„Danuta Szaflarska. Jej czas” to pasjonująca opowieść biograficzna o artystce, która na stałe wpisała się do annałów historii polskiego kina i teatru.


Gabriel Michalik podjął się niełatwego zadania pokazania historii kobiety, której życiorysem można by obdarzyć kilka osób. Danuta Szaflarska, legenda polskiego filmu i teatru, w czasie siedemdziesięciosiedmioletniej kariery aktorskiej wystąpiła w blisko stu filmach, kilkudziesięciu słuchowiskach radiowych i zagrała ponad osiemdziesiąt ról w teatrze. Karierę aktorską, rozpoczętą we wrześniu 1939, zakończyła w listopadzie 2016, w wieku 101 lat. Była najdłużej pracującą i żyjącą polską aktorką. W czasie II wojny światowej występowała w teatrach podziemnych w Wilnie i Warszawie, jako łączniczka brała udział w Powstaniu Warszawskim. Występ w 1946 roku w pierwszym polskim powojennym filmie pełnometrażowym – „Zakazane piosenki” Leonarda Buczkowskiego i w zrealizowanej przez tego samego reżysera w 1948 roku komedii „Skarb” ugruntowała pozycję Szaflarskiej jako najpopularniejszej polskiej aktorki filmowej owych czasów.

Późniejsze lata w życiu artystki wypełnione były pracą nad licznymi rolami teatralnymi i filmowymi, choć żadna nie przyniosła jej rozgłosu równego tym dwóm. Być może sporo w tym udziału samej Szaflarskiej, która prowadziła życie skromne, w cieniu, niechętnie udzielała wywiadów i nie była uczestniczką skandali towarzyskich. Paradoksalnie, dopiero ostatnie lata życia okazały się triumfem umiejętności, życiowej werwy i przykładem aktywności zawodowej nie podlegającej w tym przypadku ograniczeniom związanym z wiekiem.

Gabriel Michalik opowiada o życiu Danuty Szaflarskiej począwszy od dzieciństwa spędzonego w Kosarzyskach koło Piwnicznej. Omawia lata nauki szkolnej w Nowym Sączu i pierwsze próby występów teatralnych, studia aktorskie w Warszawie, aż po działalność w okresie stanu wojennego i triumfalny powrót do filmu i teatru w ostatnich latach życia. Autor poszukuje odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób ta niepozorna dziewczyna z małopolskiej wsi stała się niekwestionowaną gwiazdą, która pomimo przeciwności potrafiła iść do przodu z uśmiechem. Michalik przedstawia jej radość życia, poczucie humoru i dystans do wielu sytuacji, szczęście, które sprzyjało artystce w najtrudniejszych chwilach, siłę i niesamowitą energię, przykłady, jak mimo wieku można być wciąż młodą duchem.

gwiazda powojennego polskiego kina, aktorka ceniona i o ugruntowanym dorobku, rozwinęła swój kunszt najpełniej w okolicach dziewięćdziesiątki

Z cytowanych przez Michalika wspomnień osób, które poznały Danutę Szaflarską na różnych etapach jej życia wyłania się obraz kobiety pewnej siebie, bezpośredniej, niekiedy nawet bezczelnej, nie stroniącej od ciętych ripost, ale przede wszystkim przyciągającej ludzi swoim wewnętrznym ciepłem. Optymizm, wielka ciekawość świata, odwaga i skromność – te cechy uznaje za najbardziej znamienne dla Danuty Szaflarskiej reżyserka Dorota Kędzierzawska, w której filmach „Pora umierać” i „Inny świat” aktorka wystąpiła w ostatnich latach życiach. Ten drugi to filmowy portret Szaflarskiej, w którym artystka po raz pierwszy szerzej opowiedziała o swoim życiu. Dorota Kędzierzawska tak skomentowała młodzieńczy wigor aktorki: „Pani Danuta ma w żyłach góralską krew, w związku z tym jest osobą bardzo twardą. Wielką rolę odgrywa także charakterystyczna dla niej niesamowita pogoda ducha, z którą chyba trzeba się urodzić”.

