„Normalni inaczej” to pełna emocji, wzruszająca opowieść o odpowiedzialności, młodzieńczej miłości i zmaganiach z trudnymi relacjami w rodzinie.


Normalni inaczejTammy Robinson w powieści „Normalni inaczej” opowiada historię Maddy i Alberta, dwojga nastolatków, dla których niespodziewany związek zapoczątkowany przypadkowym spotkaniem stał się źródłem nowych wyzwań i początkiem radykalnych zmian w życiu – ich i ich rodzin. Nowozelandzka pisarka zadbała o stworzenie wciągającej fabuły z całkowicie zaskakującym zakończeniem. To nie jest młodzieżowy romans ani błaha opowiastka dla nastolatków. „Normalnych inaczej” wyróżnia spośród innych powieści obyczajowych wrażliwość spojrzenia autorki na problemy, z którymi nierzadko muszą zmagać się młodzi ludzie i głębokie zrozumienie emocji, jakie tym problemom towarzyszą.

Główna bohaterka Maddy mieszka z matką i młodszą siostrą Bee, cierpiącą na autyzm i wymagającą opieki 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Muszą jej ją zapewnić mama i starsza siostra. Maddy dzieli więc swój czas pomiędzy pracę i pomoc matce w opiece nad ukochaną siostrą, i choć sytuacja rodzinna zmusiła ją do dorosłego życia zbyt wcześnie, jest mimo wszystko szczęśliwa, wie, że Bee jej potrzebuje i jest gotowa poświęcić się dla siostry.

Z kolei Albert nie ma łatwego życia z ojcem tyranem, matką, która boi się przeciwstawić się mężowi i starszym bratem, który przejął wszystkie złe cechy ojca. Lekceważony i zepchnięty na margines rodziny, Albert skupia się na pracy w stadninie, mając nadzieję na szybkie zarobienie wystarczająco dużej ilości pieniędzy, by opuścić miasto, uciec przed ojcem i zrealizować swoje marzenie – wyjechać na Bali i zostać instruktorem surfingu.

Znajomość dwojga dziewiętnastolatków z początku ma nikłe szanse, by przerodzić się w cokolwiek więcej niż sporadyczne, przypadkowe kontakty. Maddy w chwili poznania Alberta nie jest gotowa na zmiany, a zwłaszcza na pojawienie się w jej uporządkowanym życiu chłopaka. Dziewczyna żyje w z góry rozplanowanym rytmie dnia, dopasowanym do potrzeb chorej siostry, a mając inne priorytety niż randki, stroni od nawiązywania bliższych znajomości z chłopcami. Obawia się, że nie uda jej się pogodzić związku z obowiązkami, których się podjęła i lęka się, że spotka się z niezrozumieniem ze strony partnera.

Tammy Robinson zwraca uwagę na to, w jaki sposób rodzice mogą przenosić na dzieci odpowiedzialność za problemy, z którymi sami nie są w stanie sobie poradzić

Pisząc o zmaganiach tej dwójki z życiem Tammy Robinson zwraca uwagę na to, w jaki sposób rodzice mogą przenosić na dzieci odpowiedzialność za problemy, z którymi sami nie są w stanie sobie poradzić. Chociaż dom Maddy na pierwszy rzut oka pełen jest miłości i ciepła, to nietrudno dostrzec, w jaki sposób szanse dziewczyny na ułożenie własnego życia stają się pogrzebane przez nakładanie na nastolatkę współodpowiedzialności za utrzymanie domu i opiekę nad siostrą. Rodzice Alberta także skupieni są na własnych problemach, metrykalnie dorośli, a psychicznie kompletnie niedojrzali do tego, by tworzyć rodzinę i zapewnić oparcie dzieciom. Zapewne niejeden nastoletni czytelnik odnajdzie w tej powieści lustro własnych problemów, a może i inspirację do tego, w jaki sposób je rozwiązać.

