Tragicznej kwietniowej nocy splatają się losy dwóch kobiet. Zaskakujące odkrycie i podjęta w ułamku sekundy decyzja raz na zawsze odmienią życie ich rodzin.


Córka kapitanaDla May Smith, podróżującej z mężem i córeczką Ellen, wejście na pokład Titanica oznacza początek nowego lepszego życia. Zderzenie „niezatapialnego” statku z górą lodową przekreśla ich plany. Ratując własne życie, May traci z oczu Joe i Ellen. Ktoś wpycha ją do łodzi ratunkowej. Kilka minut później do szalupy podpływa sam kapitan Smith i wręcza May owinięte w kocyki niemowlę.

Całą tę sytuację obserwuje Celeste Parkes, żona zamożnego amerykańskiego przedsiębiorcy. Obie przyglądają się katastrofie statku targane zgoła odmiennymi emocjami: May wie, że Joe nie uszedł z życiem, Celeste żałuje, że nie wybrała się w podróż ze znienawidzonym mężem. W oczekiwaniu na ratunek między kobietami nawiązuje się nić przyjaźni, lecz wtedy May odkrywa szokującą prawdę…

W swej epickiej sadze Leah Fleming połączyła literaturę najwyższej próby z mało znanymi faktami, opisując historię dwóch rodzin na przestrzeni ponad osiemdziesięciu lat.
„The Bookseller”

Leah Fleming jest cenioną brytyjską autorką powieści historycznych, z których większość powstała na jej odludnej farmie w Yorkshire Dales lub gaju oliwnym na ukochanej Krecie. W szalonych latach sześćdziesiątych studiowała literaturę, później pracowała jako nauczycielka, restauratorka i terapeutka, by wreszcie poświęcić się powieściopisarstwu.

Leah Fleming
Córka kapitana
Tłumaczenie: Edyta Jaczewska
Wydawnictwo Prószyński i S-ka
Premiera: 23 lipca 2013


Od autorki
„Doprawdy, tylko człowiek nieroztropny ustawiałby się w roli ostatecznego sędziego wszystkiego, co zdarzyło się tej niesamowitej nocy, kiedy zatonął Titanic”
Walter Lord, Pamiętna noc

Opowieść moja zrodziła się z lektury relacji rozbitków o ich przeżyciach w łodziach ratunkowych i o tym, co nastąpiło później. Pojawiały się wzmianki, jakoby kapitan E.J. Smith wyratował z topieli jakieś dziecko, ale nic w tej sprawie nigdy nie zostało dowiedzione. Gdyby istotnie wydarzyło się coś podobnego, złagodziłoby może szybkość, z jaką kapitan utracił dobre imię. Marna reputacja sprawiła, że odsłonięcie jego pomnika w Lichfield, w lipcu 1914 roku, stało się wydarzeniem kontrowersyjnym.

Próba dowiedzenia się czegoś więcej o Titanicu i jego pasażerach wiodła mnie od liverpoolskiego Merseyside Maritime Museum, gdzie obejrzałam te same medale, których wręczenie załodze Carpathii, statku ratowniczego, później opisałam, a także zobaczyłam całą masę innych eksponatów, aż do poświęconego okrętowi muzeum Historycznego Stowarzyszenia Ameryki w Indian Orchard, w Springfield, Massachusetts – sanktuarium, w którym znalazło schronienie tak wiele osobistych pamiątek przekazanych przez rodziny pasażerów. Dzięki staraniom właścicieli, Edwarda i Karen Kermuda, jest to miejsce o niepowtarzalnej atmosferze. Jestem głęboko wdzięczna za entuzjazm wielu pasjonatom Titanica, którzy pożyczali mi książki i omawiali rozmaite teorie związane z tym, co mogłoby się wydarzyć, gdyby pewien tajemniczy statek faktycznie zdążył z pomocą. Bardzo dziękuję swojemu przyjacielowi Davidowi Crollowi, za to, że dzielił się ze mną lekturą i pomysłami, oraz mojemu synowi Joshowi Wigginowi, za obwożenie mnie samochodem po całym Wschodnim Wybrzeżu USA i zaglądanie do niektórych amerykańskich muzeów oraz za pomoc w zrealizowaniu krótkiej wizyty w Akron. Mojemu nieskończenie cierpliwemu mężowi Davidowi dziękuję za nieustanne trzymanie w pogotowiu aparatu fotograficznego, a Margaret Brothwell za udzielenie mi wskazówek związanych z historią seminarium teologicznego w Lichfield. Zaś moim wszystkim przyjaciołom z tej miejscowości pragnę podziękować za ich gościnność. Zbieranie materiałów to rzeczywiście praca wywołująca pragnienie!

