Cel, jak przyświecał powstaniu tej książki, był prosty – jest ona próbą przechowania w pamięci czasów, kiedy głoszenie poglądów innych niż dopuszczane przez państwo, groziło rozmaitymi reperkusjami, z uwięzieniem włącznie. Wielu ludzi podejmowało jednak to ryzyko, instynktownie ku sobie ciążąc. Tak było w PEN Clubie.


Mój Pen ClubWspólny rys osób zaangażowanych w jego działalność, tego suwerennego wewnętrznie i niezależnego środowiska, do którego przynależność nie zależała jedynie od spełnienia wymogów formalnych, był widoczny już na pierwszy rzut oka. Władysław Bartoszewski określił to celnym zdaniem: „Mnie się wszystko w PEN Clubie wydawało tak klimatycznie swoje”.

Jego osobista relacja, świadka i ważnego uczestnika podejmowanych działań, to nieoceniony materiał źródłowy do dziejów stowarzyszenia, grupującego wybitne osobistości związane z literaturą i kulturą polską ostatnich kilkudziesięciu lat.

Nie stroniąc od barwnych anegdot, przywołując nieznane szerzej fakty i ważne postacie, takie jak Jan Parandowski, Antoni Słonimski czy Paweł Herz, Władysław Bartoszewski – wieloletni sekretarz, a potem również prezes polskiego oddziału tego międzynarodowego stowarzyszenia – ukazuje ponadpokoleniową ciągłość środowiska polskiej inteligencji, jej kulturalny, demokratyczny i antytotalitarny charakter.

To PEN Club występował przeciw antysemityzmowi, moczaryzmowi, upominał się o tych, którzy sami nie mogli się bronić, jak Paweł Jasienica czy Jan Józef Lipski, uwięziony za działalność w KOR-ze. Gdy w latach 70. obowiązywał cenzorski zapis na Czesława Miłosza, przyznano mu nagrodę za tłumaczenie polskiej poezji na język angielski, tym samym sprytnie obchodząc zakaz.

PEN Club od zawsze łączył pisarzy walczących o wolność myśli i słowa, tolerancję i współpracę, niezależnie od wyznania, narodowości czy pochodzenia.
Ten tytuł może stanowić doskonałe wprowadzenie do dyskusji na temat roli i znaczenia PEN Clubu nie tylko w przeszłości, ale i dzisiaj, gdy ludzie pióra, spychani na margines, zastępowani przez tzw. postaci medialne, na nowo muszą definiować swoje miejsce w świadomości odbiorców kultury.

Międzynarodowe stowarzyszenie pisarzy z siedzibą w Londynie jest znane jako PEN (Poets, Essayists, Novelists) Club.

Władysław Bartoszewski, członek Polskiego PEN Clubu od 45 lat, jego były sekretarz (1972–1988), prezes (2001–2010), a obecnie prezes honorowy, w rozmowie z Iwoną Smolką (wiceprezesem) i Adamem Pomorskim (prezesem od 2010 r.) opowiada o trudnych i dramatycznych latach Polskiego PEN Clubu jako ważnej placówki, aktywnej w walce o wolność i godność ludzi pióra zarówno w okresie PRL, jak i dramatycznego epizodu stanu wojennego, w ciągłej trosce o zachowanie wierności zasadom Karty PEN Clubu.

Władysław Bartoszewski, Iwona Smolka, Adam Pomorski
Mój Pen Club
Seria: Na dwa głosy
Wydawnictwo PWN
Premiera: 3 kwietnia 2013


Ciągłość instytucjonalna Polskiego PEN Clubu, przez lat osiemdziesiąt obecnego w polskim życiu, była przedmiotem troski i starań kilku pokoleń pisarzy i intelektualistów. Pojęcie «ludzie PEN Clubu» zakładało rozpoznawalny rodzaj postawy, wartości i ideałów, który określił Jan Parandowski jako miarę wysokiej kultury, świadomość odpowiedzialności przed własnym sumieniem i przed społecznością literacką, poczucie obowiązku, wierność zasadom koleżeństwa i przyjaźni. Wiernie zaprzyjaźniony z polskimi kolegami Prezes Ukraińskiego PEN Clubu Jewhen Swerstiuk, pisarz z dwunastoletnim stażem więzień i łagrów, stwierdził w połowie lat dziewięćdziesiątych, że wśród wielu ministerstw nowo tworzonych w niepodległych państwach pokomunistycznych brakuje jednego: ministerstwa przyzwoitości. Życzył PEN Clubowi, by mógł stać się takim urzędem.

