Trzeci tom bardzo rozszerzonego wyboru dzienników Sándora Máraiego (1900–1989), jednego z najwybitniejszych pisarzy węgierskich dwudziestego wieku.


Sándor Márai Dziennik 1957-1966„Dziennik 1957–1966”, tom trzeci z planowanych pięciu, obejmuje lata spędzone w Ameryce, do której pisarz przyjechał w 1952 roku, między innymi po to, by zdobyć dla siebie i bliskich obywatelstwo amerykańskie, na emigracji stali się bowiem bezpaństwowcami.

Ameryka budziła w pisarzu uczucia ambiwalentne, doceniał piękno krajobrazu, możliwości podróży, doskonały poziom bibliotek, ale drażniła go niewrażliwość na kulturę społeczeństwa nastawionego głównie na zdobywanie dóbr materialnych, źle znosił klimat, przeżył również rozczarowanie postawą większości środowisk emigracji węgierskiej.

To lata dojrzewania do starości, której pierwsze symptomy zaczęły się pojawiać w życiu pisarza i jego żony. I lata dorastania ich przybranego syna, który – w przeciwieństwie do nich – znalazł sobie miejsce w nowej ojczyźnie. I lata odchodzenia od wiary.

„Dziennik1957–1966” przynosi liczne zapiski dotyczące życia kulturalnego Nowego Jorku lat sześćdziesiątych, refleksje z bardzo różnorodnych lektur, interesujące i formułowane często z dużą umiejętnością przewidywania wnioski dotyczące wydarzeń politycznych na całym świecie; ukazuje też powolne dojrzewanie myśli o powrocie do Europy, do atmosfery której, pomimo rozmaitych rozczarowań, zawsze Máraiemu w Ameryce brakowało.

Sándor Márai, ur. 11 kwietnia 1900, Kassa, Austro-Węgry (obecnie Słowacja), zm. 22 lutego 1989, San Diego (Stany Zjednoczone). Węgierski prozaik i poeta. Największe sukcesy pisarskie osiągał w latach 30. Na kartach swoich powieści portretował świat mieszczański na chwilę przed jego zmierzchem, diagnozując upadek kultury europejskiej. Olśniewające czystością stylu i psychologiczną głębią książki zyskały ogromną popularność nie tylko na Węgrzech, były tłumaczone m.in. na niemiecki, angielski, francuski, włoski, hiszpański.
W latach 40. zaczął pisać dzienniki, obecnie uważane za jedno z jego najważniejszych dzieł. W 1948 r. oficyna Revai, w której publikował, została upaństwowiona, a niemal cały nakład nowej książki pisarza zniszczony. W tym samym roku Márai razem z rodziną na zawsze opuścił Węgry. Mieszkał we Włoszech i w Stanach Zjednoczonych.

Sándor Márai
Dziennik 1957-1966
Wybór, przekład, opracowanie, przypisy i posłowie: Teresa Worowska
Wydawnictwo Czytelnik
Premiera: 17 maja 2018
 
 

Sándor Márai Dziennik 1957-1966

1957

1 stycznia
Miniony rok przyniósł wiele udręki. Ale zdarzyły się dwa takie kwadranse – o świcie nad oceanem, w samolocie w drodze do Europy i z powrotem – które warto było przeżyć. Kto czegoś takiego nie widział, nie zna świata.

Węgry przetrwają tę okrutną próbę, ale to będzie już całkiem inny kraj, tyle że na tym samym miejscu. Jaki on będzie i jak to się stanie, tego jeszcze nie wiadomo. Ale na pewno to będzie zupełnie inny kraj.

Zadania na ten rok: uzyskać obywatelstwo amerykańskie i paszport. Zakończyć tę trwającą od dekady cygańską wędrówkę. A potem bardzo rozważnie zadecydować o przyszłości. Jeśli będę miał pieniądze, w tym roku muszę się poddać operacji. Może jeszcze nie jest za późno.