Choć książka ta jest fikcją literacką i główne postacie zostały całkowicie zmyślone, potrzebowałam w niej obecności wielu prawdziwych pasażerów, członków załogi, duchownych z katedry w Lichfield i krewnych, którzy odegrali role epizodyczne. Słynna „niezatapialna” Margaret Brown oraz kapitan E.J. pojawiają się w niej, podobnie jak pojawia się wyobrażona sobie przeze mnie wizyta złożona córce kapitana Helen Melville Russell-Cooke (z domu Smith), z odniesieniami do jej syna, majora lotnictwa Simona Russella-Cooke’a, poległego w 1944 roku, oraz jego siostry, nieżyjącej już Priscilli Phipps. W każdym przypadku starałam się trzymać tego, co wiadomo o zaangażowanych w historię tragedii ludziach. Oczywiście nie istnieją żadne dowody, że opisane przeze mnie sytuacje mogły się wydarzyć naprawdę, ale przy pewnych niewielkich modyfikacjach życia moich bohaterów i ich losów nie ma żadnego powodu, dla którego wypadki takie miałyby się okazać wykluczone… Jednakże odpowiedzialność za wszelkie związane z nimi niedociągnięcia narracji spoczywa wyłącznie na mnie.

Leah Fleming
Kreta, 2011

Część 1
1912–1914

1
Anglia, kwiecień 1912
Przybyli o wiele za wcześnie. Stojąc pośrodku sterty waliz, toreb podróżnych i paczek, jednym okiem zerkając na terakotową wieżę zegarową, nasłuchując, czy nie dobiegnie jej odległe sapanie lokomotywy i zapachu palonego węgla, oczekując obłoku sadzy i pary, które zapowiadały wjazd londyńskiego pociągu, May Smith patrzyła, jak peron przy Trinity Street stopniowo zapełnia się podróżnymi. Niektórzy nieśli aktówki, inni jakieś pakunki, wszyscy pochłonięci byli własnymi sprawami. Zerknęła na męża, ubranego w jego najlepszy, kupiony z drugiej ręki, tweedowy płaszcz i filcowy kapelusz. Trzymał na ręku Ellen, opatuloną nowym płaszczykiem, w zawiązywanej pod brodą czapeczce, owiniętą dodatkowo szalem chroniącym przed chłodnym wiatrem, który wiał po peronie od strony wrzosowisk. Mała szeroko otwartymi oczami zerkała niepewnie na otaczającą ich krzątaninę. Tyle było tych odgłosów do ogarnięcia, tyle tu się działo dokoła: bagażowi grzechoczący wózkami pełnymi skrzyń, trzaskające drzwi wagonów, dźwięk gwizdków niesiony wiatrem z sąsiedniego peronu.

Ich pociąg powinien niedługo nadjechać. Było to wczesne połączenie, z którego korzystali biznesmeni w eleganckich garniturach i melonikach; skład wiozący bawełnę z Lancashire do wielkiej stolicy. May miała ochotę wołać jak dziecko: „Zgadnijcie, dokąd jedziemy? Nigdy nie uwierzycie!”, ale oczywiście milczała, rozemocjonowana, a mimo wszystko zawstydzona własnym ożywieniem. Ci wszyscy ludzie przywykli do podróżowania, w przeciwieństwie do niej, wystrojonej teraz w całkiem sensowny granatowy żakiet trzy czwarte, dopasowany w talii, z rozszerzającymi się dołem połami opadającymi na długą spódnicę z serży. Buty lśniły, wypastowane do przesadnego połysku, jasne włosy pozostawały schludnie upięte pod czarnym słomkowym kanotierem o szerokim rondzie. Wszystko, co May miała na sobie, było praktyczne i trwałe, i tak pomyślane, żeby na ubraniu nie znać było brudu. I żeby przetrwało czekającą ich długą podróż. A przynajmniej taką miała nadzieję.

