Książka „Skąd się biorą Holendrzy”, poprzedzona gruntownymi studiami i dobrze przemyślana, zabiera czytelnika na wędrówkę do samego serca tego kraju. Ben Coates przechodzi płynnie od obserwacji ze swego życia codziennego do głębszych rozważań nad historią i folklorem.


Skąd się biorą HolendrzyOto Holandia. Kraj, który wszystko zawdzięcza sam sobie. Poczynając od ukształtowania terenu, formowanego przez nieustającą walkę z wszechobecną wodą o każdy metr suchego gruntu, po wysoki wzrost jego mieszkańców, którzy należą do największych miłośników nabiału (i piwa) na świecie.

W takim kraju Anglik Ben Coates, przed laty utknął na lotnisku i został już na stałe. Chcąc poznać swoją nową, przybraną ojczyznę, autor wyrusza w podróż w dwóch wymiarach, tak geograficznym, jak i historycznym.

Odwiedza tętniące życiem doki, monumentalne tamy i malownicze miasteczka, odkrywając źródła holenderskich zwyczajów i tradycji. Zbiera wiedzę o rozmaitych dziedzinach życia i tworzy z nich swego rodzaju „podręcznik kulturowy” – od religii i legendarnej wręcz tolerancji po narkotyki i szaleńcze zabawy karnawałowe.

Wszystko aby zrozumieć, skąd się wzięli Holendrzy.

***

W swojej książce Skąd się biorą Holendrzy autor przygląda się z uwagą zarówno najważniejszym wydarzeniom z historii kraju, jak i mało znanym słabostkom jego mieszkańców. Ben Coates, wnikliwy obserwator, stworzył prawdziwą perełkę.
Scotsman, Books of the Year

Szczerze polecam tę książkę. Skąd się biorą Holendrzy dostarcza odpowiedzi na wszystkie pytania na temat Holandii, których nie miałem śmiałości zadać. Z prawdziwą przyjemnością zarywałem noce, żeby oddawać się lekturze, często przerywanej śmiechem i radować się podróżą po najciekawszych zakątkach mojej przybranej ojczyzny.
DutchNews

Książka równie pociągająca jak jej temat i pełna fascynujących szczegółów. Coates, malując swój pełen ciepła i sympatii portret Holendrów, jest całkowicie przekonujący.
Bronwen Maddox, Prospect

Sugestywna i pouczająca. Coates przeplata opowieść o drodze narodu do jego współczesnego wcielenia, z prywatną opowieścią o procesie przystosowywania się do holenderskiego stylu życia. Udany debiut.
Geographical

Fascynująca. Książka Skąd się biorą Holendrzy, poprzedzona gruntownymi studiami i dobrze przemyślana, zabiera nas na wędrówkę, której marszruta nie ogranicza się do ulic czerwonych latarni i Anny Frank, lecz wiedzie do samego serca tego kraju. Ben Coates przechodzi płynnie od obserwacji ze swego życia codziennego do głębszych rozważań nad historią i folklorem. To bardzo przyjemna lektura, ponieważ autorowi udaje się zachować doskonałą równowagę między dydaktyką, a rozrywką.
Bookbag

Skąd się biorą Holendrzy to barwny, żywy i niepozbawiony angielskiego humoru opis przygody, jakiej doświadczył Brytyjczyk, który znalazł się w Holandii niemal przypadkiem. Aż chciałoby się przeczytać podobną książkę o Polsce i Polakach.
Marcin Wilk

Ben Coates – z pochodzenia Brytyjczyk, ale z wyboru Holender. Niegdyś autor mów politycznych, doradca i lobbysta. Obecnie pracownik międzynarodowej organizacji charytatywnej, mieszka wraz z żoną w Rotterdamie. Autor artykułów dla takich czasopism jak Guardian, The Huffington Post i Financial Times.

Ben Coates
Skąd się biorą Holendrzy
Przekład: Barbara Gutowska-Nowak
Seria : Mundus
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Premiera: lipiec 2018
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 
 