Powieściowy Albert nie zraża się niechęcią Maddy do zaangażowania się w związek, okazuje się też całkowitym przeciwieństwem ojca – jest miły, zabawny i opiekuńczy, akceptuje trudne życie rodzinne i dylematy Maddy, jest gotów walczyć z przeciwnościami i okazuje chęć pomocy. Stopniowo Maddy zmienia swoje nastawienie do Alberta, coraz więcej czasu spędzają razem, poznają rodzinne tajemnice. Kiedy jednak między nimi rodzi się głębsze uczucie, stają przed problemem, który wygląda na niemożliwy do rozwiązania: jak zaplanować wspólną przyszłość? Jeśli Albertowi udałoby się wyjechać z miasteczka, to czy Maddy byłaby w stanie zostawić siostrę i mamę i pojechać z nim?

„Normalni inaczej” to pełna emocji opowieść, ukazująca przeżycia bohaterów w sposób realistyczny i szczery. Tammy Robinson nie feruje wyroków, opisuje sytuację z różnych punktów widzenia, z wielką wrażliwością przybliża czytelnikom także trudy życia z autystycznym, cierpiącym na padaczkę dzieckiem i sposoby radzenia sobie matki i siostry z koniecznością zapewnienia Bee stałej opieki. To bolesna, niepokojąca i jednocześnie optymistyczna powieść o bezwarunkowej miłości i poświęceniu, a także o odnajdywaniu w sobie wiary i siły, by spełniać marzenia. Wanda Pawlik

Tammy Robinson, Normalni inaczej, Przekład: Izabella Mazurek, Wydawnictwo IUVI, Premiera: 20 czerwca 2018
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

Normalni inaczej

Tammy Robinson
Normalni inaczej
Przekład: Izabella Mazurek
Wydawnictwo IUVI
Premiera: 20 czerwca 2018
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