Gabriel Michalik podsumowując losy Danuty Szaflarskiej, zwraca uwagę, że gwiazda powojennego polskiego kina, aktorka ceniona i o ugruntowanym dorobku, rozwinęła swój kunszt najpełniej w okolicach dziewięćdziesiątki, będąc żywym przykładem tego, że nie metrykalny wiek się liczy i że role starych kobiet też mogą wzruszać, będąc afirmacją życia. „Póki życia, póty nadziei. I póki nadziei – póty życia” – pisze autor. Nikodem Maraszkiewicz

Gabriel Michalik, Danuta Szaflarska. Jej czas,Wydawnictwo Agora, Premiera: 7 czerwca 2018
 
 

Gabriel Michalik
Danuta Szaflarska. Jej czas
Wydawnictwo Agora
Premiera: 7 czerwca 2018
 

U progu I wojny światowej Kazimierz Malewicz, rosyjski malarz o polskich korzeniach, namalował Czarny kwadrat na białym tle, płótno, które zapewniło mu później miejsce w historii sztuki. Obraz określił mianem ikony. W tradycji prawosławnej ikona ma podobne znaczenie jak Pismo Święte. Ono stanowi słowo Boga, a ikona to okno na transcendencję, przez które malarz natchniony przez Ducha Świętego ukazuje wieczny, trwający poza czasem – bez dzisiaj i bez wczoraj – świat Boga. W prawosławnym domu wiesza się ikonę w zachodnim kącie izby, naprzeciw wejścia. Pali się przy niej lampada, a samo miejsce określa się jako krasnyj ugoł – czerwony kąt, przy czym krasnyj pochodzi tu z czasów, kiedy jeszcze znaczył zarazem i „czerwony”, i „piękny”. W takim właśnie kącie sali galerii w Piotrogrodzie Malewicz zawiesił swoją ikonę w roku 1915.
Gdy więc na świat przychodziła Danuta Szaflarska, u Pana Boga było ciemno i pusto.

Rozdział 1.

Łatwiej iść boso

Rynek w Piwnicznej sto lat temu okolony był kasztanowcami. Dzisiaj już ich nie ma, a w takt gwałtownego rozwoju motoryzacji rynek z roku na rok traci sens. W ogródkach zacisznych niegdyś kawiarenek usiedzieć zdoła tylko ten, kto zerwie kontakt z rzeczywistością. Są tacy. Nawet w noworuskim dzisiaj Zakopanem widuje się pomyleńców, którzy przyjeżdżają tam śladami Micińskiego i Witkacego. W Piwnicznej człowiek żyjący czasem przeszłym, czyli epoką, gdy rynek był rynkiem, a nie skrzyżowaniem szos nasycanym bezustannie kłębami spalin, siada naprzeciwko mnie w ogródku cukierni Magdalenka. Samochody warczą, z trudem wspinając się przelotową ulicą Jana Daszyńskiego. Czy to z północy, czy z południa do rynku w Piwnicznej zawsze bowiem jest pod górę. Pod górę też wspinały się sto lat temu bose kobiety z przysiółka Kosarzyska. Dopiero na płycie rynku zakładały sznurowane trzewiki kupowane raz na całe życie. I biegły do kościoła.
Zziajane od wspinaczki samochody mijają się dwa metry od stolika Magdalenki, przy którym pod akompaniament dziesiątki silników samochodowych słucham o dziejach Piwnicznej. Że rozpoczął je dekret Kazimierza Wielkiego z 1348 roku, że były trudne, bo pogranicze, góry i przyroda surowa. Że ludzie tu silni, jak zima. A zima mroźna. No i że właśnie w tym mieście 6 lutego 1915 roku, pół mili pocztowej od rynku, w przysiółku Kosarzyska nad potokiem Czercz, w rodzinie kierownika miejscowej szkoły Aleksandra Szaflarskiego i jego żony Wandy z Karmańskich, nauczycielki, urodziła się druga córka.
Sama zainteresowana tak referowała ów moment: – Byłam trochę przyduszona, nie odzywałam się. Położna, wiejska kobieta, trzasnęła mnie w tyłek. I zaczęłam wrzeszczeć![1].

