Drugi tom trylogii o Marii Antoninie, pochodzącej z Austrii królowej Francji, żonie Ludwika XVI.


Paryż, rok 1774. Młodziutka, zaledwie osiemnastoletnia Maria Antonina wstępuje na tron u boku swego męża, równie młodego Ludwika XVI. Monarchini prezentuje światu olśniewające jedwabne toalety i kunsztowne strzeliste uczesania, ale w głębi jej serca czai się strach o ciągłość dynastii Burbonów i o własną przyszłość.

Od bolesnych początków małżeństwa, przez radość długo wyczekiwanego macierzyństwa, zakazaną miłość do przystojnego Szweda Axela von Fersena po nieszczęsną aferę naszyjnikową — przez cały okres panowania Maria Antonina usiłuje wznieść się ponad dworskie plotki i intrygi. Jednak niebezpieczeństwo, że francuska monarchia może zostać zmieciona raz na zawsze z powierzchni ziemi, czai się tuż za złoconymi bramami Wersalu. Już wkrótce zapuka do nich śmiertelny wróg.

Porywająca powieść, odsłaniająca niejeden dworski skandal, obejmuje piętnaście lat pamiętnych rządów Marii Antoniny. Portret najsłynniejszej i otoczonej najczarniejszą legendą władczyni Francji, jednej z najtragiczniejszych postaci kobiecych w historii Europy.

Oparte na drobiazgowych badaniach źródłowych pisarstwo Juliet Grey czyni z postaci historycznych prawdziwych ludzi, a dawne czasy są dzięki jej talentowi barwnym, pulsującym życiem tłem ważnych wydarzeń.

Juliet Grey
Maria Antonina. W Wersalu i Petit Trianon
Przełożyła: Beata Długajczyk
Wydawnictwo Bukowy Las
Premiera: 13 września 2013


8 maja 1774
Do hrabiego de Mercy-Argenteau
Ambasadora nadzwyczajnego i pełnomocnego przy dworze w Wersalu

Mój drogi Mercy,
Jak rozumiem, śmierć mojego brata suwerena zbliża się nieuchronnie. Wieść ta napełniła mnie zarówno żalem, jak i trwogą. Małżeństwo Antoniny z delfinem zaliczam do największych triumfów mojego panowania, wszelako mam nieodparte przeczucie, że los mojej córki albo potoczy się wspaniale, albo też będzie pasmem nieszczęść. Nic nie jest w stanie uśmierzyć moich obaw. Ona jest jeszcze taka młoda, nigdy nie miała zdolności do rządzenia i nigdy nie nauczy się panować. Boję się, że jej szczęśliwe dni odeszły bezpowrotnie w przeszłość.

Maria Teresa

LA MUETTE, 21 MAJA 1774

– Moje kondolencje z powodu śmierci Jego Wysokości, Wasza Wysokość.
– Wasza Wysokość, wyrazy współczucia z powodu śmierci Jego Wysokości.
– Votre Majesté, niech mi wolno będzie wyrazić najszczersze kondolencje z powodu odejścia Jego Majestatu Ludwika XV.
Podstarzałe arystokratki w czarnych spódnicach rozpiętych na szerokich paniers i z mocno uróżowionymi twarzami po kolei podchodziły do mnie i do mojego męża – a ich nowego króla, Ludwika XVI – aby wyrazić nam swoje współczucie. W żałobnych strojach wyglądały niczym stado ponurych wron.
Od dwóch tygodni rządziliśmy Francją, pełni radosnej nadziei, ale też i smutku.
Ludwik szczerze opłakiwał zmarłego monarchę, swojego grand-père. Co do zasuszonych świętoszek (collets-montées, jak zwykłam je nazywać), które tego popołudnia tak gorliwie cisnęły się do nas, stojących w wykładanym w czarno-białą szachownicę westybulu pałacyku myśliwskiego La Muette, to każde ich słowo, kiedy składały nam kondolencje i życzyły szczęśliwego panowania, wydawało mi się równie fałszywe, jak wymalowane na ich policzkach rumieńce. Nawet jeśli kiedyś rzeczywiście kochały zmarłego monarchę, to ich uczucie wygasło już dawno temu. Z kolei mojego męża nie szanowały i nie wierzyły, że będzie umiał dobrze rządzić.
Permettez-moi de vous offrir mes condoléances, j’en suis desolée – zachichotałam pod osłoną wachlarza, przedrzeźniając szczebiotliwe głosy podstarzałych elegantek. – Doprawdy nie rozumiem, jak ktoś, kto przekroczył trzeci krzyżyk, ma śmiałość pokazywać się jeszcze na dworze – rzuciłam lekko w stronę mojej oddanej przyjaciółki i damy dworu, Marii Teresy Ludwiki de Savoie-Carignan, księżnej de Lamballe. Ja sama miałam zaledwie osiemnaście lat, więc trzydziestolatki wydawały mi się niemal Matuzalemami.

