„Skorumpowani” to przenikliwy opis miasta i portret uwikłanych w nieczyste interesy ludzi stojących nad otchłanią. To także pasjonująca analiza amerykańskiego społeczeństwa i najgroźniejszych wyzwań naszych czasów.


SkorumpowaniZawsze wiemy, jak coś się zaczęło, ale nigdy nie możemy przewidzieć, jak się skończy.

Denny Malone nie ma wielkich marzeń, chce po prostu być dobrym gliną. Nazywany królem północnego Manhattanu, wielokrotnie nagradzany nowojorski sierżant policji, jest rzeczywistym dowódcą grupy Da Force. To najlepsi z najlepszych, najbystrzejsi i najbardziej bezwzględni funkcjonariusze, elitarny zespół o nieograniczonych uprawnieniach, powołany do zwalczania gangów, handlu narkotykami i bronią.

Przez osiemnaście lat służby, dniem i nocą, Malone, zawsze na pierwszej linii, widział zbyt wiele. Bestialsko okaleczeni ludzie, zmasakrowane zwłoki, przerażeni świadkowie to jego codzienność. Służył i chronił, jak najlepiej potrafił, w mieście zbudowanym na wybujałych ambicjach i korupcji.

Tylko nieliczni wiedzą, że Denny Malone ma brudne ręce. Wraz z kolegami ukradł kilka milionów dolarów – w narkotykach i gotówce – zdobytych podczas największego policyjnego nalotu w historii Nowego Jorku.

Teraz Malone znalazł się w sytuacji bez wyjścia, coraz mocniej naciskany przez agentów federalnych, rozdarty między poczuciem zawodowej odpowiedzialności i lojalnością wobec kolegów, rodziny i ukochanej kobiety. Chce wyjść z tej historii cało, ocalić ciało i duszę, ale w mieście wstrząsanym kolejnymi gwałtownymi zamieszkami na tle rasowym nikt nie jest bezpieczny…

Don Winslow
Skorumpowani
Przekład: Alina Patkowska
Wydawnictwo HarperCollins Polska
Premiera: 27 września 2017
 
 

