoro nie chciała mówić przy Baśce, to pewnie coś o chłopakach. Zapytałam, kto się do niej odezwał, ale Magda powiedziała, że opowie, jak już wyjdziemy, bo nie chce przerywać. To długa historia, a jej się chce siusiu.
Otworzyłam drzwi do mieszkania. Śliwa wyskoczył na nas jak wściekły. Szczekał i piszczał z radości.
– Siad, pies! – Usiłowałam opanować jego radość.
Magda zatkała nos. Wiem, że mój pies wydziela okropny zapach, ale to nie było miłe. Mam czworonoga, który śmierdzi. Magda nie musi demonstrować swojego obrzydzenia.
– Masz rację. Nie wierzyłam, jak mówiłaś, ale racja, śmierdzi w całym mieszkaniu. On jest ohydny.
Magda zdjęła buty, a raczej skopała je ze stóp. Widziałam, że jeden zostawił ślad na ścianie. Jak ojciec zobaczy, znów będzie gadanina do wieczora.
Magda poszła do toalety. Gdy wróciła, ściągnęła sweter, poprosiła o herbatę z cytryną i miodem oraz o coś słodkiego. Usiadła w moim fotelu.
Zerknęłam na zegarek. Śliwa piszczał, Magda grzała dłonie o kubek.
– Czytasz to?
Przecież widzi, że to czytam. Jest okropnie złośliwa. Naprawdę nie pamiętam, dlaczego w ogóle chciałam się z nią przyjaźnić.
– Chodźmy, bo Śliwa szaleje.
Byłam spięta. Lada moment ktoś mógł wrócić do domu. Chciałam, żebyśmy wreszcie wyszły.
– Minutkę, tylko dopiję. Pyszna, szkoda zostawić. Nie wiem, jak ty to robisz, że zawsze wychodzi ci taka dobra.
Usłyszałam klucz w drzwiach, Śliwa zaczął szczekać z radości, a potem dobiegły mnie jakieś dziwne odgłosy.

Kuba razem z Jarem, swoim kolegą, usiłowali przepchnąć przez drzwi drucianą klatkę.
– Co to jest?
– Czołg z wodotryskiem. – Bazyliszek patrzy na mnie z politowaniem i posyła Jarowi porozumiewawcze spojrzenie. – Nie widziała nigdy klatki.
– Ale taka duża… – Nie wiem, po co to powiedziałam.
– Dla mnie. Od dziś będę w niej spał, żebyś mnie nie pogryzła.
Magda posłała mi spojrzenie pełne współczucia i szepnęła: „Bazyliszek”. Wie, że tak nazywam Kubę. Wspomniałam jej o tym w czasach, gdy zwierzałyśmy się sobie ze wszystkiego. Dziś na pewno bym jej o tym nie powiedziała.
Wreszcie wyszłyśmy. Spuściłam Śliwę ze smyczy i myślałam, że Magda wreszcie mi opowie tę swoją niesamowitą historię, ale ona zaczęła inny temat.
– Kochana ta Basia, nie da się jej nie lubić.
– To prawda. Ma niesamowite poczucie humoru. Trzeba jej jakoś pomóc z tą historią, bo…
– Ty chcesz jej pomóc?
– Tak, a co?
– Nic. – Magda zrobiła jedną ze swoich głupich min. – One cię nazywają: Ciuma.
– Kto?
– Baśka i Oliwka. To znaczy kiedyś, teraz już może nie. Ale to nie było miłe, gdy przy mnie tak o tobie mówiły.
Ciuma. No pięknie! A miałam wrażenie, że Baśka mnie lubi. Zrobiło mi się strasznie przykro, bo akurat po Baśce czegoś takiego bym się nie spodziewała. Chciałam zapytać, skąd Magda o tym wie, ale nie dała mi dojść do słowa.
– Weruś, sorki, ale tu cię zostawię, bo mam tylko dziesięć minut. Lecimy z mamą po buty dla mnie. Kupuję jednak te kozaczki… Pogadamy jutro!
Pomachała do mnie. Pół minuty temu szła wolno, ruszając się jak w smole, a nagle z werwą już biegła do domu. Mieszkamy dość blisko siebie, może kilometr, ale nie chodzi o drogę, tylko o zasady. Zawsze mi to robi – zostawia mnie na lodzie! A ja się daję.

