Hiszpania lata 30. Sam przeciw wszystkim. Przenikliwy jak Blomkvist. Pociągający jak Geralt. Brutalny jak Mock. Nazywa się Falcó. Lorenzo Falcó. I właśnie rusza na wojnę, w której nie ma zwycięzców.


FalcóArturo Pérez-Reverte, niedościgły mistrz powieści przygodowej, zabiera czytelnika do świata, w którym mężczyźni są okrutni, kobiety niebezpieczne, a ufać nie można nikomu.

Znieruchomiał na moment, studiując swoje oblicze w lustrze, zadowolony z efektu: ogolony brzytwą na gładko, baczki idealnie przycięte, szare oczy, spoglądające na siebie i na resztę świata ze spokojną, ironiczną melancholią. Pewna kobieta opisała je kiedyś – to zawsze kobiety celowały w definiowaniu takich szczegółów – jako oczy grzecznego chłopaczka, któremu coś poszło źle w szkole.

[fragment książki]

Arturo Pérez-Reverte – jeden z najgłośniejszych pisarzy współczesnej literatury hiszpańskiej. Autor bestsellerowych powieści, m.in. „Klubu Dumas” (zekranizowanego przez Romana Polańskiego), „Szachownicy flamandzkiej”, „Mężczyzny, który tańczył tango” oraz „Misji: Encyklopedia”. Jego książki przełożono na niemal 30 języków.

 
Arturo Perez-Reverte
Falcó
Przekład: Marzena Chrobak
Wydawnictwo Znak
Premiera: 23 maja 2018
 
 

Falcó


Choć oparta na prawdziwych, udokumentowanych wydarzeniach, powieść Falcó należy do literatury pięknej, a jej fabuła i postaci są owocem wyobraźni. Autor zmodyfikował niektóre drugoplanowe wydarzenia historyczne zgodnie z wymogami fikcji.

