„Księga” to niezwykle sugestywny obraz ogromnej potęgi marzeń. Opowiada o Portugalczykach zmuszonych do porzucenia swoich najbliższych i poszukiwania miejsca dla siebie w surowym emigracyjnym świecie.


Księga„Księga” jest niezwykłą sagą opowiadającą o portugalskiej emigracji do Francji, opowiedzianą za pośrednictwem galerii niezapomnianych postaci.

Między miasteczkiem w sercu Portugalii a Paryżem, między folklorem a wysublimowanymi odniesieniami do światowej literatury wybrzmiewa w tej powieści przeszłość, która zmusiła tysiące Portugalczyków do poszukiwania godnych warunków życia.

Powieść niezwykła, przytłaczająca, stanowi obraz ogromnej potęgi marzeń i surowego życia, także ironicznej, czułej i groteskowej rzeczywistości.

Losy postaci, ich spotkania i pożegnania, prowadzą czytelników do zdumiewającego finału, który wykracza poza granice literatury.

***

Saga, która utwierdza pozycję José Luísa Peixoto jako jednego z najważniejszych współczesnych portugalskich powieściopisarzy. Oto autor, który wynosi na wyżyny literaturę swojego kraju.
„Le Figaro”

José Luís Peixoto (ur. 4 września 1974 w Galveias) – portugalski pisarz i poeta. Studiował na Universidade Nova de Lisboa (język angielski i niemiecki). Po ich ukończeniu pracował jako nauczyciel, m.in. w Republice Zielonego Przylądka. Wcześnie – jako poeta i prozaik – debiutował, trzykrotnie otrzymywał nagrodę dla młodych twórców Prize Jovens Criadores (1997, 1998, 2000). Jest autorem powieści, trzech zbiorów poezji, a także sztuk teatralnych. Jest tłumaczony na wiele języków, w Polsce się ukazała jego powieść „Puste spojrzenie” (Nenhum olhar) z 2000 roku. Książka została uhonorowana Prémio Literário José Saramago.

José Luís Peixoto
Księga
Przekład: Katarzyna Mojkowska
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera: 6 czerwca 2018
 
 

Księga


Na wysokim wzgórzu fryzjer wyjmował papierosa z ust, wyplątując go z wąsów, przystawiał do knota i krzywił się, trzymając w wyciągniętej ręce strzelającą iskrami petardę. Następnie ją rzucał. To był koszmarny potwór, którego należało się pozbyć. Ledwo nadążał po trzasku knota, który niósł się w powietrzu, po czym ciskał kulę z dymu w niebo, coś w rodzaju karlej chmury. Z wygiętymi do tyłu szyjami Ilídio i Cosme przystawiali dłonie do czoła, przyglądając się temu widowisku. Bezbronna petarda, beznożna, opadała biedna na pola.

Jedna książka więcej to jedna książka mniej; to krok ku tej ostatniej, już doskonałej, która czeka na końcu.
Julio Cortázar, Drugi brzeg
[tłum. Marta Jordan, Wydawnictwo Literackie MUZA, 2006

1.

