Danbury to dziwne miejsce. Żadna z nas nie chciała tu trafić, z dala od rodziny, przyjaciół, normalnej pracy. Z dala od wszystkiego, co znamy i kochamy. Od wszystkiego, co normalne.


„Nie wolno wam się zaprzyjaźniać”, ostrzegali nas. „Nie wolno się spoufalać”, „nie wolno przekraczać jasno nakreślonych granic” – niczego nie wolno. Na starcie każda dostała identyczne, idiotyczne, płócienne kapcie, rolkę papieru toaletowego i spory zapas mydła do prania. Zupełnie nie rozumiem przewagi mydła do prania nad mydłem do ciała, ale tym miejscem rządzi jakaś inna, pokrętna logika. A potem zatrzasnęły się drzwi i zaczęło odliczanie czasu, który każdej pozostał do powrotu do normalności. Cóż, prawda jest taka, że jeśli zamkniesz w jednym miejscu dwieście kobiet, nigdy nie będzie ono normalne. I nie oczekuj, że pozostaną wobec siebie obojętne.

***

Spisując swoje wspomnienia z pobytu w federalnym więzieniu dla kobiet w Danbury (w stanie Connecticut), Piper Kerman nawet nie przypuszczała, jak wielką burzę wywoła nie tylko w społeczeństwie amerykańskim, ale i poza USA.

Powieść, świetnie przyjęta zarówno przez krytykę jak i czytelników, została napisana przez kobietę, która spędziła rok w zakładzie poprawczym dla kobiet w Danbury w stanie Connecticut. Przekonująca, poruszająca, a przede wszystkim wbrew pozorom, wesoła książka rzuca światło na wnętrze więzienia dla kobiet, widziane oczami absolwentki Smith College, która popełniła zbrodnię i odsiedziała swój wyrok.

***

“Uwielbiam tę książkę. Kompletnie mnie zaskoczyła. Jest to przekonująca historia ukazująca życie w federalnym więzieniu dla kobiet. To nie tylko spojrzenie na scenę wojny z narkotykami, jest to też historia bogata w humor i patos odkupienia. Nie spodziewałam się, że w tak wspaniały sposób Piper Kerman opisze miłość, współczucie i ukaże realia życia kobiet w więzieniu. To zaskakujący twist – te nawiązywane za kratami przyjaźnie, ukazanie delikatności społecznej. W końcu ta książka nie jest tylko o więzieniu, narkotykach, przestępczości czy sprawiedliwości, to mówiąc wprost – pięknie opowiedziana historia o tym, jak kobiety mogą być niewiarygodne. Nigdy o tym nie zapomnę.”

Elizabeth Gilbert, autorka „Jedz, módl się, kochaj”

Na podstawie książki powstał w 2013 roku popularny serial Orange Is the New Black, za który odpowiada Jenji Kohan, twórczyni „Trawki”. Reżyserii podjęła się m.in. Jodie Foster, w obsadzie można zaś zobaczyć znanego z American Pie Jasona Biggsa czy Laurę Prepon (m.in. Różowe lata 70.).

Piper Kerman jest zastępcą szefa firmy zajmującej się komunikacją w Waszyngtonie. Pracuje z fundacjami i organizacjami non profit. Ukończyła Smith College i mieszka na Brooklynie ze swoim mężem. Kontrowersyjna książka Dziewczyny z Danbury. Orange Is the New Black, która przyniosła jej rozgłos, została napisana na podstawie wspomnień z odbywania kary pozbawienia wolności za handel narkotykami. W Stanach Zjednoczonych stała się początkiem wielkiej debaty publicznej na temat więzień dla kobiet.

Piper Kerman
Dziewczyny z Danbury. Orange is the new black”
Wydawnictwo Replika
Premiera: 15 września 2013

Modny Kraków objął książkę patronatem medialnym.


Rozdział 1

Czy pójdziesz ze mną?

Na lotnisku w Brukseli hala odbioru bagażu lotów międzynarodowych była duża i przestronna, a jej liczne wirówki toczyły się nieustannie. Skakałam od jednej do drugiej, desperacko próbując odnaleźć moją czarną walizkę. Była wypakowana pieniędzmi z przemytu narkotyków, więc miałam prawo być nieco bardziej zdenerwowana niż pasażerowie, którzy po prostu zgubili bagaż.
W 1993 roku miałam dwadzieścia trzy lata i wyglądem nie różniłam się z pewnością od innych, niepewnych siebie młodych kobiet. Moje martensy straciły swoją pozycję na rzecz pięknych, ręcznie robionych czarnych zamszowych szpilek. Miałam na sobie czarne jedwabne spodnie i beżową marynarkę – typowa jeune fille, nic antysystemowego, no chyba że ktoś zauważyłby tatuaż na szyi. Zrobiłam tak, jak mi kazano – nadałam swoją torbę w Chicago przez Paryż i tam, z przesiadką na krótki lot do Brukseli.

