Autobiografia Ryszarda Horowitza przyciąga bogactwem wątków. Stanowi nie tylko kronikę tytułowego „życia niebywałego”, ale też daje czytelnikowi wgląd w proces przemiany fotografii z rzemiosła w pełnoprawną dziedzinę sztuki, który zaczął się dokonywać w połowie XX wieku.


Życie niebywałe. Wspomnienia FotokompozytoraKoleje losu Ryszarda Horowitza, jego ponadprzeciętna umiejętność mierzenia się z tym, co przynosi życie, budzą podziw, zdumienie, zachwyt. Lektura książki „Życie niebywałe. Wspomnienia fotokompozytora” ma też wymiar refleksyjny, pozwala zadumać się nad tym, jak wiele zależy od przypadku, a jak wiele od nas samych, od umiejętności grania takimi kartami, jakie rozdadzą nam okoliczności, przyjaciele, wrogowie, wielka historia i składające się na nią okruchy codzienności.

Horowitz, urodzony 5 maja 1939 roku w Krakowie może mówić o tym z pozycji autorytetu. Wybuch II Wojny Światowej dla jego rodziny oznaczał całkowity koniec świata, w którym dotychczas żyła. Likwidacja żydowskiego Kazimierza, stłoczenie w podgórskim getcie, uwięzienie w obozie w Oświęcimiu, to tylko niektóre z wydarzeń, jakie przyszły artysta widział na własne oczy w najwcześniejszych latach życia. Sam mówi o sobie, że jest „w czepku urodzony” – przetrwał prawdziwe piekło, był jedną z najmłodszych osób na „Liście Schindlera”, a jednak te wydarzenia nie złamały go. Być może dzięki niezwykłej umiejętności odnajdywania się w każdych okolicznościach, talentowi wcale nie mniejszemu niż jego uzdolnienia artystyczne.

Swoją autobiografię Ryszard Horowitz rozpoczął od promiennych wspomnień późniejszego dzieciństwa w powojennym Krakowie, gdzie szarość codzienności zmieniała się, dzięki dziecięcej wyobraźni, w ekscytujące światy. „Odkąd sięgam pamięcią, marzyłem żeby zostać artystą” – pisze i przywołuje w pamięci takie chwile, jak ta, gdy w wieku około dziesięciu lat dostał od ojca pierwszy prawdziwy aparat fotograficzny, Leicę z lat trzydziestych. Natychmiast zrobił z niej użytek: „Wszędzie można było się dostać: na dach Sukiennic, na wieżę Mariacką, w głąb podwórek, w przeróżne dziwaczne, mroczne, nieraz niebezpieczne zakątki. Fotografowałem więc bajkowe miejskie pejzaże, zaczarowane dorożki jak z Gałczyńskiego, zakonnice na zasypanym śniegiem Rynku, fantastyczne gotyckie i barokowe detale architektoniczne – cały ten magiczny, galicyjski melanż”.

Początkowo to jednak nie fotografia, a malarstwo było głównym przedmiotem zainteresowania Horowitza. Mowa przecież o czasach, gdy fotografia uważana była za rzemiosło, a nie za sztukę. Dopiero w późniejszych latach, akurat wtedy, gdy Ryszard Horowitz zaczął kształcić się w nowojorskim Pratt Institute, zaczęła zyskiwać na znaczeniu z wolna będąc dopuszczaną w progi galerii artystycznych. Opowieść o tej przemianie jest fascynująca, podobnie jak wspomnienia lat, na które przypadł intensywny rozwój fotografii reklamowej.

Ale wcześniej czekają na Horowitza jeszcze lata polskiej edukacji artystycznej, Liceum Sztuk Plastycznych, studia na wydziale malarskim krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Ogromne bogactwo jego życiorysu oznacza dla czytelnika możliwość zanurzenia się w mnogości wątków, obfitości anegdot i prawdziwej panoramie życia artystycznego: najpierw w kręgach krakowskiej bohemy, środowiska „Piwnicy pod Baranami”, a później pośród najwybitniejszych twórców międzynarodowych.

Ogromne bogactwo jego życiorysu oznacza dla czytelnika możliwość zanurzenia się w mnogości wątków, obfitości anegdot i prawdziwej panoramie życia artystycznego.