Skorumpowani


OSTATNI

Denny Malone był ostatnim człowiekiem na świecie, o którym ktokolwiek mógłby sądzić, że skończy w Metropolitan Correctional Center, federalnym więzieniu przy Park Row.
Nowojorczycy prędzej spodziewaliby się zobaczyć za kratkami burmistrza, prezydenta Stanów Zjednoczonych i papieża, niż detektywa pierwszego stopnia Dennisa Johna Malone’a.
Gliniarz bohater, syn gliniarza bohatera.
Sierżant, weteran najbardziej elitarnej jednostki nowojorskiej policji – NYPD:
The Manhattan North Special Task Force, czyli Jednostki Specjalnej Manhattan Północ.
A przede wszystkim facet, który wie, gdzie są ukryte wszystkie szkielety, bo połowę z nich sam tam pochował.
Malone, Russo, Billy O, Big Monty i pozostali podporządkowali sobie ulice i rządzili nimi jak królowie. Zaprowadzili na nich bezpieczeństwo, żeby mogli tam żyć przyzwoici ludzie. To była ich praca, pasja i miłość, a jeśli czasem trzeba było manewrować na granicy boiska i nieco posmarować piłkę, to właśnie robili.
Ludzie nie mają pojęcia, czego wymaga zapewnienie im bezpieczeństwa, i lepiej, że nie wiedzą.
Może wydaje im się, że chcieliby wiedzieć, może mówią, że chcieliby wiedzieć, ale wcale nie chcą.
Malone i Task Force to nie byli pierwsi z brzegu gliniarze. Facetów w niebieskich mundurkach jest trzydzieści osiem tysięcy. Denny Malone i jego ludzie należeli do jednego procenta z jednego procenta z jednego procenta. Byli najbystrzejsi, najtwardsi, najszybsi, najdzielniejsi, najlepsi i najgorsi.
Special Task Force. Jednostka Specjalna Manhattan Północ. Da Force.
Da Force przenikała miasto jak zimny, ostry wicher, omiatała ulice i zaułki, boiska, parki i osiedla, zgarniając z nich śmieci i brud, drapieżna burza przepędzająca drapieżniki.
Silny wiatr wpada w każdą szczelinę, przelatuje przez każdą klatkę schodową na osiedlach, przez fabryki heroiny w kamienicach, zaplecza klubów, apartamentowce nowobogackich i penthouse’y, gdzie mieszkają stare pieniądze. Od Columbus Circle do Henry Hudson Bridge, od Riverside Parku do Harlem River, na całej długości Broadwayu i Amsterdam Avenue, na Lenox i w St. Nicholas, na numerowanych ulicach Upper West Side, Harlemu, Washington Heights i Inwood, jeśli gdziekolwiek tam istniała tajemnica, o której ludzie z Da Force jeszcze nie wiedzieli, to tylko dlatego, że nikt jeszcze o niej nie szeptał ani nawet nie myślał.
Handel bronią i narkotykami, żywym i kradzionym towarem, gwałty, napady i rozboje, przestępstwa omawiane po angielsku, hiszpańsku, francusku, rosyjsku nad sałatką z kapusty, duszonym kurczakiem, wieprzowiną z grilla, spaghetti marinara czy wykwintnymi daniami w pięciogwiazdkowych restauracjach w mieście stworzonym z grzechu i dla zysku.
Da Force uderzała w to wszystko, ale szczególnie w broń i narkotyki, bo broń zabija, a narkotyki skłaniają do zabijania.
A teraz Malone siedzi pod kluczem i wiatr ucichł, ale wszyscy wiedzą, że to oko cyklonu, martwa cisza, która nadchodzi przed najgorszym uderzeniem. Denny Malone w rękach federalnych? Nie Biura Spraw Wewnętrznych, nie prokuratorów stanowych, ale federalnych, gdzie nie może go dosięgnąć nikt z miasta?