Maddy

Zgodnie uznajemy, że zdjęciem tygodnia jest fotografia przedstawiająca posadzoną przy stole dmuchaną lalkę rozmiarów człowieka (jedną z tych, które producenci tak usilnie starają się upodobnić do prawdziwej kobiety). Przed lalką stoi nietknięta lampka czerwonego wina oraz talerz z czymś, co po dokładniejszym przyjrzeniu się przypomina typowy niedzielny obiad, czyli pieczonego kurczaka. Stoi tam nawet mała niebieska sosjerka; taką samą moja babcia miała w kredensie.
Kyle stwierdził, że osoba, która to ugotowała, to amator. Ziemniaki nie mają chrupiącej otoczki, a kurczak sprawia wrażenie wysuszonego jak skóra na koniuszku nosa naszego szefa Rory’ego. Oboje wzdrygamy się na tę myśl. Żyjemy w ciągłym strachu przed tą skórą – ma tendencję do łuszczenia się na powierzchnie robocze i do kubków z kawą. Jaskrawoczerwone usta lalki są szeroko otwarte w wyrazie wiecznego zdziwienia. Kiedy Kyle wyjaśnia, dlaczego tak wyglądają, udaję, że zbiera mi się na wymioty. Odpowiadam mu, że nie wierzę, że niektórzy potrafią być aż tak zdesperowani. Kyle mówi, że takich ludzi wcale nie jest mało, a branża zabawek seksualnych świetnie prosperuje. Szybko się jednak wycofuje na widok moich uniesionych brwi.
– Nie żebym wiedział z doświadczenia – dodaje obronnym tonem. – Czytałem kiedyś artykuł.
– Jasne.
– Naprawdę – zarzeka się.
– Myślisz, że nadał jej imię? – pytam, wracając do zdjęcia.
– Skąd wiesz, że należy do faceta? – Uśmiecha się szeroko. – Może to lalka lesbijki.
Dumamy nad tym przez chwilę.
– Myślisz, że dla lesbijek robią inne lalki niż dla heteroseksualistów? – pytam.
Wzrusza ramionami.
– Nie mam pojęcia. Ale mogę się dowiedzieć, jeśli chcesz.
– Lepiej nie. Pamiętaj, że Rory teraz sprawdza historię wyszukiwarki. Nie wierzy, że efektywnie wykorzystujemy czas pracy – przypominam mu, zarazem zaś oboje z rozmysłem ignorujemy kobietę stojącą przy ladzie.
– Przepraszam – odzywa się klientka. – Czy ktoś tu mógłby zadać sobie odrobinę trudu, by mnie obsłużyć?
Kyle i ja spoglądamy na siebie.
– Kamień, papier, nożyce?
– Kamień, papier, nożyce.
– Raz, dwa, trzy, cholera.
– Za każdym razem – mówię, zadowolona z siebie.
– Pewnego dnia cię zaskoczę i nie pokażę kamienia – mamrocze, zmierzając ku klientce.
I tak tego nie zrobi. Kyle’a można posądzić o wszystko, ale nie o nieprzewidywalność.
Tymczasem ja przyglądam się zdjęciu w poszukiwaniu wskazówek co do fotografa, ale niczego nie znajduję. Dzięki nowoczesnej technologii i aplikacjom smartfonowym zamówienie na zdjęcia zostało wysłane przez Internet, więc jeszcze nie widzieliśmy tego klienta. Ale ktokolwiek to jest, będzie musiał osobiście odebrać fotki. Tego drobiazgu technologia jeszcze nie rozpracowała.
Kyle wraca.
– Założę się, że przyjdzie w długim czarnym prochowcu – mówię. – Z mnóstwem kieszeni, w których chowa te wszystkie swoje zboczone zabawki.
– I w ciemnych okularach – dodaje Kyle. – Żeby ukrywać przed światem swoje perwersje.
Chichoczemy.
Lubię te weekendowe zmiany z Kyle’em między innymi dlatego, że nadajemy na podobnych falach. Poza tym nie pyta o moje życie rodzinne, za co jestem mu wdzięczna. Czasami muszę po prostu pogadać o pierdołach i o wszystkim na chwilę zapomnieć.
– Będzie też miał sztuczne wąsy – dorzucam kolejny element do naszej teorii.
– Sztuczne? E tam. Będzie miał wąsy jak gwiazda porno, takie zakręcone na końcach. Założę się, że woskuje je specyfikami, które zamawia w Europie. A jeśli jest sknerą, to po prostu nawilżającym żelem intymnym.