Zresztą to właśnie za granicą fotograficzny talent Ryszarda Horowitza rozwinął się na dobre. Artysta pracując w Stanach Zjednoczonych miał możliwość publikowania w największych czasopismach ilustrowanych o światowej renomie. Zyskał stabilne miejsce w historii fotografii jako jeden z prekursorów komputerowego przetwarzania zdjęć. We wspomnieniach ujął całą drogę rozwoju artystycznego, kolejne kroki, które podejmował by jego niezwykłe fotokompozycje przenieść z wyobraźni na kliszę. Dla każdego, kto pasjonuje się fotografią i jej historią, to opowieści wręcz fascynujące, dokumentujące ważny fragment dziejów tej dziedziny. Ten szczególny moment, gdy powoli stawało się możliwe tworzenie surrealistycznych, głęboko symbolicznych obrazów za pomocą aparatu fotograficznego, łączenie wielu klatek dla uzyskania niespotykanych wcześniej rezultatów wizualnych.

Horowitz opisuje pierwsze komputery użytkowane do przetwarzania grafik, odsłania warsztatowe sekrety, opisuje swoje działania na tym polu. Przy czym, w co postronnemu obserwatorowi trudno byłoby dziś uwierzyć, bardzo wiele jego słynnych prac powstało całkowicie bez użycia komputera, zanim jeszcze ktokolwiek śnił, że takie urządzenie będzie mogło przyczynić się do czegokolwiek w fotografii. Złożyły się na nie perfekcyjne posługiwanie się różnymi perspektywami, sztuczki optyczne, pomysły scenograficzne i najważniejszy czynnik – nieskrępowana wyobraźnia.

„Życie niebywałe. Wspomnienia fotokompozytora” to nie jest jednak książka poświęcona wyłącznie fotografii. Nie jest też pisana hermetycznym językiem przynależnym do tej branży – przeciwnie: Ryszard Horowitz wyraża się przystępnie i w sposób zrozumiały dla laika także wtedy, gdy pisze o nowatorskich na owe czasy technikach czy kulisach pracy dla słynnych zleceniodawców. To wspomnienia spisane z sentymentem, pełne ciepła i pokory, dokumentujące jedno życie i całą epokę. Agnieszka Kantaruk

Ryszard Horowitz, Życie niebywałe. Wspomnienia Fotokompozytora, Wydawnictwo Znak, Premiera: 17 listopada 2014
 
 