Raz jeszcze przejrzała w myśli listę rzeczy na podróż: blaszane pudełko z kanapkami i jabłkami, butelka z mlekiem dla Ellen, trochę wykwintnych herbatników i landrynek, żeby w razie czego uspokoić żołądki, książeczka z obrazkami, czyste serwetki i wilgotna myjka do twarzy w kosmetyczce. Papiery i dokumenty spoczywały schowane bezpiecznie w dyplomatce, którą Joe dostał jako prezent pożegnalny w przędzalni. W kufrze leżały dwie zmiany bawełnianej pościeli z manufaktury Horrocksa, z wyszytymi ich inicjałami. May dostała je ostatniego dnia pracy od dziewczyn z warsztatu przędzalniczego. W fałdy pościeli zawinęła prezenty dla wuja George’a z Idaho: gazetę z jego rodzinnego miasta, fotografie portretowe, wykwintny pojemnik na herbatę i Biblię z dedykacją od ich grupy ze szkółki niedzielnej.
– Późno już… – szepnęła, ale Joe tylko się roześmiał.
– To ty nas zmusiłaś, żebyśmy tu przyszli zbyt wcześnie.
Patrz, sygnał przy torze się zmienił. Już lada minuta…
– Wychylał się przez krawędź peronu, co przyprawiało May o niepokój.
– Cofnij się – poprosiła. – Ellen się przestraszy. O mnie już nie wspominając.

Lokomotywy ją przerażały. Wyglądały zawsze jak wielkie, czarne smoki zionące ogniem. Poczuła podmuch wiatru, policzki owiało gorąco. Potwór z ogłuszającym łoskotem wpadł na stację i zatrzymał się ze zgrzytem kół w obłoku pary.
– Masz wszystkie nasze bilety? – jeszcze raz spytała Joego.
Ellen rozpłakała się, wystraszona hałasem.
– Daj mi ją! – stanowczo zażądała May, biorąc rozwrzeszczane dziecko w ramiona. – Cicho, to tylko ciuchcia przyjechała zabrać nas do Nowego Świata. Pożegnaj się z Boltonem, powiedz pa, pa. Wyruszamy po naszą przygodę. Załadowali się do przedziału drugiej klasy. Joe usiadł dopiero, gdy sprawdził, czy ich kufer został zawieziony do wagonu bagażowego. Ellen cały czas protestowała głośno.
– Niedługo się uspokoi. – May zwróciła się z uśmiechem do współpasażerów, którzy spoglądali na nich z irytacją. Nie miała innego wyjścia: wsunęła w rączkę Ellen herbatnika i spróbowała być dobrej myśli. Ciasteczko załatwiło sprawę. Po paru chwilach mała pałaszowała je z apetytem. Tymczasem May popatrywała na pasażerów, kipiąc w duchu ze złości. Miała takie samo prawo jak oni, żeby tu siedzieć! Ona i Joe są wprawdzie sierotami, ale mają w Ameryce poręczyciela, gotowego zapewnić im nowe życie. Może nie posiadają wiele, ale mają siebie nawzajem. I śliczną, małą córeczkę, żywą jak iskra. Są młodzi, przed nimi całe życie!