* * *

Kasztanowce kwitły na biało i na różowo.
W październiku gubiły liście, a z ich stert dzieci wygrzebywały kasztany.
Wczesną jesienią 1915 roku (Danusia miała niewiele ponad pół roku i wiodła beztroskie życie oseska w kołysce) na rynek przygnano ludzi.
Nie znam ich nazwisk. Imiona zaś mogły być na przykład takie: Ambrozij, Epifaniusz, Jewgienij, Łukacz, Sztefan, Wołodymyr… Określa się ich dzisiaj jako Łemków. Etnonim, począwszy od połowy XIX wieku, zakorzeniał się w literaturze naukowej, aby potem przeniknąć do świadomości członków tego niewielkiego narodu, który oficjalna nomenklatura pozwala nazywać co najwyżej grupą etniczną. Tamci ludzie na rynku myśleli jednak o sobie zapewne jako o Rusinach czy Rusnakach. Ich dziadowie powiedzieliby: „my – tutejsi”. Dopiero bowiem w dwudziestoleciu międzywojennym łemkowska elita utożsamiła się z etnonimem, co znalazło wyraz w tytułach czasopism – tygodnika „Nasz Łemko”, gazety ludowej „Łemko” i innych wydawanych okazjonalnie w II Rzeczypospolitej.
Żyli w okolicach Piwnicznej od XIV wieku. Wyznawali prawosławie lub grekokatolicyzm, w istocie zresztą mało który z nich zdawał sobie sprawę z tego, że Cerkiew unicka i moskiewska to dwa różne wyznania. Uchodzili za świetnych rzemieślników i dobrych gospodarzy. Schodzili z gór na jarmarki, aby sprzedać naczynia własnego wyrobu, tkaniny i krywulki, łemkowską biżuterią wykonaną z misternie nanizanych koralików.
Pod austriackim zaborem, zwłaszcza pod koniec XIX wieku, żyło im się całkiem znośnie. Wiedeń traktował ich jako użyteczną przeciwwagę dla żywiołu polskiego.
Dobre czasy skończyły się jednak wraz z rozbudzeniem namiętności pomiędzy europejskimi imperiami u progu I wojny światowej. Austriacy uznali Łemków za potencjalnych sojuszników Imperium Rosyjskiego. Sporządzono „Listę Rusinów” wymieniającą osoby podejrzane o sprzyjanie Rosji. Znaleźli się na niej przedstawiciele łemkowskiej elity, a więc przede wszystkim nauczyciele ludowi i duchowieństwo. Zaczęły się aresztowania. Do obozu w Talerhofie koło Grazu deportowano około pięciu tysięcy Łemków[2]. Zginęła tam prawie cała inteligencja tego narodu.
W 1915 roku obóz w Talerhofie działał już pełną parą, ale w okolicach Piwnicznej Łemków wciąż było sporo. Rosjanie raz po raz zbliżali się do miasta. Ewakuowano cesarsko-królewską administrację, władzę przejęło wojsko. Na przedmieścia wpadały czoty[3] kozackie. Przy każdym wypadzie ponosiły jednak znaczne straty. Piwnicznej bronił jeden oddział. Raczej z nazwy niż z uzbrojenia był to oddział artylerii. Ale wyposażono go w pojedyncze działo, które w zupełności wystarczyło, aby przez kolejne dni Piwniczna pozostawała dla Kozaków niezdobytą twierdzą. Czota podchodziła, a Austriacy ostrzeliwali ją z działa i Kozacy uciekali w rozproszeniu, pozostawiając rannych i zabitych. To był dopiero początek Wielkiej Wojny. Okrucieństwo, podłość i gotowość ulegania najniższym instynktom nie były jeszcze postawami najbardziej pożądanymi, więc po oddaleniu się Kozaków polscy sanitariusze znosili rannych nieprzyjaciół do zaimprowizowanego naprędce lazaretu, a zabitych grzebali.
Podobno Kozacy zwrócili się do Łemków, aby ci przeprowadzili ich pod osłoną nocy przez Poprad, z ominięciem przyczółka artylerii. Czy istotnie doszło do ustaleń pomiędzy Kozakami a Łemkami, nie wiadomo. Na pewno jednak Austriacy potraktowali zagrożenie poważnie i postanowili terrorem zdusić je w zarodku. Wyprawili się do rusińskich wsi przebrani w mundury zdjęte z zabitych Kozaków. Mówiło się, że na cześć wkraczających Kozaków Łemkowie przystrajali bramy kwiatami. Teraz Austriacy zebrali pełne składy rad wiejskich – bogatych gospodarzy, nauczycieli, popów – i pognali ich na rynek w Piwnicznej.
Rozkaz powieszenia Łemków wydał austriacki oficer. Podobno nosił polskie nazwisko, choć jakie – nikt już nie pamięta.
W pieśni piwniczańskiego barda Józefa Broniszewskiego, która przechowała te zdarzenia dla następnych pokoleń, nie ma śladu ani po tym nazwisku, ani po kasztanach. Te ostatnie dobrze jednak zapamiętała czteroletnia wówczas Maria Lebdowicz, babcia Wojciecha Gruceli, pasjonata miejscowej historii, która przyglądała się kaźni. Na podstawie jej wspomnień zachowanych przez wnuka i na podstawie czegoś, co można by nazwać legendą miejską, gdyby nie to, że Łemkowie, szubienica, stryczki i kasztany były naprawdę, rekonstruuję teraz przebieg zdarzeń.
Przez tłum gapiów przedarły się żony i matki mordowanych.
Wszystko trwało bardzo krótko; granica między śmiercią a życiem to mgnienie. Czas w takich wypadkach się zatrzymuje. Czas dotyczy tego, co było i co będzie, chwila teraźniejsza zaś, jak wiele razy będę miał okazję się przekonać, zbierając rozsypane po ludziach fragmenty opowieści o czasach Danuty Szaflarskiej, jest poza czasem, takim, jak go potocznie pojmujemy. Znaczy tyle, co wieczność. Moment konania mężów i synów, rozpacz zdjętych bólem kobiet można sobie przedstawić jak chwilę zatrzymaną w kadrze.
Gdy czas znowu ruszył, kobiety błagały Austriaków o wydanie zwłok. Odmówiono im. Nazajutrz też. I następnego dnia. Tkwiły więc na rynku i czekały na ciała mężów. Im dłużej jednak stały, tym bardziej ich rozpacz przeradzała się w żądzę zemsty. Ktoś usłyszał od jednej z łemkowskich matek: „Shorem was[4], psubraty”.
Zarządzono całodobowe warty straży pożarnej, więc miasto nie spłonęło. Ciała Łemków wisiały nadal. Kobiety stały na rynku.
Po wyjściu Austriaków polski burmistrz pozwolił kobietom na urządzenie pochówku, z zastrzeżeniem, że może się on odbyć tylko nocą i że ciała straconych nie zostaną pochowane na cmentarzu. Dziś już nikt nie pamięta, gdzie leżą Łemkowie zamordowani w 1915 roku. Nic o tym nie wie też Zarząd Główny Zjednoczenia Łemków.
Wiadomo natomiast całkiem dobrze, co się stało z kasztanowcami. Uschły.
Suche drzewa wycięto już w wolnej Polsce. Mówi się, że umierały wraz z Łemkami. Mówi się też, że drzewa uschły, gdyż miejsce kaźni przeklął powieszony dla szczególnego udręczenia głową w dół łemkowski pop.