Po przyjeździe do Belgii szukałam swoje czarnej walizki na kółkach w punkcie odbioru bagażu. Jednak nie było po niej śladu. Mierząc się z nadchodzącym atakiem paniki, zaczęłam, w swoim szkolnym francuskim, dopytywać się, co stało się z moją walizką. „Torby czasem nie trafiają do właściwych samolotów” – odparł wielki osiłek pracujący w biurze bagażowym. „Proszę poczekać na następne połączenie z Paryża – walizka jest pewnie w tym samolocie”.
Czy przechwycono moją torbę? Wiedziałam, że przewożenie więcej niż 10 tysięcy dolarów było nielegalne, a co dopiero gdy pieniądze te należały do zachodnioafrykańskiego kacyka narkotykowego. Czy władze deptały mi już po piętach? Może powinnam przejść przez kontrolę celną i uciekać? A może torba po prostu była opóźniona, a ja zostawiłabym dużą kwotę pieniędzy, należących do gościa, który mógł załatwić mi wyrok śmierci jednym telefonem. Doszłam do wniosku, że ta druga alternatywa była bardziej przerażająca. I postanowiłam czekać.

Wreszcie przybył następny lot z Paryża. Wróciłam do mojego nowego „przyjaciela” w obsłudze bagażowej, który właśnie wszystko sortował. Trudno jest flirtować, gdy jesteś przerażona. Zauważyłam moją walizkę. „Mon bag!” – wykrzyczałam w ekstazie, chwytając kufer. Podziękowałam mu wylewnie i machałam z uczuciem, wychodząc przez jedne z nieobsadzonych przez personel drzwi wprost do terminalu. Tam zauważyłam czekającego na mnie Billy’ego. Bezwiednie przeskoczyłam kontrolę celną.
– Martwiłem się. Co się stało? – spytał Billy.
– Załatw mi taksówkę! – wysyczałam przez zęby.
Nie mogłam normalnie oddychać dopóki nie odjechaliśmy z lotniska i nie znaleźliśmy się w połowie drogi do Brukseli.

Moja ceremonia ukończenia studiów w Smith College odbyła się w piękny, wiosenny dzień. Na zalanym nowoangielskim słońcem dziedzińcu jęczały dudy, a gubernator Teksasu Ann Richards zachęcała mnie i moje koleżanki, byśmy wyruszyły w świat i pokazały wszystkim, z jakiej gliny jesteśmy ulepione. Moja rodzina promieniała dumą, gdy odbierałam dyplom – rodzice (świeżo w separacji) zachowywali się najlepiej, jak potrafili, a szacowni, typowo południowi dziadkowie cieszyli się na widok ich najstarszej wnuczki w pełnych studenckich regaliach otoczonej przez WASPów1 i studentów ligi bluszczowej. Mój młodszy brat umierał z nudy. Moje co lepiej zorganizowane i świadome swoich celów koleżanki wyruszyły na odyseję studiów magisterskich, praktyk w organizacjach non-profit lub też po prostu wróciły do domów – całkiem popularne rozwiązanie w najczarniejszym okresie pierwszej recesji Busha.
Ja za to zostałam w Northampton w stanie Massachusetts. Studiowałam teatr – ku wielkiemu rozczarowaniu mojego ojca i dziadka. Pochodzę z rodziny, w której ceniło się wykształcenie. Byliśmy klanem doktorów, prawników i nauczycieli – od czasu do czasu zdarzała się pielęgniarka, poeta albo sędzia, ot tak, żeby było ciekawiej. Po czterech latach studiów czułam się jak dyletantka, nie dość wykwalifikowana i niezmotywowana do pracy w teatrze. Nie miałam jednak innego alternatywnego planu: ani na inne studia,ani na porządną karierę czy też na zaczynanie wszystkiego od zera – studia prawnicze.