Życie niebywałe. Wspomnienia fotokompozytora

Kraków

Na początku był Kraków. Im częściej o tym myślę, tym większą mam pewność, że moja historia nie mogła zacząć się w żadnym innym mieście. Może to przypadek, może przeznaczenie, tak czy siak – nie byłbym sobą, gdybym nie przyszedł na świat i nie dorastał w Krakowie.
Lato 1945 roku nie tylko dla mnie – wówczas sześciolatka – było niezwykłe, cudowne, magiczne i zaskakujące. Ludzie wracali do miasta, z którego wygnała ich wojna, i z nieprawdopodobną energią zabierali się do odbudowywania swojego życia, przywracania względnej normalności. Stare krakowskie mury, nienaruszone przez wojnę, dawały poczucie, że jest na czym budować, o co się oprzeć, że nie wszystko zaprzepaszczone, mimo tak okropnych strat. Ocalałe ułamki piękna stworzonego ludzką ręką dawały nadzieję na powrót do życia.
Powojenny rozdział mojej historii rozpoczął się w niewielkim mieszkaniu przy ulicy Dietla, na granicy Kazimierza, gdzie mieszkało wtedy, bodajże z piętnaście osób. Kilkoro krewnych, trochę znajomych, wszyscy próbujący ułożyć na nowo życie, cudem ocalone z wojennego piekła. Życie codzienne w owym czasie pełne było nieoczekiwanych zdarzeń: ktoś zaginiony znajdował się niespodzianie, cudem napotkany na ulicy – jak mój ojciec, na którego matka wpadła po prostu na jednym ze staromiejskich traktów. Kilka dni wcześniej przedwojenna znajoma zapewniała ją, że nie ma co czekać na jego powrót, że nie żyje; byli i tacy, co twierdzili, że widzieli jego śmierć.
Mieszkanie było nadzwyczaj skromne. Mało kto miał cokolwiek prócz bolesnych wspomnień. Wyposażenia było tyle co nic, za to ludzi dużo, bo skoro już ktoś znalazł kąt, przygarniał za raz bliskich, tułających się bez dachu nad głową. Wśród wielu osób mieszkających z naszą rodziną – dziadkami ze strony taty, rodzicami i moją starszą siostrą Niusią – był Romek, chłopiec starszy ode mnie o sześć lat, rezolutny i wygadany: idealny partner dla mnie, nieśmiałego, delikatnego sześciolatka, poszukującego inspirującego towarzysza zabaw. Dla kilkuletniego brzdąca najważniejsze było, że w mieście ciągle znajdowaliśmy coś do odkrycia, ale dziwnym trafem nie baliśmy się zgubić. My, dzieci wojny, nie baliśmy się byle czego, więc buszowaliśmy po dziurach i wykrotach sąsiednich podwórek w poszukiwaniu skarbów, póki wołanie mamusi nie wezwało nas na kolację. Nawet najdalsza eskapada prędzej czy później kończyła się w domu, wśród kochanych ludzi i znanych przedmiotów.
Mamusia opiekowała się trochę Romkiem, bo szybko dostrzegła, że choć ma własny dom i krewnych, brak mu rodzinnego ciepła. Mama Romka zginęła tragicznie na samym początku okupacji – jak i moi dziadkowie ze strony mamy – a jego tata tuż po woj nie związał się z typowo krakowską mieszczką. Zapamiętałem irchowe rękawiczki, które macocha Romka nosiła bez względu na pogodę, i pogardliwe spojrzenia, jakimi go obrzucała. Kiedy wiele lat później Romek osiągnął wielki światowy sukces, spojrzała na niego inaczej i nawet zaczęła się nim chwalić. W moim dziecięcym wspomnieniu pozostała na zawsze wcieleniem złej macochy z baśni o Kopciuszku.
Nie wiem, dlaczego Romek wybrał mnie na towarzysza zabaw. Może dlatego, że mieszkaliśmy razem, a nasze rodziny były ze sobą bardzo zaprzyjaźnione. Choć starszy ode mnie o kilka lat, był drobniejszy od swoich rówieśników – ja zaś, nie wiele mniejszy od niego, wydawałem się idealnym kompanem. Wyprawialiśmy wspólnie różne brewerie, ale to Roman uchodził za urwisa. Jego ojciec nieraz pytał moich rodziców, co sprawiło, że Rysio jest ta kim ułożonym dzieckiem? Wśród innych dzieciaków wyróżniał się tym, że był trochę dziki, zadziorny, zawsze skłonny do bitki, tak jakby nazwisko, którego używał podczas okupacji – Wilk – wpłynęło na jego charakter. Mnie natomiast zawsze okazywał przyjaźń i cierpliwość, był moim przewodnikiem, pomysłodawcą wspólnych zabaw, niemal bratem.