(1948)
Matka podała synowi książkę.
Cóż to za tajemnica. Chłopiec nie potrafił sobie wyobrazić, do czego służy trzymany przez niego przedmiot. Zastanowił się, czy go nie powąchać, lecz przez otwarte drzwi na podwórze wpadało światło, na zewnątrz tyle się działo. Chłopiec miał sześć lat, ciężko mu było się skupić, coś odwracało jego uwagę. Nie stracił jednak zainteresowania samą książką, po prostu przestał kwestionować jej istnienie. Zamiast tego zaczął analizować ją w sposób o wiele bardziej abstrakcyjny, biorąc pod uwagę intencje matki, biorąc pod uwagę zarys pewnego aktu.
Matka wypowiedziała imię syna:
Ilídio.
Chłopiec, Ilídio, próbował domyślić się, czego chce od niego matka, co chciała osiągnąć, wręczając mu tę książkę, zbyt wielką dla jego dłoni, lecz nie zbyt ciężką. Powtórzyła imię syna: Ilídio. Malująca się przed chłopcem sylwetka matki ponownie nabrała barw.
Posłuchaj.
To proste słowo, złożone z prostych sylab, Ilídio pojął w sposób całkowity. Usłyszał je, jeszcze zanim je wypowiedziała, a teraz nadal wybrzmiewało w ciszy, która po nim nastąpiła. Głos wypowiadający to słowo stanowił część Ilídia. Mógł słyszeć go w swojej głowie, kiedy tylko tego zapragnął. W niektóre noce, nie mogąc zasnąć, wczepiał się w matkę, w jej ciepło, i słyszał urywane skrawki jej głosu, prześlizgujące się przez jego głowę niczym węże. Podczas jednej z takich nocy, a może i podczas wielu, prawdopodobnie wyczuł ten spokojny sposób, w jaki matka zawsze mówiła to właśnie słowo: posłuchaj. Niektórych tonów głosu używała tylko przy pewnych słowach i wyrażeniach, jak wówczas, gdy kończyła jej się cierpliwość i mówiła: proszę cię, rzeźbiąc każdą spółgłoskę, z wielką ciszą pomiędzy proszę a cię, z wydechem na końcu; albo kiedy mówiła: ależ dyrdymały, i parskała śmiechem; albo kiedy mówiła: ty to byś chciał nic tylko figle i swawole, a brzmiało to, jakby śpiewała. Było też wiele słów, co do których nie był w stanie przypomnieć sobie głosu matki.
Ilídio był głodny. Z daleka, z leżącego po drugiej stronie ogrodzenia gospodarstwa sąsiada, dobiegało gdakanie kury. Nieustanne, jakby przez sen, ledwie słyszalne, ale ciągłe gdakanie. Rozsiewało w popołudniowej porze tajemniczy spokój, niczym kukurydziany grysik, który sąsiad nieraz rozsypywał na ziemi swojego gospodarstwa. Ilídio wiedział, że kura ta ma zwyczaj zjadać kamyki i na komendę walczy z dżdżownicami, które pokonuje w tej nierównej walce. Widział ją już ze szczytu sterty drewna. Czasem rozważał, czy by nie spróbować dżdżownicy. Kiedy kura rozciągała je dziobem, a one aż pękały, pokazując swoje wnętrze, wydawały mu się czymś przepysznym.
Matka miała powiedzieć mu coś ważnego. Była kobietą, która dużo mówiła i dużo się śmiała. Ilídio wołał ją, kiedy chciał jej coś pokazać, a ona patrzyła, nie przestając mówić albo się śmiać. Teraz jednak matka wymawiała słowa pojedynczo, jakby chciała wykorzystać tylko nieliczne i musiała dokonywać właściwego wyboru. Było w tym zbyt wiele ciszy. Ilídio czuł to, lecz nie mógł jeszcze znać odpowiednich słów, by to nazwać. Można to było porównać z czymś, co czuje się, gdy mijają godziny, latem, zimą, podobnie jak dni tygodnia, sobota, piątek, a także wiele innych rzeczy, które czuł, nie znając ich. Ilídio czekał. Miał sześć lat, był spokojny. Matka powiedziała:
Nigdy nie zapominaj.
Ilídio pomyślał o pociągach. Powód, dla którego pomyślał właśnie o nich, nie był oczywisty. Tak naprawdę był on zupełnie nieznany. Pomyślał o pociągach, o lśniących pociągach, ale tym, co naprawdę poczuł, był brak zrozumienia, chłodny brak zrozumienia. Przyjmował on formę mgły, przypominał kropelki wody rozpływające się po twarzy.