Wszyscy przywarowali, zesrali się w portki i czekają na to uderzenie, na to tsunami, bo to, co wie Malone, może zdmuchnąć ze stołków komendantów, szefów, a nawet komisarza. Może wsypać prokuratorów, sędziów – cholera, może nawet podać federalnym na przysłowiowej srebrnej tacy burmistrza z przystawką w postaci co najmniej jednego kongresmena i paru miliarderów, którzy dorobili się na nieruchomościach.
Gdy się więc rozniosło, że Malone siedzi w MCC, ludzie w oku cyklonu wystraszyli się, bardzo się wystraszyli i zaczęli szukać schronienia, choć nic się jeszcze nie działo i choć wiedzieli, że nie ma murów tak wysokich ani piwnic tak głębokich – ani w głównym sztabie policji, ani w budynku Sądów Kryminalnych, ani nawet w Gracie Mansion czy w pałacach na szczytach wieżowców przy Piątej Alei i po południowej stronie Central Parku – żeby zapewnić im bezpieczeństwo przed tym, co Denny Malone ma w głowie.
Jeśli Malone zechce pociągnąć za sobą całe miasto, jest w stanie to zrobić.
Ale z drugiej strony nikt nigdy nie był bezpieczny przed Malone’em i jego ekipą.
Ludzie Malone’a trafiali na nagłówki – pisano o nich w Daily News, Post, mówiono na kanałach siódmym, czwartym i drugim, poświęcano im filmy o jedenastej. Byli rozpoznawani na ulicach, burmistrz znał ich nazwiska, dostawali darmowe wejściówki do Madison Square Garden, Meadowlands, na stadiony Yankee i Shea, w każdej restauracji, barze i klubie traktowano ich jak rodzinę królewską.
A Denny Malone był bezdyskusyjnym przywódcą tego stada samców alfa.
Gdy wchodził do jakiegokolwiek komisariatu w mieście, mundurowi i nowicjusze zatrzymywali się i gapili na niego, porucznicy kiwali mu głowami, nawet kapitanowie wiedzieli, że nie należy mu nadeptywać na odcisk.
Zasłużył sobie na ich szacunek.
Oprócz wszystkich innych spraw (może chcecie pogadać o rozbojach, którym zapobiegł? O tym, jak został postrzelony? O chłopaku zakładniku, którego ocalił? O nalotach, aresztowaniach, wyrokach?) Malone i jego oddział przejęli jednorazowo największą ilość narkotyków w historii Nowego Jorku.
Pięćdziesiąt kilo heroiny.
Dominikańczyk, który nią handlował, zginął.
A także policjant bohater.
Oddział Malone’a złożył swojego towarzysza do ziemi – przy dźwięku dud, ze zwiniętą flagą i z czarnymi przepaskami na odznakach – i szybko wrócił do pracy, bo dilerzy, gangi, rabusie, gwałciciele i mafia nie biorą sobie wolnego, żeby przeżyć żałobę. Trzeba zapewnić bezpieczeństwo na ulicach, trzeba być na tych ulicach dniem i nocą, w weekendy, wakacje i święta, nieważne jak długo, a żony przecież wiedziały, na co się piszą, dzieci też w końcu zrozumieją, że tatuś zajmuje się zamykaniem złych facetów za kratki.
Ale teraz to on znalazł się w klatce. Malone siedzi na stalowej ławce w celi aresztu tak samo jak śmieci, które zwykle tu zamykał, schylony, z głową ukrytą w rękach, i martwi się o swoich partnerów, swoich braci z Da Force, i o to, co się z nimi stanie, gdy on wpakował ich po szyję w gówno.
Martwi się o swoją rodzinę – o żonę, która się na to nie pisała, o dwoje dzieci, syna i córkę, którzy są jeszcze za mali, żeby zrozumieć, ale kiedy podrosną, nigdy mu nie wybaczą, że musiały dorastać bez ojca.