Nie byłam leniwa. Zawsze ciężko pracowałam na studenckich fuchach w restauracjach, barach i klubach, zdobywając sympatię swoich szefów i współpracowników dzięki wysiłkowi, humorowi i chęci dorobienia z nadgodzin. Pracując w tych miejscach,więcej czasu spędzałam z tymi ludźmi niż razem z ludźmi, z którymi studiowałam. Byłam zadowolona, że wybrałam Smith, szkołę pełną inteligentnych i dynamicznych kobiet. Ale odbębniłam co było ode mnie wymagane z racji urodzenia i pochodzenia. Ledwo mieściłam się w bezpiecznych ramach Smitha i studia ukończyłam z wynikiem zaledwie starczającym na dyplom. Teraz chciałam doświadczać, eksperymentować i badać. Nadszedł czas na moje własne życie.

Byłam dobrze wykształconą młodą pannicą z Bostonu, której brakowało pomysłu na życie i która bardzo chciała doświadczyć bohemy. Nie miałam jednak bladego pojęcia co zrobić z całym tym moim pragnieniem przygody lub jak uczynić produktywnym moje pragnienie ryzyka. W moim rozumowaniu nie było nawet krztyny analitycznego czy naukowego myślenia – najbardziej ceniłam artyzm, wysiłek i emocje. Wynajęłam mieszkanie wraz z koleżanką, która też studiowała teatr i jej stukniętą dziewczyną – artystką. Dostałam pracę jako kelnerka w mikrobrowarze. Nawiązywałam przyjaźnie z kelnerami, barmanami i muzykami – wszyscy byli równie atrakcyjni i niezmiennie odziani w czerń. Pracowaliśmy, imprezowaliśmy, pływaliśmy lub jeździliśmy na sankach, pieprzyliśmy się, czasami zakochiwaliśmy. Zrobiliśmy sobie tatuaże.

W Northampton i otaczającej go Dolinie Pioneer podobało mi się wszystko. Biegałam i biegałam po wiejskich dróżkach, uczyłam się wnosić tuzin puszek piwa na szczyt stromych schodów, oddawałam się kolejnym romantycznym przygodom z apetycznymi dziewczętami i chłopcami, a co tydzień – przez całe lato i jesień – w moje wolne dni robiłam sobie wycieczki na plażę w Provincetown.
Kiedy nadeszła zima, zaczęłam się denerwować. Moi przyjaciele ze szkoły coraz częściej opowiadali mi o swoim życiu i pracy w Nowym Jorku, Waszyngtonie czy San Francisco, zaczęłam się więc zastanawiać, co ja u diabła tu robię. Wiedziałam, że nie wrócę do Bostonu. Kochałam swoją rodzinę, ale za wszelką cenę chciałam uniknąć konsekwencji rozwodu moich rodziców. Patrząc wstecz, wydaje mi się, że bilet EuroRail czy wolontariat w Bangladeszu byłby świetnym wyborem. Ale ja nadal siedziałam w Dolinie.

W naszym dość luźnym kole znajomych wyróżniało się klika nieznośnie modnych i cool lesbijek, wszystkie około trzydziestki. Te światowe i wysublimowane starsze ode mnie kobiety sprawiały, że czułam się dziwnie nieśmiało, jednak prędko zostałyśmy przyjaciółkami po tym, jak kilka z nich wprowadziło się do mieszkania obok. Wśród nich wyróżniała się obdarzona głębokim głosem i grzywą kręconych, brązowo-piaskowych włosów, pochodząca ze środkowego zachodu Nora Jansen. Nora była niska i wyglądała tak, jak coś pomiędzy francuskim buldogiem a białą Earthą Kitt. Wszystko w niej było urocze – jej głęboki, przepełniony mądrością głos, sposób, w jaki przechylała głowę, by przyjrzeć się ci swymi jasnymi brązowymi oczyma spod swej grzywy, a nawet to, jak trzymała nieodłącznego papierosa – przeginając nadgarstek w pozycji gotowej do żywej gestykulacji. Potrafiła zwrócić uwagę na kogoś spośród otoczenia w tak intrygujący sposób, że kiedy już to robiła, odnosiło się wrażenie, jakby się było dopuszczonym do jakiegoś sekretu. Nie można powiedzieć, że była to miłość od pierwszego wejrzenia, ale z punktu widzenia dwudziestodwuletniej dziewczyny w Northampton – Nora intrygowała.