Po raz pierwszy w życiu poczuł żal, że na świecie istnieje tak wiele rzeczy, których nie rozumie, i zmarkotniał. Mucha skręciła w powietrzu pod kątem prostym, i jeszcze raz, sześć lat to wiek, gdy tyle spraw dzieje się po raz pierwszy, więcej niż jedna dziennie, dlatego chwilę później pobiegł sobie. Sprawy, których nie rozumiał, przyprawiały go o zawroty głowy, lecz Ilídio był silny. Może miała na myśli to, by zajął się kozą: nigdy nie zapominaj, by zajmować się kozą. Ilídio nie lubił, kiedy matka nakazywała mu zajmować się kozą. Gdy pochłaniała go rozmowa z parasolem, nie lubił, żeby ktoś mu przeszkadzał. Czasem matka wybierała najgorsze momenty, by go zawołać. Robił akurat coś w tajemnicy, płoszył się, a później irytował. Czasem urządzał draki na środku ulicy. Matka wstydziła się i później, już w domu, mówiła, że mieszkańcy miasteczka nigdy nie widzieli tak niegrzecznego chłopca. Ilídio złościł się wtedy, ale też przypominał sobie, jak niektórzy mężczyźni nazywali go nicponiem, mówili: ach ten nicpoń, ten bękart. Przypominał to sobie i odzyskiwał swoją dumę. Może i był nicponiem, ale nie był niegrzeczny. Ta pewność dodawała mu sił, by jeszcze bardziej protestować, a nawet się wydzierać, jeśli przyszła mu na to ochota.
Może mówiła o odrabianiu lekcji: nigdy nie zapominaj odrobić lekcji. Ilídio nie lubił tego robić i nie lubił, kiedy matka o tym mówiła, więc kiedy wracał ze szkoły, wściekał się. W pierwszej klasie było tyle obowiązków. A on chciał jeść, chciał się bawić. Wykrzywiał buzię. Matka tłumaczyła mu, by szybko odrobił lekcje, to resztę czasu będzie miał dla siebie. Wówczas Ilídio się niecierpliwił. Wtedy matka podnosiła głos i mówiła mu o innych chłopcach, którzy musieli pracować, pomagać w polu. Ilídio znał takich chłopców, lecz nie chciał o nich słuchać, dąsał się. A matka albo nalegała, by ciągnąć tę rozmowę, na próżno, albo pozwalała mu odejść. Zależnie od tego popołudnia mijały powoli, niezmierzone, lub szybko, ledwie się zaczęły, a już kończyły, już było po nich. Następnego dnia Ilídio przychodził do szkoły z nieodrobioną pracą domową. Siostra zakonna przyłapywała go na tym, albo i nie. Jeśli go przyłapała, karała go, lub nie. Kiedy wymierzała mu razy linijką, nie płakał. Słynął z tego. Wystawiał prawą rękę i czekał. Kiedy wymierzała mu razy linijką, groziła, obrażała go, zmieniała liczbę razów, jak jej się żywnie podobało, linijka cięła powietrze, wydając czysty i suchy świst, trafiała w kości jego dłoni z pełnym rozpędem, ale on nie płakał. Robił się cały czerwony, szeroko rozwierał nozdrza, lecz zagryzał tylko wargi i nie płakał.
Nie, nie było powodów, by matka mówiła o odrabianiu lekcji. Może mówiła o myciu rąk: nigdy nie zapominaj o myciu rąk. Albo o soli: nigdy nie zapominaj o soli. Choć nie było powodów, by mówiła o soli. Ilídio jednak wiedział, że matka mogła mówić o wszystkim: nigdy nie zapominaj o wszystkim. Tyle że Ilídio miał sześć lat i nie chciał brać pod uwagę tej możliwości, bo wszystko to było strasznie dużo.
Maj. Wreszcie nadszedł maj. Wreszcie czas zaczął się rozwlekać. Trochę teorii: istnieją pewne gesty, które są możliwe jedynie na początku wiosny. Podczas zimy ciało o nich zapomina, kurczy się, twardnieje niczym drzewo. W maju przypomina zaś sobie o tych gestach, postanawia nauczyć się ich od nowa i, robiąc to, na nowo odkrywa swoją prawdziwą naturę. To dlatego mówi się o przychodzących wraz z wiosną ponownych narodzinach, to dlatego ludzie się zakochują i to dlatego rosną rośliny. Te gesty są proste, wszyscy potrafią je wykonywać. Wprowadzone w czyn, uruchamiają niezliczone samorzutne sekwencje, które, koniec końców, rozpalają słońce.
