Bestsellerowy debiut literacki Jakuba Żulczyka. „Zrób mi jakąś krzywdę” to książka kultowa – czytana, przeżywana i cytowana. Jej nieskrępowany romantyzm i punkrockowy język niezmiennie olśniewają czytelników.


Zrób mi jakąś krzywdę„Zrób mi jakąś krzywdę” to przede wszystkim romans – historia 25-letniego Dawida i 15-letniej Kaśki, którzy pewnego letniego dnia wyruszają w szaloną podróż po Polsce.

Na swojej drodze spotkają zarówno dresiarzy, jak i bogate emerytki, świadków Jehowy, a także aktorów porno oraz pewnego chorego psychicznie prywatnego detektywa.

Podczas tej dziwacznej wyprawy oboje zostaną skonfrontowani z podstawowymi pytaniami o miłość, przyjaźń i dorosłość.

Obecnie trwają prace nad adaptacją filmową powieści.

Jakub Żulczyk (ur. 1983 r.) – pisarz, felietonista, scenarzysta. Pochodzi z Mazur, studiował w Olsztynie i Krakowie, mieszka i pracuje w Warszawie. Autor powieści: „Radio Armageddon”, „Instytut”, „Ślepnąc od świateł” i „Wzgórze psów” oraz współtwórca serialu „Belfer”. Publikował m.in. w „Polityce”, „Dzienniku” i „Playboyu”.

Jakub Żulczyk
Zrób mi jakąś krzywdę
seria: „Nowa Proza Polska”
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera: 9 maja 2018
 
 

Zrób mi jakąś krzywdę


Intro

(przewróć kartki, by ominąć)