Uderzająca zbieżność postawy i ironii łączy tę uwagę Swerstiuka ze znaną sentencją honorowego Prezesa Polskiego PEN Clubu Władysława Bartoszewskiego: «Warto być przyzwoitym – choć to nie zawsze się opłaca».
Ze wstępu Iwony Smolki i Adama Pomorskiego

„PEN Club był dla mnie, kiedy aspirowałem do członkostwa, organizacją założoną przez Stefana Żeromskiego i kierowaną przez Jana Parandowskiego, będącego dla mnie żywą legendą. […] To, co było związane z PEN Clubem bezpośrednio lub tylko pośrednio, wywierało jakiś wpływ, mniej czy bardziej świadomy, na moje życie już wtedy. Zdecydował o moich chęciach – warto o tym powiedzieć – rok 1968. […] Zachowanie się Polskiego PEN Clubu w 1968 roku – próba przeciwstawienia się barbarzyństwu – było dla mnie pociągającym przykładem.

Skorzystałem z zachęty i rady człowieka, którego wielce ceniłem i z którym się, przy całej różnicy wieku, przyjaźniłem – Antoniego Słonimskiego: zgłosiłem swoją intencję wstąpienia do Polskiego PEN Clubu i w początku 1969 roku zostałem do niego przyjęty. Uważałem za mój obowiązek poświęcić mu możliwie dużo czasu. Lata siedemdziesiąte były w Polsce niezmiernie znamienne. To były lata zorganizowanego przekupstwa i uspokajania sumień przy pomocy korupcji politycznej i gospodarczej w epoce „wczesnego i średniego Gierka”, lata tworzenia się pewnego nowego establishmentu z ludzi, którzy nie byli marksistami ani leninistami, ani oczywiście też stalinowcami, tylko po prostu grupą śmiałych, zwycięskich, idących do przodu ludzi kariery. I w tych samych latach powstał przeciwruch.

To były przecież lata po tragedii krwawych wydarzeń na Wybrzeżu w grudniu 1970, to był rok 1976, kiedy wybuchł Radom i Ursus i powstał Komitet Obrony Robotników, lata podnoszenia głowy. Wobec tego i dla Polskiego PEN Clubu powstały całkowicie nowe zadania. W 1972 roku wybrany zostałem Sekretarzem Generalnym naszego PEN Clubu. […] Byłem sekretarzem przy czczonym przeze mnie Janie Parandowskim, byłem sekretarzem przy jednym z najwspanialszych dżentelmenów w literaturze polskiej, nieugiętym i mądrym Juliuszu Żuławskim, którego niezmiernie szanowałem, szanuję i do końca mego życia szanować będę. To była bardzo ciekawa i ważna dla mnie ludzka szkoła życia. I w tych latach postanowiliśmy w Zarządzie wyczerpać te możliwości, które formułowała Deklaracja Helsińska z 1975 roku. […]

Dziś się opiewa OBWE. Najbardziej chyba chwali OBWE rząd w Moskwie. OBWE, czyli wówczas Konferencja Helsińska, leżała u podstaw przemian w świadomości wielu krajów w Europie: u nas powstał KOR, Karta 77 w Czechach i Słowacji, Ruch Intelektualistów Niezależnych na Węgrzech w końcu lat siedemdziesiątych, egzemplifikujący się w różny sposób, z którego wyrósł między innymi późniejszy nasz Prezes Międzynarodowy György Konrád, to są wszystko fakty, które przebiegały równolegle, których znaczenia sami może nie rozumieliśmy w pełni, ale zaczęliśmy działać. […] Wtedy to, w latach siedemdziesiątych, Polski PEN Club zaczął zmieniać oblicze, stając się bastionem intelektualistów polskich, nie tylko literatów. […]

Na początku lat osiemdziesiątych przyszło PEN Clubowi zdać egzamin. […] Przyszedł tak zwany stan wojenny. W Kongresie Kultury Polskiej w Warszawie 11 i 12 grudnia 1981 roku brały udział dziesiątki członków PEN Clubu – jako mówcy, jako dyskutanci, jako uczestnicy, na sali wielu znakomitych ludzi. […] Nie dożył tego wydarzenia już ani Paweł Jasienica, ani Jerzy Zawieyski – pośrednie ofiary ponurego roku 1968. Nie dożył też Antoni Słonimski. […] Ja dziękuję losowi, że przyszło mi pracować społecznie wśród takich ludzi.”
Przemówienie Wł. Bartoszewskiego 1 grudnia 1995 r. w 70. rocznicę powstania polskiego oddziału Pen Clubu