Ewa Wanat w książce „Deutsche nasz. Reportaże berlińskie” opisuje, jak doszło do tego, że Niemcy, którzy zgotowali światu okrutną wojnę, stali się dziś jednym z najbardziej otwartych społeczeństw Europy.


Deutsche nasz. Reportaże berlińskieEwa Wanat pisze o uczeniu się tej otwartości, o blaskach i cieniach różnorodności nie tylko etnicznej czy religijnej, ale również stylów życia, postaw, wyborów.

O oswajaniu obcości, poszerzaniu normy. O nowych Niemczech, które tworzą tureccy gastrabeiterzy, ich dzieci i wnuki, dzisiejsi uchodźcy, stara polska emigracja, anarchiści, squotersi, prostytutki, geje, lesbijki i transseksualiści, a przede wszystkim sami nowi Niemcy, dla których mitem inicjacyjnym jest rewolta 68 roku.

Wanat uważa, że wielu Niemców doszło do wniosku, że otwartość na Innych może ocalić ich od tego, czego się w sobie przestraszyli, stała się lekarstwem i próbą zadośćuczynienia.

To książka o drugim życiu Niemiec po nazizmie.

Ewa Wanat (ur. w 1962 w Poznaniu) – polska dziennikarka radiowa i telewizyjna, w latach 2003–2012 redaktor naczelna radia Tok FM, a w latach 2013–2015 redaktor naczelna i dyrektor programowa Polskiego Radia RDC.

Ewa Wanat
Deutsche nasz. Reportaże berlińskie
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera: 9 maja 2018
 
 

Deutsche nasz. Reportaże berlińskie

Spis treści

WSTĘP

CZĘŚĆ I. KTOŚ CHCE Z NAMI, NIEMCAMI, ŻYĆ
HELGE
NIEMCY PATRZĄ W LUSTRO
PRZYLOTY I ODLOTY
NIE MOŻESZ TU ZOSTAĆ
DZIURY W MURZE

CZĘŚĆ II. SZANSA
WILLKOMMENSKLASSE
1600 PRZEPROSIN

CZĘŚĆ III. ZMIANA
SPROWADZALIŚMY SIŁĘ ROBOCZĄ, PRZYJECHALI LUDZIE
HUZUR ZNACZY SPOKÓJ
KAPUSTA I ŻUREK
PO 1968 NIC JUŻ NIE JEST TAKIE JAK PRZEDTEM
HEINZ i MAX

CZĘŚĆ IV. OBCA KREW

CZĘŚĆ V. INNY
KIEDY POTRZEBNA JEST MUZYKA
JAK HIPISI I PUNKI URATOWALI MIASTO
BERLIN – BURDEL-EUROPA
LUDZIE Z BLIZNAMI

CZĘŚĆ VI. HOMO VIATOR
MĘŻCZYŹNI Z ORANIENPLATZ
GWAŁCICIELE, MORDERCY, TERRORYŚCI
NIEMCY W OCZACH SYRYJCZYKÓW
DRUGIE ŻYCIE DENTYSTY
LAST MAN IN ALEPPO

CZĘŚĆ VII. NIEMCY
NIEMCY I ICH NIEMIECKIE OBOWIĄZKI
NOWE NIEMIECKIE „MY”