1. NOCNE POCIĄGI

Kobieta, która miała umrzeć, mówiła bez przerwy od dziesięciu minut w wagonie pierwszej klasy. Rozprawiała na tematy trywialne: sezon w Biarritz, najnowszy film z Clarkiem Gable’em i Joan Crawford. O hiszpańskiej wojnie wspomniała mimochodem zaledwie parę razy. Lorenzo Falcó słuchał jej z wypalonym do połowy papierosem w ręce, z nogą starannie założoną na nogę, tak by nie zagnieść kantu flanelowych spodni. Kobieta siedziała przy oknie, za którym rozpościerała się noc, Falcó po przeciwległej stronie, przy drzwiach wychodzących na korytarz. Byli w przedziale sami.
– To była Jean Harlow – powiedział Falcó.
– Słucham?
– Harlow. Jean… Ta, która grała w Chińskich morzach z Gable’em.
– Ach.
Kobieta patrzyła na niego bez mrugnięcia trzy sekundy dłużej niż zwykle. Wszystkie kobiety poświęcały mu co najmniej te trzy sekundy. On lustrował ją jeszcze przez krótką chwilę, doceniając jedwabne pończochy ze szwem, buty dobrej jakości, kapelusz i torebkę na sąsiednim siedzeniu oraz elegancką sukienkę od Vionnet. Między ubiorem a nieco pospolitą powierzchownością kobiety dobry obserwator – a takim był – dostrzegł lekki dysonans. Zdradzała ją także egzaltacja. Otworzyła torebkę i poprawiała sobie usta i brwi, stwarzając pozory dobrych manier i wychowania, których w rzeczywistości jej brakowało. Jej przykrywka była udana, uznał Falcó. Dopracowana. Ale daleka od doskonałości.
– Pan także jedzie do Barcelony? – zagadnęła.
– Tak.
– Mimo wojny?
– Jestem człowiekiem interesu. Wojna utrudnia jedne, a ułatwia inne.
Przelotny, natychmiast stłumiony cień pogardy zasnuł jej oczy.
– Rozumiem.
Znajdująca się trzy wagony wcześniej lokomotywa wydała przeciągły gwizd, a stukot kół wzmógł się, gdy ekspres wszedł w długi zakręt. Falcó spojrzał na patka philippe’a na lewym nadgarstku. Za kwadrans pociąg zatrzyma się na pięć minut na stacji w Narbonie.
– Pani wybaczy – powiedział.
Zgasił papierosa w popielniczce w podłokietniku i wstał, poprawił węzeł krawata, wygładził poły marynarki. Przelotnym spojrzeniem obrzucił podniszczoną torbę ze świńskiej skóry spoczywającą nad jego głową na półce z siatki w pobliżu kapelusza i płaszcza. Torba była niemal pusta, nie licząc kilku starych książek, które miały nadać jej kształt. To, co niezbędne – paszport, portfel z francuskimi, niemieckimi i szwajcarskimi pieniędzmi, fiolkę kopiryny, szylkretową papierośnicę, srebrną zapalniczkę i browninga kaliber 9 mm z sześcioma nabojami w magazynku – miał przy sobie. Zabranie kapelusza mogłoby wzbudzić podejrzenia współpasażerki, wziął więc tylko płaszcz, żegnając się milcząco i z żalem ze swoim nieskazitelnym trilbym z brązowego filcu.
– Za pozwoleniem – dodał, rozsuwając drzwi.
Gdy popatrzył na kobietę jeszcze raz, ta odwróciła już twarz ku nocy panującej na zewnątrz, a jej kontur odbijał się w ciemnej szybie okna. Ostatnie spojrzenie poświęcił nogom. Ładne, uznał obiektywnie. Twarz była taka sobie, wiele zawdzięczała makijażowi, lecz sukienka uwypuklała sugestywne kształty, a nogi potwierdzały tę sugestię.
W korytarzu stał niski mężczyzna w długim płaszczu z wielbłądziej wełny, dwukolorowych butach i czarnym kapeluszu z bardzo szerokim rondem. Miał wyłupiaste oczy i był nieco podobny do amerykańskiego aktora George’a Rafta. Kiedy Falcó przystanął przy nim jakby przypadkiem, poczuł intensywną woń pomady do włosów zmieszaną z perfumami z wody różanej. Niemal nieprzyjemną.
– To ona? – szepnął człowieczek.
Falcó potaknął, wyjmując papierośnicę i wkładając do ust następnego papierosa. Gość w wielbłądzim płaszczu wydął usta, małe, różowe, okrutne.
– Na pewno?
Falcó nie odpowiedział, zapalił papierosa i poszedł dalej, do końca wagonu. Odwrócił się i zobaczył, że osobnika nie ma już w korytarzu. Palił, oparty o drzwi toalety, nieruchomy obok sprzęgu, który łączył wagony, wsłuchując się w ogłuszający turkot kół po torach. W Salamance Admirał naciskał, żeby to ktoś inny zajął się taktyczną stroną. Nie chcemy spalić cię ani ryzykować, gdyby coś poszło nie tak, brzmiała decyzja. Rozkaz. Ta kobieta jedzie z Paryża do Barcelony, bez eskorty. Ty masz tylko zobaczyć ją i zidentyfikować, a potem zniknąć. Paquito Araña zajmie się resztą. Sam wiesz. Subtelnie, jak to on. Jest dobry w takie klocki.