Na myśl o tej odmianie fortuny, o szansie, żeby wszystko zacząć od nowa, miała ochotę znów się uszczypnąć. Pochwyciła swoje odbicie w oknie przedziału i uśmiechnęła się. Może i nie jest pięknością, ale ma rumiane policzki, mocną budowę ciała i nie boi się ciężkiej pracy. Jeśli doniesienia nie kłamią, właśnie takie dziewczyny w Nowym Świecie radzą sobie świetnie. Całe szczęście, że Ellen wzięła po tacie jasne loki i błękitne jak morze oczy. Morza, oczywiście, jeszcze nigdy nie widzieli, ale wkrótce je zobaczą… Nagle drzwi zaczęły trzaskać, a gwizdki zasygnalizowały zbliżający się odjazd. Pociąg szarpnął i May zarzuciło do przodu. Na moment jej optymizm znikł; czuła wyłącznie panikę. Dlaczego opuszczamy wszystko, co znajome? Co my wyprawiamy? Zapragnęła zatrzymać skład, wysiąść i wrócić do domu, do wszystkiego, co znane i krzepiące. Niemal zerwała się z siedzenia, ale przysiadła, widząc, że Joe patrzy za okno z tą jego stanowczą miną. Taki był dumny, kiedy dostał zaproszenie od krewnych w Ameryce, żeby dołączyć do ich stolarskiej firmy… Jak mogłaby go zawieść? Poszłaby za nim na koniec świata.

I nie chodziło o to, że nie lubili tego swojego północnego miasta, ośrodka przetwarzającego bawełnę. Obojgu im dało dach nad głową, w maleńkim domku na skraju wrzosowisk, pozwoliło zdobyć niezłe przygotowanie do zawodu i znaleźć zatrudnienie, najpierw jako służba domowa, a potem w zakładzie przędzalniczym, gdzie się spotkali. Joe był ukochanym May jeszcze z dzieciństwa. Pobrali się, kiedy skończył odbywać termin. Ona zawsze wiedziała, że Joe chciał dla swojej rodziny czegoś więcej, że nie może się doczekać okazji, aby dowieść, ile jest wart. Z radością wspierała go w jego ambicjach. Kto nie chciałby dla swojej córki życia wolnego od dymu z kominów, szansy poznania ludzi ze wszystkich stron świata, którzy, tak samo jak oni, postawili wszystko na jedną kartę, żeby móc zacząć od nowa? Trzeba było odwagi, żeby zostawić za sobą życie, które człowiek zna, ale May nie była tchórzem. Tylko ta nieustępująca fala paniki… A jeśli coś się stanie? A jeśli ten wuj George to jakiś tyran? A jeśli?… Uspokój się, złajała się w duchu. Podniosła wzrok i spojrzała na przywieszki do walizek, które tak starannie wypisała i przymocowała do bagażu: „Pan i Pani Josephowie Smith, RMS Titanic, Southampton”. To miał być następny przystanek w ich długiej podróży.

2
Bicie katedralnych dzwonów poniosło się ponad miastem, gdy cała rodzina zebrała się przy Zachodnim Portalu, ustawiając się tam w szeregu, żeby ruszyć w kondukcie pogrzebowym. Celestine Parkes była zadowolona, że woal z czarnej koronki nie pozwala dostrzec jej żalu. Kurczowo trzymała się ramienia ojca, patrząc, jak bracia dźwigają trumnę na ramionach. Trumna nie była ciężkim brzemieniem; matka Celestine, Louisa, w ostatnich dniach choroby skurczyła się w sobie tak, że zostały z niej sama skóra i kości. Celeste nie mogła sobie wybaczyć tak późnego przyjazdu. Bezpowrotnie straciła szansę pożegnania. Statek z Nowego Jorku opóźniły sztormy, ale rodzina odkładała pogrzeb, aż córce Louisy udało się wreszcie dotrzeć do rodzinnego domu w Lichfield. Przeżyła szok, kiedy zobaczyła niegdyś piękną matkę, zredukowaną do chudej jak szkielet nieznajomej. Teraz w Zaułku Katedralnym smagał ich wiatr. Opadłe liście wirowały na bruku. Żałobnicy ustawili się przed dziekanem katedry, który pojawił się, aby ich przeprowadzić nawą główną. Echo poniosło kroki.