Skąd się biorą Holendrzy

Zimny, płaski, zatłoczony

W Kinderdijk zaczęło padać. Z zamyślenia wyrwała mnie kakofonia trzasków, gdy trzydzieścioro chińskich turystów otworzyło trzydzieści czarnych parasoli. Zostawiwszy za sobą wiatraki, skierowałem się w stronę Mozy, przystając przy sklepiku z pamiątkami, żeby kupić widokówkę dla mamy. Stojący w pobliżu znak kierował w stronę nowoczesnych zamienników wiatraków: dwóch gigantycznych metalowych turbin śrubowych, każdej wielkości mikrobusu, które przenoszą nadmiar wody ponad groblami i odprowadzają do rzeki. Kiedy robiłem ich zdjęcie, na parkingu zatrzymał się duży żółty autobus wycieczkowy, z którego wysiadło wiekowe małżeństwo, bez wątpienia Amerykanie, sądząc po nieskazitelnych butach do biegania i starannie wyprasowanych koszulkach polo, których luźne rękawy trzepotały na wietrze jak skrzydła. Mężczyzna uniósł pomarszczoną dłoń i wskazał na wiatraki w oddali. „Kochanie, masz ochotę podejść bliżej, żeby się lepiej przyjrzeć?” „Myślę, że zobaczyliśmy już tyle, ile trzeba” – odparła jego żona, odwracając się, żeby wsiąść z powrotem do autobusu.

Ja tymczasem, również zobaczywszy tyle, ile trzeba, wróciłem nad rzekę i wsiadłem na kolejny prom linii „Waterbus”, płynący w dół Mozy w kierunku Rotterdamu. Mały jacht minął nas warkocząc silnikiem. Na pokładzie pięciu wytatuowanych mężczyzn tańczyło przy dźwiękach uwielbianej przez Holendrów house o połamanych rytmach. Za jachtem płynęła przysadzista barka wypełniona kontenerami z nazwą „YANG MING” na bocznych ścianach. Jeden z członków załogi mył tłustą blachę do pieczenia w białej, spienionej wodzie za rufą. Prom przepłynął obok niewielkiej stoczni. Na nabrzeżu leżała uszkodzona łódź, niczym wieloryb wyrzucony na plażę, a trzech mężczyzn w kombinezonach krzątało się wokół dziury ziejącej w jej burcie. Mnie rzeka kojarzyła się z wypoczynkiem, lecz dla innych oznaczała tylko pracę. Przez większość czasu jednak nic poza wysokimi groblami i płaskimi polderami nie urozmaicało pejzażu.

Nudny, absolutnie płaski krajobraz był oczywistą konsekwencją tworzenia kraju na terenach położonych poniżej poziomu morza. Krótko po przyjeździe do Holandii przeczytałem w atlasie, że najwyższa góra kraju wznosi się na imponującą wysokość ośmiuset osiemdziesięciu siedmiu metrów nad poziomem morza, czyli jest nieco niższa od najwyższego wzniesienia Walii. Jak się jednak okazało, ten niebotyczny szczyt, noszący nader stosowną nazwę Mount Scenery, to stożek wulkaniczny na terytorium holenderskim na Karaibach. W samej Holandii najwyższe wzniesienie mierzy jedynie skromne trzysta dwadzieścia dwa metry, ale nawet ono znajduje się w Limburgii, wąskim pasie ziemi, wysuniętym z południowo-wschodniego krańca kraju w głąb terytorium Niemiec. Najgęściej zaludnione tereny na północnym zachodzie są natomiast naprawdę niezwykle płaskie, pozbawione jakichkolwiek wzniesień poza pojedynczymi wydmami. W przypadku wielu miejsc w ogóle nie da się zmierzyć wysokości ponad poziomem morza: tablica w miejscowości Nieuwerkerk aan den IJssel pod Rotterdamem informuje z dumą, że jest to najniżej położony punkt w Europie, znajduje się bowiem na głębokości siedmiu metrów poniżej poziomu morza.

Dla mnie – osobnika, który wychował się w solidnie pofałdowanej angielskiej wiosce, gdzie żeby wydoić krowę trzeba było wykonać szybką przebieżkę po stoku o nachyleniu czterdziestu pięciu stopni – ten brak wzniesień był czymś autentycznie niepokojącym. Zamiast usianych wzgórzami krajobrazów i łagodnych łuków dróg, do których przywykłem u siebie, Holandia ma do zaoferowania jedynie kompletnie bezpłciowy teren i nudne, proste jak strzała drogi. Na kursach na prawo jazdy nie uczy się tu ruszania pod górę, a rowery nie mają przednich hamulców. Kiedy pada śnieg lokalne parki wypełniają się holenderskimi rodzicami, którzy sapią i zrzędzą, ciągnąc swoje pociechy na sankach, bo nie ma skąd zjeżdżać.