Matka wiedziała, co musi zrobić. Przekonał ją do tego głos, z którym rozmawiała, kiedy była sama. Oraz, oczywiście, życie. Matka rozmawiała również z życiem. Zamknęła drzwi od podwórza, położyła klucz na pustym stole, weszła do pokoju, zaskrzypiała otwierana i zamykana pusta szuflada w stoliku, wyszła z pokoju, chwyciła walizkę, zrobiła trzy kroki, stuk, stuk, stuk, i otworzyła drzwi wejściowe.
Idziemy.
Ilídio wstał z ławki, przysunął ją do zgaszonego paleniska, wsunął książkę pod pachę, chwycił walizkę i poszli.
Szli powoli, mocno stawiając stopy na kamieniach ścieżki wiodącej w dół. Matka i syn, dźwigający walizki, ubrani w najlepsze ubrania, łapali równowagę. Ze szczytu wzgórza widać było miasteczko, a w oddali rozciągały się pola. Być może były tam też ptaki, które, gdy tylko rozpostarły skrzydła, prześlizgiwały się ku horyzontowi, równina za równiną. Matka i syn tak nie mogli, więziły ich przyciasne buty.
Miasteczko odpoczywało w cieniu. Niedługo jego mieszkańcy zaczną wracać z pól, a ulicami przejdą mężczyźni i kobiety o twarzach uwalanych ziemią. Kilka godzin wcześniej i później tętniło w nim życie, lecz gdy Ilídio i matka schodzili ze zbocza, miasteczko odpoczywało. Z oddali dobiegał jedynie rytmiczny stukot młotka uderzającego w dłuto. Niosący się echem w powietrzu nad miasteczkiem dźwięk był smutny niczym umierające raz po raz wróble.
Murarz stał na ganku domu Dony Milú. Wychodziło mu, że jeszcze pół dnia i skończy drobną robotę, do której go wezwano i która jemu samemu zajęła prawie dwa tygodnie. Wykuwał otwór w ścianie ganku domu Dony Milú, a na imię mu było Josué. Był młody, trzydzieści osiem lat na karku. Niechcący wsadził palec między młot a dłuto, upuścił narzędzie na ziemię i wykrzywił twarz. Podmuchał na palec, pfff, a potem splunął sążniście dla znieczulenia. W tamtej chwili zatrzymał się wiatr.
Długi i powolny łuk.
Plwocina prysnęła na środek kamienia na dole, przy chodniku. I tam została, wysychając lub popadając w zapomnienie. Josué wszedł do domu i dlatego nie zobaczył wyłaniających się po chwili z głębi uliczki sylwetek matki i syna, idących po tym samym chodniku. Szli objuczeni walizkami, widoczni nawet z daleka. Nie sposób było odróżnić kolorów ubrań, brązowa kurtka chłopca mogła być w dowolnym ciemnym kolorze. Matka miała na głowie chustkę. Czasem przytrzymywała włosy ręką tuż przy czole, a drugą ściągała chustkę. Ilídio znał ten gest.
Byli prawie na czas. W oddali, na dziedzińcu przed kościołem, zaraz rozdzwonią się dzwony. Powietrze było czyste za sprawą przemykających powiewów wiatru. Matka z synem nie szli prędko, ale byli coraz bliżej. Minęli wejście do domu Dony Milú za opustoszałym gankiem. Matka trzymała dwie walizki, nie garbiąc się ani trochę. Maszerowała wyprostowana i poważna. Oczy matki, oczy syna. Ich oczy spowijała mgła, być może z powodu ciszy.
Dotarli do miejsca, w którym mur domu Dony Milú kończył się załomem wychodzącym na zejście do zdroju, poszli dalej. Matka odstawiła walizkę i pochyliła się ku Ilídiowi. Jej zgarbione pod ubraniem ciało było eleganckie. Miała cienkie brwi. Poprawiła synowi kołnierzyk u koszuli. Przesunęła dłońmi po jego kurtce, jak gdyby były szczotkami, oczyszczając ją z niczego. Wzięła od niego małą walizkę i postawiła na kamiennej ławce znajdującej się obok zdroju. Wyjęła książkę, którą niósł pod pachą, i położyła ją na walizce. Wzięła go ponownie za ramiona i przyjrzała mu się w milczeniu. Milczenie minęło. Matka powiedziała:
Zostań tutaj, nie ruszaj się stąd.
Ilídio potrafił zrozumieć i wypełniać proste nakazy matki.
Zaczekaj tutaj.
Nie odpowiedział. Chciał zobaczyć, co się wydarzy. Cały ostatni tydzień matka była poważna, milcząca, Ilídio nie rozumiał. Obok niego woda ze zdroju.
Oczy matki spoczywały na oczach syna, aż wreszcie jej ciało odwróciło się i oddaliło, wracając do punktu wyjścia. Ilídio myślał o czymś, może o ptakach, które przysiadały i chowały się w liściach bluszczu porastającego stojący przed nim mur Dony Milú, o wiosennych ptakach. Skrzydła czy liście. I skupił się na tym, by wytężyć słuch za oddalającymi się krokami matki, aż stały się one zaledwie cieniem dźwięku. Tylko instynkt. Kiedy zdało mu się, że minęło już dość czasu, nie ruszając nogami, splótłszy ręce za plecami, pochylił tułów do przodu, by zobaczyć matkę w oddali, daleko w oddali, jak odchodzi, jego matka, i później, ojej, znika, skręca za róg. Ilídio powrócił do poprzedniej pozycji. Daleko, na dziedzińcu kościoła, dzwony wybiły siódmą wieczorem. Godzina ta rozniosła się po całej wsi. Sześcioletni Ilídio wiedział dobrze, że bicie dzwonów na dziedzińcu przerywało rozmowy i myśli.
Jaszczurka wspinała się po murze. Przed nim, w odległości kilku metrów, znajdował się mur Dony Milú, pokryty kocem z bluszczu, z ciemnozielonych, prawie czarnych liści. Po jego prawej stronie znajdował się nowy zdrój o trzech kranach, z których woda lała się obficie do niewielkiego basenu o marmurowym brzegu, sięgając do kolan kobietom, a Ilídiowi do pasa. Pod kranami znajdowały się wyznaczone kręgami miejsca, w których można było podstawić naczynia. Te krany, po jego prawej stronie, wbijały się w bielony mur. Za nim mieściło się koryto, do którego można było podprowadzić zwierzęta gospodarskie, by się napiły, a jeszcze dalej, pod daszkiem, znajdowały się zbiorniki do prania. Po lewej ciągnęła się polna ścieżka wiodąca do ulicy, przy której stał dom Dony Milú, oraz do samego miasteczka. I dalej mur, po którym wspinała się jaszczurka, a za nim ogrody warzywne i sady. To wszystko, woda, ogrody, wapno, mieszało się z końcem popołudnia i stapiało w powiewie, który pachniał czystym niebem. Wdychając powietrze, Ilídio czuł pewien rodzaj szczęścia. Czuł, że oto coś się zmienia. Tymczasem tam, w oddali, śpiew cykad, dłonie oparte na wapnie, jeszcze ciepłym od popołudniowego słońca, i woda woda woda.
Ilídio był głodny. Minęła go grupka kobiet z koszami pełnymi brudnej bielizny. Spojrzały na niego i nic nie powiedziały. Chwilę później rozległ się dźwięk rozchlapywanej wody, przenikliwe echo wybuchów śmiechu. Kobiety mówiły coś, co przypominało zawodzenie, skargi czy błagania, a później rozbrzmiewał ich rechot. Były hałaśliwe. Chłostały wodę raz za razem. Minął go również mężczyzna, szedł chwiejnym krokiem na koślawych nogach, zgarbiony. Miał stare włosy, ciągnął oślicę o zmęczonym spojrzeniu wielkich kasztanowych ślepi. Był w tym zmęczeniu pewien smutek. Zmęczenie Ilídia było inne. Ściemniało się coraz szybciej, Ilídio niecierpliwił się i złościł. Mężczyzna nie kazał na siebie czekać. Gdy tylko oślica się napiła, kiedy już zbierali się, by wyruszyć pod górę, przetarł twarz złożoną chustką i spytał:
Czyj ty jesteś, synu?
Ilídio podał imię matki.
Czyj?
Ilídio powtórzył. Mężczyzna stał tak, dokonując w głowie jakichś kalkulacji, próbując coś zrozumieć, a potem, nagle, pojął. Jak gdyby Ilídio przestał istnieć, ruszył polną drogą pod górę, a posłuszna oślica za nim.