Ponownie odezwała się syrena na początku składu. Pociąg hamował, światła zaczęły mijać ich coraz wolniej. Turkot kół też stał się wolniejszy i mniej rytmiczny. U wylotu korytarza pojawił się konduktor w niebieskim mundurze i czapce, oznajmiając: „Narbona, pięć minut postoju”, a jego obecność zaniepokoiła Falcó, który w napięciu obserwował, jak podchodzi i mija ich przedział. Nic jednak nie zwróciło uwagi konduktora – Araña najpewniej zaciągnął zasłony – który zmierzał w stronę Falcó, powtarzając: „Narbona, pięć minut postoju”, i przeszedł po sprzęgu do następnego wagonu. Na peronie było niewielu ludzi: kilkoro podróżnych z walizkami wysiadających z pociągu, zawiadowca w czerwonej czapce i z latarnią w ręce podążający nieśpiesznie w stronę parowozu, żandarm ze znudzoną miną, w krótkiej pelerynie, stojący przy wyjściu z rękami założonymi za plecami i ze wzrokiem utkwionym w zwisającym pod daszkiem zegarze, którego wskazówki pokazywały 0.45. Idąc ku wyjściu, Falcó obrzucił wzrokiem wagon, z którego wysiadł: od strony korytarza zasłony przedziału kobiety były wciąż zaciągnięte. Kątem oka zauważył, że Araña także wysiadł z pociągu, lecz z innego wagonu, i podążał kilka kroków za nim.
Na przedzie składu zawiadowca pomachał latarnią i dmuchnął w gwizdek. Lokomotywa buchnęła parą i ruszyła, ciągnąc za sobą pociąg. W tym czasie Falcó wszedł do budynku, minął hol i znalazł się na ulicy, w żółtawej poświacie latarni oświetlającej mur oklejony reklamami i peugeota stojącego tam, gdzie miał się znajdować, przy krawężniku, nieco za postojem taksówek. Falcó zatrzymał się na moment, czekając, aż Araña go dogoni. Nie musiał się odwracać, gdyż bliskość kolegi zapowiedział charakterystyczny aromat pomady do włosów i wody różanej.
– To była ona – potwierdził Araña.
Wymawiając te słowa, podał Falcó mały skórzany portfel. Następnie z rękami w kieszeniach płaszcza i kapeluszem nasuniętym na oczy człowieczek przeszedł drobnymi, żwawymi kroczkami przez żółtawe światło ulicy i zniknął w mroku. Falcó z kolei skierował się do peugeota z włączonym silnikiem i czarną, nieruchomą sylwetką na siedzeniu kierowcy. Otworzył tylne drzwi i wsiadł, kładąc płaszcz obok siebie, a portfel na kolanach.
– Ma pan latarkę?
– Tak.
– Proszę mi dać.
Kierowca podsunął mu ją, wrzucił pierwszy bieg i ruszył. Reflektory oświetliły puste ulice, a potem przedmieścia, drogę z białymi pasami namalowanymi na drzewach. Falcó zapalił latarkę, kierując światło na zawartość portfela: listy i dokumenty wypełnione na maszynie, notes z numerami telefonów i adresami, dwa wycinki z prasy niemieckiej, legitymację ze zdjęciem i pieczątką rządu katalońskiego Generalitat na nazwisko Luisy Roviry Balcells. Cztery dokumenty nosiły pieczątki Komunistycznej Partii Hiszpanii. Schował je z powrotem do portfela, odłożył latarkę na siedzenie i usadowił się wygodniej. Rozluźnił krawat, okrył się płaszczem, położył głowę na oparciu i zamknął oczy. Nawet teraz, gdy ogarniał go błogi sen, jego atrakcyjna, kanciasta twarz pokryta kiełkującym zarostem nie straciła zwykłego wyrazu: rozbawionego, sympatycznego – choć w każdej chwili mógł zakłócić go twardy, okrutny grymas – jakby jej posiadacz stale znajdował się w obliczu tragikomicznego, uniwersalnego żartu, w którym sam zresztą uczestniczył.
Na poboczach migały w świetle reflektorów pomalowane na biało drzewa. Ostatnia myśl Falcó, zanim zasnął ukołysany ruchem samochodu, pobiegła ku nogom martwej kobiety. Szkoda, stwierdził, zapadając w sen. Marnotrawstwo. W innych okolicznościach nie miałby nic przeciwko temu, by niespiesznie spędzić noc między tymi nogami.