3 stycznia
Po południu herbata w budynku Museum of Modern Art. Na ścianach kolorowe ropne plamy, które zwykło się dziś nazywać „abstrakcyjną sztuką współczesną”. Publiczność w większości składa się z brodatych, odzianych w marynarskie spodnie mężczyzn i kobiet – kobiety też brodate – dzicy geniusze, leczące się całymi stadami u psychoanalityków dzieci milionerów. Rozsypuje się obraz świata, jednocząca siła sztuki już niczego nie łączy, wszystko rozpada się na atomy.
Gniew i obojętność, całkowite odwrócenie się od wszystkich i wszystkiego – taka postawa na pewno nie jest „zdrowa”. Ale gniewam się nie tylko w ten sposób. Gniewam się również za coś i na coś, świadomie.

9 stycznia
Gniew ma swój najwyższy stopień, który rzeczywiście jest niebezpieczny: to obojętność. Prawdziwy gniew.

Listy od uchodźców. Wszyscy piszą, że niepojęte, czemu Zachód się tak wahał? Komuniści się boją, wszyscy są tego zdania.

Pewien dziewiętnastoletni uchodźca – w zeszłym roku zdał maturę – pisze do mnie z jednego z włoskich obozów, krótko i z ambicją. Oświadcza, że wybiera się do Ameryki, gdzie ma zamiar założyć pismo literackie.

Co się dzieje w kraju? Całkowita apatia. Jest co jeść i jest terror; wszystko inne niepewne i niejasne. Więc jedzą, co jest, i nie myślą o terrorze. W każdym razie wszyscy ci, którzy nie są komunistami, mogą liczyć na solidarność z dziesięcioma milionami ludzi. A to poważna kompensacja.

Muszę wreszcie postawić kropkę na końcu szeregu wstrząsów zeszłego roku – choroby L., wydarzeń węgierskich, mojej podróży do Europy, całego tego szoku. Od jutra zmieniam tryb życia i pracy. Człowiek nie wie, co będzie i jak będzie, ale takie postanowienia czasami potrafią wpłynąć na rzeczywistość.

15 stycznia
List od I.G. To obecnie mój najstarszy krewny. Razem z dwudziestoma osobami przeszedł przez granicę w noc wigilijną, w śnieżycę, przy świetle rakiet. Trzydzieści godzin brnął przez śnieg w kaloszach. Ma sześćdziesiąt trzy lata. Szykuje się do Kanady. Teraz jest w Wiedniu.

23 stycznia
Żadnych wiadomości z domu.

Ta wielka, wielka rzecz, która wydarzyła się w kraju w dniach rewolucji: na chwilę ponad klasami społecznymi zaistniały Węgry.

Obecne tygodnie to coś w rodzaju „ostatnich metrów przed metą”. Obywatelstwo i wszystko, co z niego wynika. Po pięcioletnim, dziesięcioletnim maratonie, blisko mety, która jednak nie jest celem. Tylko zwykłą datą.

Niemiecki wydawca Holle pisze, że chce wydać Krew świętego Januarego, ponieważ „zrobiła na nim wielkie wrażenie i opublikuje ją, choć nie wierzy, że ta powieść może znaleźć w Niemczech czytelnika”. To jest wydawca.
Tę samą powieść największy „literacki” wydawca amerykański Scribner odesłał, pisząc, że nie może jej opublikować, ponieważ nie sądzi, żeby znalazła w Ameryce wielu czytelników. Te listy jasno ukazują różnicę pomiędzy wydawcą a sprzedawcą papieru. Widzę ją tu we wszystkim. Amerykanie jeszcze nie wiedzą, że „sukces” nie jest celem, tylko produktem ubocznym.

Czym innym jest „przegrać”, a czym innym „polec”. Węgry – i my, wszyscy Węgrzy, którzy żyjemy i umieramy razem z ojczyzną, bez względu na nasze papiery i miejsce pobytu – nie „przegraliśmy”, tylko „polegliśmy”. I pewnego dnia świat będzie musiał zdać z tego sprawę. Ci, którzy za to odpowiadają, myślą teraz: bagatelka, cóż to jest, los małego narodu, drobne intermezzo. Nieprawda. To „intermezzo” naruszyło moralną wiarygodność zachodniego świata – jednoczesna zbrodnia Francuzów i Anglików w Suezie tylko potęguje ich moralny upadek; a prestiż Sowietów też ucierpiał.