Celeste spojrzała na trzy wieże katedry w Lichfield, Trzy Damy z Doliny, przeszywające jasne, marcowe niebo. Rozejrzała się po zaułku otaczającym katedrę, z jego pięknymi domami z łososioworóżowego piaskowca. Znajomy wczesnowiosenny widok, z żonkilami wychylającymi główki wśród trawy, i ostre powietrze wiejące wprost znad podmokłych równin The Fens zapierały dech w piersiach. Powrót do domu wiosną zawsze był wzruszeniem, zwłaszcza widok kwiatów, otwierających się pąków i zielonej trawy w parkach i na trawnikach. Wielkanoc w katedrze zawsze była czymś szczególnym, choć w tym roku zabarwi ją smutek po doznanej stracie…

Przez chwilę Celeste myślała o własnym domu i o ukochanym synku. Jest tak daleko, za oceanem! Nie mogła nie niepokoić się czekającą ją długą podróżą powrotną, ale szybko odrzuciła męczące myśli. Miała w tej chwili na głowie inne sprawy, nad którymi należało się zastanowić. Dłońmi w czarnych rękawiczkach dotknęła długiego wełnianego płaszcza z kołnierzem z lisiego futra, który narzuciła na wyszywaną koralikami żałobną suknię po matce. Czerpała pewną pociechę, wyczuwając jeszcze obecność znajomego ciała w rękawach i chwytając aromat wody lawendowej, którą pachniał materiał. Swój filcowy kapelusz, skrywający niesforne kasztanowate loki, przypięła gagatowymi szpilkami po babce. Celeste miała zbyt mało czasu na kupno odpowiedniego żałobnego stroju, więc pozostała jej nadzieja, że dobrze wybrała. Louisa Forester zawsze prezentowała się elegancko, a kochająca córka nie chciała w żaden sposób uchybić jej pamięci.

Celeste niezwykle sobie ceniła pełne ożywienia listy od matki, ze wszystkimi nowinami na temat katedry, duchownych i wybryków studentów z seminarium teologicznego. Stanowiły tak cenne ogniwo łączące ją z domem! Ale wkrótce charakter pisma zaczął się stawać coraz bardziej niewyraźny, bezładnie biegnąc w poprzek stron, aż wreszcie korespondencję przejął ojciec, wyjaśniając, że matka czuje się zbyt źle, aby wziąć pióro do ręki. Dał córce do zrozumienia, że czas, by wróciła do domu, zanim choroba doprowadzi do nieuniknionego, smutnego końca.

Nie pożegnałam się z tobą! – płakała Celeste co noc od chwili powrotu. Teraz pewną pociechę miało jej przynieść żałobne nabożeństwo. Jako córka biskupa, Louisa miała prawo do zaszczytów i godności. Zostanie pochowana na trawiastym wzgórku w pobliżu katedry. A gdzie ją będę opłakiwać po powrocie do domu? – zastanawiała się ze smutkiem Celeste.
– Jam jest życiem i odkupieniem… – głośno zabrzmiały niosące otuchę słowa, a ona ściskała ojca za rękę i usiłowała się nie rozpłakać.
Dlaczego nas opuściłaś? Jak mam wypełniać swoje obowiązki, jeżeli twoja siła i miłość nie będą wskazywać mi drogi? Później, kiedy już było po wszystkim, popijali herbatę i pogryzali wędliny w refektarzu seminarium. Celeste wróciła z braćmi do Red House, ich domu w Streethay. To tutaj ojciec oznajmił im nowinę:
– Skoro jesteście tu wszyscy razem, chcę wam powiedzieć, że nie zamierzam zostać w domu. Jest dla mnie miejsce w Zaułku Katedralnym. Chcę być bliżej waszej matki i także bliżej miasta, żeby się tam do czegoś przydać.
– Nie możemy zostać tutaj bez ciebie – powiedział Selwyn, prawnik, który codziennie dojeżdżał do Birmingham.
– Oczywiście, że możecie. Pewnego dnia ożenisz się, a twoja żona nie będzie chciała opiekować się starcem. Bertram studiuje i potrzebuje domu, gdzie mógłby wracać na wakacje, a Celeste też, jeśli kiedyś wreszcie uda jej się przyjechać w odwiedziny z rodziną – odparł ojciec, spoglądając z uśmiechem na fotografię swojego wnuka, Roddy’ego, która zajmowała honorowe miejsce na gzymsie kominka. – Wasza matka uwielbiała to zdjęcie – dodał ciszej. Otrząsnął się z zadumy.
– Celestine, moja droga, musisz zabrać ze sobą trochę jej rzeczy – dodał.