Po wojnie Romek nosił już nazwisko Polański, ale przed jej wybuchem nazywał się Liebling, podobnie jak jego siostra cioteczna – Roma (po wojnie Ligocka). Była niewiele starsza ode mnie i towarzyszyła nam w niektórych eskapadach. Na zdjęciu zrobionym w 1946 roku nad brzegiem Wisły jesteśmy we czwórkę: Nastoletnia Niusia w bereciku i palcie zasiada na kamiennym murku. Góruje wzrostem oraz życiowym do świadczeniem nad naszą trójką. Obok niej – nad wyraz poważny Romek, brzdąc o nieprawdopodobnie odstających uszach, intensywnie wpatruje się w obiektyw. Wygląda na mojego równolatka, obaj jesteśmy wystrojeni w niedzielne ubranka. Ja stoję poniżej w marynarskiej bluzie z wykładanym kołnierzem, obok Roma w białej galowej bluzeczce. Ta trójka towarzyszyła mi najczęściej w pierwszych krakowskich latach i w czasie wyjazdów: do Zakopanego, do domu naszej przed wojennej niani Antosi Struzik do Marcyporęby i do Krościenka nad Dunajcem, gdzie zwykle spędzaliśmy lato.
Z naszych wyczynów lat wczesno szczenięcych zapamiętałem dwa epizody: rwanie czereśni i sprzedaż sznurówek. Balkon domu przy Dietla wychodził na klasztorny ogród, w którym, nieopodal, rosła wielka czereśnia, latem obsypana słodkimi, połyskującymi owocami. Na wszelkie sposoby staraliśmy się do nich dobrać. Konstruowaliśmy przemyślne systemy sznurków, pozwalających nagiąć gałęzie tak, byśmy mogli do nich dosięgnąć. Nasz wspaniały wynalazek nie spotkał sie jednak z uznaniem właścicieli sadu: przyłapani na gorącym uczynku musieliśmy ratować się ucieczką. Innym razem postanowi liśmy spróbować kariery w handlu. W opuszczonym warsztacie szewskim znaleźliśmy przy okazji którejś z naszych eskapad większą ilość sznurowadeł. Zainstalowaliśmy się na ulicy pod domem i oferowaliśmy je przechodniom. Towar o dziwo, miał wzięcie! Zarabialiśmy w ten sposób jakieś grosze, a Romek zarządził, że zaoszczędzimy je na wyjazd do Ameryki. Po drugiej stronie ulicy, na rogu, był sklepik ze słodyczami; sympatyczny sprzedawca częstował nas czasami cukierkami. To wystarczało, by osłodzić trochę życie.
A życie w mieszkaniu przy Dietla nie zawsze było słodkie: ludzie z konieczności stłoczeni na niewielkiej przestrzeni sprzeczali się z byle powodu, trudno było o chwilę spokoju, o intymności nie było co marzyć. W końcu po dwóch czy trzech latach takiego wspólnego egzystowania mój papa znalazł dla nas prawdziwie królewskie lokum.
Przenieśliśmy się do mieszkania w Rynku Głównym, pod numerem 24, na trzecim piętrze. Zajmujący całe piętro apartament składał się z trzech sypialni, salonu, kuchni i jadalni. Szło się na górę po kamiennych schodach, wchodziło przez ciężkie, dębowe drzwi do obszernego hallu. Po prawej stronie były dwie sypialnie z oknami wychodzącymi na Rynek, większa należała do rodziców, mniejszą zajmowaliśmy ja i Niusia. Po lewej była ogromna sypialnia dziadków (a zarazem jadalnia), wspaniała, wykładana kafelkami łazienka, pięknie urządzona przez tatę, oraz kuchnia, w której mieszkała służąca. Z kuchni wychodziło się na oszkloną werandę prowadzącą do sąsiedniego budynku. Mieszkanie było umeblowane solidnymi mieszczańskimi meblami, wybranymi i zakupionymi przez mojego przedsiębiorczego tatę: mieliśmy bieliźniarkę i kredens, gramofon, a nawet fortepian, zajmujący sporą przestrzeń w wielkim salonie, gdzie stała także miękka tapicerowana sofa, na której ojciec zwykł drzemać po obiedzie. Chodziliśmy wtedy po domu na paluszkach, aby go przypadkiem nie obudzić. Pamiętam, że kiedyś w czasie takiej drzemki wskoczył tacie na piersi mój ratlerek Cacuś. Przestraszył go tak bardzo, że ten, rozgniewany, kazał mi się pieska natychmiast pozbyć. Bardzo było mi żal biednego Cacusia – do dzisiaj widzę to maleństwo, trzęsące się niczym galaretka, na cieniutkich jak patyczki nóżkach.
W salonie stała też przeszklona serwantka, a w niej mnóstwo bibelotów, w większości prezentów od cioci Marianny, zwanej w domu Manci. Wiedenka Manci, mieszkająca już wtedy po drugiej stronie Atlantyku, obdarowywała nas fajansowymi aniołkami, główkami Mozarta, figurkami pastereczek i innymi drobiazgami, równie efektownymi, co bezużyteczny mi. Wszystkie te skarby, nazywane u nas „cacydupkami”, co jakiś czas pracowicie odkurzała któraś z panien służących.