Pierwszy list mamy po rewolucji. Pisze: „Wiemy, że nic nie pomoże, tylko czas. Nawet kropla wody z czasem zmienia się w stalaktyt: trzeba tylko być jak kamień, trzeba skamienieć…”. W styczniu skończyła osiemdziesiąt trzy lata.

8 lutego
Uciekinier. Prawnik, w ciągu ostatnich dwunastu lat obracał się wśród pisarzy, załatwiał sprawy prawne komunistycznego wydawnictwa. Opowiada, że podczas procesu Rajka, aż do chwili ogłoszenia wyroku, komuniści obchodzili się z Rajkiem jak z przełożonym, który podjął się odegrania roli.
W sąsiedztwie sali rozpraw stały fotele klubowe, stół z napojami i tokajem. Tu w przerwach rozprawy Rajk przyjmował Gábora Pétera, szefa tajnej milicji, sędziego, prokuratora i obrońcę. Przez cały czas rozmawiali z nim jak podwładni z ministrem spraw wewnętrznych. „Słuchaj, Laci, a może jeszcze powinieneś zeznać to i tamto?” – pytał Gábor Péter albo prokurator. Przewodniczący składu sędziowskiego, który kilka minut wcześniej grzmiał na podium sędziowskim podczas zeznań Rajka czy pozostałych oskarżonych, teraz uśmiechał się z zakłopotaniem, przestępował z nogi na nogę i nie miał odwagi usiąść w obecności Rajka. Kiedy ogłoszono wyrok skazujący, Rajk, zaczerwieniony z podniecenia, powrócił do salki obok i zaczął jeść. Wszyscy weszli za nim, sędzia, szef milicji, obrońca. Wszyscy promienieli. „Było doskonale – podsumował z zadowoleniem Gábor Péter. – A teraz złożysz odwołanie”. Rajk znieruchomiał z kieliszkiem tokaju w ręce. „A po co? – spytał. – Nie taka była umowa…”. „Ależ skądże, tak się umówiliśmy – powtarzali chórem. – Złożysz odwołanie, a potem poprosisz o łaskę, tylko wtedy wszyscy uwierzą…”. Rajk wstał. Był śmiertelnie blady. Zrozumiał, że go oszukano. „Nie będę prosił o łaskę”, zaoponował. Gábor Péter na to ze spokojem: „To w twoim imieniu poprosi obrońca. Zgodnie z porządkiem procesu ma do tego prawo”. Długa cisza. Wszyscy wstali. Rajk blady jak ściana powiedział: „Rozumiem”. Milczeli. Wtedy Gábor Péter podszedł do drzwi i wezwał strażników: „Odprowadzić skazanego”. Rajk poszedł z nimi i po dwóch dniach został powieszony.
Pytam, czy zachowała się może fotografia albo film z egzekucji. Nic o tym nie wie. Te informacje ma od obrońcy, który żył w śmiertelnym strachu, ponieważ otoczenie Rákosiego dopuściło go do tajemnicy. Sędzia Jankó popełnił wkrótce samobójstwo, a Gábor Péter siedzi w więzieniu, może mają wobec niego jeszcze jakieś plany.
Opowiada to wszystko w trakcie obiadu, właśnie przyjechał z Europy, zmierza do Kalifornii. Jego rozedrganie jest szczere. Nie może jeść, tylko sałatę, bez przerwy pije kawę i zażywa jakieś tabletki. Mówi, że rewolucja ciekawie wpłynęła na niektórych pisarzy, komuniści czasami załamywali się i krzyczeli: „Kłamaliśmy, kłamaliśmy!”. Poputczycy lepiej to znosili.
Ojczyzna jest – zawsze – jak katedra. Ale czasem jak kloaka.

Ci nowi uchodźcy są wszyscy dziwnie rozwibrowani. To niepokój wywołany poczuciem winy: jeden ma poczucie winy, ponieważ brał w czymś udział, inny dlatego, że czuje: nie powinien był wyjeżdżać.