Celeste nie była w nastroju do likwidowania domu, z jego wszystkimi świętymi wspomnieniami. Jeszcze przyjdzie na to czas. Ojciec kontynuował, nieświadomy jej cierpienia.
– Musisz zabrać bieliznę stołową – nalegał. – Twoja matka tak pięknie wyszywała. Chciałaby, żebyś ją wzięła.
Ze łzami w oczach Celeste dotknęła palcami obrusa, teraz niemal niewidocznego spod wazonów z kwiatami i listów kondolencyjnych.
– Dziękuję – szepnęła. – Ale nie w tej chwili.
Ojciec wreszcie dostrzegł jej nastrój i ujął jej dłoń.
– Nie martw się, twoja matka na zawsze pozostanie w twoim sercu – pocieszył. – Nigdy cię nie opuści. Będziesz żyła dalej tak samo, jak zrobiłaby to ona, jestem pewien. Dobrze cię wychowała. A poza tym masz własną rodzinę, do której możesz z radością powrócić, moja droga.
Miał rację. Celeste została odpowiednio wychowana. Wiedziała, że obowiązek i inni ludzie muszą znaleźć się na pierwszym miejscu, przed samolubnymi potrzebami. Przełknęła łzy i wyjrzała przez okno, na trawnik pokryty pierwszym tchnieniem zieleni. Gdyby tylko Lichfield nie wyglądało tak pięknie o tej porze roku… Powinna była przemówić już wtedy, ale jak zawsze coś ją powstrzymało. Nie czas martwić teraz starszego pana własnymi kłopotami. I nieważne, jak są dotkliwe.

3
Pierwsze spojrzenie na Londyn i jego wspaniałe budynki napełniło May podziwem. Z niedowierzaniem wpatrywała się w Big Bena. Z mostu dostrzegła londyńską Tower. Przenocowali w zdecydowanie niezbyt czystym pensjonacie niedaleko katedry Świętego Pawła. Wystarczyło jedno spojrzenie na niedomytą twarz gospodyni, by May natychmiast zaczęła zaglądać pod materace i sprawdzać, czy nie są zarobaczone. Ellen nie mogła przyzwyczaić się do obcego otoczenia, więc wszyscy spędzili niespokojną noc. Jeśli tak to ma wyglądać, oświadczyła May, czeka ich piekielnie długa morska podróż, u której końca zostaną z nich ludzkie wraki. Joe roześmiał się wtedy i ożywiony zawirował z nią po pokoju. Nie mogła nie ulec temu jego śmiechowi. Animusz i entuzjazm męża były takie zaraźliwe!

Wczesnym rankiem następnego dnia zafundowali sobie dorożkę na Waterloo Station, a przed odjazdem wysłali jeszcze pocztówki do przyjaciół z przędzalni. May ze zdumieniem obserwowała sznury omnibusów, konnych fur i ludzi pchających straganiarskie wózki. Nigdy jeszcze nie widziała tak wielkiego miasta, tętniącego życiem od samego świtu. Skąd brali się ci wszyscy ludzie? I pomyśleć, że następnym wielkim miastem będzie Nowy Jork…
Kiedy wreszcie znaleźli się na Waterloo, skąd mieli złapać pociąg kursujący do portu, May miała wrażenie, że nigdy jeszcze nie widziała takiej ludzkiej ciżby – mężczyzn i kobiety dźwigających walizy i torby i pozostających w tyle za nimi małych dzieci. Rozpaczliwie pilnowała się Joego i Ellen, cała w strachu, że zostaną rozdzieleni. Dym, para, sadze i hałas zawiodły ich do oczekujących wagonów, które miały jechać do Southampton. Znużona, potargana, sama jedna wśród setek innych, May odczuła przypływ znajomej dumy na myśl, że Joe miał wystarczająco dużo pomyślunku, żeby chcieć dla swojej rodziny czegoś więcej niż uliczki ubogiej dzielnicy miasta będącego ośrodkiem przemysłu bawełnianego.