Zawołałam Śliwę i wściekła wracałam do domu. Nie mogłam przestać o tym myśleć. Najlepszy czas – dwie godziny, kiedy nikogo nie ma w domu, zostały zmarnowane i na dodatek zaczęło padać, a jak na złość nie był to śnieg. Magda była już w domu, a ja wracałam w strugach deszczu. Śliwa hasał w błocie, szczekał i taplał się w kałużach. Wytarcie mu łap zajmie mi co najmniej kwadrans. Nienawidzę zapachu sierści pomieszanego z błotem.
Pies ledwo dał się złapać. Musiałam mu kilka razy przylać, żeby przestał się szarpać.
Ojciec już był w domu. Jeszcze go nie widziałam, a już wiedziałam, że jest zły. Jego nastroje wyczuwam przez ścianę. Może zobaczył ten ślad buta, może Śliwa coś nadgryzł albo Bazyliszek zostawił bałagan.
Wyszedł do przedpokoju. Odwróciłam się tyłem i usiłowałam na niego nie patrzeć. „No, o co się tym razem przyczepisz?” – pomyślałam.
Nawet przez moment wydawało mi się, że nie jest zły, ale to było tylko złudzenie. Popatrzył na mnie i warknął:
– A jakieś „dzień dobry” to nie łaska?
Znowu zaczyna. Coś tam mu odmruknęłam, żeby się odczepił, ale nic z tego.
– Chodź no tu. Z kim ty się zadajesz?
– Z ufoludkami, nie wiedziałeś?
Zacisnęłam szczęki ze złości. Nie cierpię głupich pytań.
– Z ufoludkami? Jak ja lubię rozgarnięte dziewczynki. Nie dziwię się, że żaden chłopak…

Nienawidzę, gdy ojciec niby tak dobrodusznie, niby tak mimochodem gada, że z kimś takim jak ja żaden facet się nie zwiąże. Byłam kłębkiem nerwów, więc od razu zakręciły mi się łzy w oczach.
– O, już ryczy. – Ojciec krzywi się tak samo jak Kuba. – Trochę dystansu do siebie. – Nagle zmienił ton. – Wyobraź sobie, wysiadam dziś i widzę grupę rozwrzeszczanych, ryczących małolat. Patrzę, a wśród tej menażerii jest moje dziecko… O, przyszła matka.
– Cześć wszystkim. Ohydna ulewa.
– Pomóż matce.
Wzięłam od mamy ciężką torbę. Wystawała z niej bagietka. Byłam głodna.
– Co ci się stało, Werciu? Masz gorączkę?
Mama zdjęła czapkę, strzepnęła z niej wodę i ułożyła na komodzie, żeby wyschła. Znów zaczęłam płakać. Nie mam pojęcia, dlaczego tak często płaczę.
– Nie wiem, co z nią zrobić. – Ojciec się wyszczerzył. To chyba miało mnie rozbawić.
– Zabij mnie, będziesz miał wreszcie spokój – rzuciłam.
Ojciec podniósł ręce do góry jak na filmie.
– Ja się poddaję. Idę popracować.
Zostałyśmy z mamą same w przedpokoju.
– Jadłaś obiad? – spytała.

To jest najważniejsze. Dziecko stoi w przedpokoju zalane łzami, a jego matka pyta, czy jadło obiad. Czy w tym domu nikogo nie obchodzi nic oprócz wyprowadzania psa, odkurzania i jedzenia w szkole obiadów?
– Była awaria wody i dali nam drożdżówki i mleko.
– Aha. A co było? Jaka zupa?
– Mówiłam ci! Nie było obiadu! – Nie wytrzymuję.
– Czemu ty wiecznie podnosisz głos? Wracam wieczorem zmęczona jak pies, a do ciebie strach się odezwać…
– A nie mówiłem? – odzywa się ojciec. – Z nią nie da się wytrzymać.
Odwróciłam się na pięcie i poszłam do swojego pokoju.
Śliwa spał zwinięty na moim łóżku.
– Wynocha! – Chwyciłam go za grzbiet i zrzuciłam z łóżka. – Nie wolno, rozumiesz?! Nie wolno spać na łóżku.
Musiałam go przytrzymać za kark, bo jak tylko czuje, że dostanie, zaraz się wyrywa. A musi dostać, żeby zapamiętał, że ze mną nie ma żartów.
Rzuciłam się na łóżko, ale narzuta śmierdziała Śliwą, więc zerwałam ją z łóżka i cisnęłam na podłogę. Wtedy przyszła wiadomość.
„Sprawdź mi, o której jutro grają Złodzieja. Tylko szybko, please”.
To Magda. Jutro będzie środa, środy mam zajęte – angielski i basen. I ona o tym wiedziała. Na Złodzieja też chcę iść. I o tym również wiedziała.
– Nie doczekasz się. Koniec z tym. Nie będę ci nic sprawdzać! A może jestem zajęta? A może nie mam teraz Internetu? A może mam swoje sprawy? Może się kąpię i nie słyszałam? – powiedziałam sama do siebie, ciągle patrząc na wyświetlacz. – A może po prostu mi się nie chce? Sama sobie sprawdź.
Ciekawe, z kim idzie? Pewnie z mamą albo z Andżeliką. Specjalnie wybrała środę. Specjalnie…
Zrobiło mi się smutno. To ma być przyjaciółka?
Wtedy przyszła druga wiadomość: „Weruś, błagam! Strasznie mi zależy”.
Spojrzałam na zegarek. Osiemnasta czterdzieści sześć. Oderwała mi się podszewka w kurtce, wzięłam więc nici i wolniutko, starannie, najdokładniej, jak tylko umiałam, zaczęłam ją przyszywać.
Skończyłam, zrobiłam elegancki supełek, odcięłam resztę nici i dopiero wtedy włączyłam komputer. Poczeka. Nie będę całą dobę na jej usługach. Niech się nauczy, że ja też jestem czasem zajęta i mam swoje sprawy. Niech się wreszcie nauczy.