Lektura: drobne szkice Valéry’ego o sztuce. Nie wiem, czy będę jeszcze potrafił czytać i pisać z taką mocą i koncentracją, jak dotychczas przez całe moje życie, do 4 listopada.

13 lutego
Szkice i rysunki Lawrence’a. W ostatnich latach życia z gorączkowym pośpiechem zaczął rysować i malować, poprzez prymitywne, dziecięce linie i rysunki próbował uzewnętrznić tę erotyczną konfuzję, która w jego książkach przemawiała z mesjanistycznym patosem. Jego rysunki przypominają mazanie niedorostków po ścianach. Zaambarasowanie Anglosasów wobec problemów ciała i cielesności jest typowe dla okresu pokwitania. Kiedy spotykają się z cielesnością, albo ubierają się pod szyję, albo rozbierają, do przesady.

19 lutego
Telefon i telegram z Paryża. Podobno w kraju znów otwarto osławiony obóz internowania w Recsk, wywieziono tam kilkuset młodych, uczestników rewolucji, również kobiety, razem z nimi córkę mojego młodszego brata. Julika ma osiemnaście lat.

Dwa miesiące temu napisałem do „New York Timesa” list otwarty, w którym prosiłem, żeby dla poruszenia światowej opinii publicznej zainicjowali w prasie, życiu publicznym i prywatnym ruch Don’t forget Hungary. Listu nie wydrukowano. Dzisiejszy numer „U.S. News & World Report” pisze, że najważniejszym celem wysiłku Sowietów jest, by światowa opinia publiczna zapomniała o wszystkim, co się stało i dalej się dzieje z Węgrami.

János ma szesnaście lat. Powiadamia mnie, że zgodnie z miejscowym prawem można go już posadzić na krześle elektrycznym; skazaniec, który ukończył szesnaście lat, może tu być stracony.

Młody chłopak, uciekinier, dziewiętnastolatek. Mówi, że Rosjanie są tchórzliwi; tylko Zachód sądzi, że są silni. Gdyby węgierscy powstańcy mieli więcej broni, popędziliby ruskie tanki do granicy, a wówczas Imre Nagy miałby pozycję do pertraktacji. To niejasne, ale nie całkiem niemożliwe. Ja też sądzę, że tutejsza „liberalna” szeptana propaganda próbuje dowieść siły i przewagi Rosjan. Inny uchodźca pisze: „Wszyscy bolszewicy to tchórze, a ich głupota jest większa od ich okrucieństwa”.

Czasem jeszcze ciągle ta dzika wiara, dzięki której można chodzić po wodzie. To prawie cielesne uczucie.

1 marca
Pierwszy „starczy” list od matki. Drżące pismo; nie potrafi napisać nic więcej poza tym, że jeszcze żyje.

5 marca
Czasem wydaje się, że to wszystko, co mi jeszcze pozostało, jest beznadziejne, ale nie jest nieciekawe. A czasem znów, że jest nieciekawe, ale nie beznadziejne.

Na jednym z prowincjonalnych uniwersytetów amerykańskich zapytano trzydziestu czterech węgierskich studentów-uchodźców, która książka po 1940 roku oddziałała na nich najbardziej. Trzydziestu wybrało Sándora Rózsę Móricza, osiemnastu dodatkowo jeszcze jedną z książek Tamásiego i Znieważonych. Ciekawy objaw.

Egzystencjalny strach, który w decydujących chwilach skłania większość ludzi do kompromisu, to nie tylko obawa przed utratą chleba. Raczej strach, że wyjdzie na jaw, iż tak naprawdę nie znali się na niczym, także wówczas, kiedy byli jeszcze na stanowisku.

