„Jeszcze” to opowieść o kimś, kto przemyca nielegalnych imigrantów. I o dziewięcioletnim synu, który mu pomaga.


JeszczeGdy czytacie to zdanie, gdzieś jacyś ludzie, chcąc uciec przed panującą w ich krajach wojną, głodem i nędzą, szykują się do podróży; podróży, której koniec niknie w ciemności.

Nie jest to jednak opowieść o nielegalnych imigrantach, lecz o kimś, kto ich przemyca.

Na imię mu Gazâ. Jego ojciec jest przemytnikiem ludzi, a Gazâ mu w tym pomaga.
Ma dopiero 9 lat. Wystarczająco dużo, by dowiedzieć się o ludziach i życiu wszystkiego, czego dzieci w tym wieku na pewno nie powinny wiedzieć.

Hakan Günday – urodził się 29 maja 1976 roku na wyspie Rodos. Szkołę podstawową ukończył w Brukseli. W Ankarze, na Uniwersytecie Hacettepe, rozpoczął studia z zakresu translatoryki (język francuski). Jest także absolwentem Wydziału Nauk Politycznych Uniwersytetu Ankarskiego. Jego debiutancka powieść „Kinyas ve Kayra”, wydana w 2000 roku zachwyciła zarówno czytelników jak i krytyków literackich. Do tej pory ukazało się osiem jego powieści. Autor mieszka w Stambule.

Hakan Günday
Jeszcze
Przekład: Dorota Haftka-Isik
Wydawnictwo Sonia Draga
Premiera: 23 maja 2018
 
 

Jeszcze

SFUMATO

Jedna z czterech głównych technik w malarstwie renesansowym. Oznacza mgliste cieniowanie, dzięki któremu ulotne barwy i odcienie przenikają się, dając efekt rozmywania się konturów. Stosowana jest zazwyczaj przy przejściach z jasności w ciemność.