Wprawdzie leciwe damy wyglądały przekomicznie, ale w dobry nastrój wprawił mnie nie tylko ich widok. Moja radość miała jeszcze inną przyczynę – taką, której nie ośmieliłabym się wyznać nikomu, nawet mężowi. Tak naprawdę dopiero dzisiaj, kiedy przyjmowaliśmy zwyczajowe kondolencje szlachty, dotarło do mnie, że papa król naprawdę umarł. Wizja wspaniałości, które miały stać się naszym udziałem, była oszałamiająca. Wyczekiwałam ich niecierpliwie, nerwowe napięcie maskując śmiechem i kpinami.
Sześćdziesiąt lat nakładania różu niemal wyżłobiło dziury w pomarszczonych policzkach diuszesy d’Archambault. Kiedy zginała kolana w ukłonie, miałam wrażenie, że słyszę skrzypienie stawów. Pomyślałam, że bez pomocy pewnie nie da rady się wyprostować, po czym szybko przygryzłam wargę, ale było już za późno. Z moich ust wydobył się stłumiony chichot.
– Wasza Wysokość, proszę przyjąć wyrazy współczucia po śmierci króla, który był… który był… – tu diuszesa popadła w głęboką zadumę. – Il était si noble, si gentil – dokończyła wreszcie z przejęciem.
Vous l’avez détesté! – mruknęłam do księżnej de Lamballe. – Nie znosiła starego króla, ponieważ odmówił temu niedojdzie, jej synowi, promocji wojskowej. Taki szlachetny, taki łaskawy – zaświergotałam, kiedy diuszesa odeszła.
– Wasza Wysokość, nie przystoi, aby władczyni pokpiwała sobie z osób starszych i niższych rangą – zabrzmiało za moimi plecami. Dobrze znałam ten głos, więc nawet nie musiałam się odwracać. Należał do hrabiny de Noailles, mojej dame d’honneur, a kiedy byłam jeszcze delfiną – de facto guwernantki i opiekunki. Jako najmłodsza córka cesarzowej Marii Teresy w wieku zaledwie czternastu lat przybyłam do Wersalu, aby zaślubić delfina. Nie byłam wówczas odpowiednio wyedukowana, by sprostać wymaganiom tak świetnego mariażu, i w krótkim czasie musiałam się jeszcze bardzo wiele nauczyć. To właśnie hrabina wprowadzała mnie w arkana sztywnych dworskich rytuałów, przez co z miejsca ochrzciłam ją Madame Etykietą. Przez cztery ostatnie lata nie było dnia, żebym nie usłyszała od niej reprymendy za uchybienia względem protokołu.

Po mojej prawej stała księżna de Lamballe, a tuż obok niej inne damy. Nasze szerokie spódnice dyskretnie skrywały markizę de Clermont-Tonnerre, która siedziała na podłodze, ponieważ zrobiło jej się słabo. W pewnej chwili usłyszałam czyjś stłumiony chichot. No tak, markiza nieodmiennie potrafiła nas rozbawić komicznymi minami i wywracaniem oczu.
– Kogo tam ukrywacie? – zainteresowała się hrabina de Noailles. Moje damy popatrzyły po sobie, ale żadna nie odważyła się otworzyć ust.
La marquise de Clermont-Tonnerre est tellement fatiguée – rzuciłam sucho.
– Trudno. Takie zachowanie z pewnością nie jest comme il faut. Podczas oficjalnych przyjęć wszyscy powinni stać.
Odsunęłam się lekko.
Madame la marquise, zechce pani wstać – powiedziałam łagodnie. Podtrzymywana przez dwie damy markiza dźwignęła się z trudem. Jej czoło lśniło od potu, wydatny brzuch wypychał przód szerokiej roby. – Pani zna hrabinę de Noailles, prawda? – podjęłam, kiedy już byłam pewna, że Madame Etykieta zauważyła jej brzemienność. – Mesdames, jak do tej pory nie dane mi było zostać matką, chociaż codziennie podczas mszy modlę się o ten cud. Mam nadzieję, że kiedy zostanę pobłogosławiona łaską macierzyństwa, zdrowy rozsądek weźmie pierwszeństwo przed nakazami protokołu. Obiecuję, że jako królowa zadbam o to. Na razie, skoro nie ma tu taboretu, może pani na powrót usiąść na podłodze, a ja i pozostałe damy osłonimy panią przed krytycznymi spojrzeniami innych – zakończyłam, podając markizie chusteczkę, aby mogła otrzeć czoło.