I jest jeszcze Claudette.
Popieprzona na swój własny sposób.
Zależna od niego, potrzebuje go, a jego przy niej nie będzie.
Nie będzie go przy niej ani przy nikim innym. Malone nie ma pojęcia, co się stanie z ludźmi, których kocha.
Ściana, na którą się gapi, nie potrafi mu wyjaśnić, jak się tu znalazł.
Nie, pieprzyć to, myśli Malone. Przynajmniej bądź ze sobą szczery, myśli, gdy tak siedzi, nie mając przed sobą niczego oprócz czasu.
W końcu powiedz sobie prawdę.
Doskonale wiesz, jak się tu znalazłeś.
Krok po pierdolonym kroku.
W naszym końcu jest nasz początek, ale nie na odwrót.
Gdy Malone był dzieckiem, zakonnice uczyły go, że jeszcze przed naszym urodzeniem Bóg i tylko Bóg znał dni naszego życia i dzień naszej śmierci i wiedział, kim i czym się staniemy.
Szkoda, kurwa, że nie podzielił się tą wiedzą ze mną, kołatało mu w głowie. Kurwa, szkoda, że nie powiedział ani słowa, nie dał mi żadnej wskazówki, nie sypnął się, nie doniósł na mnie do mnie samego. Że nie powiedział mi nic, ani słowa, na przykład coś takiego:
– Hej, gnojku, skręciłeś w lewo, a przecież trzeba było skręcić w prawo.
Ale nie. Nic z tych rzeczy.
Po tym wszystkim, co widział, Malone nie jest wielkim fanem Boga i domyśla się, że to uczucie jest odwzajemnione. Ma mnóstwo pytań, które chciałby mu zadać, ale gdyby znaleźli się w jednym pomieszczeniu, Bóg pewnie zamknąłby gębę, wezwał prawnika i pozwolił, żeby jego własne dziecko zebrało za swoje.
Przez te wszystkie lata w robocie Malone stracił wiarę, więc gdy przyszła chwila, kiedy musiał spojrzeć diabłu w oczy, między nim a morderstwem nie stało nic oprócz pięciu kilogramów nacisku na spust.
Pięć kilogramów grawitacji.
To palec Malone’a nacisnął na spust, ale może to grawitacja ściągnęła go w dół – bezlitosna, nieustająca siła ciążenia osiemnastu lat spędzonych w robocie.
Ściągnęła go w dół, w miejsce, gdzie jest teraz.
Malone nie zamierzał tu wylądować. W dniu, kiedy skończył akademię i złożył przysięgę, w najszczęśliwszym dniu życia, najjaśniejszym, najbardziej błękitnym, najlepszym dniu, kiedy wiwatował i podrzucał czapkę, nawet nie przyszło mu do głowy, że tak skończy.
Nie, zaczął ze wzrokiem utkwionym w gwieździe przewodniej, stojąc pewnie na właściwej ścieżce. Ale tak to już jest z kompasem życia – na początku strzałka wskazuje północ dokładnie co do stopnia, ale potem odchyla się o stopień i przez rok, może przez pięć lat nie ma to żadnego znaczenia, ale gdy mijają kolejne lata, oddalamy się coraz bardziej i bardziej od kierunku, w którym wyruszyliśmy, a my nawet nie uświadamiamy sobie, że się zgubiliśmy, aż w końcu tak bardzo oddalamy się od pierwotnego celu, że zupełnie tracimy go z oczu.
Nie można nawet wrócić tą samą drogą i zacząć od początku.
Nie pozwalają na to czas i siła ciążenia.
Denny Malone dałby wiele, żeby móc zacząć od początku.
Do diabła, dałby wszystko.
Bo nigdy nie sądził, że skończy w federalnym areszcie przy Park Row. Nikt tak nie sądził, może oprócz Boga, ale Bóg nic nie mówił.
A jednak Malone tu właśnie jest.
Bez broni, bez odznaki, bez niczego, co świadczyłoby o tym, kim i czym jest, kim i czym był.
Brudny gliniarz.