– Jest nowa sprawa – oznajmił Admirał.
Za jego plecami, po drugiej stronie okna, wznosiła się kopuła katedry w Salamance wyrastająca zza wciąż jeszcze nagich gałęzi drzew na placu. W dobiegającym od okna świetle szef SNIO – Państwowych Służb Operacyjno-Wywiadowczych – podszedł do wielkiej mapy półwyspu zajmującej połowę ściany obok regałów z tomami encyklopedii Espasa i portretem Caudilla.
– Brudna, śmierdząca, nowa sprawa – powtórzył.
Powiedziawszy to, wyciągnął pomiętą chusteczkę z kieszeni wełnianej marynarki – nigdy nie nosił munduru w biurze – wydmuchał donośnie nos i popatrzył na Lorenza Falcó, jakby ów był winien jego przeziębieniu. Następnie, chowając chusteczkę, rzucił szybkie spojrzenie na prawą dolną część mapy i wskazał na nią nieokreślonym gestem.
– Alicante – powiedział.
– Czerwona strefa – skomentował niepotrzebnie Falcó, a szef spojrzał na niego najpierw z uwagą, potem z niezadowoleniem.
– Jasne, że czerwona – odrzekł oschle.
Zauważył impertynencki ton. Falcó przyjechał do Salamanki zaledwie wczoraj po męczącej podróży przez południe Francji i przekroczeniu granicy w Irunie. Wcześniej wykonał trudną misję w Barcelonie położonej w strefie republikańskiej. Od buntu wojskowych nie zaznał ani dnia spoczynku.
– Odpoczniesz w grobie.
Admirał zachichotał ponuro i jakby sam do siebie. Rzecz w tym, pomyślał Falcó, że humor szefa często przybierał grobowy charakter, zwłaszcza od kiedy jego jedyny syn, młody podporucznik, został zamordowany trzeciego sierpnia na pokładzie krążownika Libertad wraz z innymi oficerami. Ta kąśliwość i zamiłowanie do makabry były znakiem rozpoznawczym Admirała, także gdy wysyłał agenta z Grupy Lucero – operacje specjalne – na pewną śmierć, żeby dał się żywcem obedrzeć ze skóry w czece – czerwonej katowni – za liniami wroga.
Dzięki temu wdowa po tobie dowie się wreszcie, gdzie nocujesz, był zdolny powiedzieć, i inne zabawne rzeczy w tym stylu. Ale na tym etapie, po czterech miesiącach wojny domowej i utracie kilkunastu agentów zaginionych tu i ówdzie, ten szorstki, cyniczny ton stał się marką wydziału. Naśladowały go nawet sekretarki, kopiowali nasłuchowcy i szyfranci. Poza tym idealnie pasował do szefa, Galisyjczyka z Betanzos, chudego, drobnego, o gęstych, szpakowatych włosach i wąsiskach pożółkłych od nikotyny całkowicie zakrywających górną wargę, wielkim nosie, krzaczastych brwiach, prawym oku – lewe było szklane – bardzo czarnym, surowym i błyszczącym, o nieprzeciętnej inteligencji, w którym słowa „czerwony” albo „wróg” budziły zawsze spokojną urazę. Krótko mówiąc, człowiek odpowiedzialny za twarde jądro frankistowskiego wywiadu był mały, sprytny, opryskliwy i budzący strach. W kwaterze głównej w Salamance nazywali go El Jabalí, Dzik. Ale nigdy prosto w twarz.
– Mogę zapalić? – zapytał Falcó.
– Nie, do diabła. Nie możesz zapalić. – Popatrzył melancholijnie na słoik z tytoniem do fajek na stole. – Mam straszne grypisko.
Choć szef stał, Falcó zajmował miejsce na krześle. Znali się od dawna, od czasów, gdy Admirał, podówczas kapitan okrętu i attaché wojskowy w Stambule, organizował dla Republiki siatkę wywiadowczą we wschodniej części basenu Morza Śródziemnego; gdy wybuchł konflikt domowy, oddał swoich agentów wywiadu do dyspozycji frankistów. Poznali się w Stambule na długo przed wojną, przy okazji przemytu broni przeznaczonej dla IRA, dla której Falcó pracował wtedy jako łącznik.
– Mam coś dla pana – powiedział Falcó.