Po przeciwnej stronie westybulu stał Ludwik, a przed nim, w długim rzędzie, dworzanie pragnący mu złożyć kondolencje. Wielu z nich przyciskało do twarzy chusteczki, ale tylko oczy mojego męża były autentycznie wilgotne. Przez chwilę przyglądałam się tej scenie, po czym ponownie odwróciłam się do hrabiny de Noailles. Teraz niemal dorównywałam jej wzrostem, a poza tym nie byłam już niesfornym dzieckiem, oddanym jej pod opiekę. Jedna matka, karcąca mnie za każde, nawet najmniejsze przewinienie, wystarczała mi w zupełności. Nie potrzebowałam nikogo w jej zastępstwie.
– Pani i pani mąż, hrabia, służyliście Francji długo i wiernie – powiedziałam chłodnym tonem. – Przez wiele lat poświęcaliście się bez wytchnienia, nadszedł więc czas na congé. Mąż i ja oczekujemy, że przed upływem tygodnia opuścicie dwór i udacie się do waszej wiejskiej posiadłości w Mouchy.
Madame Etykieta zrobiła się biała niczym obłuskany ze skórki migdał. Nie mogła przecież przeciwstawić się królowej Francji. Nikt nie mógł.
– Nową dame d’honneur zostanie księżna de Lamballe – dodałam. Wierna przyjaciółka popatrzyła na mnie ze zdumieniem i delikatnie się zarumieniła. Nie zdążyłam jej uprzedzić. Któż jednak bardziej od niej zasługiwał na to wyróżnienie?

Hrabina de Noailles opuściła powieki i skłoniła się głęboko.
– Służenie Waszej Wysokości było dla mnie zaszczytem – powiedziała z godnością, jak zwykle opanowana. Jedynie lekkie drżenie w głosie zdradzało jej prawdziwy stan ducha. Przez ułamek chwili pożałowałam wypowiedzianych słów. A przecież czekałam na ten moment bardzo długo. Odtąd sama będę decydowała o tym, co jest, a co nie jest comme il faut, przynajmniej w moim bezpośrednim otoczeniu. Patrząc na hrabinę de Noailles, sunącą przez westybul w stronę króla, aby i jemu złożyć kondolencje, wyobraziłam sobie, że oto posępna burzowa chmura ścigająca mnie od pałacu do pałacu – od Wersalu przez Compiègne aż do Fontainebleau – wreszcie znika z horyzontu, pozostawiając czyste lazurowe niebo.

Kiedy wstąpiliśmy na tron i zadośćuczyniliśmy wymaganym obrządkom żałobnym, czym prędzej uciekliśmy z miejsca, w którym zmarł Ludwik XV. Pierwsze dziewięć dni panowania spędziliśmy w położonym nad Sekwaną uroczym château de Choisy w oczekiwaniu na oczyszczenie z zarazy niezliczonych komnat Wersalu. Teraz niecierpliwie wypatrywałam powrotu do pałacu. Nikt z żyjących nie pamiętał czasów, kiedy królowa Francji była czymś więcej niż tylko dynastyczną marionetką. Obecności Marii Teresy, hiszpańskiej infantki poślubionej Królowi Słońce, nie zauważano prawie wcale. Całe dnie spędzała w swoich komnatach, w otoczeniu dam dworu i karłów, popijając czekoladę i grając z nimi w karty. Losem poddanych nie przejmowała się wcale. Kiedy jej doniesiono, że ludzie głodują, bo nie mają chleba, powiedziała, że przecież mogą jeść ciastka. Tego wszystkiego dowiedziałam się od abbé Vermonda, który przygotowując mnie do małżeństwa z delfinem, zadbał także o to, abym poznała historię moich poprzedniczek na tronie francuskim. Łagodny, mądry ksiądz Vermond towarzyszył mi później do Wersalu jako mój lektor i opiekun duchowy, nigdy też nie przestał być moim zaufanym przyjacielem.