* * *

Mając na względzie wszystko to, co działo się przez następne sto z górą lat, tamten klaps z 6 lutego 1915 roku wydaje się adekwatnym powitaniem Danuty Szaflarskiej w kręgu żywych.
W czasie chrztu ksiądz kanonik Jan Dagnan, proboszcz piwniczańskiej parafii pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, a od 1899 roku także honorowy obywatel miasta, orzekł, że imię Danuta, jakkolwiek przecież wywodzi się od łacińskiego słowa donata, czyli darowana [w domyśle – przez bogów lub Boga], nie zapewni dziecku odpowiedniej protekcji świętych. Dlatego autorytatywnie zdecydował, że pierwsze imię pochodzić ma od solidnej patronki, za taką zaś uznał świętą Zofię Rzymską, męczennicę z II wieku. Po latach ta zamiana imion stała się źródłem rozlicznych niewygód i utrapień Danuty Szaflarskiej, według dokumentów – Zofii Danuty, do czasu aż administracyjnie usunięto z jej dokumentów ową niechcianą Zofię.
W metryce była zresztą jeszcze jedna rzecz do poprawienia – data urodzenia. 6 lutego wypada świętej Doroty, co nie budziło na Kosarzyskach dobrych skojarzeń. We wsi mieszkała bowiem „głupia Dorota”, jak ją nazywali miejscowi, bądź, jak precyzowali państwo Szaflarscy, „nienormalna Dorota”.
W czym dokładnie zawierało się odstępstwo Doroty od normy, dzisiaj już nie wiadomo. („Nienormalna pod każdym względem”[5] – sto lat później wyjaśniała, nic nie wyjaśniając, Danuta Szaflarska). W każdym razie w czymś, czego sprowadzenia na własne dziecko państwo Szaflarscy nie chcieli zaryzykować. W efekcie w metryce wpisano, że Zofia Danuta Szaflarska urodziła się 19 lutego. Dopiero po latach to sprostowała.

