Dwaj wrodzy sobie bracia, dwie kobiety połączone niezniszczalną przyjaźnią i dwoje młodych ludzi porwanych niemożliwą miłością.


Ostatni z naszychWerner Zilch jest początkującym biznesmenem, który w ożywionym klimacie Nowego Jorku lat siedemdziesiątych zaczyna odnosić sukcesy. Wie, że został adoptowany jako mały chłopiec, ale już dawno zrezygnował z prób dowiedzenia się czegoś o swoich biologicznych rodzicach.

Wszystko zmienia się, gdy poznaje piękną Rebeccę. Jedno spotkanie sprawia, że nieznana przeszłość znów zaczyna go prześladować…

W poszukiwaniu tożsamości Wernera czytelnik wyruszy w niezwykłą podróż i odkryje losy rodziny Zilchów, do której należą postaci tak różnorodne, jak pielęgniarka Czerwonego Krzyża, naukowiec czy esesman.

Przemierzy kontynenty i epoki bardzo do siebie niepodobne – austriackie góry i pustynię Los Alamos, zmarznięte równiny Polski i nowojorskie przyjęcia, Manhattan lat siedemdziesiątych i Drezno drugiej wojny światowej – by dowiedzieć się, kto tak naprawdę jest ostatnim z naszych.

***

Całkowicie porywająca.
Le Figaro

Czy jesteśmy skazani na płacenie za zbrodnie naszych przodków? Ostatni z naszych zręcznie przemienia to tendencyjne pytanie w thriller, który czyta się równie znakomicie, jak znakomicie został pomyślany.
Paris Match

Napięcie, romans, niespodziewane wydarzenia i szokujące zbiegi okoliczności – ta powieść przenosi wielką historię w pełni do prawdziwego życia.
Madame Figaro

Adélaïde de Clermont-Tonnerre
Ostatni z naszych
Przekład: Elżbieta Janota
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 13 czerwca 2018
 
 

Ostatni z naszych


Manhattan, 1969

Najpierw zobaczyłem jej kostkę, delikatną, nerwową, oplecioną paskiem niebieskiego sandałka. Nigdy wcześniej nie byłem fetyszystą i jeśli musiałbym skoncentrować się na jednym elemencie kobiecej anatomii, spontanicznie wybrałbym pośladki, biodra, szyję albo może twarz, na pewno nie stopy. Zauważałem je jedynie wtedy, gdy były brzydkie albo niezadbane, co nie zdarzało się często. Miałem to szczęście, że kochały się we mnie piękne kobiety, a ja postawiłem sobie za punkt honoru odpowiadać na ich względy. I o tym właśnie rozmawialiśmy, jedząc obiad.
– Musisz mieć wszystkie, stary – dokuczał mi Marcus. – Można by pomyśleć, że chcesz zatknąć flagę na każdym żeńskim satelicie w Układzie Słonecznym! – Mój przyjaciel i wspólnik miał problem z uwiedzeniem choćby jednej dziewczyny. – Siadasz, rozglądasz się, wychylasz parę drinków – i proszę! Już po kwadransie dwie krążą wokół ciebie i się wdzięczą – dorzucił.
Otworzył szeroko oczy i złożył usta w ciup, żeby oddać efekt, jaki rzekomo wywierałem na dziewczynach; jedna z kelnerek, niska, nieśmiała, pulchna brunetka, wybrała ten akurat moment, by posłać mi uśmiech.
– To nie do wytrzymania – oburzył się Marcus. – Gdybym był na jej miejscu, bałbym się do ciebie zbliżyć. Z tą twoją posturą olbrzyma, słowiańską gębą i wypłowiałymi oczami…
– Moje oczy nie są wypłowiałe! Są jasnoniebieskie…
– Są wypłowiałe. Moje są niebieskie i wcale nie robią na nich takiego wrażenia. Kobiety uwielbiają opowiadać mi o sobie, o nieszczęściach, o rodzicach, o pierwszym zębie. Całymi tygodniami słucham ich zwierzeń, jestem o krok od osiągnięcia celu, a wtedy pojawiasz się ty i w ciągu kwadransa stajesz się ich kochankiem.
– Nigdy ci żadnej nie podebrałem!
– To jeszcze gorsze! Nie robisz nic, żeby mi je podebrać, a one i tak padają ci w ramiona…
– Gdybyś mi powiedział, która ci się podoba, to nawet nie spojrzałbym w jej stronę.
– Nie chcę dziewczyny, która zapomina o mnie w chwili, gdy ty stajesz w progu… Traci wtedy całą wartość w moich oczach.
Mój portret odmalowany przez Marcusa był mocno przesadzony. Nie zadowalałem się siedzeniem i czekaniem, aż kobieta się na mnie rzuci. Zadawałem sobie trud potrzebny do jej zdobycia. Powtarzałem mu swoje złote zasady, lecz takie bezpośrednie podejście było dla niego „uproszczeniem”. Wolał usprawiedliwiać własną nieśmiałość moim rzekomym magnetyzmem. Pochodził z zamożniejszej rodziny niż moja, ale zasady zabraniały mu korzystać z tej przewagi. Pętał się w skomplikowanym myślowym schemacie, podczas gdy kobiety są, w przeciwieństwie do tego, co się o nich mówi, przewidywalne. Żeby przespać się z dziewczyną, trzeba:
a) znaleźć to, co w niej piękne – bo każda z nich ma w sobie piękno – i pokazać jej, że się to podziwia,
b) prosić, a nawet żebrać o seks,
c) zawsze okraszać tę prośbę wystarczającą dawką humoru, żeby nie stracić twarzy, kiedy powie „nie”,
d) zachować prosty styl, unikać wysyłania trzech stron cytatów z literatury, żeby nie wyjść na pomyleńca.
Wielokrotnie powtarzałem Marcusowi, że musi wyrażać się jaśniej, ale to nie leżało w jego naturze. Miał talent do skłaniania ludzi do zwierzeń, tak mężczyzn, jak i kobiety, lecz nie potrafił obrócić tego na swoją korzyść. Ja z równą łatwością zaciągałem dziewczyny do łóżka.