Maria Teresa Hiszpańska zmarła prawie sto lat temu. Kiedy żyła, całkowicie usunęła się z życia publicznego, ułatwiając Ludwikowi XIV szukanie rozkoszy w ramionach innych kobiet. To królewskie metresy, a nie nudna, pospolita królowa decydowały o tym, co jest, a co nie jest modne na dworze.
Moja bezpośrednia poprzedniczka, Maria Leszczyńska, żona Ludwika XV, zmarła dwa lata przed moim przybyciem do Wersalu. Była córką króla polskiego, któremu przyszło żyć na wygnaniu. Urodziła Ludwikowi wiele bezużytecznych córek i tylko jednego syna – ojca mego męża – który zmarł, nie doczekawszy się korony. Podobnie jak wcześniej Maria Teresa, wiodła cichy żywot w odosobnieniu, prowadząc się bez skazy, podczas gdy u boku władcy pojawiały się kolejne maîtresses en titre. Nikt nie zwracał uwagi na suknie i koafiury królowej. Modę dyktowała madame la marquise de Pompadour, a po niej madame du Barry. Ostatnia faworyta Ludwika XV nie miała już rywalki w postaci królowej. Konkurować z nią mogłam tylko ja – ale to mi się nie udało. Pozbawiona pewności siebie, pełna obaw, że uczynię fałszywy krok, próbująca za wszelką cenę zdobyć uczucie nieśmiałego męża, niepotrafiącego się przemóc, aby skonsumować nasz związek, zmarnowałam mnóstwo czasu, pozwalając madame du Barry umocnić swoje wpływy na dworze i w sercu papy króla. Poniosłam porażkę i maman bardzo nad tym bolała.

Odtąd jednak wszystko miało być inaczej. Nigdy więcej nie zawiodę pokładanych we mnie nadziei. Maman już się mną nie rozczaruje. Francja także nie. Po śmierci królewskiego kochanka madame du Barry została odesłana do klasztoru, więc jej poplecznicy musieli pogodzić się z tym, że w wersalskich komnatach nie widują już jej wystawnych toalet i nie słyszą sprośnych żartów.
Kondolencje składane przez szlachtę w La Muette oznaczały koniec pełnej żałoby. Kiedy ostatnia z leciwych dam podniosła się z ukłonu, monarcha i ja wyszliśmy na dziedziniec, gdzie czekała królewska kareta. Siedząc w złocistym powozie, jechaliśmy do Wersalu, gdzie mieliśmy oficjalnie rozpocząć panowanie. Choisy było naszym czyśćcem. Teraz podążaliśmy prosto do nieba.

Kiedy po raz pierwszy przybyłam do Francji, do Wersalu zajechałam tylnym wejściem, jakby nieoficjalnie. Jako narzeczona podróżowałam wystawną berlinką, zamówioną specjalnie dla mnie przez Ludwika XV. Król nalegał wówczas, że pokaże mi pałac od strony ogrodów. Najpierw więc zobaczyłam Grand Trianon, z portykami z różowego marmuru, a później wysypane żwirem allées, kanały, fontanny i wreszcie szerokie marmurowe schody wiodące do monumentalnego château – dawnego skromnego pawilonu myśliwskiego, z rozkazu Króla Słońce rozbudowanego w jeden z największych pałaców Europy. Pamiętam swoje rozczarowanie, kiedy w tamto posępne popołudnie, zmęczona kilkutygodniową podróżą, ujrzałam go po raz pierwszy. W fontannach nie było wody, w kanałach piętrzyły się sterty śmieci, brudne korytarze i komnaty cuchnęły zastarzałą uryną, tymczasem ja musiałam udawać zachwyt!