PROLOG
ŁUP

Harlem, Nowy Jork
Lipiec 2016

Czwarta rano.
Miasto, które nigdy nie zasypia, o tej porze przynajmniej kładzie się i przymyka oczy.
Tak myśli Denny Malone, gdy jego crown victoria sunie wzdłuż kręgosłupa Harlemu.
Za ścianami i oknami mieszkań i hoteli, kamienic i wieżowców ludzie śpią albo nie mogą spać, śnią albo przestali już śnić. Ludzie kłócą się, pieprzą albo jedno i drugie, kochają się albo robią dzieci, wrzeszczą, przeklinają lub wypowiadają cicho intymne słowa przeznaczone dla tej drugiej osoby, nie dla ulicy. Niektórzy próbują ukołysać dzieci do snu albo wstają przed kolejnym dniem pracy, a inni przesypują kilogramy heroiny do pelurowych torebek, by sprzedać ćpunom poranną działkę.
Malone wie, że między zejściem prostytutek z ulic a przybyciem śmieciarzy tworzy się okienko, najlepszy czas do przeprowadzenia nalotu.
– Nic dobrego nie zdarza się po północy – mawiał jego ojciec.
I wiedział, co mówi. Był policjantem, pracował na tych ulicach. Wracał do domu po nocnej zmianie z morderstwem w oczach, zapachem śmierci w nosie i soplem lodu w sercu, który nigdy się nie roztapiał i w końcu go zabił. Któregoś ranka, gdy wyszedł z samochodu, serce mu pękło. Lekarze powiedzieli, że kiedy upadł na ziemię, już nie żył.
To Malone go znalazł.
Miał osiem lat. Gdy wychodził rano do szkoły, zauważył niebieską kurtkę w stercie brudnego śniegu, który razem z ojcem odgarnął z podjazdu.
A teraz zbliża się świt i już jest gorąco. Jedno z tych lat, kiedy Bóg-właściciel lokalu nie chce wyłączyć ogrzewania ani włączyć klimatyzacji. Całe miasto jest spięte i zirytowane, na krawędzi wybuchu, walki, zamieszek, śmierdzi starymi śmieciami i skiśniętym moczem – zapach jednocześnie słodki, kwaśny, mdlący i dekadencki, jak perfumy starej dziwki.
Denny Malone uwielbia ten zapach.
Nawet w dzień, kiedy jest gorąco jak w piekarniku i wszędzie słychać zgiełk, gdy gangsterzy stoją na rogach ulic, po uszach walą hiphopowe basy, a z okien bloków lecą butelki, puszki, brudne podpaski, plastikowe woreczki z siuśkami i w śmierdzącym upale czuć zapach psiego gówna, nie chciałby być w żadnym innym miejscu na świecie.
To jego miasto, jego rewir, jego serce.
Jedzie teraz przez Lenox, mijając pełne wdzięku budynki z piaskowca w starej dzielnicy Mount Morris Park, i oddaje cześć bożkom tego miejsca – bliźniaczym wieżom Ebenezer Gospel Tabernacle, skąd w niedzielę płyną hymny śpiewane anielskimi głosami, i charakterystycznej wieży kościoła Adwentystów Dnia Siódmego z Efezu. Nieco dalej mieści się Harlem Shake – nie sala tańca, tylko najlepsze hamburgery w mieście.
Dalej są martwi bogowie – stary Lenox Lounge z kultowym neonem, czerwonym frontem i całą swoją historią. Kiedyś śpiewała tu Billie Holiday, Miles Davis i John Coltrane grali na trąbkach, przesiadywali tu James Baldwin, Langston Hughes, Malcolm X. Teraz klub jest zamknięty, okna zasłonięte brązowym papierem, neon zgaszony, ale mówi się, że znów ma zostać otwarty.
Malone w to wątpi.
Martwi bogowie zmartwychwstają tylko w baśniach.
Przecina Sto Dwudziestą Piątą, czyli bulwar doktora Martina Luthera Kinga Juniora.
Miejscy pionierzy i czarna klasa średnia zgentryfikowały tę okolicę i pośrednicy nieruchomości nazywają ją teraz SoHa. Malone jest przekonany, że tego rodzaju akronimy zawsze zwiastują koniec dzielnicy. Gdyby deweloperzy mogli kupić nieruchomości na najniższych poziomach piekła Dantego, nazwaliby je LoHel i upstrzyli butikami oraz apartamentowcami.
Piętnaście lat temu ten odcinek Lenox składał się z pustych witryn sklepowych. Teraz znów jest na fali. Widać nowe restauracje, bary i kawiarniane ogródki, gdzie jadają lepiej sytuowani miejscowi. Biali przychodzą tu, żeby się poczuć trendy, a niektóre apartamenty w nowych wieżowcach sprzedają się po dwa i pół miliona.
Wszystko, co teraz trzeba wiedzieć o tej części Harlemu, myśli Malone, to że obok kina Apollo jest sklep firmowy Banana Republic. Istnieją bogowie miejsca i bogowie handlu, i gdybyś chciał się założyć, którzy wygrają, to pieniądze zawsze postaw na pieniądze.
Blokowiska nieco dalej od centrum to wciąż getto.
Malone przekracza Sto Dwudziestą Piątą i mija Red Rooster. Na dole w piwnicy mieści się Ginny’s Supper Club.
To już mniej znane świątynie, ale dla Malone’a to wciąż święte miejsca.
Chodził na pogrzeby do Bailey’s, kupował półlitrowe butelki w Lenox Liquors, zszywali go na izbie przyjęć w szpitalu Harlem, rzucał piłką do kosza przy muralu Big L na boisku Freda Samuela, zamawiał jedzenie przez okienko w pancernej szybie w Kennedy Fried Chicken. Parkował przy ulicy i patrzył na tańczące dzieciaki, palił trawę na dachu, oglądał wschód słońca z Fort Tryon Park.