– Oblech. Naprawdę tak się robi?
– Co się robi?
– Woskuje wąsy.
– W tym też nie mam doświadczenia, ale gdzieś o tym czytałem.
Kyle zawsze czyta. Jest żądny wiedzy, zazwyczaj bezużytecznej.
Okazuje się jednak, że nie mogliśmy bardziej się pomylić. Pan Smith – oboje uznajemy, że to fałszywe nazwisko – pojawia się po odbiór zdjęć w niedzielne popołudnie o 16:49. Cyniczna cząstka mnie uznaje, że wybrał porę tuż przed zamknięciem, żeby uniknąć tłumów. Nie zerka jednak ukradkowo ani nie wygląda podejrzanie, więc nasza teoria upada. Gdybym miała do kogoś go porównać, to przywodzi na myśl pewnego grubasa w czerwonym ubraniu, który jeździ saniami i często powtarza: „Ho, ho, ho”.
Pan Smith rzeczywiście ma wąsy, choć może to po prostu część jego monstrualnej brody, jak przerobione poddasze w domu. Broda jest śnieżnobiała i idealnie zadbana, a ja nie mogę przestać się wpatrywać w miejsce, gdzie znajdują się jego usta, choć wcale ich nie widać. Klient radosnym tonem prosi o swoje zamówienie. Podejrzliwie spoglądam za jego plecy, wypatrując sań, reniferów albo ogromnego wora z zabawkami. Nic z tych rzeczy.
– Czy może pan powtórzyć nazwisko?
– Smith. Złożyłem zamówienie kilka dni temu przez Internet. W okienku na końcu napisano, że będzie gotowe w czterdzieści osiem godzin. – Sięga do tylnej kieszeni i wyjmuje portfel, z niego zaś wyciąga wydrukowany kwitek. – Czy to w czymś pomoże?
– Prawdopodobnie tak.
Stukam w klawiaturę. To niemożliwe. Gość wygląda jak czyjś dziadek. Może mamy też zamówienie od jakiegoś innego Smitha. Jednak nie.
– Chwileczkę. Sprawdzę u technika, czy jest gotowe – oznajmiam.
Technik, czyli Kyle, wygląda na zdziwionego, gdy pojawiam się na zapleczu z szeroko otwartymi oczami.
– Co jest? Co się stało? Coś przegapiłem? Znowu zwolnili Todda? Do kogo tym razem się przystawiał?
– Przyszedł.
– Kto?
– Pan Smith.
– Aha. I co? Mieliśmy rację? Ma nawoskowane wąsy?
– Sam będziesz musiał sprawdzić.
– Intrygujące – stwierdza, po czym bierze odpowiednie zdjęcia i wychodzi ze mną. Na widok naszego klienta staje jak wryty.– Jasna cholera – mówi teatralnym szeptem.
– Wiem.
– Gość wygląda jak jakiś cholerny mikołaj.
– Wiem.
– To na pewno on?
– Tak.
– Jasna cholera. Jednak rzeczywiście tak jest.
– Jak?
– Rzeczywiście nie można oceniać książki po okładce.
Wzdrygam się.
– Frazes.
– Wiem, ale w tym wypadku pasuje.
Wzruszam ramionami. Z zasady nie lubię frazesów.
Pan Smith widzi, że się na niego gapimy. Nawet jeśli się wstydzi, że poznaliśmy jego największy sekret, niczego nie daje po sobie poznać.
– Znalazło się? – pyta.
Kyle stoi w miejscu i kiwa głową.
– To zawsze ci niepozorni – szepcze. – Ci, których najmniej się podejrzewa.
Znowu frazes. Wyjmuję mu zdjęcia z ręki i finalizuję transakcję. Patrzymy, jak pan Smith wychodzi.
– To tylko moje wrażenie czy świat zrobił się bardziej zblazowany? – pyta Kyle ze smutkiem.
– Oczekujesz od ludzi zbyt wiele.
– Wiem.
– To niezdrowe.
– Wiem. – Otrząsa się z melancholii. – Muszę wziąć prysznic.
– Masz szczęście, bo… – zerkam na zegarek – …na dzisiaj koniec.
– Idziesz na drinka?
Wyobrażam sobie, jak siedzę w pubie, tulę zimne piwo i niczym się nie przejmuję.
– Lepiej nie. Mama ma dziś spotkanie klubu książki.
– Czyli wino i dyskusje na temat sensu życia?
– Tak.
– W takim razie, moja droga, złapię cię na kolejnej fali – mówi Kyle. Postanowił, że stworzy nowy slang. Jak na razie totalnie mu nie wychodzi.