Gdy jednak pociąg ze stukotem potoczył się po torach, zabierając ich coraz dalej i dalej od wszystkiego, co znali dotąd, znów poczuła się niepewnie. Jak będzie im się wiodło w obcym kraju? Jaka tam będzie pogoda? Czy się dostosują? A jeśli dziecko zachoruje? To wszystko wiązało się z tak ogromnym ryzykiem! Kiedy skład wjechał na teren portu w Southampton, May zobaczyła szare morze. Mignęła jej przelotnie wielka jednostka z banderą linii White Star powiewającą na flagowym maszcie; górowała nad drzewami i domami. Serce May załomotało. Nie było odwrotu. Będą musieli oddać się w ręce załogi i zawierzyć, że statek przeniesie ich za ocean. Do nowego życia.

Dotarli do wiaty, pod którą zatrzymał się pociąg, i oczom May ukazał się wielki szary kadłub Titanica z czterema ogromnymi kominami. Zadrżała. Kominy, pomalowane na kremowy kolor, z czarnymi pasami u szczytu, wieńczyły stalową ścianę, wysoką na sto stóp, wznoszącą się niczym góra z metalu.
– Jakim cudem, u licha, coś takiego unosi się na wodzie? – wykrztusiła, kiedy dołączyli do kolejki pasażerów czekających na zaokrętowanie na pokład C. Była pod tak wielkim wrażeniem statku, który miał stać się ich domem przez następny tydzień, że potknęła się, nastąpiwszy na spódnicę kobiety stojącej tuż przed nią. Tamta obejrzała się i spiorunowała May wzrokiem.
– Przewrócisz się o własne nogi! – roześmiał się Joe, ale May nie było do śmiechu.
– Moje stopy nie chcą wejść na ten statek… – szepnęła.
– Bzdura! – odparł Joe, czytając w jej myślach. – Sam Bóg nie zdołałby go zatopić!
– Mam nadzieję, że wiesz, co robisz, Joe. To taki straszny kawał drogi. – May ściślej owinęła się żakietem.
– Sama tylko popatrz. Woda jest dość głęboka, a statek unosi się na powierzchni. Titanic jest nowiusieńki i mamy szczęście, że nim płyniemy. W gazetach piszą, że trzecia klasa jest na nim tak dobra, jak na innych pierwsza. Mówią, że statek ma wszystkie zabezpieczenia znane człowiekowi. On jest niezatapialny. I przestań się zamartwiać, May.

Sprawdzono im bilety, a potem jakiś mężczyzna w okularach i białym fartuchu skontrolował, czy nie mają gorączki albo wszawicy. May poczuła się kompletnie upokorzona. Mogliby jej kazać rozebrać się do koszuli, a i tak nie znaleźliby niczego, tylko czystą bawełnę z Lancashire. Kierując się wskazówkami stewardów, wchodzili gęsiego na pokład C. Kiedy wkroczyli w labirynt, May poczuła mimowolny dreszcz. Nigdy specjalnie nie przepadała za wodą, nawet za przejażdżkami łódką po jeziorze w Queens Park, chociaż Joe zmusił ją, żeby zdobyła choć minimalną umiejętność pływania w wodach zalewu w Belmont. Nauczył ją nie najgorszego kraula w pewien wolny od pracy dzień w mniejszym zbiorniku, nazywanym przez miejscowych Błękitną Laguną. Chlapała się w wodzie, protestowała i usiłowała nie zanurzać głowy, bo nie cierpiała uczucia, kiedy woda dostawała jej się do nosa i oczu.

Głęboko we wnętrznościach statku skierowano ich do schludnej, wyłożonej sosnową boazerią kabiny z kojami, jednej z wielu wzdłuż pokrytego płytkami linoleum korytarza o stalowych ścianach, szerokiego jak miejska główna ulica. Przejście było zatłoczone hałaśliwymi rodzinami i biegającymi dziećmi, z ożywieniem nawołującymi się wśród wielojęzycznego gwaru. Powietrze przepełniały dziwne zapachy: przypraw, dymu tytoniowego, potu, wszystko zmieszane z wonią świeżej farby. W kabinie May usiadła na koi i odruchowo sprawdziła jej rozmiar.
– Tym razem materac jest jak trzeba – zauważyła. Wszystko było nowe: pościel, ręczniki, wykładzina na podłodze.
– Nie mogę tutaj oddychać – stwierdziła. – Jest czysto, ale… – Nie umiała sobie wyobrazić, jak zdoła spędzić siedem nocy zamknięta w tym przypominającym drewniane pudełko, choć schludnym wnętrzu. Pachniało jak trumna. Zadrżała ponownie, a potem spojrzała na Ellen, która raczkowała po podłodze, badając otoczenie. Jeszcze jedna spragniona przygody. Trzeba wziąć się w garść. Przynajmniej nie dzielą kabiny z obcymi ludźmi.
– No dobrze. – May trochę doszła do siebie. – Chodźmy na pokład. Poczuję się lepiej, jak złapię odrobinę świeżego powietrza.

