Wstrząsająca historia pięknej przyjaźni na przekór złu szalejącej wojny. Dwóch chłopców i dwa światy. Obaj urodzili się w tym samym dniu, miesiącu i roku, ale los traktował ich do pewnego czasu zupełnie inaczej…


Chłopiec w pasiastej piżamieBruno, syn niemieckiego oficera, żyje podczas wojny, prawie w ogóle jej nie doświadczając, nie mając świadomości, że ona trwa tuż obok, pochłania ofiary.

Szmul, syn żydowskiego zegarmistrza, zna wojnę od tej najgorszej, najbardziej nieludzkiej strony. To ona odebrała mu spokojne dzieciństwo, bezpieczeństwo, przyszłość oraz członków rodziny.

Spotkanie chłopców ma wymiar symboliczny. Odbywa się na granicy dwóch światów. Okazuje się, że przekroczenie jednego z nich powoduje, że stają się równi, ale na pewno nie szczęśliwsi. A może jednak…?

 
John Boyne
Chłopiec w pasiastej piżamie
Przekład: Paweł Łopatka
Wydawnictwo Replika
Premiera: 14 marca 2017
 
 

Chłopiec w pasiastej piżamie


Bruno dokonuje odkrycia

Pewnego popołudnia, wróciwszy ze szkoły, Bruno ze zdumieniem stwierdził, że pokojówka Maria, która wiecznie chodziła ze spuszczoną głową, zapatrzona w dywan, wyciąga mu z szafy wszystkie ubrania i pakuje do czterech drewnianych skrzyń. Wyjęła nawet pochowane skarby, których nie miał prawa ruszać nikt oprócz niego.
— Co robisz? — zapytał najgrzeczniej, jak się tylko dało, bo choć był niezadowolony, że ktoś mu grzebie w rzeczach, matka zawsze go upominała, aby do Marii odnosił się z szacunkiem, a nie naśladował ton ojca. — Tak nie wolno!
Maria pokręciła głową, wskazując schody za nim, gdzie przed sekundą pojawiła się matka Brunona. Była wysoka i miała długie rude włosy, spięte wysoko siatką. Teraz nerwowo splotła dłonie, jak gdyby zmuszona oznajmić coś nieprzyjemnego lub coś, w co sama nie bardzo wierzy.
— Mamo — zwrócił się do niej Bruno — co się dzieje? Czemu Maria grzebie w moich rzeczach?
— Musi je spakować — odparła matka.
— Spakować? — powtórzył, przebiegając w myśli zdarzenia minionych kilku dni, żeby sobie przypomnieć, czy przypadkiem czegoś nie przeskrobał albo też głośno nie wypowiedział jakiegoś zakazanego słowa, i teraz go spotyka zasłużona kara. Niczego jednak nie pamiętał. Bo tak naprawdę przez ostatnie dni zachowywał się wyjątkowo przyzwoicie i nikogo, ale to nikogo nie wyprowadził z równowagi.
— Ale czemu? — spytał po namyśle. — Co ja takiego zrobiłem?
Matka zdążyła już przejść do swojego pokoju, gdzie z kolei jej rzeczy pakował kamerdyner Lars. Z westchnieniem gniewu, wzniósłszy ręce, wróciła na schody, a za nią Bruno, który się uparł, aby wyjaśnić tę tajemniczą sprawę.
— O co tu chodzi, mamo? Czy my się wyprowadzamy?
— Proszę ze mną na dół — odrzekła matka, kierując się w stronę wielkiej jadalni, gdzie tydzień temu siedział Furia, gdy przyszedł na kolację. — Tam sobie pomówimy.
Bruno zbiegł po schodach, wyprzedzając matkę, tak że w jadalni znalazł się pierwszy.
Przez chwilę patrzył na nią bez słowa, rozmyślając, jak to pewnie rano brakowało jej czasu, aby się starannie umalować, bo oczy miała bardziej czerwone niż normalnie i podobne do jego oczu, kiedy coś przeskrobał, a później płakał.
— Nie martw się, Bruno — powiedziała matka, siadając na tym samym krześle, co prześliczna blondynka, która ich odwiedziła z Furią i nawet mu pomachała, gdy ojciec zamykał drzwi jadalni. — Bo to się zapowiada jako wspaniała przygoda.
— Ale co? — zapytał chłopiec. — Gdzieś mnie wysyłacie?
— Nie, nie wyjeżdżasz tylko ty — odpowiedziała z taką miną, jakby się miała uśmiechnąć, lecz po zastanowieniu tego nie zrobiła. — Jedziemy wszyscy. Ojciec, ja, ty i Gretel. W czwórkę.
Słysząc to, Bruno się nachmurzył. Guzik by go obchodziło, że Gretel gdzieś wyjeżdża, bo ona to przecież Beznadziejny Przypadek, który mu tylko przysparza kłopotów. Ale nie podobało mu się, że Gretel też musi z nimi jechać.
— A dokąd? — spytał Bruno. — Dokąd się wybieramy? Czemu nie możemy zostać tutaj?
— Przez wzgląd na pracę ojca — wyjaśniła matka. — Wiesz chyba, jakie to ważne, prawda?