Teraz wszystko przedstawiało się inaczej, gdyż zajeżdżaliśmy od frontu, przez Dziedziniec Ministrów. Przed nami wznosiła się potężna brama zaprojektowana przez Mansarta. Jej złocone pręty lśniły w pełnym słońcu. Opuściłam szybę, wyjrzałam na zewnątrz i szybko odwróciłam się do Ludwika.
– Nawet powietrze pachnie teraz bardziej słodko, mon cher! – wykrzyknęłam podekscytowana.
– Bardziej słodko niż co? – Mąż wyglądał, jakby bolał go żołądek albo dostał kolki od nadmiernego wysiłku.
– Co cię boli, Sire? – zapytałam, ujmując jego dłoń.
Ludwik milczał. Jego pobladłą twarz ściągał bolesny skurcz, podobnie jak w dniu naszego ślubu cztery lata temu. Był przerażony ogromem odpowiedzialności, jaka spoczywała teraz na jego barkach. Z całego serca pragnęłam mu ulżyć, ale byłam zaledwie żoną. Królowe francuskie miały do spełnienia wyłącznie jedno zadanie. Mnie – mimo wszelkich starań – jak dotąd się to nie udało. Ta świadomość dokuczała mi bardzo mocno.
Pokrzepiająco ścisnęłam dłoń Ludwika. W tej samej chwili foryś otworzył drzwi karety i opuścił stopnie.
Sois courageaux! – szepnęłam. – Pamiętaj, że obecnie nikt nie ma prawa cię besztać. Korona należy do ciebie.
Oba dziedzińce, Ministrów i Królewski, były jak dawnej zatłoczone ludźmi. Kramarze wrócili do swoich bud i wypożyczali kapelusze i szpady mężczyznom, którzy wybrali się zobaczyć Wersal, ale nie wiedzieli, że etykieta wymaga, aby mieli nakryte głowy i szpady u boku. Sprzedawcy perfum, koronek i wachlarzy rozkładali się z towarami. Ciekawe, gdzie się podziewali przez ostatnie dwa tygodnie? Jak zarabiali na chleb, kiedy pałac świecił pustkami?

Mąż poprawił Order Świętego Ducha przypięty do szerokiej wstęgi przepasującej mu pierś. Gdyby nie ta wielka brylantowa gwiazda, można by go było wziąć za zamożnego kupca, gdyż ubrany był bardzo skromnie – w czarny żałobny surdut z prążkowanej satyny, bez żadnych złoceń i haftów, i czarne trzewiki z prostymi srebrnymi sprzączkami. Kiedy ukazał się w drzwiach powozu, po dziedzińcu poniósł się gromki okrzyk:
Vive le roi Louis Seize!
Och, jak bardzo Francuzi musieli nienawidzić starego króla i jak mocno kochali nowego suwerena, którego od pierwszego dnia panowania okrzyknęli Louis le Désiré – Ludwikiem Upragnionym.
Nowy monarcha oblał się rumieńcem. Pomyślałam, że muszę mu zwrócić uwagę, że władcy nigdy się nie czerwienią, nawet gdy mają zaledwie dziewiętnaście lat.
Et mon peuple – moi dobrzy ludzie – vive la reine Marie Antoinette! – zawołał, prowadząc mnie za rękę w taki sposób, jakbyśmy wstępowali na wywoskowany parkiet do tańca.

Okrzyki powitalne na moją cześć brzmiały znacznie ciszej. Przywołałam na twarz szeroki uśmiech, aby ukryć zawód. Wiedziałam, że tak będzie. Wiosną 1770 roku opuszczałam Wiedeń zaopatrzona w instrukcję matki, że koniecznie muszę sprawić, aby Francuzi mnie pokochali. Nigdy nie odważyłam się powiedzieć maman, że moi nowi poddani nie lubili cudzoziemców, że na dworze obdarzono mnie złośliwym przezwiskiem l’Autrichienne. To słowo mogło oznaczać zarówno Austriaczkę, jak i obcą sukę. Czy cesarzowa zapomniała, że Francja i Austria przez dziewięćset lat były sobie wrogie, aż wreszcie w 1756 roku Habsburgowie podpisali traktat pokojowy z Burbonami? Sprawić, by Francuzi mnie pokochali? Gorąco tego pragnęłam, ale przedtem musiałabym pokonać wielowiekową nienawiść.

Na dziedzińcach kręciło się mnóstwo odświętnie ubranych ludzi. Rozpromienieni, hałaśliwi, zaciekawieni, cisnęli się ku nam, kiedy kroczyliśmy w stronę pałacu. Młodziutka kwiaciarka ofiarowała mi wielki bukiet róż, ale przyjęłam tylko jeden kwiat i powiedziałam, że za niego zapłacę. Uszczęśliwiona dziewczyna skłoniła się głęboko i powiedziała, że jestem „po trzykroć piękniejsza”. Podziękowałam jej za ten niezwykły komplement i ruszyłam dalej. Ludzie uśmiechali się do nas, machali rękami, ściągali z głów kapelusze. Trwało to dobrych kilka minut, zanim wreszcie przecisnęliśmy się przez tłum i stanęliśmy na Dziedzińcu Marmurowym, skąd wchodziło się do apartamentów państwowych.