Błądząc plątaniną przejść i klatek schodowych, spoglądała na okrętowe pomieszczenia z podziwem, niemal zapominając o złych przeczuciach.
– Przecież to zupełnie jak miasto! – wołała, zaglądając we wszystkie otwarte drzwi. Zobaczyła olbrzymią jadalnię z długimi drewnianymi stołami i solidnymi kapitańskimi krzesłami, takimi jak w kościelnej zakrystii; podłogę wyłożono wzorzystym linoleum, które pachniało nowością i klejem. Gdzieś wyżej była sala dla palaczy, ale tutaj znajdował się wielki salon pełen wygodnych foteli, z pianinem w rogu. Wszystko było wypolerowane do połysku, na ścianach wisiały oprawione w ramy obrazy, w kątach stały rośliny w doniczkach. Nigdzie ani odrobiny kurzu. Wszystko sprawiało jak najlepsze wrażenie, a jednak… May nie mogła się pozbyć wrażenia, że statek jest o wiele za duży, a oni zakwaterowani o wiele za nisko pod poziomem wody…

Joe niósł Ellen korytarzami, a potem w górę, po schodach, szukając otwartej przestrzeni na pokładzie, skąd mogliby popatrzeć na mewy.
– Już niedługo wyruszamy! – zawołał, a May zobaczyła na jego twarzy wyraz szczerego ożywienia. Rozejrzała się i z uczuciem zbliżonym do zawiści popatrzyła na innych pasażerów, ściskających krewnych na pożegnanie. Ona i Joe razem mieli ledwie jednego prawdziwego krewnego. Wszystkie swoje nadzieje związali z wujem George’em z Idaho. Ich niewielka rodzina była wprawdzie szczęśliwa, ale cudownie byłoby mieć poczucie przynależności do większego klanu. Dziwnie było pomyśleć, że mogą już nigdy więcej nie zobaczyć Anglii ani powiewającej brytyjskiej flagi czy usłyszeć zwyczajnych głosów z akcentem z Lancashire, nawołujących na ulicach. Gdzie teraz będzie można znaleźć porządną filiżankę herbaty? May słyszała, że w Stanach pija się wyłącznie kawę.

Joe wskazywał teraz Ellen statki cumujące w pobliżu, jednocześnie wychylając się za burtę i obserwując, jak żuraw dźwiga piękny, błyszczący, czarno-złoty samochód. Na wyższych pokładach, w pierwszej klasie, tyle było bogactwa! May wiedziała, że tacy jak oni będą trzymani z dala od ważnych pasażerów. Niech tam, mogą mieszkać na statku w dwóch różnych światach. Było jej to zupełnie obojętne, byleby tylko bezpiecznie dotrzeć do Nowego Jorku. May odwróciła się do Joego i dotknęła dłonią wychłodzonych wiatrem policzków Ellen. Pora wracać do środka. Nie chciała patrzeć, jak statek będzie opuszczał jej ojczyznę ani dłużej obserwować łzawych pożegnań krewnych rzucających ostatnie spojrzenia bliskim. Miała za sobą długi dzień, a chciała się jeszcze trochę rozejrzeć pod pokładem. Gdyby się zgubiła, mogą jej pomóc stewardzi, zapamiętała zresztą numer kabiny. W zależności od pogody będziemy musieli wytrwać siedem nocy, pomyślała i westchnęła. Miała nadzieję, że uda jej się wytrzymać do środy.

 
Wesprzyj nas