„Pokój służącej” to głęboko poruszająca i pięknie napisana opowieść o kobietach, które postanowiły walczyć z dyskryminacją i współczesnym niewolnictwem.


Pokój służącejDolly i Tala – dwie siostry pochodzące z Filipin pracują w Singapurze jako pomoc w domach brytyjskich imigrantów. Mieszkają w pokoikach bez okien, usługują, sprzątają i wychowują dzieci swoich pracodawców. Są na każde zawołanie.

Dolly zostawiła na Filipinach malutką córkę i żyje nadzieją, że kiedyś ją zobaczy. Tala jest niespokojnym duchem – pewnego dnia odkrywa popularnego wśród zamożnych mieszkańców metropolii bloga z poradami, jak traktować służące i jak wymusić na nich posłuszeństwo. Dziewczyna postanawia walczyć o prawa swoje i innych kobiet. Zakłada konkurencyjnego bloga z detalami opisującego okrutne traktowanie pomocy domowej.

Jak potoczą się losy dwóch sióstr? Czy zbuntowane służące odkryją, kto w internecie je szkaluje?

Wyraziste bohaterki, znakomita fabuła, a przede wszystkim sugestywny obraz codzienności – to największe zalety powieści Fiony Mitchell. „Pokój służącej” nie tylko bawi i wzrusza, ale też otwiera oczy na wiele wciąż nierozwiązanych problemów naszego świata.

***

Pasjonująca. Ta przejmująca powieść wydaje się niewesoła, ale są w niej momenty słoneczne i pełne humoru. Odmalowuje niezapomniany obraz realiów życia tych, którzy posiadają w nadmiarze i tych, którzy nie mają nic. Będziecie dopingować przebojową Talę od pierwszych stron powieści.
„Daily Mail”

Współczesne Służące.
„Emerald Street”

Fiona Mitchell – nagradzana brytyjska pisarka i dziennikarka. Spędziła trzy lata w Singapurze, aktualnie mieszka w Londynie z mężem i córką. Pokój służącej jest jej pierwszą powieścią.

Fiona Mitchell
Pokój służącej
Przekład: Katarzyna Makaruk
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 4 lipca 2018
 
 

Pokój służącej


ROZDZIAŁ 4

Jules pracuje jako recepcjonistka w przychodni. Siedzi w białym fartuchu schowana za kontuarem. Kobieta z naciągniętą gładką twarzą spogląda ponad blatem, przyciskając dłoń do laminatu, na paznokciach ma francuski manikiur. Jules klika myszką i znajduje jej nazwisko w komputerze.
– Jest. Proszę usiąść, doktor Wong panią wezwie.
Jules kładzie rękę na brzuchu. Poprzednim razem przy in vitro trzy dni leżała w łóżku, a i tak nic to nie dało, dlatego teraz postanowiła zachowywać się, jak gdyby nigdy nic. Wprowadzono jej dwa zapłodnione jajeczka. Dwa. Dwie maleńkie szanse. Zamyka oczy. Czy poczuje, jak któreś się zagnieździ? Nie, dość.
Kobieta z prostokątnymi diamencikami w uszach siada obok nastolatki. Obite beżową skórą ławki, które ciągną się wzdłuż ścian, wyglądają jak jeden długi pas. Nastolatka w kwiecistych krótkich spodenkach bierze z półki kolorowe czasopismo. Kobieta zaciska szczękę, gładząc się po szyi. Doktor Wong zajmuje się wszelkimi rodzajami liftingu twarzy.
Mały chłopiec śmiga samochodzikiem po dywanie w deseń z dróg i budynków. Opiekunka siedzi obok na ławce, bawiąc się czerwono-żółtą włóczkową bransoletką.
Tutaj nawet przychodnie znajdują się w centrach handlowych. Ta przycupnęła między salonem manikiuru a piekarnią. Jules sięga do słoja na blacie po ferrero rocher, odpakowuje pralinkę i wkłada do ust.
– Och, ambasadorze, ferrero rocher! Naprawdę nas pan rozpieszcza – mruczy pod nosem.
Druga recepcjonistka wyszła na przerwę, a ponieważ Jules nie ma nic do roboty, loguje się na konto na Instagramie. Jej ostatnie zdjęcie – spiralne kadzidełko wiszące przed buddyjską świątynią – ma pięć polubień. W tle widać pomarańczową plamę – to owinięty w szaty mnich, który akurat przechodził obok.
Fotografka, którą Jules obserwuje, opublikowała zdjęcie zagranicznej pomocy domowej balansującej z gumową ściągaczką na parapecie okna na piątym piętrze. Jest też podpis: „Prawdy o życiu służących dowiesz się z nowego bloga #Wymiataczka”. Jules wrzuca nazwę bloga w wyszukiwarkę i klika link.