Wydaje mi się, że tak naprawdę jestem bardzo bogatym, młodym Rosjaninem. Synem jakiegoś naftowego lorda z Syberii. Że po prostu zamówiłem sobie, w prezencie na urodziny, bardzo ekstrawagancką formę rozrywki. Zapłaciłem jakiejś nielegalnej firmie dziesiątki milionów rubli, żeby mnie uśpiono, wyprano mi umysł, zrzucono do Polski, wsadzono w kostium studenta, zaprogramowano podstawową pamięć długoterminową, a potem, jak w grze video, spuszczano na mnie torpedy coraz dziwniejszych sytuacji. Za jakiś czas obudzę się w moskiewskiej klinice, chłopcy wykonają neuronową odbudowę osobowości, i wszystko będzie tak jak dawniej. Będę mógł wsiąść do czarnego lexusa, wciągnąć koks, zjeść parę łyżek tołpygi i pojechać do najbliższego z najdroższych burdeli. I będę myślał: chłopaki, to było niezapomniane. To jedyne racjonalne wytłumaczenie dla tego, co się dzieje Teraz. Tym bardziej że to i tak bogaci Rosjanie przodują w tego typu durnych pomysłach. Płacą olbrzymie pieniądze za bycie porwanym z domu dla okupu, nie wiadomo kiedy, i dopiero pod koniec okazuje się, że to tylko zabawa, intryga jak w filmie z Douglasem. Tak. To jedyne racjonalne wytłumaczenie.
– Nie waż mi się podnosić z ziemi – ostrzega szczekający głos znad mojej głowy. Przyciskam usta do mokrej trawy. Mam nadzieję, że to już jest koniec. Mam nadzieję, że zaraz wrócę do mojego starego życia. Problem w tym, że w tej rosyjskiej firmie wycieczek wcieleniowych zamówiłem sobie chyba złą opcję.
To miała być historia drogi, rozpędzonej autostrady, wiatru, uśmiechów i potu. Ostatnia miłość w wieku niewinności, historia jak z perłowo-złotej płyty DVD, limitowana edycja życia, a nie Uprowadzenie Agaty 2 z białoruskim Dannym DeVito i gazową bronią w roli głównej, którzy właśnie mówią do ciebie:
Leżeć.
Tak tak, dokładnie dzieje się coś takiego, nade mną stoi facet, z tego co zdążyłem mu się przyjrzeć, facet o posturze kartofla, i mierzy do mnie z pistoletu, a ja mam ogromną nadzieję, że to gazówka. W ogóle, to mam olbrzymią nadzieję, że nie strzeli. Nie ze strachu przed śmiercią. Po prostu, jeśli ktoś wymyślił dla mnie taką fabułę, to nie może zakończyć jej w tak banalny sposób.
Wierz w swojego scenarzystę.
Uspokój się.
Słyszę szczęk przeładowywanej broni; ich jest kilku, to cała grupa pościgowa, stuningowane cyborgi, które przeszły już agencje ochrony, Legię Cudzoziemską i walki w klatach na Syberii.
Nawet nie wiedziałem, czym do końca się stanie ta podróż, ta historia, bałem się pogryzienia przez chorą na wściekliznę rzeczywistość, strzaskania iluzji, romantyzmu utopionego w ostatnich złotówkach, dylematach – cola czy chleb. Tego, co dzieje się teraz, co wydarzyło się przez ostatnie dwa tygodnie, nie wymyśliłby ani Adam Bahdaj, ani Oliver Stone. Powiadam wam – to koniec wszystkich rzeczy, to krojący jaźnię teledysk, polska komedia z reżyserem na psylocybach.
Pan Wiktor leży jakieś dwadzieścia metrów ode mnie, kuli się w sobie, zachowuje się jak zepsuty bąk.
Wymarzyłem sobie szybko migające lokacje, wiatr wstrzykiwany przez delikatnie otwierane szyby samochodu, otwierane coraz bardziej, aż do urywającego podstawę rdzenia kręgowego przeciągu. Cokolwiek. To miało być Bonnie & Clyde dla ubogich, skroplone szaleństwo, komiks ze mną w roli głównej. Bo gdy byłem mały, miałem lekką paranoję – wydawało mi się, że jestem bohaterem komiksu, że całość życia jest jakąś nierzeczywistą historią, że demiurgiem jest czytający, a wszystko skończy się na ostatniej stronie, z kodą miękkiego mlaśnięcia okładek. Teraz to wszystko się potwierdza. Chciałeś gry video – to masz, grę video z przeceny, ze spieprzoną grafiką, do tego rysuje się płyta, masz problemy z instalacją i momentami nawala monitor.
– Leż na ziemi – mówi do mnie wbity w kartoflany odwłok facet, ma jakieś metr sześćdziesiąt wzrostu, wskazuje we mnie metalowym palcem pistoletu. Ma garnitur, który wypadł dwadzieścia lat temu na granicy z jakiegoś malucha, schowany pomiędzy paczkami marlboro, cielistymi rajstopami a odżywkami dla niemowląt. Wygląda jak rozdeptany buldog, jakby do Polskiego Zoo zrobili figurkę kolegi Bagsika z wojska, który teraz łazi za nim ubrany w kevlar, opłacany ruską wódą. Tyle zdążyłem zauważyć.
Wyobrażam sobie urządzenia rejestrujące całe wydarzenie, chore na padaczkę cyfrowe kamery, nagrywające jak kopie w brzuch Pana Wiktora – nie można tego robić. Nie można kopać w brzuch takich ludzi, pomimo iż sam wielokrotnie miałem na to ochotę.
To miała być historia drogi, a wydarzyło się dużo więcej. Niektóre sytuacje cię przerastają, więc czasami lepiej położyć się na ziemi, a swoje dłonie na głowie, przycisnąć zamknięte oczy do mokrej trawy, zwłaszcza gdy ktoś ci każe.
Facet z pistoletem, który mówi do ciebie: leżeć.
OK, przecież leżę i nie mam zamiaru wstać i nigdzie iść.
– Gdzie ona jest? – pyta facet.
Do cholery. Kogo ona zdążyła wkurwić przez te jedenaście godzin? Łukoil? Hamas? Ministerstwo Spraw Wewnętrznych?
I gdzie ona jest? Co to za pytanie, to znaczy, znam je bardzo dobrze, krąży mi po mózgu tak intensywnie, że zablokowało mi chyba pocenie się i mruganie oczami. To ja nazywam się – Gdzie Ona Jest.
Ten facet ma głos, który wskazuje na sztucznie spowodowaną przez turnieje w paleniu popularnych i podpijaniu benzyny mutację. Inaczej do dzisiaj kwiliłby jak wykastrowany wróbel.
Słyszę jakieś wydawane do siebie nawzajem komendy, ktoś się rozgląda, czy nie jest przypadkiem nas więcej, czy to nie jest jakaś zorganizowana szajka porywaczy, jakiś anarcho-artystyczno-terrorystyczny zakon chcący wypuścić sarin na pielgrzymce papieskiej albo podłożyć bombę pod Ministerstwo Kultury. Chyba ochujaliście. Jest nas tylko dwóch, ja i pan Wiktor, jeden słabszy od drugiego, wypełnieni jedynie piwem i strachem, pozbawieni jakiejkolwiek tkanki mięśniowej. Nawet gdybyśmy mieli jakąś broń, to i tak przecież nie potrafilibyśmy jej użyć.
Najgorsze jest to, że to wszystko jest kompletnie sztuczne, dekoracyjne, udawane, jak dwóch trzynastolatków na polskim blokowisku, ubranych w koszulki NBA, rapujących: skurwysynu to jest dystrykt śmierci/jupijajej pierdolony Bronx muka faka. I próbujących miksować ze sobą dwie kasety w starym jamniku.
Najgorsze, że to w ogóle jakby się nie działo, ale to w sumie od początku był serial Na wariackich papierach, Dempsey i Makepeace. Dzikość serca w remiksie ukraińskiej telewizji publicznej. A teraz to. To jakiś sen, zaraz obudzę się we własnym łóżku i powiem sobie – czas odstawić zmieniacze czasu. To jakiś sen, zaraz obudzę się w rosyjskiej klinice neurologicznej, z tortem, szampanem i piękną kurwą zafundowaną przez kumpli z Łukoilu.
– Nieźle, kurwa, nabroiłeś – słyszę za sobą ten sam zapity, zdenaturaciały głos. Jeszcze raz próbuję ogarnąć tę sytuację. Leżę na ziemi. Ktoś mierzy do mnie z pistoletu. A przede wszystkim, po raz trzeci, do trzech razy sztuka, straciłem najważniejszą rzecz w swoim życiu. Bilans jest straszny. Odwracam głowę w lewo, Wiktor musiał dostać chyba porządnego kopa, bo nadal leży na ziemi, zwinięty w kulę z flaneli i mięsa.
Nabroiłem.
A wszystko zaczęło się od tego, że się zakochałem.
Zakochałem się jakieś dwa, trzy tygodnie temu, o trzynastej dwadzieścia.