— Tak, jasne — odparł Bruno, kiwając głową, bo w domu bez przerwy pełno było różnych gości i panów w niesamowitych mundurach, i pań z maszynami do pisania, których nie wolno tykać brudną ręką, gości nadzwyczaj uprzejmych wobec ojca, którego zawsze stawiali sobie za wzór, a z którym, jak to się mówiło, Furia wiąże ogromne nadzieje.
— Więc czasem — ciągnęła matka — gdy ktoś jest bardzo ważny, to ten, co go zatrudnia, wysyła go gdzie indziej, bo tam mu się szykuje wyjątkowe zajęcie.
— To znaczy: jakie zajęcie? — spytał Bruno, bo mimo że zawsze chciał być w zgodzie z własnym sumieniem, to, prawdę powiedziawszy, nie miał pojęcia, na czym też polega praca jego ojca.
Gdy w szkole rozmawiali na ten temat, Karl powiedział, że jego ojciec jest kupcem warzywnym i Bruno stwierdził, że to prawda, bo prowadzi w mieście taki sklep z warzywami.
Daniel powiedział, że jego ojciec jest nauczycielem, i Bruno stwierdził, że to prawda, bo uczy takich dużych chłopaków, od których lepiej trzymać się z daleka.
A Martin powiedział, że jego ojciec pracuje jako szef kuchni, i Bruno też stwierdził, że to prawda, bo czasem zabiera Martina spod szkoły i zawsze ma na sobie biały kitel i fartuch w kratkę, tak jakby dopiero co skończył gotowanie.
Lecz zapytany, czym się zajmuje jego ojciec, Bruno otwarł usta, żeby im powiedzieć, po czym sobie uzmysłowił, że właściwie nie wie, odpowiedział tylko, że jest on wzorem doskonałości oraz że Furia wiąże z nim wielkie nadzieje. Aha, i jeszcze że nosi kapitalny mundur.
— Zajęcie niesłychanie ważne — po chwili wahania rzekła matka. — Przeznaczone tylko dla osób wyjątkowych. Rozumiesz, prawda, Bruno?
— I dlatego wszyscy mamy jechać? — zdziwił się Bruno.
— Naturalnie — odparła matka. — Chyba nie chciałbyś, żeby ojciec wybrał się tam w pojedynkę i potem czuł się samotnie, prawda?
— No, raczej nie — odpowiedział chłopiec.
— Okropnie by za nami wtedy tęsknił — dodała.
— A za kim tęskniłby bardziej? — spytał Bruno. — Za mną czy za Gretel?
— Za każdym po równo — odrzekła matka, święcie przekonana, iż nigdy nie powinno się nikogo faworyzować, a Bruno szanował ten pogląd, zwłaszcza że sam był właśnie ulubieńcem matki.
— A co będzie z domem? — zapytał. — Kto się nim zajmie, kiedy nas nie będzie?
Westchnąwszy, matka rozejrzała się po pokoju, tak jakby miała go już nigdy więcej nie oglądać. Ich dom był wprost prześliczny, trzypiętrowy. W suterenie kucharka codziennie przygotowywała posiłki dla rodziny, a Maria z Larsem przy stole kłócili się i obrzucali wyzwiskami, których używać nie wolno. Dom miał jeszcze pokoik na poddaszu, ze spadzistymi oknami, przez które Bruno mógł podziwiać Berlin, stając na palcach i z całej siły przytrzymując się framugi.
— Na razie trzeba go będzie zamknąć — odpowiedziała matka. — Ale kiedyś na pewno tu wrócimy.
— No, a co z kucharką? — spytał chłopiec. — Z Larsem? Z Marią? To oni nie zostaną?
— Jadą z nami — wyjaśniła matka. — Ale dość już pytań. Może byś tak poszedł pomóc Marii w pakowaniu?
Bruno wstał, nigdzie jednak nie poszedł. Miał ochotę zadać jeszcze kilka pytań; dopiero wtedy byłby gotów uznać rzecz za załatwioną.
— A jak to daleko? — spytał. — Ta nowa praca. Ponad kilometr od nas?
— Ależ — odrzekła matka z uśmiechem, ale takim dziwnym; w ogóle nie sprawiała wrażenia radosnej i odwróciła się od Brunona, jakby chcąc uniknąć jego wzroku. — Tak, Bruno — dokończyła. — Ponad kilometr. Prawdę powiedziawszy, znacznie ponad.
Bruno szeroko otworzył oczy, a usta rozwarły mu się w kształt literki „O”. I rozłożył ręce, jak zwykle, gdy coś go wprawiało w zdumienie.
— Ale nie wyjedziemy z Berlina? — zapytał, z trudem łapiąc oddech.
— Oj, niestety, tak. Zajęcie ojca, widzisz.
— A szkoła? — przerwał Bruno, choć wiedział, że tak nie wolno, ale wiedział również, że teraz ujdzie mu to na sucho. — A Karl, Daniel i Martin? Jak mnie znajdą, kiedy zachce im się razem pobawić?
— Na razie będziesz się musiał pożegnać z przyjaciółmi — odrzekła matka. — Choć z pewnością za jakiś czas znowu się zobaczycie. I proszę, byś nie przerywał matce, gdy do ciebie mówi — dodała, bo chociaż były to wieści dziwne i niemiłe, to Bruno mimo wszystko nie powinien był łamać wpojonych mu zasad dobrego wychowania.