Jedyna powojenna fotografia całej naszej rodziny – wykonana w 1955 czy 1956 roku, którą z pietyzmem przechowuję wśród najcenniejszych pamiątek – przedstawia trzy pokolenia Horowitzów w tym właśnie salonie w domu przy Rynku. Niezwykłe to zdjęcie – wygląda, jakby zrobiono je w innym stuleciu, w mieszczańskim wieku dziewiętnastym, w świecie pełnym wykwintnych przedmiotów i eleganckich ludzi. Są na nim wszyscy ci, którzy przeżyli wojnę, zgromadzeni wokół masywnego stołu na solidnych dębowych nogach. Pierwszy od lewej – dziadek Horowitz, w ciemnym garniturze i krawacie, z siwymi włosami starannie zaczesanymi na tył kształtnej głowy; prawą dłoń wsunął do kieszeni, lewą wspiera się na oparciu krzesła, na którym zasiada babunia, bardzo stylowo wyglądająca mimo wieku i choroby. Pod szyją zapiętej na ostatni guzik sukni ma broszkę z kameą, kraciasty wełniany pled okrywa jej kolana. Wkrótce po przeprowadzce na Rynek babcia doznała wylewu i straciła mowę. Od tam tej pory rzadko wychodziła ze swojego pokoju. Dziadek za to układał mnie zawsze spać, całował w czoło na dobranoc i opowiadał fantastyczne historyjki z pierwszej wojny światowej, kiedy to służył w wojsku austriackim.
Ale wróćmy do fotografii. Za babcią stoi Niusia, moja śliczna siostra, zalotnie przekrzywiająca główkę o ciemnych włosach i spojrzeniu przedwojennej aktorki. Czułym gestem obejmuje za szyję mamusię, siedzącą po środku, elegancką damę w ciemnej sukni, ozdobionej srebrnym naszyjnikiem, z lokami ułożonymi w misterną fryzurę. Dalej ja, najradośniej ze wszystkich uśmiechnięty, w marynarce i jasnej koszuli z modnym wtedy, wykładanym kołnierzem a la Słowacki, lewą ręką obejmuję tatę – ubranego w garnitur, pod krawatem, siedzącego w swobodnej pozie z ramieniem opartym o blat stołu. Na podłodze leży piękny, ręcznie tkany dywan; w tle na ścianie widać obraz w stylowej ramie, dziewiętnastowieczny olejny portret przedstawiający jakąś austriacką matronę. Nie wiem, skąd wytrzasnął go tata, ale pamiętam, że wspaniała złocona rama zamówiona została u kustosza muzeum na Wawelu. Obraz w tej chwili wisi w naszym nowojorskim mieszkaniu na honorowym miejscu nad kominkiem; później umieściliśmy zdjęcie rodzinne, o którym teraz mowa. Ze smutkiem myślę o tym, co przeminęło, i o wszystkich najbliższych, którzy już odeszli.
Dopiero, kiedy poszedłem do szkoły, mimowolnie zacząłem dostrzegać, jak bardzo skromnie – by nie rzec: biednie – żyli moi koledzy. Wiele lat później zrozumiałem, że to dzięki niezmiernej, czułej miłości mojej mamy i niespożytej przedsiębiorczości ojca, dzięki rodzicom, którzy stawali na głowie, by zrekompensować mi wojenne cierpienia, miałem kabanosy na drugie śniadanie, zdjęcia na kucykach, patefony czy inne wspaniałe rzeczy, którymi mnie otaczali. Nie brakowało mi nawet ptasiego mleka. Tatę pamiętam, jako człowieka ruchliwego i energicznego: nie było rzeczy ani sprawy, których nie umiałby załatwić. Sklep „Budowa” z artykułami hydraulicznymi (mieszczący się na ulicy Świętego Tomasza), który prowadził do spółki z ciotką Romka a matką Romy, Tosią Ligocką, był dla kilkuletniego chłopca skarbcem niezwykłości. Zakład ten, bezlitośnie nękany domiarami przez komunistyczne władze, był jedną z nielicznych prywatnych inicjatyw, które przetrwały tę walkę państwa z kapitalizmem. Ojciec radził sobie doskonale przez długie lata. „Budowa” zamknęła podwoje dopiero pod koniec lat sześćdziesiątych, gdy moi rodzice przeprowadzili się do Wiednia. Wnętrze sklepu zapełnione było szczelnie pudełkami, skrzynkami i kasztami z wszelkiego rozmiaru śrubami, nakrętkami, zaworami, kurkami i mnóstwem innych szpejów, których przeznaczenia nie potrafiłem się domyśleć. Ze sklepu schodziło się do przepastnej piwnicy, do której samemu nie wolno mi było się zapuszczać. Jej ściany oplatały masywne półki pełne przeróżnej armatury. Rury i rureczki do urządzeń hydraulicznych, mierzone w nieznanych mi wtedy calach, poukładane według rozmiaru, silnie działały na wyobraźnie dziecka. Kto mógł przy puszczać, że kiedyś pomiary w calach będą moją codziennością?
