„Amy i Isabelle” to opowieść o matce i córce, o miłości i nienawiści, o przeszłości, która kładzie się cieniem na teraźniejszym życiu.


Amy i IsabelleIsabelle i Amy są pod wieloma względami jak każda matka i jej szesnastoletnia córka – mieszanką miłości i nienawiści.

Prowadzą zwykłe, przewidywalne życie w plotkarskim miasteczku przemysłowym Shirley Falls, przepełnione frustracją i narastającym między nimi napięciem.

Kiedy się wydaje, że gorzej już być nie może, Amy odkrywa swoją seksualność. Przepaść między matką a córką pogłębia się jeszcze bardziej.

Nie da się przerzucić nad nią mostu do czasu, aż Isabelle zacznie się przyglądać swojej przeszłości. A są tam tajemnice, których bardzo się wstydzi, szczególnie przed Amy.

***

Jeden z tych rzadkich tytułów, które potrafią w zupełnie nowy, świeży sposób pokazać świat, jaki zdawałoby się dobrze znamy.
„The New York Times Book Review”

Napisana z humorem powieść o odwadze i trudnych wyborach w tak zwanym zwyczajnym życiu.
Alice Munro

Elizabeth Strout
Amy i Isabelle
Przekład: Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik
Wydawnictwo Wielka Litera
Premiera: 9 maja 2018
 
 