Albert

Ten stary drań znów się o coś przyczepi.
Wiem o tym, bo gdy słyszę trzask frontowych drzwi i przechodzę do kuchni, mając pewność, że nikogo w niej nie ma, on już tam stoi z założonymi rękami i beznamiętnym wyrazem twarzy.
– O której to się wraca? – pyta mnie.
– W sam raz na manto?
Mój dowcip jak zwykle nie zostaje przez ojca doceniony.
– Zamierzasz mieszkać w tym domu do śmierci? Jeść moje jedzenie i oglądać telewizję, za którą płacę?
– I korzystać z twojego Wi-Fi. Nie zapominaj, że zużywam całe twoje Wi-Fi.
Zaciska wargi w wyrazie niezadowolenia. Widzę, jak przygotowuje się do wygłoszenia kazania.
– Może twoich przyjaciół bawią takie żarty, Albercie…
Tutaj się myli.
– …ale w tym domu masz okazywać innym szacunek.
Aha, tym razem to ta przemowa. O szacunku. Opieram się o blat, krzyżuję ramiona na piersi i przygotowuję się na tyradę.
– Zasuwam jak głupi… – mówi dalej ojciec.
Znam tę gadkę na pamięć. „Żeby zapewnić ci dach na głową i mieć co do garnka włożyć”.
– …żeby zapewnić ci dach na głową i mieć co do garnka włożyć. Kiedy ja byłem w twoim wieku…
„Nie prosiłem rodziców o utrzymanie. O nie! Pracowałem w kamieniołomie w wieku zaledwie czternastu lat, usmarowany jak diabli”.
– …nie obijałem się w domu, oczekując, że rodzice będą na mnie łożyć. Miałem zaledwie czternaście lat, kiedy dostałem pierwszą pracę. To była ciężka fizyczna robota, aż jaja skręcało, w tym kamieniołomie. Wracałem do domu cały usmarowany, ale dumny, i…
„Zasługiwałem na szacunek ojca, bo sam za siebie płaciłem. Mógłbyś wyciągnąć z tego wnioski”.
– …ojciec szanował mnie, bo sam za siebie płaciłem. Na pewno nie byłem dla niego ciężarem.
Chwila, co takiego? To coś nowego.
– Jestem dla ciebie ciężarem?
– Miałem własny samochód w wieku… co? – Mruga, bo wybiłem go ze scenariusza.
– Jestem dla ciebie ciężarem?
– Oczywiście, że nie. Źle się wyraziłem. Wiesz, o co mi chodziło. – Ale coś kręci, jakby był w pełni świadom, co przed chwilą powiedział. Zerka na zegarek. – Dobra, muszę już iść. Zmiana zaczyna się o godzinie zero osiemset. Powiedz matce, że wyszedłem, ale wrócę na kolację.
Znika, trzaskając drzwiami. Matka wyłania się z pralni z pustym koszem na ubrania.
– Wyszedł już, prawda? – pyta, udając rozczarowanie.
Nie wiem, po co się trudzi, bo nie ma tu nikogo oprócz mnie, a zupełnie mnie nie obchodzi, czy mama go unika, czy nie. Poza tym pralnia jest przy kuchni – na pewno wszystko było słychać.
Chyba wyglądam na zszokowanego, bo odstawia kosz na blat i wzdycha.
– Wiesz, że nie to chciał powiedzieć, kochanie – mówi.
– Właśnie, że to.
– Nieprawda. To po prostu stara szkoła. Wiesz o tym. Tamto pokolenie tak miało.
– O nie, to on tak ma. Dupek.
– Nie nazywaj tak swojego ojca. – Mówi to jednak bez przekonania.
– Przepraszam.
– On naprawdę cię kocha.
– W takim razie w ciekawy sposób to okazuje.
– Wiem coś o tym – mamrocze. – Dziś nie pracujesz? Lepiej odpalaj wrotki, bo się spóźnisz.
Cholera, zerkam na zegarek. Tak usilnie starałem się uciec przed ojcem, że mnie uciekł czas. Spóźnienie nie wyszłoby mi na dobre, zwłaszcza biorąc pod uwagę moje dzisiejsze plany.
– Rzeczywiście, muszę już iść. – Chwytam kromkę chleba i smaruję ją pastą Marmite. Wychodząc, wołam zza progu: – Tata mówił, że wróci na podwieczorek!
– Świetnie, przygotuję najlepszą porcelanę i ogolę nogi.
Jestem prawie pewien, że to sarkazm.