* * *

Szaflarscy, choć Aleksander był góralem z dziada pradziada, nie pochodzili z Piwnicznej. Jak wiadomo, górale dzielą społeczność na pnioki, krzoki i ptoki. W Piwnicznej Szaflarscy należeli do tej trzeciej kategorii.
Dziadek pani Danuty ze strony ojca, Andrzej Szaflarski, przyszedł na świat w Chochołowie, w rodzinie zasiedziałej, jednej z możniejszych, sołtysiej. Zdobył wykształcenie, został nauczycielem ludowym i porzucił Chochołów dla miasta. Osiadł w Tymbarku[6]. Tam z małżeństwa z Anną Sebastyańską 18 grudnia 1884 roku urodził mu się syn Aleksander, późniejszy ojciec Danuty.
Ród Szaflarskich wywodzi się z Szaflar. Sama pani Danuta niezbyt trafnie tłumaczyła, że to nie nazwisko pochodzi od nazwy miejscowości, ale przeciwnie – że to Szaflarscy obdarzyli wieś swoim nazwiskiem. Było jednak odwrotnie.
Szaflarscy to jedna z najstarszych rodzin w Szaflarach, ale nazwa wsi nie od nich pochodzi, ale jest świadectwem niemieckiego osadnictwa z czasów średniowiecza. Być może powstała od staroniemieckiego rzeczownika Schafler, czyli bednarz, lub – co bardziej prawdopodobne – od słowa Schafflare oznaczającego owczarzy. Lud to był bowiem pasterski, zamieszkujący u podnóży zamku wzniesionego na wapiennej skale na brzegu Dunajca. Zamek przez wieki przechodził z rąk do rąk, choć nominalnym właścicielem pozostawało długo opactwo cystersów. Odległość od Szczyrzyca, głównej siedziby mnichów, dzisiaj niewielka, niespełna sześćdziesiąt kilometrów, w średniowieczu znaczyła tyle co półtora dnia drogi. Nie mogąc więc bezpośrednio sprawować stałej pieczy nad zamkiem, cystersi oddawali go w dzierżawę. Ostatni w dziejach dzierżawca, nawrócony na chrześcijaństwo Żyd, urządził w twierdzy dochodowe przedsiębiorstwo: mennicę bijącą fałszywe monety. Historiografia ostrożnie podaje, że bez wiedzy zakonników. Proceder doprowadził do zbrojnej interwencji Ludwika Andegaweńskiego. Monarcha polecił zamek zdobyć i splądrować.
W efekcie zniszczoną fortecę i wieś włączono do dóbr królewskich, a zamek to odbudowywano i rozbudowywano, to pozwalano mu niszczeć. W każdym razie Szaflarscy z poddanych cysterskich stali się mieszkańcami królewszczyzny. Ostatecznie zamek popadł w ruinę w początkach wieku XVI. Dziś pozostał zeń jedynie kawałek muru, który w czasach okupacji hitlerowskiej rozpalał wyobraźnię niemieckich archeologów starających się wykazać aryjską proweniencję i zamku, i górali, nazwanych Goralenvolk, przy czym wychodzono ze słusznego skądinąd założenia, że owego kawałka muru, świadectwa dumnej przeszłości, nie mogli wznieść „podludzie”.
Większość Szaflarskich trzymała się rodowego gniazda, niektórzy przenosili się do sąsiednich wsi w obrębie Podhala, do Chochołowa, Zębu, Poronina, Czarnego Dunajca i Białego Dunajca. Nazwisko nadal jest jednym z najczęściej spotykanych i w Szaflarach, i w nieodległym Nowym Targu.