CZĘŚĆ VIII. POST SCRIPTUM
POLKA UJAWNIA, JAK UCHODŹCY KOLONIZUJĄ NIEMCY

WSTĘP

„Nasz kraj, z którego jeszcze pokolenie temu wyszły wojna i ludobójstwo, dziś stał się ojczyzną dla stu dziewięćdziesięciu narodowości. Wszystko jedno skąd ci ludzie pochodzą i jak tu przybyli – łodzią, przez Morze Śródziemne, czy samolotem, biznes klasą przez ocean, jako stypendyści Erasmusa, czy w ramach łączenia rodzin: wszyscy są w Niemczech u siebie. Wypełnia mnie wdzięczność i radość, bo to oznacza: lubią ten kraj, ufają temu państwu” – 2014 rok, prezydent Niemiec Joachim Gauck z okazji sześćdziesięciopięciolecia ustanowienia Ustawy Zasadniczej Niemieckiej Republiki Federalnej.
Rzeczywistość nie jest tak różowa jak w przemówieniu prezydenta. Ale wielu ludzi i historia pracują na to, by Gauck miał rację: „Powstało nowe niemieckie »My« – wspólnota różnorodności”. Słowa prezydenta zabrzmiały jeszcze mocniej rok później, kiedy Angela Merkel otworzyła granice dla miliona ludzi wędrujących bałkańskim szlakiem.
Niemcy przez ostatnie siedemdziesiąt lat przeszły długą drogę. Z kraju, który siał śmierć i zniszczenie, stały się – od Polski po Erytreę – ziemią obiecaną dla ludzi poszukujących lepszego życia.
Niemcy otworzyli się także na wewnętrznych „obcych” – wprowadzono związki partnerskie dla par homoseksualnych, potem małżeństwa, prawo do adopcji dzieci, prostytutki zyskały prawa pracownicze. W 2017 roku Sąd Najwyższy uznał oficjalnie istnienie trzeciej płci i orzekł, że dokumenty wystawiane przez instytucje państwa muszą ją uwzględniać.
W Niemczech pojęcie „wielokulturowość”, czyli słynne multikulti, zostało zastąpione w ostatnich latach pojęciem „różnorodność”. Jest dużo szersze i bliższe rzeczywistości.
Ta książka jest o tym nowym niemieckim „My”. Poszerzonym czy też na nowo zdefiniowanym przez imigrantów, gejów i lesbijki, transseksualistów i transseksualistki, prostytutki i anarchistów.
Piszę w niej nie tylko o różnorodności etnicznej czy religijnej, ale również o różnorodności stylów, postaw, wyborów. O rzeczywistości, w której współistnieją – nie bez zgrzytów i problemów – różne, często zupełnie do siebie nieprzystające światy. O otwartości na inność, oswajaniu obcości, poszerzaniu normy. O blaskach i cieniach różnorodności. Przyglądając się, jak funkcjonuje dziś niemieckie państwo i niemieckie społeczeństwo, śledząc, co Niemcy mówią i piszą, mam wrażenie, że wielu z nich uważa, że życie z Innym może ocalić ich od tego, czego się sami w sobie przestraszyli. Że otwartość na inność jest próbą zadośćuczynienia.
Tłem moich opowieści jest Berlin, choć nie tylko. Ale to w Berlinie jak w soczewce widać to „nowe niemieckie MY”. Chociaż Hamburg, Frankfurt nad Menem, Monachium czy inne duże miasta na zachodzie Niemiec wyglądają podobnie. Nieco inaczej sprawy się mają w Dreźnie czy w bawarskiej wiosce Rupprechtstegen, o której również piszę.
Zaczynałam pisać wiosną 2016, kończę jesienią 2017. Właśnie odbyły się wybory do Bundestagu. Po raz pierwszy od siedemdziesięciu lat weszła do niego skrajna populistyczna prawica. Antyimigrancka, głównie antyislamska partia AfD w ostatnich wyborach dostała 12,6 procent głosów.
To i dużo, i mało. Dużo, bo w poprzednich nie przekroczyła progu wyborczego, mało, bo kryzys uchodźczy, który tę partię uczynił atrakcyjną dla kilkunastu procent wyborców, naprawdę dotknął Niemcy, wielu ludzi przestraszył. Bardziej przestraszył mieszkańców byłej NRD – we wschodnich landach na AfD zagłosowało 22,5 procent wyborców, w zachodnich o połowę mniej – 11,1 procent, choć większość uchodźców trafiła na zachód. Również na zachodzie mieszka większość wcześniejszych imigrantów i ich potomkowie. W Saksonii, gdzie AfD uzyskała najwięcej, 27 procent głosów, jest najmniej imigrantów w całych Niemczech – zaledwie 4 procent. W Hamburgu, gdzie AfD miała najgorszy wynik – 7,8 procent, co trzeci mieszkaniec ma migranckie korzenie. Widać tu prawidłowość, którą my Polacy również znamy – im mniej obcych, tym większy przed nimi lęk. Im mniej wiemy, tym bardziej się boimy.
Dobry wynik wyborczy nacjonalistycznej prawicowej partii nie jest niemiecką specjalnością, wpisuje się w szerszy europejski trend populistycznej ofensywy.
W Niemczech jednak nabiera szczególnego znaczenia. Wielu Niemców się tego szczególnego znaczenia obawia.
Wejście skrajnej prawicy do Bundestagu pierwszy raz po drugiej wojnie światowej zmienia atmosferę w Niemczech, zmienia język debaty politycznej. Co najważniejsze – znowu wprowadza ksenofobię do głównego nurtu. Dziś wielu Niemców boi się przyszłości.
Kto wie, może opisuję świat, który odchodzi. A może wręcz przeciwnie – coś, co dopiero zaczyna powstawać.