BLOG WYMIATACZKI
Czyli co to znaczy być zagraniczną pomocą domową

Dlaczego pomoc domowa potrzebuje dnia wolnego

W całym kraju jest pełno plakatów, które mają doprowadzić do zwiększenia się malejącego przyrostu naturalnego. No cóż, drogie panie, najwyraźniej brak dzieci to nasza wina. Tak w każdym razie uważa Vanda. „Gdybyśmy mieli lepszą służbę – pisze – przyrost naturalny mógłby się zwiększyć”.
A ja wam powiem: nie róbcie kozłów ofiarnych ze służących. Dzieci to wasz wybór. Jeśli naprawdę chcecie je mieć, nic nie stoi na przeszkodzie – będziemy się nimi zajmować najlepiej, jak potrafimy. Choć na pewno byłoby nam łatwiej, gdybyśmy dostały w pakiecie dzień wolny. I nie mam tu na myśli takiego dnia wolnego, kiedy mamy być z powrotem o szóstej. W końcu chodzi o to, żebyśmy mogły się nacieszyć pełnią wolności i przez chwilę nic nie robić. Odpoczynek oznacza dodatkowe zyski dla pracodawcy – pozwoli nam się lepiej skoncentrować, co będzie miało korzystny wpływ na opiekę nad dziećmi. Bezpieczeństwo opłaci wam się bardziej niż niewolnicza praca, nie sądzicie?