Miałem czternaście lat, kiedy zaczęły zwracać na mnie uwagę; stało się to w liceum, po mojej bójce z Billym Melvinem. Był dwa lata starszy ode mnie i terroryzował uczniów Hawthorne High School. Pewnego dnia Billy nazwał mnie „zerem”, co było aluzją do mojego nazwiska – Zilch. Kiepsko to przyjąłem.
Rysy jego twarzy wykrzywiła nienawiść, wyglądał, jakby słońce świeciło mu prosto w oczy. Nie lubił, jak twierdził, kiedy go ktoś przerastał. Ja byłem już prawie tak wysoki jak on, co go denerwowało. Sam też nie darzyłem go sympatią. Nienawidzę tego rodzaju rozpieszczonych typów, którzy uważają, że mogą robić, co chcą, bo mają wszystko podane na tacy. Poważanie, jakim się ich otacza, i pogarda, z jaką traktują resztę świata, sprawiają, że krew szybciej krąży mi w żyłach. Lubię pieniądze, ale szanuję je tylko wtedy, gdy zostały zarobione, a nie odziedziczone przez gości takich jak Billy. Wystarczyło raz na niego spojrzeć, by wiedzieć, że jest głupi. Nie podobała mi się jego kwadratowa głowa ani jego cera rudzielca. Nie podobały mi się jego maniery. Nie podobał mi się sposób, w jaki chodził, mówił i patrzył na ludzi – nadęty buc z wyrazem wyższości na gębie. Trzeba przyznać, że niewiele rzeczy mi się w tamtym czasie podobało…
Kiedy słuchałem, jak Billy Melvin powtarza: „Jesteś zerem, Zilch, wielkim, tłustym zerem, które pewna para gamoni przygarnęła z litości”, zawładnął mną jeden z tych napadów furii, w których się czasem zatracam. Marcus mówi, że z mojej twarzy odpływają wtedy wszystkie kolory, czuję, że władzę nade mną przejmuje ktoś inny, i przestaję cokolwiek kontrolować. Złapałem Billy’ego za ramię, okręciłem go dwa razy wokół siebie, tak jak uczono nas przy pchnięciu kulą, i ogłuszyłem, posyłając w stronę jednego z okien wykuszowych, które stanowiły ozdobę naszego liceum. Billy przez kilka sekund trwał w oszołomieniu. Później otrząsnął się, niczym doberman wychodzący z kałuży, i rzucił się na mnie. Biliśmy się na ziemi. Wściekli. Wychowawca i kapitan drużyny futbolowej musieli otoczyć nas ramionami, żeby nas rozdzielić. Billy Melvin, z zakrwawionym nosem i naderwanym uchem, kulał i przeklinał. Moja koszulka była rozdarta od kołnierzyka aż po brzuch, lewą pięść miałem poharataną, a z rozcięcia pod brodą skapywały na beton dziedzińca czerwone krople. Po źle zszytej ranie została mi blizna w kształcie litery „W”, jak Werner, z której jestem bardzo zadowolony.
Obaj zostaliśmy na tydzień zawieszeni. Dyrektor szkoły skorzystał z okazji, by wlepić nam prace społeczne. Chciał się przypodobać burmistrzowi Hawthorne. W ciągu dwóch dni, nie odzywając się do siebie ani słowem, musieliśmy zagrabić i pozbierać liście na Lafayette Avenue, gdzie mieszkał burmistrz, oczyścić, oszlifować i pomalować płot wokół jego ogrodu, a następnie przenieść setki kartonów z dokumentami archiwalnymi do ratusza, żeby mógł powiększyć swój gabinet. Za moje zawieszenie dostałem porządny ochrzan od Armande, mojej matki, oraz nieoficjalne gratulacje od Andrew, mojego ojca. Zdarza mu się okazać mi czułość, już od najmłodszych moich lat. Poklepuje mnie wtedy po ramionach lub bicepsach i powtarza ze zdumioną miną: „Ten to jest dobrze zbudowany! To ci dopiero solidny gość!”