Gdyby mój ojciec nie był mordercą, nie przyszedłbym na świat…
– Dwa lata przed twoimi narodzinami… była łódź. Nigdy jej nie zapomnę, nazywała się „Swing Köpo”. Należała do takiego jednego drania, Rahima… Nieważne. Załadowaliśmy towar… Co najmniej czterdzieści głów. Jeden był chory. Żebyś widział, jak on kaszlał! Był wykończony. Kto wie, ile mógł mieć lat: siedemdziesiąt, może osiemdziesiąt?
Gdyby mój ojciec nie był mordercą, nie istniałbym…
– Na cholerę ci to? – powiedziałem mu nawet. – Ucieczka, emigracja? Co z tego, że dotrzesz tam, dokąd się udajesz? Znosisz te męki, żeby umrzeć? Nieważne. Później Rahim powiedział: „Płyń z nami. Zamienimy dwa słowa w drodze powrotnej”. Nie miałem jeszcze wtedy żadnej roboty. To było, zanim kupiłem ciężarówkę…
Gdyby mój ojciec nie był mordercą, moja matka nie umarłaby podczas porodu…
– Pomagałem czasem tym, którzy jeździli ze szmuglem… Z jednej strony uczyłem się fachu, z drugiej strony zarabiałem parę groszy. „A co tam, kurde!” – pomyślałem. Wsiedliśmy do łodzi i wypłynęliśmy… Już prawie dopływaliśmy do Chios, gdy zerwał się sztorm! „Swing Köpo” ledwie unosiła samą siebie! Nim się zorientowałem, co i jak, byliśmy już pod wodą…
Gdyby mój ojciec nie był mordercą, nie skończyłbym dziewięciu lat i nie usiadłbym wtedy z nim przy jednym stole…
– Patrzę: wszyscy są po jednej stronie i drą się wniebogłosy… Ci ludzie przyjechali z pustyni, dlaczego mieliby umieć pływać. Nad wodą pojawiali się raz, i tyle! Szli na dno jak kamienie. Tonęli jeden po drugim… W pewnej chwili zobaczyłem Rahima, był cały zakrwawiony… Uderzył głową o coś na łodzi… Gdybyś tylko widział te fale niczym ściana! Jak nacierały na człowieka! Później patrzę: Rahim także zniknął…
Gdyby mój ojciec nie był mordercą, nie opowiedziałby mi tej historii, a ja bym jej nie wysłuchał…
– Pomyślałem: „Popłynę”. Ale w którą stronę? Jest środek nocy! Nieźle się namachałem… Ale gdzie tam, trudno mi było nawet głowę nad wodą utrzymać… To się wynurzam, to znów idę pod wodę… Mówię sobie: „Ahad, stary, to koniec! Za chwilę będzie po tobie…”. Aż nagle między dwiema falami dojrzałem coś białego, a na tym ciemną sylwetkę…
Gdyby mój ojciec nie był mordercą, nigdy bym się nie dowiedział, że kogoś zabił…
– Patrzę, a to ten chory mężczyzna… Pamiętasz? Tamten skonany… Znalazł koło ratunkowe, chwycił się i płynie… Nie wiem, jak mi się to udało, ale wreszcie do niego dopłynąłem… Złapałem koło i wyrwałem mu z dłoni… Popatrzył na mnie… Wyciągnął rękę w moją stronę… Odepchnąłem go, chwyciwszy za gardło… A potem nadeszła fala i go zabrała…
Mój ojciec jednak był mordercą, a to wszystko wydarzyło się naprawdę…
Tamtej nocy ojciec opowiedział mi swoją historię tak powoli, że jego słowa oplotły nas jak urywki milczenia wydobywające się spomiędzy jego warg. Właśnie dlatego nie wbiły mi się w pamięć, tylko się w nią wśrubowały. Okrężnym ruchem powoli wryły się w mój umysł. Lub w to, co z niego zostało… Kiedy się teraz nad tym zastanawiam, myślę, że gdyby mój ojciec nie był mordercą, nie mógłby być moim ojcem. Ponieważ, jak się z czasem okazało, tylko morderca był w stanie mi ojcować…
Nigdy więcej nie wspominał o tamtym zabójstwie. W zasadzie nie było takiej potrzeby. Ile razy człowiek ma się spowiadać z tego samego grzechu przed tą samą osobą? Usłyszysz raz i wystarczy. Wystarczy, żeby powoli wstać od stołu, iść do łóżka i mieć oczy postawione na baczność, nawet jeśli się położysz…