Jules dołącza do setek osób, które dały gwiazdkę postowi Wymiataczki.
– Całą twarz mam obolałą. – W głosie kobiety w poczekalni słychać wytworny angielski akcent. Jej nastoletnia córka wywraca oczami.
Zza przesuwanych dębowych drzwi wyłania się doktor Zainab, jej ciążowy brzuch opina czerwona satynowa sukienka. Podaje Jules teczkę.
Ze skórzanej ławki znów dobiega kulturalny głos:
– Nie wiem, po co przeglądasz te plotkarskie czasopisma. Wszystkie aktorki i modelki i tak przerabiają w Photoshopie.
Nastolatka przesuwa się, zwiększając dystans dzielący ją od matki.
Komórka wibruje, Jules sięga do torebki.
„Skoro jesteś tak zajęta, że nie możesz odebrać, może przynajmniej dasz znać, czy się wybierasz na następne spotkanie klubu książki!”
Wiadomość jest od Amber. Cholerna baba potrzebuje jakiegoś zajęcia, myśli Jules.
Chowa komórkę do torebki, ale esemes nie daje jej spokoju. Ciekawe, na czym polega problem Amber.
„Po prostu pracuję”, pisze w odpowiedzi. „Będę na spotkaniu”.
Doktor Wong wychodzi z gabinetu w swoich bezszelestnych mokasynach.
– Pani Woods do doktor Wong – woła Jules.
Kobieta z obolałą twarzą wstaje, a córka podąża w jej ślady.
– Nie, skarbie, ty zostań – mówi matka i dziewczyna wraca do przeglądania „Grazii”.
Pieprzyć to! W poczekalni nie ma nikogo poza nastolatką pochłoniętą lekturą, małym chłopcem na dywanie i jego opiekunką. Jules otwiera wielkie metalowe drzwi i zapuszcza się w labirynt regałów, na których przechowuje się dokumentację. Przebiega palcami po papierowych grzbietach teczek. M, M, M. W końcu na trzeciej półce od dołu znajduje to, czego szukała, i otwiera teczkę. Czarny napis głosi: Amber Moe.
Jules dyskretnie zerka w głąb przychodni, ale nikt nie patrzy w jej stronę. Nie powinna tego robić. Bóg wie, że nie jest wścibska, tym razem jednak chodzi o dobro wspólne, prawda? A w każdym razie o dobro Amber – jeśli Jules dowie się więcej na jej temat, być może nawet ją polubi.
Przegląda kartę. Dwa lata temu Amber miała atak kamieni nerkowych. Przeszła też infekcję mykoplazmatyczną. Na jej karcie wielkimi literami wypisano: lustral. To antydepresant. Jules widzi, że Amber jest właśnie w trakcie kuracji. Może dlatego pisze takie przykre esemesy do kogoś, kogo poznała dopiero cztery tygodnie temu.
– Poproszę następną osobę – woła doktor Zainab.
Jules wychodzi spomiędzy regałów i wyczytuje nazwisko chłopca bawiącego się na dywanie. Opiekunka wstaje, bierze go za rękę i idzie za doktor Zainab do gabinetu.
Druga recepcjonistka wróciła z przerwy, rzuca torbę obok Jules.
– Idziesz już do domu? – pyta.
– Na to wygląda – odpowiada Jules.
Bierze torebkę i wychodząc, wkłada jeszcze rękę do słoja z czekoladkami.
Zjeżdża windą na parter. Drzwi galerii się rozsuwają i Jules wychodzi na słońce. Ludzie mijają ją w pędzie, osłaniając głowy parasolkami. Krętą ulicą przemykają taksówki, Jules jednak nie chce z nich korzystać. Ma ochotę po prostu pobyć na dworze. Nigdy nie czuć zimna – to coś, prawda? Bo Jules zawsze jest zimno. W ich mieszkaniu w Balham panowały straszne przeciągi, więc ciągle włączała termostat, ale kiedy David wracał z pracy, narzekał, że jest za ciepło, i go wyłączał. Aż do czerwca trzymała pod swetrem butelki z gorącą wodą. Och, przez te wszystkie szare dni i lodowate zimowe noce czuła się taka przygnębiona. Jej życie tonęło w mroku, miała wrażenie, że lata przeciekają jej przez palce, a w dodatku nie mogła zajść w ciążę. Większość jej przyjaciół miała dzieci, nie chcieli już wychodzić wieczorami, żeby potańczyć albo się napić. Tylko ona z Davidem zaglądali wciąż do tych samych miejsc – pubów i restauracji. Od czasu do czasu chodzili do klubów, gdzie Jules przyglądała się, jak tańczą ludzie o dziesięć lat młodsi. Nie była w stanie nawet stukać nogą w rytm muzyki. Kiedy pierwsze, a potem drugie in vitro się nie powiodło, czuła się, jakby przejechał po niej walec. Dzwoniła do przyjaciół, oni jednak słuchali tylko jednym uchem, bo młodsze dzieciaki domagały się uwagi. Jules nie była już częścią ich świata. Chciała ruszyć dalej, ale nie wiedziała dokąd.