Biorę rower z szopy i wpycham chleb do ust, a potem ruszam ulicą. Kocham ten rower. Ale jeździć nauczyłem się późno. Nie wiem dlaczego, ale coś mnie w tym cholernie przerażało, ku wielkiemu zniesmaczeniu mojego ojca. Jego metody nauczania polegały na tym, że wciskał mi kask na głowę i przyklejał moje stopy do pedałów czarną taśmą izolacyjną. Potem mnie popychał, a sam zostawał w miejscu, krzycząc: „Pedałuj, pedałuj, PEDAŁUJ, IDIOTO, DO JASNEJ CHOLERY!”, ja zaś z przerażeniem,cały rozchwiany, w końcu bokiem padałem na ziemię. On tylko wzdychał i zdejmował taśmę, a potem otrzepywał mi kolana i pluł na otarcia, by oczyścić je z krwi. „Nie wspominajmy o tym matce, dobra?”, mówił w drodze do domu.
W końcu wsiadłem na rower,żeby nie odstawać od innych. Wszyscy znajomi chwalili się, że mogą jeździć, dokąd chcą – zazwyczaj nad miejscowy basen, żeby gapić się na dziewczyny – a ja nie chciałem, by mnie to ominęło. Oczywiście większość moich przyjaciół teraz jeździ samochodami. I choć bardzo chciałbym mieć własne auto, żeby móc pojechać na plażę, kiedy mam na to ochotę, a nie błagać rodziców o pożyczenie samochodu, oszczędzam pieniądze na coś o wiele ważniejszego: na wyprowadzkę. Zamierzam uzbierać tyle, by móc wrócić na wybrzeże, gdzie spędziłem większość dzieciństwa i nauczyłem się surfować. Wciąż znam tam parę osób i na pewno u kogoś zahaczyłbym się z jakąś pracą. Tam, dzięki chwili wytchnienia od ojca, zaoszczędziłbym jeszcze więcej, a w końcu wyjechałbym na Bali, gdzie podobno szukają instruktorów surfingu.
Rower dostałem w zeszłym roku w prezencie od matki na osiemnaste urodziny. Martwiła się, bo stary rower już niemal całkowicie przerdzewiał, i przyśnił jej się koszmar, że się rozleciał, a ja spadłem z niego wprost pod koła samochodu. Choć był już do bani, i tak zrobiło mi się przykro, że go straciłem. Stanowił mój bilet do wolności przez ponad siedem lat.
O tej porze poranka w okolicy prawie w ogóle nie ma ruchu, więc mam dobry czas. Niebo jest szare, ale raczej nie zanosi się na deszcz. Pewnie się przejaśni i przez resztę dnia będzie świeciło słońce. Odczuwam znajomą przyjemność, którą zawsze sprawia mi przebywanie na świeżym powietrzu. Czuję się wtedy jak w domu – bardziej niż w swoich czterech ścianach. W stadninie jest tylko Deborah. Macham jej na powitanie. Jak zwykle mnie ignoruje, bo najwyraźniej nie jestem wart obracać się w jej kręgach. Stawiam rower za stajnią i witam się ze swoim ulubionym kucem – Pieguską. Czule obwąchuje moją dłoń.
– Jak leci, staruszko? – pytam ją, głaszcząc miękkie miejsce między oczami. Wiem, że to uwielbia.
Zanim trafiłem do stadniny, moje doświadczenia z koniopodobnymi ograniczały się do przejażdżki na starym ośle podczas jarmarku w wieku czterech lat. Matka mówiła, że trzymałem go za uszy i nie przestawałem płakać, gdy krążył po wybiegu. Ma nawet zdjęcie na potwierdzenie tej historii i wyciąga je zawsze, gdy ogarnia ją tęsknota za czasami, kiedy byłem dzieckiem, zwłaszcza po kilku lampkach wina. W ostatniej klasie liceum zachęcano nas do ochotniczej weekendowej pracy przez cały semestr w ramach wewnętrznego systemu motywacyjnego mającego wspierać nas w Dążeniu do Doskonałości i Wszechstronności, żebyśmy nie skończyli jako samolubne jednostki niedostosowane do życia w społeczeństwie, na które część z nas niestety miała zadatki. Większość niańczyła kotki w miejscowym oddziale Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami albo grała w karty z samotnymi staruszkami, ale mojemu przyjacielowi Connorowi i mnie się poszczęściło i trafiliśmy do stadniny.