Ilídio wciąż czekał w bańce ciszy. Popołudnie zacierało się, kształty nie miały już cieni i z wolna traciły barwy, same się w cień zamieniając. Był głodny i dlatego pomyślał, by napić się wody. Nie znał historii zdroju. Przez chwilę uwierzył, że kiedy matka wróci, na pewno się zorientuje, że odszedł z miejsca, i na pewno się zezłości. Nie bał się jej, a jednak wolał uniknąć takiej sceny, choćby dlatego, że zapadła już cisza, kobiety skończyły robić pranie, wyżęły je i teraz wspinały się w milczeniu, objuczone, i ten zapach szarego mydła, sandały ślizgające się po suchej ziemi.
Już nie była to prawie noc, była noc zupełna. Czuć było jeszcze wspomnienie popołudnia, ale była już noc. Dzwon nie przestawał wybijać kolejnych godzin. Ilídio gromadził w sobie pytania. Napił się wody. Wyciągnął szyję, czuł, jak woda ścieka mu z kącików ust i po brodzie. Była chłodna i napełniała mu brzuch. Gdzie mogła być jego matka? Dlaczego nie wróciła po niego? Ilídia denerwowały te pytania. Matka dawała mu burę za znacznie mniejsze przewinienia. Kiedy wróci, to on ją ukarze.
Wokół zdroju były świerszcze. Rozgwieżdżone niebo zdawało się być całą łąką cykających świerszczy. Ilídio wiedział, że nadeszła pora pomiędzy jedzeniem a pójściem spać. Był głodny, wspominał, jak siadał na podłodze, bawił się szpulkami nici i słuchał matki, która coś opowiadała, jej paplaniny i śmiechu. Szpulki toczyły się po wyślizganych krawędziach kamieni na podłodze. Matka nie przestawała szyć, naparstek, błysk czubka igły, napięta nić. Mogło to być rozpalone palenisko, garnek wody nad żarem, zawsze gorącej, wrzącej. Po tym wspomnieniu pomyślał, że jeśli matka przyjdzie, może jednak nie powie jej nic. Tylko podbiegnie do niej i ją uściska. Ale już zaraz rozglądał się wokół siebie i myślał, że jednak nie. Szykował na jej powrót pełne złości słowa.
Od pewnego momentu zaczął wstrzymywać oddech. Prowokował sam siebie, by wstrzymać oddech do powrotu matki. Mogło to być wyzwanie zwieńczone wielkim sukcesem, ale nie miał wystarczająco dużo powietrza. Był zmęczony wypatrywaniem, z której strony może nadejść, i widzeniem niczego, nikogo, żadnej zmiany. Wtedy pojawiło się lekkie ukłucie, które wbijało się w niego i ciągnęło. Bolało. Te najlepsze ubrania, spakowana walizka, książka, pytania bez odpowiedzi. Pomyślał, że wróci do domu sam. Może matka była tam i czekała na niego, zaniepokojona. Ale pomyślał też o zamkniętych nocą drzwiach do domu i był to obraz niczym z koszmaru. Zostań tutaj, nie ruszaj się stąd, poczekaj tutaj. Znał głos matki.
Siusiając, zaczął płakać.
Był sześcioletnim chłopcem, w nocy, przy polnej drodze, który robił siusiu i płakał. Zebrało mu się na łzy, kiedy siuśki ciekły strumieniem, a on poczuł brak pytania matki: i jak, już?, jak wtedy, kiedy dopiero co się obudzili i szedł z nią w pole. Koza patrzyła na niego. Była młoda i wszystko ją interesowało, chciała nauczyć się bóść. Gdzie jest teraz koza? Nie widział jej w polu przed wyjściem. Nieistotna tajemnica. Całe miasteczko spało. Nic nie przeszkadzało nocy. Pomyślał, że zawoła mamę. Głos wyszedł mu niepocieszony, dziecięcy, i musiał znów zapłakać. Pomyślał o wielu rzeczach i, wraz z upływem czasu, czuł się coraz mniejszy, aż w końcu stał się mniejszym od kamyczka ziarnkiem pyłu. Strach mroził mu uszy, czubek nosa, dłonie, kolana i stopy. Nie potrafił wyjść z wnętrza czasu. Zamykał oczy, ale czuł przeszywający lęk, więc znów je otwierał, bardzo nagle.