Dlatego gdy w pracy Davida pojawiła się możliwość wyjazdu do Singapuru, wyrzuciła w górę pięść. „Przygoda”, zawołała. „Raczej ucieczka”, odparł David.
Mają całą listę miejsc, które chcą zobaczyć w Azji: Angkor Wat, Hôi An, Bali. Puerto Pollensa czy Fuerteventura mogą się schować. A mimo to… Idzie w stronę kremowej rotundy Tanglin Mall z terakotową kopułą na szczycie. Nawet gdyby wygrała los na loterii i leżała teraz na plaży w promieniach gorącego słońca, nie czułaby się szczęśliwa. Bo nie ma dziecka, którego tak rozpaczliwie pragnie.
Wjeżdża schodami na poziom Cafe Beviamo. Ludzie siedzą tu obok siebie przy kwadratowych stolikach. Mahoniowe słupy sięgają sufitu, otwarta przestrzeń sprawia, że z boku dobiegają ściszone rozmowy. Kelnerka w fartuszku owiniętym wokół talii przemieszcza się między stolikami, ołówek zatknęła za ucho. Kucharz w wysokiej białej czapce pracuje za kontuarem, twarz ma pobrudzoną mąką. Jest też kobieta podliczająca rachunki przy kasie.
Jules spogląda na kolorowe szeregi babeczek w szklanej witrynie. Każda ma wysoki zawijas z lukru.
– Tę poproszę – mówi, wskazując ciastko przybrane piankami marshmallow.
Obok witryny znajduje się tekturowy stojak z bezpłatnymi czasopismami. Jules bierze egzemplarz i chowa do torby.
Gdy zjeżdża schodami na parter, na górę jedzie kobieta w okularach przeciwsłonecznych. Ma jedwabną sukienkę bez ramiączek, na jej paznokciach błyszczy lakier. Spogląda na biały strój Jules i plakietkę, którą wciąż ma przypiętą do piersi: „Jules Harris”.
Drzwi się rozsuwają i Jules grzebie w torbie w poszukiwaniu okularów przeciwsłonecznych, których nie trzyma w etui. Zdmuchuje z nich kurz i wkłada na nos. Zamierza iść do domu na piechotę.
Zielony ludzik pika, przechodzi więc na drugą stronę nieskazitelnie czystej jezdni. Wymuskane sklepy, lśniące żyrandole i wieczny upał. Westminster Bridge Road z opakowaniami po chipsach w rynsztoku i niskim, matowym niebem nad głową została naprawdę daleko stąd.
Jules wyjmuje ciastko z papierowej torby i zatapia w nim zęby. Mmm, co za słodycz. Pewnie nie powinna jeść babeczki, ale to i tak całkiem zdrowa opcja w porównaniu z tym, na co sobie pozwalała w przeszłości. Szalone popijawy w klubach i prochy. Choć z drugiej strony przez ostatnich kilka lat prowadziła się tak, że pod względem zdrowego trybu życia mogłaby konkurować z Gwyneth Paltrow. Dieta bezglutenowa, dieta bezmleczna, a teraz jeszcze została wegetarianką – wszystko po to, żeby zajść w ciążę. Więc chrzanić to – pochłania łapczywie ciastko.
Wędruje długim prostym chodnikiem, samochody na Holland Road śmigają obok. Otwiera czasopismo, błyszczące strony są pełne reklam. Widzi zdjęcie kobiety z workiem lodu na głowie. Pod spodem napis: „Służąca przyprawia cię o ból głowy?”. Reklama agencji pośrednictwa pracy.
Jules idzie powoli, przeglądając magazyn, i tylko od czasu do czasu zerka na chodnik, żeby się nie potknąć.
Czy mogłabyś pomóc w opiece nad dziećmi?
To tytuł artykułu, bodaj jedynego w całym numerze. Obok jest zdjęcie kobiety pchającej wózek. Sue, matka trojga dzieci, opiekuje się też maluchami innych kobiet, które z różnych powodów – niewymienionych w tekście – same nie mogą się nimi zająć. Do tej pory sprawowała pieczę tymczasową już nad dziesięciorgiem – w wieku od trzech tygodni do dwóch lat.
Jules się potyka, ale zaraz odzyskuje równowagę. Kładzie rękę na brzuchu i chowa magazyn z powrotem do torby. Serce jej wali jak młotem. Cała jest mokra, pot gromadzi się we wszystkich załomkach jej ciała – pod piersiami, pachami, w majtkach. Nie wzięła wody. Ten spacer nie wyjdzie jej na dobre. Nic dziwnego, że nigdy tu nie biega – od czasu do czasu chodzi dwadzieścia minut na elipsie w klubie na dole, maleńkim i zwykle pustym, jeśli nie liczyć Davida, który poci się na bieżni obok. I tego gościa, stałego bywalca, który ciągle przegląda się w lustrze. Co mówiła Amber? „Och, maty są po prostu obrzydliwe. Paskudne miejsce”.