Amy i Isabelle


1


Owego lata, kiedy pan Robertson wyjechał z miasta, było potwornie gorąco i rzeka przez długi czas wydawała się martwa. Przypominała zdechłego brązowego węża rozciągniętego przez samo centrum, z brudną żółtą pianą wzdłuż brzegów. Ludzie, którzy przejeżdżali autostradą, zamykali szyby, czując ten duszący siarkowy odór, i zastanawiali się, jak ktokolwiek może żyć z takim smrodem bijącym od rzeki i fabryki. Jednakże mieszkańcy Shirley Falls przywykli do niego i nawet w czasie wielkich upałów czuli go tylko zaraz po przebudzeniu. Właściwie im nie przeszkadzał.
Przeszkadzało im natomiast, że owego lata niebo nigdy nie było błękitne, że zdawało się, jakby miasto spowijał brudny bandaż, wypierając wszelkie światło słoneczne, jakie mogłoby się tutaj przesączyć, i zatrzymując wszystko, co nadawało rzeczom ich barwy, tak że w powietrzu unosiła się nijakość – oto, co dotarło do ludzi tamtego lata i co po jakimś czasie wywołało u nich niepokój. Były też inne rzeczy: w górze rzeki odnotowano kiepskie plony – fasola tyczna wysychała, marchew przestała rosnąć, gdy osiągnęła rozmiary palca małego dziecka – a na północy stanu dwukrotnie widziano UFO. Krążyły nawet pogłoski, że rząd wysłał ludzi do zbadania tej sprawy.
W biurze fabryki, gdzie garstka pracownic całymi dniami segregowała faktury, archiwizowała kopie i naklejała znaczki na koperty, uderzając w nie pięścią, przez pewien czas toczono niespokojne rozmowy. Niektóre sądziły, że może się zbliżać koniec świata, a te, które nie miały tak daleko wysuniętych obaw, musiały przyznać, że wysyłanie człowieka w Kosmos nie jest dobrym pomysłem, że naprawdę nie mamy żadnego interesu w tym, by spacerować po Księżycu. Lecz upał był nieznośny, ustawione w oknach wiatraki nic nie dawały i w końcu kobietom zabrakło pary – siedziały przy wielkich drewnianych biurkach, lekko rozstawiając nogi, i odgarniały włosy z karków. „Dacie wiarę?” – to było wszystko, co po jakimś czasie mówiły.
Któregoś dnia ich szef, Avery Clark, wysłał je wcześniej do domu, jednak w następnych dniach, jeszcze gorętszych, nie padła już wzmianka o wcześniejszym wyjściu, więc najwyraźniej nie miało się to powtórzyć. Najwidoczniej miały tu siedzieć i cierpieć, co też robiły; w pomieszczeniu panowała duchota. To był duży pokój, wysoki, z drewnianą skrzypiącą podłogą. Biurka ciągnęły się parami naprzeciwko siebie, w dwóch rzędach przez całą długość sali. Pod ścianami ciągnęły się metalowe szafki na akta, na jednej z nich stał filodendron z pnączami podwiązanymi i zawiniętymi na kształt glinianego dzbanka ulepionego przez dziecko, choć niektóre pnącza się wymknęły i zwisały prawie do ziemi. Była to tutaj jedyna zielona rzecz. Kilka begonii i trzykrotek pozostawionych na parapetach zbrązowiało. Od czasu do czasu gorące powietrze poruszane przez wiatrak zrzucało martwy liść na podłogę.
W tej ospałej scenerii wyróżniała się jedna kobieta. Siedziała sama. Nazywała się Isabelle Goodrow, a że była sekretarką Avery’ego Clarka, jej biurko stało oddzielnie. Stało przodem do przeszklonego gabinetu Avery’ego Clarka, gabinetu, który był osobliwą konstrukcją z boazerii i dużych tafli szkła (rzekomo po to, by szef mógł mieć pracownice na oku, choć rzadko kiedy odrywał wzrok od biurka) i powszechnie mówiono o nim „akwarium”. Bycie sekretarką szefa nadawało Isabelle Goodrow inny status, chociaż i tak różniła się od reszty pracujących tu kobiet. Na przykład ubierała się nienagannie; nawet w taki upał miała na nogach rajstopy. Na pierwszy rzut oka można by ją uznać za ładną, ale jeśli człowiek przyjrzał się jej uważniej, widział, że ta uroda jest nie taka wielka i raczej pospolita. Włosy Isabelle Goodrow miała zdecydowanie nijakie – cienkie i ciemnobrązowe, upięte w kok albo splecione w warkocz. Przez taki sposób czesania się wyglądała starzej i trochę staroświecko, a jej ciemne małe oczy wydawały się zawsze patrzeć ze zdziwieniem.
Podczas gdy inne kobiety wciąż wzdychały ciężko lub wędrowały co jakiś czas do urządzenia z wodą sodową, narzekając na ból w plecach i opuchnięte nogi i ostrzegając się nawzajem przed zdejmowaniem butów, bo przecież nigdy, nawet za sto lat, nie zdołałyby ich z powrotem włożyć, Isabelle Goodrow prawie się nie ruszała. Po prostu siedziała przy biurku, ze złączonymi kolanami i ściągniętymi łopatkami, w jednostajnym tempie pisząc na maszynie. Miała dziwaczną szyję. Przesadnie długą jak na niską kobietę – wyrastała z barków jak szyja łabędzia widzianego tego lata na wymarłej rzece, pływającego idealnie sztywno wzdłuż obwiedzionych pianą brzegów.
Przynajmniej tak postrzegała ją córka Amy, szesnastolatka, która nabrała wstrętu do wyglądu szyi swojej matki (do wyglądu swojej matki w ogóle) i która ani trochę nie przejmowała się łabędziem. Pod wieloma względami nie była podobna do matki. Tamta miała włosy matowe i cienkie, a włosy Amy były gęste, w różnych odcieniach blond. Nawet krótko obcięte, jak teraz, do linii brody, wyglądały na zdrowe i mocne. Poza tym Amy była wysoka. Dłonie miała duże, stopy długie. Jednakże w jej oczach, większych niż u matki, często pojawiał się ten sam wyraz nieśmiałego zaskoczenia; to zdziwione spojrzenie mogłoby krępować osobę, na którą Amy patrzyłaby przez dłuższą chwilę. Tyle że Amy była nieśmiała i rzadko kiedy jej wzrok spoczywał na kimś dłużej. Raczej zerkała na ludzi przelotnie, a potem odwracała głowę. Nie wiedziała zresztą, jakie wrażenie wywiera na innych, chociaż dawniej, na osobności, uważnie się sobie przyglądała w każdym dostępnym lustrze.