CZĘŚĆ I

KTOŚ CHCE Z NAMI, NIEMCAMI, ŻYĆ

HELGE

1939 rok, dziesięcioletnia Helge słyszy w radiu: „W Polsce mordują niemieckie dzieci! Kiedy Polak widzi na drodze małego Niemca, specjalnie dodaje gazu, żeby go przejechać. Niemcy muszą wkroczyć do Polski, ratować niemieckie dzieci!”.
Modliła się potem, żeby weszli jak najszybciej, żeby zdążyli uratować jak najwięcej.
Urodziła się w dolnej Bawarii, w miasteczku Mengen nad Dunajem.
Wojna ich ominęła. Pamięta tylko, że na horyzoncie niebo płonęło na czerwono. Czasami słyszała wybuchy. Naloty dywanowe, najprawdopodobniej na Stuttgart. Ojciec nie lubił Hitlera i nazistów, ale się nie wychylał, zależało mu tylko na tym, żeby nie stracić pracy w szkole, wyżywić rodzinę. Zwłaszcza że ze względu na podejrzanie brzmiące nazwisko Löw wciąż musiał udowadniać, że nie jest Żydem.
Było ich sześcioro rodzeństwa, w tym jeden chłopak. Brata wcielono do wojska, wrócił ranny przed końcem wojny. Podczas alarmu bombowego leżeli w piwnicy, przed chwilą dotarła do nich wiadomość, że Hitler nie żyje. Helge westchnęła: „biedny Hitler”, brat tylko mruknął pod nosem: „ale z ciebie głupia krowa”. A skąd niby miała wiedzieć, że z Hitlerem jest coś nie tak? W szkole jedyna organizacja młodzieżowa to była Hitlerjugend, wysyłała dzieci na kolonie, organizowała zabawy, wycieczki.
Szczególnie dobrze pamięta obóz w Alpach, śpiewały piosenki o Hitlerze. I w szkole, i w Hitlerjugend mówiono im cały czas: „Hitler jest jak ojciec, poświęca się dla narodu”. Więc jak ojca go kochały.
Wszystkie gazety kontrolowało NSDAP, radio też, do małej miejscowości nad Dunajem nie docierały informacje z zewnątrz.
Miała 16 lat, kiedy wojna się skończyła. Wpadła jej w ręce gazeta wypełniona zdjęciami z Auschwitz.
– Nie mogłam w to uwierzyć – mówi.
Mengen znalazło się we francuskiej strefie okupacyjnej. Pewnego dnia do miasteczka wkroczyło wojsko francuskie.
– Pierwszy raz zobaczyłam ludzi o niebiałym kolorze skóry – opowiada. – Bałam się ich.
Miała niecałe 20 lat, kiedy została nauczycielką. Musiała iść do pracy, bo ojca, który w ostatnim roku wojny wstąpił do NSDAP, po kapitulacji zdenazyfikowano, stracił prawo wykonywania zawodu. Nie był nazistą, Helge myśli, że wstąpił do partii pod przymusem. Nigdy go o to nie zapytała. We francuskiej strefie okupacyjnej skończyła dwuletnią szkołę pogimnazjalną, zaczęła uczyć w wiejskiej szkole. Krótko po wojnie nie było żadnych książek do nauki, przedwojennych alianci zakazali. Uczyła czytać, pisać, liczyć. Sama wymyślała pomoce naukowe. Uczyła dzieci wypędzone z Prus Wschodnich. Wszystkie mówiły Hohdeutsch, literackim niemieckim, ona – tylko w dialekcie szwabskim. Prawie jej nie rozumiały.
Popracowała kilka lat, ale ciągnęło ją w świat. Czuła się pobożną katoliczką. Z kościelną misją wyjechała do Jordanii. Trzy kobiety – ona, Francuzka i Włoszka – mieszkały przez pięć lat w małej wsi niedaleko Al-Karak. Jordanki haftowały, one organizowały dystrybucję. Po to, by miejscowe kobiety mogły uniezależnić się od mężczyzn. Takie feministyczne przedsięwzięcie wspierane przez katolicki kościół z Bawarii. Jordanki były muzułmankami, ale nigdy nie rozmawiały z nimi o sprawach wiary. Ot, zwyczajnie – o dzieciach, mężach, codziennych kłopotach.
Helge czuła się tam dobrze. Nie umiałaby powiedzieć, dlaczego. Ludzie żyli jak wszędzie. Chcieli być szczęśliwi, kochali się, pracowali. Dużo czasu spędzali przed domem. Przed progiem stał piecyk, na nim zawsze dzbanek z kawą. Sąsiedzi przechodzili, zatrzymywali się, rozmawiali.