Tymczasem w rzeczywistości to elegancki klub, który w niczym nie przypomina siłowni w Brixton. Amber i jej poczucie uprzywilejowania doprowadzają Jules do białej gorączki. Choć z drugiej strony babka jedzie na antydepresantach, więc może powinna być wobec niej bardziej wyrozumiała.
Jules nie uszła daleko. Oto wieżowce komunalne okalające targowisko Ghim Moh. Pod rozległym blaszanym dachem można na nim znaleźć stoiska z jedzeniem w otoczeniu okrągłych stołków i stolików. Ze środka dolatuje zapach ryżu i curry z kurczakiem. Na skraju stoją stragany z białymi markizami – można tu kupić etui na telefony, rośliny doniczkowe, owoce i warzywa. Pod jednym płóciennym daszkiem widać kupkę kolczastych zielonych durianów, pod innym kosz rambutanów, przerośniętych papai i ananasów. Słychać trzaski radia.
Jules idzie dalej, energicznie wymachując rękami. Przechodzi nad ulicą, wzdłuż której biegnie otwarty ściek, i oto ma przed sobą zieleń, pomarańczowe hibiskusy, fioletowe singapurskie rododendrony i tutejszą odmianę figowca. Jest też szkoła, która wygląda jak ogromny wielopiętrowy parking. Jules mija domy z tarasami wspartymi na kolumnach, dostępu do posesji bronią kratownice bram, w ogrodach od frontu widać baseny. Zrywa fioletoworóżowy kwiat bugenwilli. Kobieta z wózkiem naciska przycisk i oto pojawia się zielony ludzik, a sygnalizacja przy zebrze zaczyna pikać.
Jules wchodzi na teren osiedla i mija baseny. Oba są puste, gładka, niebieska woda wygląda jak tafla szkła. Jules zdejmuje sandały, podchodzi do krawędzi i burzy powierzchnię palcem stopy. Zrywa się łagodny wiaterek, który porusza liśćmi palm.
Jules podnosi wzrok i uważnie przygląda się balkonom, ale w górze faluje tylko prześcieradło przerzucone przez balustradkę. Wydyma się i po chwili nieruchomieje.
Jules idzie do windy i wjeżdża na górę. W dwupoziomowym mieszkaniu powoli zdejmuje uniform, który nosi w pracy, i rzuca go na marmurową posadzkę przestronnego salonu. Jedna ze ścian jest cała przeszklona. Na innej, pomalowanej na szaro, wisi płaski telewizor, przed którym znajduje się kanapa obita beżową skórą. Pod kolejną stoi stół ze szklanym blatem w otoczeniu czterech drewnianych krzeseł. W otwartej na salon kuchni widać nieskazitelnie białe szafki i cienki, srebrzysty marmurowy blat, na którym stoi czajnik, a obok niego słoiki z ryżem i płatkami zbożowymi.
W mieszkaniu panuje niemal nieznośny upał. Jules biegnie długim korytarzem w stronę drewnianych schodów, mijając po drodze pokój gościnny. Jej surowa sypialnia znajduje się na górze, obok maleńkiego saloniku z przesuwnymi szklanymi drzwiami, które prowadzą na wyłożony drewnem balkon. Jules otwiera ogromną drewnianą szafę i przetrząsa szuflady w poszukiwaniu kostiumu. A ponieważ nic nie znajduje, idzie do wyłożonej łupkowymi płytkami łazienki i zakłada ten, który powiesiła wczoraj na kranie pod prysznicem, żeby obciekł.
Bierze okulary do pływania z umywalki i ręcznik.
Już na dworze wybiera głębszy koniec basenu, staje na krawędzi i skacze. Nurkuje i płynie pod wodą. Na dnie tańczy liść. Jules pokonuje jedną długość żabką, drugą kraulem, miarowy oddech pozwala zapomnieć o buzującym w niej niepokoju. Dwa tygodnie czekania. Czy zarodki się zagnieździły?
Uderza mocniej nogami, woda chłoszcze ją po uszach, słyszy swój rytmiczny oddech. Wszystko znika, zostaje tylko ruch. Zachłystuje się chlorowaną wodą i zaczyna kasłać, ale nie przestaje płynąć. Po dwudziestu pięciu basenach traci rachubę, dalej jednak pruje wodę. Wreszcie zasapana zatrzymuje się przy krawędzi i ściąga okulary.
Obok basenu siedzi mały chłopiec. Pohukuje jakiś ptak. Inny odpowiada mu dalekim skrzekiem.
Te białe włosy… To chyba młodszy syn Amber, Sam. Jules rozgląda się, ale nie, nikt go nie pilnuje. Stoi na płyciźnie i po chwili skacze w głąb, jego głowa jest już pod wodą. Podskakuje, próbując utrzymać się na powierzchni. Jules podpływa bliżej.
– Cześć, Sam. Nie ma z tobą nikogo dorosłego?
Sam wybucha śmiechem, gramoli się na płyciznę i nurkuje znowu. Pod wodą uśmiech na jego twarzy jest wręcz olbrzymi. Jules rozgląda się, ale wciąż nikogo nie widać. Gdzie, do cholery, podziała się Amber?