Tego lata Amy nie patrzyła w żadne lustro. Unikała luster. Chętnie unikałaby także matki, ale to nie było możliwe – pracowały w jednym biurze. Zostało to ustalone wiele miesięcy wcześniej, przez jej matkę i Avery’ego Clarka, i chociaż Amy słyszała, że powinna być wdzięczna za tę pracę, nie czuła wdzięczności. Praca okazała się nudna. Polegała na dodawaniu na sumatorze ostatnich kolumn liczb z pomarańczowych faktur piętrzących się na biurku i jedyną jej zaletą było to, że czasami umysł Amy mógł jakby zasnąć.
Prawdziwy problem tkwił rzecz jasna w tym, że ona i jej matka spędzały razem całe dnie. Amy odnosiła wrażenie, że łączy je czarna linia, być może nie grubsza od nakreślonej ołówkiem, ale zawsze obecna. Nawet gdy któraś z nich wychodziła z pomieszczenia biurowego, na przykład szła do toalety czy na korytarz albo do fontanny z wodą pitną, nic się nie zmieniało – linia przebijała się przez ścianę i nadal je łączyła. Robiły co mogły. Przynajmniej ich biurka stały daleko i nie były zwrócone do siebie przodem.
Amy siedziała w odległym rogu naprzeciwko Grubej Bev. Przedtem to miejsce zajmowała Dottie Brown, ale teraz była w domu – po tym, jak przeszła histerektomię. Każdego ranka Amy przyglądała się, jak Gruba Bev odmierza porcję sproszkowanej babki płesznik i wsypuje ją do kartonika z sokiem pomarańczowym. „Szczęściara – mówiła do niej Gruba Bev. – Jesteś młoda, zdrowa i w ogóle. Na pewno nie myślisz o swoich jelitach”. Zażenowana Amy odwracała głowę.
Zaraz po przyrządzeniu sobie soku Gruba Bev wypalała papierosa. Wiele lat później zostanie wydane prawo zabraniające palenia w miejscu pracy – do tego czasu Bev przytyje jeszcze pięć kilogramów i przejdzie na emeryturę – ale na razie mogła się głęboko zaciągać i powoli wydmuchiwać dym, by na koniec zgasić papierosa w szklanej popielniczce i powiedzieć do Amy:
– To mi pomogło. Silnik zaskoczył. – Puściła do Amy oko, podniosła się ciężko i przetoczyła swoje wielkie ciało do toalety.
Było to naprawdę interesujące. Amy nie wiedziała, że papierosy mogą kogoś pogonić do toalety. Nic takiego się nie działo, kiedy ona i Stacy Burrows paliły w lesie za szkołą. I nie wiedziała, że dorosła kobieta może z taką swobodą rozmawiać o swoich jelitach. To w szczególności uzmysłowiło jej, jak odmiennie od innych ludzi żyły ona i jej matka.
Gruba Bev wróciła z toalety, z westchnieniem usiadła i zdjęła drobne pyłki z przodu wielkiej bluzki bez rękawów.
– Cóż – powiedziała i sięgnęła po telefon; na bladoniebieskim materiale bluzki pod pachami widniały półksiężyce wilgoci. – Chyba zadzwonię do starej Dottie.
Gruba Bev dzwoniła do Dottie Brown co rano. Teraz wybrała numer ołówkiem i wsunęła słuchawkę między ucho a ramię.
– Nadal krwawisz? – zapytała, postukując o biurko paznokciami, różowymi dyskami osadzonymi w ciele. Malowała je arbuzowym różem; pokazała kiedyś buteleczkę lakieru Amy. – Chcesz pobić jakiś rekord czy co? Nieważne, nie spiesz się. Nikt tu za tobą nie tęskni. – Chwyciła katalog Avonu i zaczęła się nim wachlować. Krzesło pod nią zaskrzypiało, kiedy odchyliła się do tyłu. – Poważnie, Dot. Dużo przyjemniej jest patrzeć na słodką buzię Amy Goodrow, niż wysłuchiwać twoich gadek o skurczach. – Znów mrugnęła do Amy.
Amy odwróciła wzrok i wybrała cyfry na sumatorze. To miłe, że Gruba Bev tak mówiła, ale przecież nie była to prawda. Gruba Bev bardzo tęskniła za Dottie. Bo dlaczego miałaby nie tęsknić? Przyjaźniły się od zawsze i przesiedziały w tym pokoju więcej lat, niż Amy chodziła po świecie, co nie mieściło się dziewczynie w głowie. Poza tym należało pamiętać, jak bardzo Gruba Bev uwielbia mówić. Mruknęła kiedyś pod nosem: „Nie wysiedzę cicho pięciu minut”, a Amy, patrząc pewnego dnia na zegar, odkryła, że to prawda. „Muszę mówić – wyjaśniła jej Gruba Bev. – Czuję fizyczny przymus”.
I chyba tak było. Wydawało się, że jej potrzeba rozmowy jest równie silna jak potrzeba jedzenia dropsów i palenia papierosów, i Amy, która uwielbiała Grubą Bev, było przykro, że swoją małomównością sprawia jej zawód. Choć nie do końca to przemyślała, zrzuciła całą winę na matkę. Też nie była zbyt rozmowną osobą. Wystarczyło popatrzeć, jak pisała całymi dniami na maszynie, a przechodząc przez salę, nigdy nie zatrzymywała się przy niczyim biurku, żeby zapytać o samopoczucie lub ponarzekać na upał. Musiała wiedzieć, że uważają ją za snobkę. A że Amy była jej córką, o niej pewnie też tak myślały.
Gruba Bev nie wydawała się jednak ani trochę zawiedziona tym, że dzieli swój zakątek z Amy. Odłożyła słuchawkę i pochyliła się do przodu, by ściszonym, poufnym tonem oznajmić, że teściowa Dottie Brown to najbardziej egoistyczna kobieta w mieście. Dottie miała ochotę na sałatkę ziemniaczaną, co stanowiło bardzo dobry znak, a kiedy wspomniała o tym swojej teściowej, która przecież robiła najlepszą sałatkę ziemniaczaną w okolicy, Bea Brown powiedziała, żeby Dottie wstała z łóżka i obrała ziemniaki.
– To okropne – przyznała szczerze Amy.
– Też tak myślę. – Gruba Bev wyprostowała się i ziewnęła, poklepując się po mięsistej szyi, a oczy zaszły jej łzami. – Kochaniutka – dodała, kiwając głową – wyjdź za mężczyznę, którego matka nie żyje.