W wiosce mieszkało kilka religii – muzułmanie, chrześcijanie prawosławni, katolicy, grekokatolicy, i jeszcze inni, których już nie pamięta. Nieustająco odbywało się jakieś święto. A przy święcie zabawa, w której brała udział cała wieś. Był też obóz dla uchodźców z Palestyny. Wtedy zaczęła interesować się Palestyną.
Wybuch wojny sześciodniowej w 1967 roku zastał ją w Wielkiej Brytanii. W „The Guardian” przeczytała tytuł „Jerozolima wyzwolona!”. Strasznie ją to oburzyło: jak to wyzwolona? Zajęta, nie wyzwolona. Jest pod żydowską okupacją!
– Przyjechałam do Palestyny pierwszy raz, wciągnęłam haust powietrza i poczułam, że jestem w domu. – Uśmiecha się.
Denerwuje ją, gdy ktoś wymaga od niej, żeby opowiedziała się twardo albo po stronie Palestyńczyków, albo Żydów.
Wciąż pamięta tamten szok, gdy wzięła do rąk gazetę z fotografiami z Auschwitz. Pracuje społecznie przy różnych projektach upamiętniających ofiary Holokaustu.
Do kościoła już nie należy. Wystąpiła w latach siedemdziesiątych.
– Kościół był zawsze po stronie silnych – tłumaczy – i nie mogłam znieść tego ich patriarchatu.
W 1970 roku skończyła kurs arabskiego i zaczęła w Ammanie uczyć niemieckiego.
W tym samym roku wybuchła w Jordanii wojna domowa, tak zwany Czarny Wrzesień. Palestyńczycy próbowali utworzyć na północy kraju autonomię. Wszyscy niemieccy nauczyciele wyjechali. Helge została w Instytucie Goethego z woźnym i sekretarką. Na lekcje przychodziło coraz mniej uczniów. W dniu egzaminu nie przyszedł żaden. Wróciła do kraju jako jedna z ostatnich obywateli Niemiec.
Po szesnastu latach powrót był trudny. Wróciła do pracy w szkole. Pod koniec lat siedemdziesiątych założyła jedną z pierwszych szkół językowych w Berlinie dla dzieci gastarbeiterów, ściąganych z Turcji, które miały skończone 16 lat, więc nie obejmował ich obowiązek szkolny.
Wtedy w Berlinie miała wrażenie, że gdziekolwiek pójdzie, wyrasta na jej drodze mur, wciąż na niego wpadała, ze złości waliła w niego pięściami.
Za czasów muru (1961–89) Berlin Zachodni był małą wyspą otoczoną ze wszystkich stron przez NRD. Z zachodu można było dostać się samolotem albo autostradą, na której nie wolno się było zatrzymywać, lub pociągiem, który nigdzie po drodze nie stawał. Mieszkało tu trochę starych berlińczyków, tureccy gastarbeiterzy, studenci, artyści i młodzi faceci, którzy nie chcieli iść do wojska. Od 1956 do 2011 roku obowiązywał w Niemczech obowiązkowy pobór, tysiące młodych mężczyzn uciekało do Berlina Zachodniego, który był strefą autonomiczną, tu nie brano do wojska. Uciekinierzy często nawet nie odwiedzali rodzin czy przyjaciół w RFN, bo na granicy, w trakcie kontroli dokumentów zdarzały się aresztowania i odsyłanie do jednostki wojskowej. A przy okazji za fakt mieszkania w Berlinie Zachodnim dostawało się ośmioprocentowy dodatek do pensji.
– To było niezwykłe miasto, z niepowtarzalną atmosferą – mówi Helge. – Pełne młodzieży, pacyfistów z całych Niemiec. Najweselszy i najbardziej kolorowy był Kreuzberg ze specyficzną atmosferą wolności w zamknięciu. Ale poczucie zamknięcia było okropne. Tyle ziemi niczyjej, pusty Potsdamerplatz i wszędzie ten cholerny mur!
Dziewiątego listopada 1989 roku pojechała z klasą tureckich dzieciaków na wycieczkę nad Wannsee. Oglądali w telewizji upadek muru. Ona krzyczała z radości, uczniowie patrzyli po sobie ponuro. Wschodni Niemcy już wcześniej zaczęli pojawiać się w RFN. Uciekali przez Węgry. Kiedy o jakieś miejsce pracy ubiegał się Turek i uciekinier z NRD, dostawał je ten drugi.
Po upadku muru Berlin nagle zrobił się wielki, pojawiło się tyle nowych miejsc do spacerów! Zachwyciła się tym. Od razu zapisała się na Uniwersytet Humboldtów na pedagogikę teatralną i religioznawstwo. Właśnie skończyła 60 lat.