W sklepowej piwnicy królował wychudzony chłopina imieniem Józio, po mocnik taty, któremu zawdzięczałem inicjację w świat rowerów. Któregoś ciepłego dnia Józio zabrał mnie z rowerem na Planty i tak zaczarował, że nawet nie zauważyłem, kiedy pewny chwyt jego ręki za mną zelżał, a ja, nieświadom swego dokonania, pojechałem samodzielnie na dwukołowym, „dorosłym” bicyklu. Dopiero kiedy odkryłem, że nikt mnie nie trzyma, przewróciłem się natychmiast. Od tej pory pokochałem rower.
W późniejszych latach pochłaniało mnie bez reszty udoskonalanie kolejnych egzemplarzy własnego pojazdu.
Z naszego domu na Rynku niewiele ocalało poza kilkoma meblami, przechowanymi do dzisiejszego dnia w domu Niusi. Jeszcze w latach sześćdziesiątych, krótko po moim wyjeździe, odebrano rodzicom pokój, w którym mieszkałem. Na szczęście miał osobne drzwi na klatkę schodową. Dokwaterowano tam rodzinę z dzieckiem, która musiała gnieździć się w nieludzkich warunkach – bez kuchni i łazienki. Gdy rodzice wyjechali z Krakowa, mieszkanie rozparcelowano na dwa oddzielne apartamenty. Oryginalne, piękne wrota budynku zostały w latach siedemdziesiątych wymienione na byle jakie, banalne drzwi; stylową bramę szpeci szyld jakiejś jadłodajni wciśniętej w podwórze, a wejście na schody zamyka złowroga żelazna krata.
Nic jednak nie odbierze mi pięknych wspomnień domu pełnego ludzi, rozmów, śmiechów, śpiewu i radości. Gdy tylko wynieśliśmy się od gromady krewnych z mieszkania przy Dietla, moja mama zaczęła przyjmować gości – a robiła to z rozmachem i umiłowaniem, jak prawdziwa dama. Była zresztą damą, taką wszyscy ją zapamiętali: piękna i elegancką przedwojenna modystka, umiała zadbać o właściwy strój i wystrój mieszkania. Nie wiem doprawdy, jakim cudem przetrwały jej fotografie sprzed wojny, ale do dziś mam ich kilka. Odkryłem je w nowojorskim domu cioci Manci na kilka miesięcy przed jej śmiercią. Fotografie dowodzą bez sprzecznie, że ci, którzy nazywali moją mamę najpiękniejszą dziewczyną w Krakowie, nie mylili się. Fiołkowo oka, o delikatnych rysach, małym nosku i pięknym wykroju wąskich ust musiała podobać się mężczyznom.
Uwielbiała się wytwornie ubierać, przystrajać w piękną biżuterię i nosić kapelusze. Była przy tym wspaniałą pania domu. Jej kuchnia słynęła wśród wszystkich, którzy kiedykolwiek skosztowali jej potraw czy wypieków. Ojciec, chudy jak patyk po powrocie z obozu, w którym doczekał końca wojny, odkarmił się w domu w niespełna kilka miesięcy, a nawet wyhodował wydatny brzuszek. Kilka razy w tygodniu zbierało się w naszym salonie towarzystwo zaprzyjaźnionych krakusów, w większości jeszcze przedwojennych znajomych. Bywali u nas państwo Lewandowscy, Szpitzerowie, Loewentonowie i wiele innych osób. Biesiadowali, muzykowali, czasem grali w remika do białego rana.
Mama bywała też chętnie w cukierni Noworolskiego, gdzie w niedzielę schodziło się całe krakowskie towarzystwo, albo w Feniksie, po drugiej stronie Rynku. Te wyjścia rodziców były dla Romka i dla mnie okazją do przeróżnych zabaw, szczególnie takich, na które nawet moja wyrozumiała mama mogłaby się nie zgodzić. Ustawialiśmy na komodzie mały epidiaskop z kartonu i wyświetlaliśmy obrazki, udając, że to prawdziwe kino. Kiedyś podkusiło mnie, żeby wyświetlić film prosto na ścianę Wieży Ratuszowej vis -a-vis moich okien, co zakończyło się niezbyt miłą wizytą milicji. Kiedy bawiliśmy się w teatr, potrzebowaliśmy sceny, kładliśmy więc szafę na płask na podłodze, bezlitośnie rozrzucając jej zawartość. Chętnie przebieraliśmy się w najlepsze mamusine suknie na potrzeby naszych kostiumowych przedstawień. Po powrocie mama załamywała swoje śliczne ręce teatralnym gestem, ale nigdy nie spotkała nas za te wybryki żadna poważniejsza kara.