Przez przeprowadzką do Holandii byłem zapalonym biegaczem i rowerzystą, ale obydwie formy aktywności tracą sens, kiedy brakuje zarówno wyzwania, jakim jest zbocze, na które trzeba się wspiąć, jak i nagrody w postaci widoku ze szczytu. Główna ulica w pobliżu mojego domu nosi nazwę Bergweg – „Górska droga”, ale jej nachylenie jest tak małe, że nie da się po niej zjechać na rowerze bez pedałowania. Kiedy zgłosiłem swój udział w krótkim biegu ulicznym w Rotterdamie, otrzymałem pocztą pisemną instrukcję Jak biegać pod górę, na wypadek gdybym nie był odpowiednio przygotowany do pokonania lekko spadzistego mostu na trasie biegu. Życie Holendrów toczy się w przestrzeni dwuwymiarowej.

Całkowita płaskość krajobrazu wywiera także osobliwy wpływ na percepcję, sprawiając, że ten i tak mały kraj wydaje się jeszcze mniejszy. Podczas gdy w pagórkowatych regionach wzgórza i kręte drogi zwiększają odległości, dodając całe godziny do czasu podróży oraz izolując od siebie miejscowości położone po przeciwnych stronach gór, w płaściutkiej Holandii jest dokładnie na odwrót. Czas podróży ulega skróceniu, a zasięg wzroku się wydłuża. Na przykład jadąc pociągiem, dostrzegamy na horyzoncie poszarpany zarys dachów Rotterdamu z odległości mniej więcej dwudziestu pięciu kilometrów, a więc na długo zanim dotrzemy na miejsce. Trzeba jednak przyznać, że wszechobecne rzeki i kanały mają przedziwną właściwość zakrzywiania przestrzeni, wymuszają bowiem uciążliwe zmiany kierunku. Rzadko kiedy udaje się tu dotrzeć prosto do celu bez konieczności skorzystania z kilku objazdów, aby przedostać się na drugą stronę któregoś ze zbiorników wodnych. „Most był podniesiony” – to standardowa wymówka holenderskich urzędników, którzy spóźniają się do pracy.

W 2011 roku pewien holenderski dziennikarz miał swoje pięć minut sławy, gdy zaproponował, nie całkiem jako żart, śmiałe rozwiązanie problemu z wysokością. „Odkąd skończyłem piętnaście lat, marzę, żebyśmy mieli w Holandii górę” – wyznał dziennikarzom Thijs Zonneveld. „Płaski teren jest dobry do uprawy buraków, ale kiedy chce się uprawiać sporty, to katastrofa”. Jego propozycja zbudowania sztucznej góry zyskała poparcie holenderskiego związku kolarskiego, narciarskiego i alpinistycznego, a Zonnenveld był częstym gościem poświęconych temu pomysłowi programów publicystycznych w krajowej telewizji. Najpoważniejszą przeszkodę na drodze do realizacji projektu stanowił jego koszt, szacowany ostrożnie na miliard euro, i to przy założeniu, że dla oszczędności góra będzie pusta w środku. Początkowo planowano, że budowa szczytu o wysokości dwóch tysięcy metrów potrwa do roku 2018, lecz w czasie, kiedy odbywałem moją podróż, nawet się jeszcze nie rozpoczęła i kraj był nadal płaski jak holenderski naleśnik.

Inne wielkie, narodowe wyzwanie, to konieczność upchnięcia stosunkowo dużej liczby ludzi na dość małym terytorium. Mimo niezmordowanych wysiłków podejmowanych w celu powiększenia obszaru lądowego, w czasie, kiedy wybierałem się na wycieczkę po kraju, Holandia nadal była krajem o największej w północnej Europie gęstości zaludnienia, wynoszącej średnio pięćset osób na kilometr kwadratowy. Wedle standardów międzynarodowych zagęszczenie ludności w Holandii jest po prostu niesłychane. Jak wynika z moich pobieżnych wyliczeń, Holandia jest ponad trzykrotnie bardziej zatłoczona niż Chiny, a gdyby gęstość zaludnienia w Stanach Zjednoczonych była taka, jak w Holandii, mieszkałyby tam ponad cztery miliardy ludzi. W Randstad – swoistej romboidalnej konstelacji miast, złożonej z Rotterdamu, Amsterdamu, Utrechtu i Hagi – sytuacja jest jeszcze gorsza. Na każdy kilometr kwadratowy terenów miejskich przypada tam bowiem około półtora tysiąca osób. Nieprzypadkowo jednym z nielicznych miejsc o zbliżonej gęstości zaludnienia jest podobnie nasiąknięty wodą Bangladesz.