. Spodobało mu się, że spuściłem lanie chłopakowi dwa lata ode mnie starszemu, nawet jeśli narobiłem sobie przez to kłopotów. Kiedy wróciliśmy do szkoły, Marcus, już wtedy wykazujący ciągoty do prawa, choć w tamtym czasie wyobrażał sobie, że zostanie raczej muzykiem niż adwokatem, zorganizował negocjacje pokojowe. Zwieńczyło je uroczyste przyjęcie traktatu, z dołączoną mapą liceum, napisanego pod jego redakcją. Na mocy porozumienia teren dziedzińca został podzielony po przekątnej, od drzwi do szatni po wejście do stołówki. Męskie i damskie toalety zakreskowano jako terytorium neutralne. Marcus, który pasjonował się historią, przechrzcił je na „Szwajcarię”. Stało się to naszym prywatnym żartem. Do dziś, żeby się wysikać, „idziemy do Szwajcarii”.
Mój wyczyn zakończony relatywnym zwycięstwem, które przejawiło się tym, że nie dałem się Billy’emu zmasakrować, zapewnił mi nowych znajomych i pierwszą dziewczynę: Lou. Któregoś dnia przydybała mnie w rogu sali gimnastycznej i wepchnęła mi język do ust. Ta dziewczyna smakowała wiśniowymi cukierkami, a jej język, gdy przeminęła początkowa śmiałość pocałunku, okazał się nieco bardziej miękki. To doświadczenie wydało mi się zbyt wilgotne i wcale mi się nie podobało, że to ktoś inny, a nie ja, podjął inicjatywę. Ale Lou była najładniejszą dziewczyną w Hawthorne. Miała długie brązowe włosy, wyzywającą minę, która nie pasowała do jej plisowanej spódniczki, dwa lata więcej niż ja – była więc w wieku Billy’ego – oraz piersi, które już napinały materiał jej sweterków i zmuszały chłopaków z liceum, by odwracali za nią głowy. Lou była szansą, której się nie przepuszcza. W szkolnym klubie przedsiębiorców, gdzie kształtowała się „przyszła elita biznesu”, nauczyciel powtarzał nam, że zawsze należy „dostrzec i pochwycić okazję”. Mimo że atak Lou zbił mnie zupełnie z pantałyku, przeprowadziłem, otwierając usta i odpowiadając na jej starania, świadomą analizę sytuacji. Doszedłem do wniosku, że Lou wpisuje się w schemat typu drugiego: „Okazja z umiarkowanym ryzykiem”, a zatem był to jeden z tych przypadków, kiedy potencjalne zyski są największe. Dumny, że maszeruję ramię w ramię ze sławnymi przedsiębiorcami, „którzy zbudowali ten kraj”, schwyciłem, mimo lekkiego przerażenia, tę dziewczynę, która ofiarowała mi się z dużą dawką dobrej woli. Zacząłem od pomacania jej klatki piersiowej, tak jak się reguluje ciepłą i zimną wodę pod prysznicem, zdumiony miękkością jej melonów, które wyobrażałem sobie jako bardziej zwarte, później złapałem ją za tyłek i, nie wiedząc, co robić dalej, potrząsnąłem nim energicznie z góry na dół. Eksperymenty te nie wywołały żadnej reakcji ze strony mojego króliczka doświadczalnego; szybko zaczynało mi brakować pomysłów. Po krótkim wahaniu postanowiłem spróbować szczęścia i sięgnąłem między nogi Lou, która była na tyle uprzejma, że mnie powstrzymała… Wyszedłem z sali gimnastycznej z tą fantastyczną dziewczyną uwieszoną mojego ramienia. Przed budynkiem szkoły owinęła się wokół mnie niczym bluszcz wokół drzewa. Nauczyciel historii, zgorzkniały staruszek darzący sympatią wyłącznie Marcusa (jedynego, który z zainteresowaniem słuchał jego wykładów o podbojach królów o niemożliwych do wymówienia imionach w mikroskopijnych krainach w czasach tak odległych, że człekokształtne dopiero co zeszły z drzew), poprosił nas, żebyśmy „zachowywali się poprawnie”. Zaserwowałem mu jakąś bezczelną gadkę, która nie pozwalała domyślać się wzburzonej fali wątpliwości i eksplozji męskich hormonów w moim wnętrzu, a Lou przyłączyła się do mojej rebelii, rzucając: „Halo! Żyjemy przecież w demokratycznym kraju!”