Aleksander Szaflarski poszedł w ślady ojca. Ukończył seminarium nauczycielskie i około 1910 roku, podobno przypadkiem i bez wcześniejszego namysłu, zjechał do Piwnicznej, gdzie powierzono mu posadę nauczyciela ludowego w szkole na Kosarzyskach. Posada, owszem, była, lecz sama szkoła istniała tylko, jak to się dzisiaj mówi, teoretycznie. Przez poprzednie dwa lata, gdy jeszcze nazwy nie było, nauczanie odbywało się w tak zwanej klasie eksponowanej szkoły w Piwnicznej, czyli w wynajętej od gospodarzy izbie.
Do Kosarzysk wysłano też pochodzącą z Krakowa nauczycielkę Wandę Karmańską, rówieśnicę Aleksandra (starszą raptem o kilka miesięcy), piękną kobietę o romantycznej przeszłości.
Miała za sobą trzy lata studiów polonistycznych na Uniwersytecie Jagiellońskim, walkę z ojcem[7] o prawo do przerwania nauki gry na fortepianie (zaplanował on bowiem wysłanie Wandy do konserwatorium muzycznego w Wiedniu) i złamane serce. Można spróbować zrekonstruować porachunki córki z ojcem następująco: w odwecie za zakaz poślubienia nieznanego nam już dzisiaj ani z imienia, ani z nazwiska, ani nawet z pochodzenia ukochanego Wanda odmówiła wyjazdu do Wiednia, w odpowiedzi na co ojciec zaprzestał finansowania jej studiów w Krakowie. Nie poskromił tym jednak samodzielności córki. Rzuciła uczelnię, wyjechała do Nowego Sącza i sama zarabiała na chleb, dając lekcje niemieckiego w szkole ewangelickiej. Szybko jednak porzuciła Nowy Sącz i jeszcze przed przybyciem Aleksandra znalazła się w gronie pedagogicznym szkoły w Piwnicznej jako owa nauczycielka „klasy eksponowanej” na Kosarzyskach, czyli misjonarz oświaty w najbardziej głuchym z głuchych przysiółku, w którym analfabetyzm był równie powszechny jak wiara w gusła.
Gdy zaangażowano Aleksandra, „klasa” stała się szkołą, Aleksander – kierownikiem, a oboje nauczycielstwo parą zakochanych. Tym razem Wanda zapewne nie pytała już ojca o zgodę na zamążpójście. Szaflarscy pobrali się w 1911 i zamieszkali „na komornym” u rodziny Karszniewiczów, przez wiele późniejszych lat zaprzyjaźnionych z dawnymi lokatorami. Państwo Szaflarscy dołączyli do wąziutkiej wiejskiej elity, którą wcześniej jednoosobowo stanowił leśniczy przezywany przez miejscowych „Panem Dzikiem” z powodu oryginalnej urody, cech służbisty i posępnego oblicza.
W tym to cudzym domu w 1912 roku urodziła się ich pierwsza córka, Irena, a trzy lata później owa Zofia Danuta, zwana Danusią. Jak niesłychanie popularny wówczas batonik czekoladowy z krakowskiej fabryki cukierniczej Adama Piaseckiego nazwany tak czy to dla upamiętnienia Sienkiewiczowskiej Danusi Jurandówny z Krzyżaków, czy też, jak zapewnia obecny producent, miłości Piaseckiego do pewnej Danusi, zawijaczki karmelków. Niezależnie od genezy nazwy batonika maleńka Danusia Szaflarska pochłaniała z apetytem czekoladowe imienniczki, ważną konkurencję dla pajdy domowego chleba z miodem, i nieodmiennie z nimi właśnie kojarzyła swoje imię. W tej sytuacji wiadoma nam już decyzja kanonika Dagnana nie mogła budzić aprobaty dziewczynki jako akt przerwania więzi z ulubionym łakociem, czym znacznie później dorosła już Danuta objaśniała żartobliwie swój dość długo trwający antyklerykalizm, a nawet porzucenie na znaczną część życia wiary i Kościoła.