10 marca
Lektura: Sigstedt, The Swedenborg Epic. O zjawisku, jakim był Swedenborg, książka opowiada tonem zoologa, tak czyni zresztą większość amerykańskich biografii. Teraz mamy kryzys podobny do tego w końcu XVII wieku, kiedy pod wpływem Kartezjusza kilku Europejczyków poczuło, że „jest” nie wtedy, kiedy „wierzy”, lecz kiedy „myśli”. Musiała to być wielka radość. Po reformacji i kontrreformacji Europejczyk czuł, że otrzymał nową rolę. Dziś taki sam entuzjazm przejawiają ci, którzy sądzą, że „wiedza praktyczna” znajdzie odpowiedź na wszystko. Ale wyjątki są także i dzisiaj. Swedenborg zaczął od matematyki i doszedł do mistyki. Podobnie jak John von Neumann, z pochodzenia Węgier1, który zmarł w tych dniach: był świetnym matematykiem, jednym z twórców mózgu elektronicznego, a zmarł jako gorliwy katolik, „w stanie łaski”. Od dwóch razy dwa do nieskończoności droga jest krótka.

Narody Zjednoczone powołały komisję typu watchdog, której zadaniem ma być „obserwowanie kwestii węgierskiej”. Wszystkiego, co wydarzyło się od 4 listopada. Ta komisja naturalnie nie gryzie, ale prawdopodobnie nawet i nie szczeka.
Francja i Anglia, dwa wielkie mocarstwa, 6 listopada zupełnie niepotrzebnie rozpoczęły atak wojskowy na Egipt w sprawie Suezu, a po kilku dniach na skutek „rezolucji” ONZ z podwiniętym ogonem wycofały się znad Kanału Sueskiego. Teraz pospieszył za nimi Izrael, bez żadnych warunków, nic nie osiągnąwszy. Przyszły czasy, w których nic się już nie liczy. To nihil.

15 marca
Co się dziś deklamuje w Budapeszcie?2.
Ależ to wszystko jest daleko. Jak we śnie albo w chwili śmierci.
Czasem wielki spokój. Jednak dobrze było żyć.

Co się dzieje z takimi ludźmi? Swedenborg, William Blake? Swedenborg miał pięćdziesiąt sześć lat, kiedy nastąpiła w jego życiu „wielka zmiana”. Pewnego dnia sny stały się dla niego rzeczywistością. Po matematyce, fizjologii, fizyce pewnego dnia odwiedziły go… No właśnie, kto? Anioły, demony? Odwrócił się wtedy od wszystkiego, co empiryczne, od matematyki, fizyki, fizjologii. Lecz ku czemu się zwrócił? Nie wiadomo. (Blake podczas spaceru głośno pozdrawiał świętego Pawła, który „właśnie tamtędy przelatywał”). Swedenborg żył jeszcze dwadzieścia lat w tym mistycznym stanie. Śnił, zapisywał sny, rozważał słowa Biblii. Anioły i demony to pojawiały się, to znikały. I żył spokojnie, załatwiał sprawy finansowe, może nawet miewał przygody miłosne, jadł, pił, otaczali go przyjaciele. Czasem nachodziły go wyrzuty sumienia, kiedy uświadamiał sobie, że myśli „o czymś innym”, o ziemskich interesach, bo anioły i demony wówczas „natychmiast znikały”. Ale pomimo to myślał o tych innych sprawach.

Z poranną pocztą niemieckie szczotki Świętego Januarego. Widzieć wydrukowaną treść minionych pięciu lat. Znów: jeśli ta książka i Dziennik się ukażą, ten czas nie był zmarnowany.

W wieku pięćdziesięciu sześciu lat Swedenborg wrócił z Paryża i Londynu do Sztokholmu, osiadł w swoim wygodnym domu, nalewał gościom herbatę ze srebrnego dzbanka, grał na organach, pisał. Każdego roku publikował tom swoich sekretnych zapisków, ale bez nazwiska i w Londynie. Przez blisko dwadzieścia lat nocą spotykał się z aniołami, duchami, syrenami. Jego otoczenie nic o tym nie wiedziało. Często pojawiali się zmarli znajomi, którzy, będąc duchami, nie mogli już ukryć podłości swych charakterów. Syreny, jak pisał w swoim sekretnym dzienniku, „są szalenie niebezpieczne”.

Dwugodzinny spacer brzegiem rzeki w świszczącym wietrze wiosennym i marznącej, gęstej mżawce. Te spacery bardzo mi pomagają. Swedenborg też wierzył – podobnie jak Goethe – że praca mózgu związana jest nie z pracą serca, lecz z oddychaniem.