Pamiętam, że tamtej nocy zastanawiałem się, dlaczego właśnie teraz. Z jakiego powodu opowiedział to teraz? Opowiedział mnie czy jednak sobie? Być może była to jedyna lekcja życia, jaką mógł dać swojemu dziewięcioletniemu synowi. Jedyna wiedza życiowej wagi, jaką posiadał. Jedyna prawdziwa lekcja życia: „Pozostań przy życiu!”. Pamiętam też wniosek, jaki z tej lekcji wyciągnąłem dla siebie: „Lecz nie mów nikomu, jak to zrobiłeś…”. Pamiętam, że płakałem, powtarzając: „Niech nikt nie mówi, skąd pochodzi! Niech nikt nie mówi, komu ukradł oddech”. Miałem dziewięć lat… Nie mogłem wiedzieć, że należy pozostać przy życiu, by potem opowiedzieć, w jaki sposób się przy życiu pozostało… Pamiętam, że jakiś czas potem wyobrażałem sobie moment, gdy ojciec chwycił tego człowieka za gardło. Że zastanawiałem się, czy tamten mężczyzna również ma wystającą grdykę jak mój ojciec… Że cicho zapytałem sam siebie, czy ojciec poczuł dłonią tę wypukłość? Czy grdyka tego starca zostawiła jakiś ślad na dłoni mojego ojca? Czy to przejdzie na mnie, gdy ojciec pogłaszcze mnie po policzku? Pamiętam, że w końcu zasnąłem… I że się obudziłem… A potem śniadanie, które dla mnie przygotował, policzek, jaki mi wymierzył, i tamten rozkaz.
Kromka chleba…
– Co zrozumiałeś z tego, co ci wczoraj opowiedziałem?
– Zginąłbyś albo ty, albo tamten człowiek…
Dwa kawałki sera…
– Bardzo dobrze… A teraz powiedz, co ty byś zrobił w takiej sytuacji?
– Może to koło ratunkowe wystarczyłoby dla nas obu…
Uderzenie w twarz…
– Jedz, nie gap się tak na mnie! Wytrzyj oczy…
– Dobrze, tato.
Jedno jajko…
– Nie byłoby ciebie, gdyby nie ja, rozumiesz?
– Tak, tato.
Trzy oliwki…
– I dobrze… Pamiętaj o tym! A teraz powiedz, co ty byś zrobił w takiej sytuacji?
– Zrobiłbym to samo, co ty, tato.
Trochę masła…
– Cokolwiek zrobiłem w tym życiu, zrobiłem to dla ciebie.
– Dziękuję, tato.
Rozkaz…
– Skoro wiesz już, że w tym interesie chodzi o przetrwanie, pojedziesz dzisiaj ze mną!
– Dobrze, tato.
Okazało się, że ojciec szukał parobka. Pomocnika, którego mięśnie, kości i szpik będą należały do niego. Okazało się, że chciał ze swojego syna zrobić wspólnika, żeby nie musieć dzielić się zarobkiem z kimś obcym.
Powiedział: „Pojedziesz!”, więc pojechałem. Tamtego lata, zaraz po tym, gdy odebrałem szkolne świadectwo, stałem się przemytnikiem ludzi. Mając dziewięć lat… Prawdę mówiąc, niewiele się to różniło od bycia synem przemytnika…
Teraz wydaje mi się, że chyba był pijany, kiedy opowiadał mi tamtą historię. Gdy w miarę opowiadania trzeźwiał, zorientował się, że jest już za późno… Być może sumienie mojego ojca kulało, gdyż zło, jakie było w nim, przeważało i już. Być może stał się taki przez własnego ojca… A on z powodu swojego ojca… A on przez swojego… Tamten przez swojego… Czy w końcu my wszyscy nie byliśmy dziećmi tych, którym udało się przeżyć? Dziećmi tych, którzy przetrwali wojny, trzęsienia ziemi, susze, zbrodnie, okupacje, rozruchy i klęski… Dziećmi oszustów, złodziei, morderców, kłamców, donosicieli, zdrajców, tych, którym w pierwszej kolejności udało się uciec z tonącego statku, lub tych, którzy komuś wyrwali koło ratunkowe… Tych, którzy wiedzieli, jak przeżyć… Tych, którzy, żeby przeżyć, byli gotowi zrobić wszystko, naprawdę wszystko… Czy faktu, że dziś żyjemy, nie zawdzięczamy temu, że ktoś z naszego rodu powiedział kiedyś: „Albo ja, albo on”? Może nie chodziło w tym nawet o przewagę zła. To było naturalne… Tylko nam wydawało się odrażające, nic więcej… Przecież w przyrodzie coś takiego jak brzydota nie istnieje… Piękno także nie… Tęcza była po prostu tęczą i w żadnej książce z zakresu nauk przyrodniczych nie było napisane, że można pod nią przejść…
Przecież w życie wniesiono mnie na dwóch trupach: chęci życia i chęci dania życia… Jednego pragnął mój ojciec, drugiego – moja matka… Więc przeżyłem… Czy miałem inne wyjście? Na pewno… Ale kto wie, być może tak właśnie działa fizyka życia, opisana gdzieś w ten oto sposób:
Wprowadzenie do fizyki życia:
Każde narodziny równe są dwóm śmierciom. Dwóm śmierciom, z których jedna zależy od chęci życia, druga – od chęci jego dania.
Jednak ten, kto dostał życie, aby przetrwać, musi przeżyć je nieświadomy, że swój oddech dwóm śmierciom zawdzięcza.
W przeciwnym razie osoba ta będzie toczyć wieczną wojnę, z której każdego dnia będzie wychodzić martwa.
Tak, być może mam na imię Gazâ1.
Nigdy jednak nie myślałem, żeby się zabić.
Tylko raz… Poczułem.