I nagle, jesienią 1992 roku, zniknęła.
Wróciła po świętach. Wynajęła własne, duże mieszkanie umeblowane nowiutkimi meblami w stylu Arts and Crafts i wyposażone w obłędną wieżę stereo. Każdy, kogo znałam, siadał razem ze swymi współlokatorami na kanapach z drugiej ręki, a ona szastała pieniędzmi w sposób, który przyciągał uwagę.
Zaprosiła mnie na drinka, pierwszy raz tylko we dwie. Czy to była randka? Być może, gdyż zabrała mnie do baru Hotelu Northampton, najbliższego w okolicy odpowiednika pozerskiej hotelowej restauracji pomalowanego na jasnozielony i wypakowanego treliażem. Nerwowo zamówiłam margaritę z solą, na co Nora, lekko zdziwiona, uniosła brew.
– Nie za zimno na to? – spytała i sama zamówiła szkocką.
Prawda. Styczniowe wiatry nie czyniły z Massachusetts najprzyjemniejszego miejsca na ziemi. Powinnam była zamówić coś ciemniejszego w mniejszym kieliszku – moja zmrożona margarita wydawała się być teraz strasznie dziecinnym wyborem.
– Co to? – spytała wskazując na małe, metalowe pudełko, które położyłam na stole.
Pudełko było żółto-zielone i początkowo mieściło w sobie kwaśne landrynki. Napoleon, rozpoznawalny dzięki swemu kapeluszowi i złotym epoletom spoglądał na zachód z wieczka. Pudełko służyło pewnej kobiecie z wyższych sfer ze Smith College jako portfel – była najwspanialszą osobą, jaką znałam. Poszła na sztuki piękne, żyła poza kampusem, była zadziorna, ciekawa, miła i niezwykle modna. Pewnego dnia, gdy podziwiałam pudełko – po prostu mi je dała. Miało idealną wielkość, by pomieścić paczkę papierosów, prawko i dwadzieścia dolców. Kiedy próbowałam wydobyć trochę pieniędzy z mojego kochanego blaszanego portfela, by zapłacić za kolejkę, Nora machnęła odmownie ręką.

Gdzie była przez te wszystkie miesiące, spytałam. Nora rzuciła na mnie okiem i udzieliła wyczerpującej odpowiedzi. Spokojnie wyjaśniła, że przyjaciel jej siostry, który miał „znajomości”, wprowadził ją do światka przemytu narkotyków. Wyjechała do Europy, gdzie otrzymała formalny trening w metodach podziemnego światka z rąk amerykańskiego handlarza sztuką, który również miał „znajomości”. Przeszmuglowała narkotyki do tego kraju i została za to sowicie wynagrodzona.
Rozłożyło mnie to. Dlaczego Nora opowiadała mi te wszystkie rzeczy? Co jeśli pójdę na policję? Zamówiłam następnego drinka, prawie pewna, że Nora wszystko to zmyśliła i był to po prostu najgłupszy sposób podrywu, o jakim kiedykolwiek słyszałam.
Spotkałam już wcześniej siostrę Nory, gdy przyjechała z wizytą. Miała na imię Hester i była okultystką. Po jej przejściu pozostawał po niej szlak amuletów i talizmanów wykonanych z kurzych kości. Myślałam wtedy, że była po prostu heteroseksualną kopią swojej siostry w wersji Wicca. Jednak, jak się okazało, w rzeczywistości była kochanką jednego z ważniejszych zachodnioafrykańskich kacyków narkotykowych. Nora opisała, jak wraz z Hester pojechały do Beninu, gdzie spotkały samego kacyka, który zwał się Alaji i wyglądał jak żywa kopia MC Hammer. Była gościem w jego kompleksie, świadkiem i była poddawana obrzędom szamanów – od tego momentu oficjalnie uważano ją za jego bratanicę. Wszystko to brzmiało okropnie, przerażająco, tajemniczo i dziko – i jednocześnie niewyobrażalnie ekscytująco. Nie mogłam uwierzyć, że Nora, której powierzono tyle przerażających i pociągających jednocześnie tajemnic, dzieliła się nimi teraz ze mną.

Wydawało się, że zdradzając mi te sekrety, Nora związała mnie ze sobą. I tak zaczęły się potajemne zaloty. Nikt nie mógłby nazwać Nory klasyczną pięknością, ale miała dość czaru i dowcipu i była mistrzem ukrywania wysiłku – wszystko potrafiła robić od niechcenia. A ja, jak zawsze, łatwo dawałam się złapać ludziom, którzy ścigali mnie celowo i z pełną determinacją. Nora uwodziła mnie cierpliwie i nieustannie.