— Jak to: pożegnać? — spytał, wytrzeszczając oczy ze zdziwienia. — Z nimi pożegnać? — parsknął w taki sposób, jakby te słowa były nieprzeżutymi herbatnikami, które wypełniają usta i nie da się ich przełknąć. — Pożegnać się z Karlem, Danielem i Martinem? — ciągnął, niemal już krzycząc, co w domu było zabronione. — Ale to moi trzej najwierniejsi przyjaciele!
— Oooch, znajdziesz sobie nowych — stwierdziła matka, lekceważąco kiwając ręką, tak jakby trzech najlepszych przyjaciół można było znaleźć ot, tak sobie.
— Ale myśmy mieli różne plany — zaprotestował chłopiec.
— Plany? — spytała, unosząc brwi. — A to niby jakie?
— Nie zdradza się takich rzeczy — odpowiedział Bruno, nie mogąc jej wyjawić, na czym też dokładnie polegają plany, w których mieściło się wyprawianie brewerii, zwłaszcza za kilka tygodni, bo właśnie nadchodziły letnie wakacje. A wtedy nikt już nie robi żadnych planów, tylko najzwyczajniej w świecie zajmuje się ich spełnianiem.
— Przykro mi, Bruno — powiedziała matka — ale będziecie musieli z tego zrezygnować. — Nic na to nie poradzimy.
— Ale mamo!
— Dość tego, Bruno — ucięła, prostując się, by nie miał wątpliwości, że nie ma sensu brnąć w to dalej. — Czyżbyś już zapomniał, jak bodaj tydzień temu skarżyłeś się na różne zmiany, które tu ostatnio zachodzą?
— Mhm, bo mi się wcale nie podoba, że pod wieczór trzeba w całym domu gasić światło — przytaknął Bruno.
— Wszyscy tak muszą robić — pouczyła matka. — Wtedy jest bezpieczniej. A może ta przeprowadzka zapewni nam większe bezpieczeństwo. Nie marudź już, tylko idź na górę i pomóż Marii w pakowaniu. Ze względu na pewne osoby nie mamy na to tyle czasu, ile bym sobie życzyła.
Bruno skinął głową i oddalił się zasmucony. Wiedział doskonale, że „pewne osoby” w świecie dorosłych znaczą „ojciec” i że jemu nie wolno się tym określeniem posługiwać.
Powlókł się schodami, chwytając poręcz jedną ręką i rozmyślając, czy ten nowy dom w nowym miejscu, gdzie czeka ta nowa praca, też będzie miał taką świetną poręcz do zjeżdżania. Bo poręcz w tym domu biegła od najwyższego piętra zaraz od pokoiku — gdzie stojąc na palcach i przywierając do framugi, mógł podziwiać Berlin — aż do samego parteru i kończyła się tuż przed podwójnymi dębowymi drzwiami. A Bruno najbardziej ze wszystkiego lubił siadać na poręczy pod tym pokoikiem i przez calutki dom zjeżdżać na dół ze świstem.
Z najwyższego piętra na niższe, gdzie mieścił się pokój rodziców oraz duża łazienka i gdzie pod żadnym pozorem nie wolno mu było wchodzić.
Potem na następne, gdzie mieścił się jego pokój i pokój Gretel, i mniejsza łazienka, z której powinien korzystać o wiele częściej, niż korzystał.
A później na parter, gdzie zlatując z poręczy, należało lądować na dwóch nogach, bo inaczej traciło się pięć punktów, tak że trzeba było zaczynać od samego początku.
W tym domu najfajniejsza była właśnie poręcz, no i to, że dziadek z babcią mieszkali tak bliziutko. Bruno się zastanawiał, czy oni też jadą. Pomyślał, że pewnie tak, bo raczej nie można było ich zostawić.
Na brak Gretel nikt by chyba za bardzo nie narzekał, bo przecież ona to Beznadziejny Przypadek, więc byłoby dużo prościej, gdyby się zajęła domem pod ich nieobecność, ale dziadek z babcią to zupełnie co innego.
Bruno wolno skierował się do swego pokoju, ale zerknąwszy przedtem na dół, na parter, zobaczył, jak matka wchodzi do gabinetu ojca mieszczącego się naprzeciw jadalni i Niedostępnego Zawsze Bez Wyjątku. Zaraz usłyszał też, że głośno mówi coś ojcu, a on jej po chwili odpowiada jeszcze głośniej, no i tak się kończy rozmowa między nimi.
Potem drzwi do gabinetu się zamknęły i Bruno, już więcej nie mogąc dosłyszeć, uznał, iż najlepiej będzie wrócić do pokoju i samemu wziąć się do pakowania, bo Maria powyciąga mu z szafy wszystko bez ładu i składu, nawet te pochowane skarby, których nie ma prawa ruszać nikt oprócz niego.