***

Opowiem teraz historię i będę wierzyć już tylko w nią, ponieważ ilekroć oglądam się za siebie, widzę, że coś uległo zmianie. Albo zniknęło jakieś terytorium, albo dodano nowy wątek historyczny. Nic w życiu nie zostaje na swoim miejscu. Nic nie jest ze swojego miejsca zadowolone. Być może nic po prostu nie ma własnego miejsca. I dlatego nic nie może zmieścić się w dole, do którego je upchałeś. Mimo że wykopałeś go na miarę, do niczego się nie nadaje. Wszystko czeka na twoje jedno mrugnięcie okiem. Żeby uciec. Albo zmienić położenie i przez to doprowadzić cię do szału. Zwłaszcza twoja przeszłość…
Wreszcie nadszedł ten moment… Czas, żeby opowiedzieć wszystko, co pamiętam. Opowiedzieć wszystko bez wyjątku i zapieczętować. Ponieważ to koniec! Już nigdy więcej nie spojrzę w przeszłość. Nawet patrząc w lustro, nie spojrzę na jej gębę. Słowo za słowem pożrę ją w całości. Później wykałaczką zeskrobię jej resztki z zębów i rozgniotę podeszwami na miazgę. To jedyny sposób, aby składać się z „teraźniejszości”. W przeciwnym razie ciało, w którym żyję, zrobi wszystko, aby zatrzymać czas! Ma bowiem świadomość wszystkiego: tego, że umrze, i tego, że zgnije… Ktokolwiek mu o tym powiedział, jakikolwiek skurwysyn, moje ciało wie, że któregoś dnia zdechnie! I tylko dlatego, aby móc jak wściekły pies zacisnąć szczękę na życiu, zmusza mnie do popełniania ciągle tych samych błędów. I jeszcze raz, i znowu! Żeby przez to déjà vu choć na chwilę przenieść mnie w przeszłość i zyskać na czasie… Ale to już koniec! Od chwili, gdy zamilknę, wypowiedziawszy ostatnie słowo mojej historii, będę popełniał tylko nowe błędy! Błędy zupełnie obce, które sprawią, że czas pogna galopem przed siebie! Błędy nieznane na tyle, że zamienią zegary w namagnesowane kompasy! Błędy, o których nikt nigdy jeszcze nie słyszał! Których nikt nigdy jeszcze nie popełnił! Błędy tak wspaniałe i niezdefiniowane jak odkrycie zaginionego kontynentu czy pozaziemskiego życia! Błędy tak nieprawdopodobne jak ludzie robiący maszyny robiące ludzi robiących maszyny robiące maszyny! Błędy potężne jak wynalezienie Boga! Błędy nieprzewidywalne jak charakter, będący po Bogu drugim największym wynalazkiem! Popełniać błędy śmiertelne jak narodziny i cudowne jak pierwszy błąd nowo narodzonego dziecka! Pragnę tylko tego… No i może trochę siarczanu morfiny.