Unosząc fałdy sukni w kolorze atramentowej czerni, wstępowałam na szerokie marmurowe schody, pragnąc jak najszybciej znaleźć się w moim domu – moim pałacu, jak myślałam obecnie o Wersalu. Czy teraz – kiedy wreszcie dokonało się moje przeznaczenie – spojrzę na niego innymi oczami? Niczym gąsienica, która dopiero co wyłoniła się z poczwarki, wkroczyłam do Salonu Herkulesa, z potężnymi filarami zwieńczonymi pozłacanymi liśćmi akantu, i wdzięcznym krokiem ruszyłam przez amfiladę oficjalnych apartamentów, obejmując każdą kolejną komnatę dumnym spojrzeniem posiadaczki. Moje rozbiegane oczy notowały każdy szczegół – spłowiałe tapety na ścianach, kotary wyblakłe i wystrzępione albo po prostu nieodpowiadające mojemu smakowi. Wszystko do wymiany. Niemal już zapomniałam, jak bardzo dymiły tutejsze kominki. Gdy tylko rozpalano w nich ogień, wszystkie powierzchnie natychmiast pokrywały się tłustym ciemnym nalotem sadzy. Koniecznie trzeba będzie temu zaradzić.

Za mną sunął długi orszak dworzan. Zanim się zorientowałam, już rozkazywałam tej petite armée. To usunąć, to odczyścić, to nareperować, natychmiast posłać po królewskich tapissiers! Ludwik XVI rozpoczął panowanie, więc wszystko trzeba odnowić!
Apartamenty królowej od sześciu lat świeciły pustkami, a zamieszkująca je wcześniej Maria Leszczyńska, mówiąc otwarcie, nie odznaczała się dobrym gustem. Jeśli miałam urodzić przyszłego króla Francji w jej dawnej sypialni, należało ją przedtem urządzić całkiem na nowo, zgodnie z moimi upodobaniami. Dużo kremowej bieli, różu i złota, i koniecznie kwietne wzory.
– Zapisz to natychmiast – poleciłam księżnej de Lamballe, czując przyspieszone bicie serca.

Wieczorem, po okropnej ceremonii coucher, podczas której byliśmy z wielką pompą rozbierani i układani w łóżkach, a wszystko w obecności najwyższych rangą arystokratów, Ludwik przyszedł do mojej sypialni. Długo to trwało, zanim się pojawił, tak że zaczęłam się już obawiać, że może zasnął albo postanowił nie zaszczycać mnie swoją obecnością tej nocy.
– Skąd przyszedłeś? – zapytałam.
– Z łóżka. A skąd niby miałbym przyjść? – odparł, wyraźnie rozbawiony moim pytaniem. Zaraz jednak na jego twarzy pojawił się wyraz zawodu. – Chyba nie przypuszczałaś, że byłem z kimś innym… z kobietą? – Dwoma palcami zdusił płomień świecy i zaciągnął wokół łoża szerokie zasłony z lejącego się wzorzystego brokatu.
Mon Dieu, non! – wykrzyknęłam zaskoczona. Myśl, że Ludwik mógłby odwiedzać inną kobietę, nawet nie przyszła mi do głowy. – Pytałam, czy przychodzisz z wielkiej sypialni, w której papa król odbywał levers i couchers, czy też z małej, tej w prywatnych apartamentach, tam gdzie… — Nie dokończyłam. Wolałam nie wyobrażać sobie starego króla w miłosnym uścisku ze zmysłową, wulgarną hrabiną du Barry.
– Żadna z tych komnat do mnie nie pasuje – przyznał niemal szeptem Ludwik. – Gdziekolwiek się obrócę, wszędzie pada na mnie cień grand-père.
– Więc zaczerpnij głęboko powietrza i uczyń krok naprzód, tak aby stanąć w pełnym słońcu – odparłam równie cicho. – Teraz my jesteśmy przyszłością Francji. Ona kryje się tutaj – dodałam, nieśmiało ujmując jego dłoń i kładąc ją na moim brzuchu, okrytym delikatnym batystem nocnej koszuli. Po raz pierwszy mieliśmy spać w Wersalu jako władcy królestwa. Ta noc bardziej niż inne wydała mi się odpowiednia do spełnienia naszego małżeństwa i poczęcia dziedzica Burbonów.