Klasyczny przykład sytuacji „nieważne, na czym się znasz, ważne, kogo znasz”: jego mama zna kobietę o imieniu Francine, która jest tu kierowniczką. Raczej nie ucieszyła się na wieść o tym, że będzie miała na głowie dwóch nastolatków, którzy ledwie odróżniają łeb konia od jego zadu, była jednak winna przysługę mamie Connora, o którą ta się upomniała.
Po zakończeniu semestru, kiedy to mogliśmy oficjalnie stamtąd odejść, Connor skorzystał z okazji i nawet nie obejrzał się za siebie, ale ja zostałem. Ku zaskoczeniu wszystkich okazało się, że mam podejście do koni. Często wiedziałem, czego im trzeba, zanim same zdążyły się upomnieć, albo wyczuwałem, że któryś jest w złym stanie lub coś mu dolega. Poza tym lubiłem z nimi pracować. Nie oczekiwały ode mnie zbyt wiele i nigdy mnie nie oceniały. Po zakończeniu szkoły Francine zaproponowała mi płatną pracę – tak naprawdę kilka godzin za marne pieniądze, ale wykorzystałem szansę na regularny zarobek. Moje oszczędności nie rosną w takim tempie, jak się spodziewałem, więc postanowiłem poprosić Francine o dodatkowe godziny.
– Życz mi szczęścia, dziewczynko – mówię do Pieguski. Rży cicho i tupie kopytem, a potem wraca do jedzenia. Biorę głęboki wdech i pukam do drzwi biura Francine.
– Proszę! – woła.
Niektórzy nazywają ją Grubą Francine, bo jest prawie tak szeroka jak jej biurko. Ale nie ja, bo dla mnie jest całkiem miła. Chłopcy stajenni – Todd i Matt – pieprzą głupoty przy piwie, że się we mnie zabujała, ale ja w to wątpię. Wchodzę i widzę, że wygląda na uradowaną. Bukiet jaskrawych, kolorowych kwiatów z kołyszącym się w górze balonem stanowi pewną podpowiedź.
– Urodziny?
Francine przytakuje.
– Cudownie – mówię.
– Zgadnij, ile mam lat – zachęca nieśmiało.
Zamieram, bo jej pytanie momentalnie wzbudza we mnie niepokój. Nieufnie podchodzę do tej gierki. Rzadko dobrze się kończy, lecz z jakiegoś powodu kobiety wciąż ją inicjują.
– Nie mam pojęcia – mówię.
– No, zgadnij – ponagla mnie.
Robię kilka min, usiłując wymyślić jakąś odpowiedź. Obstawiam między czterdziestką a sześćdziesiątką.
– Wszystkiego najlepszego z okazji czterdziestych urodzin! – wołam, wybierając bezpieczniejszą opcję.
Mina jej rzednie.
– Mam trzydzieści osiem lat.
Cholera. Właśnie dlatego nie bawię się w takie zgadywanki.
– Żartowałem. – Uśmiecham się jak wariat. – Haha, wiedziałem, że masz trzydzieści parę. Haha. Haha.
Żadne z nas nie wierzy w te słowa.
– Chciałeś czegoś?
Zajęła się telefonem i zaczynam rozważać, czy nie powinienem wrócić później. A jednak zostaję. Chwytam swoją pewność siebie za metaforyczne jaja.
– Zastanawiałem się, czy jest szansa na kilka dodatkowych godzin.
Tym razem to ona robi dziwną minę.
– Proszę?
Francine wzdycha.
– Sama nie wiem, mamy dość ograniczone fundusze.
W takiej sytuacji zazwyczaj przepraszam, że żyję, i wychodzę. Ale te godziny są mi potrzebne.
– Ładnie proszę? – Posyłam jej najbardziej czarujący uśmiech, na jaki jestem w stanie się zdobyć.
Wzdycha. Jej podbródki się trzęsą.
– Pomyślę. Przeliczę parę rzeczy i zobaczymy, co da się zrobić.
– Dziękuję!
– Nie mogę ci obiecać pełnego etatu – przestrzega.
– W porządku. Wezmę, co się da.
– Dobrze. Przyjdź do mnie po pracy. Przygotuję ci nową umowę do przejrzenia.
– Jesteś wspaniała. Dzięki, Francine, nie pożałujesz – mówię rozpromieniony, wychodząc z biura.
Nie wygląda na przekonaną.