Stołówka w fabryce była brudnym, zapuszczonym miejscem. Wzdłuż jednej ze ścian stały automaty, a na drugiej ciągnęło się lustro; kobiety wedle własnego uznania łączyły i rozsuwały stoły o blatach pokrytych łuszczącą się ceratą, wykładały na nie torebki z drugim śniadaniem, stawiały puszki z napojami i popielniczki i odwijały kanapki zapakowane w woskowany papier. Amy usiadła, tak jak co dzień, z dala od pękniętego lustra.
Isabelle siedziała przy tym samym stole i kręciła głową, słysząc historię o bezczelnych słowach Bei Brown skierowanych do Dottie. Arlene Tucker stwierdziła, że to pewnie przez hormony, że jeżeli przyjrzeć się uważniej brodzie Bei Brown, to widać na niej włoski, a według Arlene tego typu kobiety mają skłonność do paskudnych zachowań. Rosie Tanguay powiedziała, że problem z Beą Brown polega na tym, że nie przepracowała w życiu ani jednego dnia. Potem rozmowy zaczęły się toczyć w małych grupkach i chaotyczne głosy nakładały się na siebie. Jednej opowieści towarzyszyły krótkie salwy śmiechu, innej poważne cmokanie.
Amy podobało się to. Interesowało ją wszystko, co słyszała, nawet historia zepsutej lodówki: dwa litry lodów czekoladowych rozpuściły się w zlewie, skwaśniały i śmierdziały rano jak diabli. Głosy były przyjemne i pokrzepiające; Amy milczała i przenosiła spojrzenie z twarzy na twarz. Nie wykluczono jej z tego wszystkiego, ale kobiety miały dość przyzwoitości – lub brakowało im chęci – żeby nie wciągać jej do swoich rozmów. To odrywało umysł Amy od innych rzeczy. Oczywiście podobałoby jej się bardziej, gdyby nie było tu matki, ale panujący wokół cichy gwar pozwalał im odetchnąć od siebie, mimo że czarna linia nadal je łączyła.
Gruba Bev wcisnęła guzik w automacie i puszka z napojem Tab głośno wylądowała w podajniku. Kobieta pochyliła swoje duże ciało, żeby ją wyjąć.
– Jeszcze trzy tygodnie i Dottie będzie mogła uprawiać seks – powiedziała. Czarna linia między Amy a Isabelle napięła się. – Żałuje, że to nie trzy miesiące. – Tym słowom towarzyszył dźwięk otwieranej puszki. – Jestem pewna, że Wally zaczyna się irytować. Już przestępuje z nogi na nogę.
Amy przełknęła skórkę kanapki.
– Niech mu powie, żeby sam się sobą zajął – rzuciła któraś, po czym nastąpił wybuch śmiechu.
Serce Amy przyspieszyło, pot zrosił jej górną wargę.
– Po usunięciu macicy robisz się sucha – wtrąciła Arlene Tucker i pokiwała znacząco głową.
– Ja się nie zrobiłam.
– Bo nie miałaś usuniętych jajników. – Arlene znów pokiwała głową. To była kobieta, która wiedziała, co mówi. – Z Dot wyrwali wszystko.
– A mojej matce odbijało z powodu uderzeń gorąca – odezwała się któraś i Amy z ulgą poczuła, że serce jej zwalnia i twarz nie pali już tak bardzo.
Poirytowany Wally został odsunięty w cień i kobiety zaczęły rozmawiać o uderzeniach gorąca i napadach płaczu.