***

Różnicą między Wschodem a Zachodem jest Turcja. Nie wiem, czy żeby została Turcja, należy Wschód odjąć od Zachodu, czy odwrotnie, jestem jednak pewien, że odległość między nimi wynosi tyle, ile ona. Żyliśmy tam. W kraju, w którym politycy codziennie wypowiadali się w telewizji na temat jego geopolitycznej wagi. Z początku nie mogłem rozgryźć, co to oznacza. Później zorientowałem się, że znaczenie geopolityczne to rachunek zysków liczony przy użyciu numerów działki i parceli, na której znajdował się zapuszczony, ledwie stojący budynek, który jedynie ze względu na swoje przydrożne położenie stał się miejscem nocnego postoju zaciemnionych autokarów z reflektorami przypominającymi dwie szklane kule. Że mowa o wielkim i długim na 1565 metrów Moście Bosforskim2. Potężnym moście, który przechodził przez gardła wszystkich żyjących w tym kraju ludzi. Starym moście, którego bosa stopa stoi na Wschodzie, a ta obuta – na Zachodzie. Wszystko, co nielegalne, przechodziło przez ten most. I przez nasze gardła. Przede wszystkim ludzie nazywani uchodźcami… Robiliśmy wszystko, co w naszej mocy, żeby nie utknęli nam w gardle. Przełykaliśmy i wysyłaliśmy dalej. Dokądkolwiek mieli dotrzeć… Handel od granicy do granicy… Od muru do muru… Oczywiście reszta świata też nie próżnowała i oferowała im desperację w każdej możliwej formie, aby mogli przebiec odległość między miejscem urodzenia a miejscem, w którym mieli umrzeć. Wszystkie rodzaje desperacji. Desperację w dowolnym rozmiarze, ciężarze i wieku… My robiliśmy tylko to, czego wymagały od nas współrzędne geograficzne naszej ziemi. Transportowaliśmy uciekinierów z piekła do raju… Ja nie wierzyłem w żadne z tych miejsc, lecz ci ludzie wierzyli we wszystko. I to w zasadzie od urodzenia! Myśleli bowiem w ten sposób: jeśli istnieje na tym świecie piekło, w którym człowiek umiera z głodu, mimo że przeżył wojnę, to na pewno musi być także raj. Mylili się. Wszyscy zostali oszukani. Piekło nie było dowodem na istnienie raju! Byłem jednak w stanie ich zrozumieć. Tak ich nauczono… Zresztą nie tylko ich, wszystkich… Istniał przecież oprawiony w złote ramy, okazały obraz, którego cała populacja tego świata musiała nauczyć się na pamięć. Przedstawiał walkę dobra ze złem i wojnę między rajem a piekłem. A przecież coś takiego nie istniało. Taka wojna nigdy się nie wydarzyła. Wojna na śmierć i życie, jaką dobro miało toczyć ze złem, aż do dnia Sądu Ostatecznego, była największą ściemą, na jaką nabrała się ludzkość. Blaga, której zastosowanie było konieczne, by na skróty doprowadzić do ładu społecznego i zapewnić przetrwanie autorytetom. Jeśliby bowiem przyjęto za prawdziwy fakt, że każdy człowiek jest równocześnie dobry i zły, na obliczach wszystkich dotychczasowych podziwianych przywódców, za którymi każdy gotów był iść na śmierć, zaczęłyby pojawiać się skazy. Pojawiłyby się mętlik i dezorientacja, myśli zderzałyby się ze sobą i nikt już więcej nie poświęciłby swojego życia dla kogoś innego. Tak się jednak nie stało, a wojna absolutnego dobra z absolutnym złem stała się najprostszym sposobem doprowadzenia do tego, że ludzie wybijali się wzajemnie. Ci, którzy mówili: „To wy jesteście dobrzy!”, tak naprawdę chcieli powiedzieć: „Idźcie i zdechnijcie za mnie!”, ci zaś mówiący: „Wy jesteście tymi, którzy pójdą do raju!”, chcieli powiedzieć: „Każdy, kogo zabijecie, pójdzie do piekła!”. Dlatego raj i piekło, dobro i zło rozpołowiło istotę zwaną człowiekiem i przeobraziło ją w głupca, którego obie połowy toczą między sobą krwawą wojnę. W ten sposób niesamowitym kramarzom przeszłości udało się sprzedać wolnym ludziom zapakowaną w teorię świętych przeciwieństw uległość z bezterminową gwarancją. Chodziło jedynie o to, by zmusić uległe psy do zagryzienia innych uległych psów! Ciemność nie była wrogiem jasności ani na odwrót. Istniało jedyne prawdziwe przeciwieństwo – i to takie, które obowiązywało tylko w biologii: żywy lub martwy… To był tak naprawdę jedyny punkt, na który należało zwrócić uwagę przy nielegalnym transporcie ludzi: liczba przyjmowanych żywych ludzi musiała zgadzać się z liczbą zdawanych. To, że ktoś mógł myśleć, że pokonuje drogę z piekła do raju, było nieistotne. Przewoziliśmy mięso. Tylko mięso. Nasze wynagrodzenie nie zawierało marzeń, myśli czy uczuć. Być może, gdyby zapłacili wystarczająco dużo, moglibyśmy dopilnować, żeby byli przewożeni bez szwanku. Nawet ja mógłbym podjąć się tego zadania i zapewnić, by marzenia, które snuli w swoich domach – czy gdziekolwiek, gdzie się urodzili – nie rozbiły się podczas podróży. Wystarczyłoby pokazać im kilka hollywoodzkich filmów. Żeby podtrzymać ich wiarę w niebo. Albo – posługując się klasyczną metodą, która na przełomie wieków wiele razy udowodniła swoją skuteczność – podsunąć im świętą księgę. Oczywiście, znowu zgodnie z tym, co napisała historia, tylko jednemu z nich. Żeby opowiedział pozostałym. W dowolny sposób… Mógłbym nawet zrobić to wszystko za darmo, nie miałem jednak ani wystarczająco dużo lat, ani czasu. Ponieważ ciągle dostawałem coś do roboty.
– Gazâ!
– Słucham, tato?
– Idź i przynieś z magazynu łańcuchy.
– Dobrze, tato.
– I kłódki.
– Dobrze, tato.
– Nie zapomnij o kluczykach!
– Mam je w kieszeni, tato.
Kłamałem. Zgubiłem wszystkie. Ale nie przypuszczałem, że to się kiedyś wyda. Dostałem nawet za to dwa policzki i jednego kopniaka. Skąd mogłem wiedzieć, że ojciec, gdy zajdzie taka potrzeba, krępuje czasem ludzi łańcuchami?