Kolejni martwi bogowie, dawni bogowie – miejsca, gdzie znajdowały się Savoy Ballroom i Cotton Club. Jedno i drugie zniknęło na długo przed czasami Malone’a, a okolicę nawiedzają duchy renesansu Harlemu, przywołując obraz tego, czym była kiedyś ta dzielnica i czym już nigdy się nie stanie.
Ale Lenox Avenue wciąż żyje.
Jej puls bije wraz z linią metra IRT, która biegnie bezpośrednio pod nią na całej długości. Malone jeździł kiedyś linią 2 nazywaną Bestią.
Teraz mijają Black Star Music, kościół Mormonów, Najlepsze Jedzenie Afroamerykańskie. Docierają do końca Lenox i Malone mówi:
– Objedź kwartał.
Phil Russo skręca w lewo w Sto Czterdziestą Siódmą, objeżdża kwartał, jedzie Siódmą Aleją i znów skręca w lewo w Sto Czterdziestą Szóstą. Przejeżdża obok opuszczonej kamienicy, z której właściciel wypędził lokatorów i zaprosił szczury wraz z karaluchami, mając przy tym nadzieję, że jakiś narkoman, gotując sobie jedzenie, wywoła pożar, a wtedy on zgarnie odszkodowanie i sprzeda działkę.
Wszyscy by na tym wygrali.
Malone wypatruje patroli ulicznych albo policjantów drzemiących w radiowozie na nocnej zmianie. Przy drzwiach stoi czujka. Zielona bandana, zielone buty firmy Nike z zielonymi sznurówkami świadczą o tym, że to Dominikańczyk z gangu Trinitario.
Oddział Malone’a przez całe lato obserwował fabrykę heroiny ulokowaną na pierwszym piętrze. Meksykanie przywożą tu proszek i przekazują go Diego Penie, Dominikańczykowi odpowiedzialnemu za Nowy Jork. Pena rozsypuje go z kilogramowych opakowań do torebek na działki po dziesięć dolarów i przekazuje dominikańskim gangom, Trinitario i DDP (Dominicans Don’t Play), a ci z kolei czarnym i portorykańskim gangom z osiedli.
Dzisiaj fabryka jest pełna po brzegi.
Pełna pieniędzy.
Pełna proszku.
– Szykujcie się – mówi Malone i sprawdza sig sauera P226 umieszczonego w kaburze na biodrze. W drugiej kaburze, na plecach tuż poniżej nowej ceramicznej kamizelki kuloodpornej, ma berettę 8000D mini cougar.
W jego oddziale wszyscy muszą nosić kamizelki. Big Monty narzeka, że kamizelka jest za ciasna, na co Malone powtarza, że jest luźniejsza od trumny. Bill Montague, czyli Big Monty, należy do starej szkoły. Zawsze, nawet w lecie, nosi kapelusz trilby z wąskim rondem i czerwonym piórkiem po lewej stronie. Jedynym jego ustępstwem na rzecz upałów jest luźna koszula w rozmiarze XXXL wyrzucona na luźne spodnie khaki. Z kącika ust zwisa niezapalone cygaro marki Montecristo.
U stóp Phila Russa, tuż obok wyglansowanych butów z czerwonej skóry, leży mossberg 590, dwunastka z ruchomym łożem i dwudziestocalową lufą załadowaną ceramicznymi kulami. Buty pasują kolorem do włosów. Russo jest rzadkim przypadkiem rudego Włocha i Malone żartuje, że któraś z jego babek musiała mieć na boku przyjaciela Irlandczyka. Russo odpowiada, że to niemożliwe, bo nie jest alkoholikiem i nie potrzebuje szkła powiększającego, żeby zobaczyć własnego fiuta.
Billy O’Neill ma ze sobą pistolet maszynowy HK MP5, dwa granaty hukowo-błyskowe i rolkę wzmacnianej srebrnej taśmy. Billy O jest najmłodszy z całej załogi, ale ma talent, uliczną mądrość i umie się poruszać.
Ma też jaja.
Malone wie, że Billy nie ucieknie, nie sparaliżuje go i nie zawaha się, by w razie potrzeby nacisnąć spust. Przeciwnie, Billy może wystrzelić za szybko. Jest przystojny jak Kennedy i ma irlandzki temperament, a także kilka innych cech Kennedy’ego. Na przykład lubi kobiety, a kobiety lubią jego.
Dzisiaj wszyscy są uzbrojeni po zęby.
I nagrzani.
Jeśli trzeba się zmierzyć z narkomanami naćpanymi koką albo na spidach, dobrze jest wejść na ten sam poziom farmakologii, więc Malone połyka dwie tabletki dekstroamfetaminy. Potem narzuca na siebie niebieską kurtkę z białym napisem NYPD, a na szyję zakłada smycz z odznaką.
Russo jeszcze raz objeżdża kwartał. Na Sto Czterdziestej Szóstej przyciska mocniej gaz, a gdy zbliżają się do fabryki, gwałtownie hamuje. Czujka słyszy pisk opon, ale obraca się za późno. Jeszcze zanim samochód się zatrzyma, Malone wyskakuje na zewnątrz, przyciska twarz czujki do ściany i przykłada mu do głowy lufę siga.
– Cállate, pendejo – mówi. – Jeden dźwięk, a zrobię z ciebie miazgę.
Kopniakiem podcina mu nogi i powala na ziemię. Billy już jest na miejscu. Owija chłopakowi ręce za plecami taśmą i zakleja usta.
Cała załoga przyciska się do ściany budynku.
– Miejcie oczy wokół głowy, to wszyscy wrócimy dziś do domu – mówi Malone.
Dex zaczyna działać. Malone czuje, że serce przyśpiesza, a krew w żyłach rozgrzewa się.
To przyjemne uczucie.