. Po czym, ze wzrokiem utkwionym w oczach zramolałego nauczyciela, skubnęła wargami moje ucho, by następnie wziąć je całe do ust, w wyniku czego przez resztę dnia nieprzyjemnie mi w nim szumiało. Na ten eksces, który znacznie wykraczał poza wszystko, czego sam kiedykolwiek próbował ze swoją protestancką żoną, twarz nauczyciela przybrała bordową barwę jego dzierganego krawata, a on sam oddalił się bez gadania.
Lou była zdobyczą, której mi zazdroszczono. Jeszcze bardziej zwiększyła popularność zyskaną dzięki bójce i traktatowi pokojowemu zawartemu z Billym. Koledzy przypisywali mi nieprzeciętne zdolności uwodzenia. Ja nie byłem co do tego tak bardzo przekonany, ale musiałem przyznać, że odkąd zacząłem „chodzić” z Lou – zadziwiające określenie, gdyż zdawało mi się, że istotą tej gry jest nie pójście z nią gdzieś, ale wejście w nią, czego Lou uparcie mi odmawiała – dziewczyny spoglądały na mnie z rozmarzeniem. Chichotały, kiedy je mijałem, i zwierzały się Marcusowi, że uwielbiają moje niebieskie oczy i mój „supersłodki” uśmiech. Była nawet jedna, zapomniałem, jak miała na imię, która, zauważywszy, jaki ze mnie łasuch, codziennie piekła dla mnie ciasto. Te podarunki wyprowadzały Lou z równowagi, lecz moja dziewczyna nie miała najmniejszej ochoty tkwić w kuchni. Zadowalała się rozdawaniem swojego przydziału przyjaciółkom – przyglądała się, jak jedzą, z satysfakcją, którą szczupłe dziewczyny czerpią z własnej silnej woli, podczas gdy te bardziej przy kości na ich oczach ulegają łakomstwu.
Po tym początku nigdy nie miałem trudności w relacjach z kobietami. Przyzwyczaiłem się do tego, że same do mnie przychodziły, a jeśli nawet się opierały, nie trwało to długo. Tych nieugiętych pożądałam najbardziej. Ale – czy złowione szybko, czy nie – wszystkie postrzegałem jako przyjemne chwilowe rozrywki, nic więcej – to podejście z biegiem lat przysporzyło mi złej reputacji. Jestem pełen szacunku dla kobiet, ale rzadko kiedy bywam sentymentalny. Niełatwo się przywiązuję. Jedna z moich dziewczyn, studentka psychologii – uwielbiałem ten jej zwyczaj, by nie zdejmować okularów, kiedy się kochaliśmy – poddała analizie tę cechę mojego charakteru. Według niej fakt, że zostałem adoptowany, sprawił, że jestem nieufny. Cierpiałem, wyjaśniła mi, na strach przed porzuceniem, co popychało mnie do mnożenia relacji. Ja myślę raczej, że to kobiety mają obsesję na punkcie łączenia się w pary, budowania „czegoś poważnego”. Chcą, by mężczyzna się w nich zakochał, a tego, któremu się to nie udaje, wyzywają od drani. Myślą, że miłość potrafi zmyć grzechy ciała.
W przeciwieństwie do Marcusa – i, jestem o tym przekonany, to z tego powodu nic mu się nie udawało – świetnie się obywałem bez tego archaicznego wybielacza, jakim są uczucia. Moja młodość przypadła na dobre czasy. W latach sześćdziesiątych dziewczyny stawiały sobie za punkt honoru, by zasmakować wolności. Uczestniczyły w swego rodzaju zawodach, gdzie duma rodziła się z wyrażania własnej seksualności, a nie z jej tłumienia. Skorzystałem na tym, przyznaję. Miłość była jedynie grą, lecz ten błogosławiony okres dobiegł końca w dniu, w którym w restauracji Gioccardi pewna młoda kobieta zmiażdżyła moją beztroskę swoimi niebieskimi sandałkami.