Wyciągnął z kieszeni kopertę i położył ją na stole przed Admirałem. Ów przyjrzał się jej badawczo. Szklane oko było trochę jaśniejsze od tego prawdziwego, co powodowało wrażenie dwukolorowego zeza, którym wprawiał w zakłopotanie swoich rozmówców. Po krótkiej chwili otworzył kopertę i wyjął z niej znaczek pocztowy.
– Nie wiem, czy już pan go ma – powiedział. – Rocznik tysiąc osiemset pięćdziesiąty.
Admirał obracał okaz w palcach, oglądał pod światło. Po chwili sięgnął do szuflady biurka pełnej fajek i puszek z tytoniem, wyjął lupę i poddał znaczek dokładnemu badaniu.
– Czarny na niebieskim tle – oznajmił z satysfakcją. – Bez stempla pocztowego. Numer jeden z Hanoweru.
– Tak mi powiedział filatelista.
– Gdzie go kupiłeś?
– W Hendaye, zanim przekroczyłem granicę.
– Jest wart co najmniej cztery tysiące franków według katalogu.
– Zapłaciłem pięć tysięcy.
Admirał podszedł do szafy, wyjął klaser i umieścił w nim znaczek.
– Wrzuć w koszty.
– Już to zrobiłem… Co z tym Alicante?
Admirał zamknął powoli szafę. Następnie dotknął nosa, popatrzył na mapę i dotknął nosa raz jeszcze.
– Jest czas. Co najmniej kilka dni.
– Będę musiał tam pojechać?
– Tak.
To dziwne, jak jedno krótkie słowo może tyle wyrazić, pomyślał z ironią Falcó. Przekroczenie granicy strefy, znajomą niepewność wynikającą ze świadomości znalezienia się po raz kolejny na terytorium wroga, niebezpieczeństwo i strach. Może też więzienie, tortury i śmierć: szary świt pod ścianą albo strzał w tył głowy w mroku piwnicy. Bezimienny trup w przydrożnym rowie albo zbiorowej mogile. Łopata wapna palonego i na tym zakończy się wszystko. Przywołał z zakamarków pamięci kobietę z pociągu sprzed kilku dni i z fatalistyczną rezygnacją zauważył, że zaczyna zapominać jej twarz.
– Wykorzystaj ten czas – poradził Admirał. – Zrelaksuj się.
– Kiedy mnie pan wprowadzi w sprawę?
– Tym razem zrobimy to w kilku odsłonach. Pierwsza jutro, z ludźmi z SIIF.
Falcó uniósł brwi z dezaprobatą. Skrót oznaczał Służby Informacyjno-Wywiadowcze Falangi, paramilitarną, faszystowską milicję. Ludzi najbardziej zideologizowanych i nieprzejednanych z tak zwanego Ruchu Narodowego, któremu przewodził generał Franco.
– Co ma z tym wspólnego Falanga?
– Coś tam ma. Zobaczysz. Mamy spotkać się o dziesiątej z Angelem Luisem Povedą… Tak, nie rób takiej miny. Z tym bydlakiem.
Falcó powstrzymał grymas. Poveda był szefem SIIF. Stara koszula, twardogłowy weteran, sewilczyk, który wsławił się w Andaluzji w pierwszych dniach powstania, rozstrzeliwując związkowców i nauczycieli szkolnych na rozkaz generała Queipo de Llano.
– Myślałem, że działamy sami. Na własny rachunek. Zawsze.
– Otóż widzisz, że nie. To rozkaz prosto od Generalissimusa. Tym razem współpracujemy z falangistami, i to nie wszystko: maczają w tym palce jeszcze Niemcy, i modlę się, żeby nie weszli Włosi. Chwilę temu rozmawiałem na ten temat ze Schröterem.
Falcó nie posiadał się ze zdziwienia. Nie znał osobiście Hansa Schrötera – przechrzczonego przez odwiecznych hiszpańskich prześmiewców na Jasia Mosznę – ale wiedział, że chodzi o szefa nazistowskiego wywiadu na terenie Hiszpanii, który pozostawał w bezpośrednim kontakcie z admirałem Canarisem w Berlinie. We frankistowskiej kwaterze głównej w Salamance roiło się od agentów służb krajowych i zagranicznych: równolegle do szwabów z Abwehry operowała tu włoska Servicio Informazioni Militare, a także przeróżne organizacje wywiadowcze i kontrwywiadowcze Hiszpanii, które konkurowały z sobą, a częstokroć także wchodziły sobie w paradę: falangiści z SIIF, wojskowi z SIM, wywiad marynarki wojennej, cywilna sieć szpiegowska znana jako SIFNE, poza tym MAPEBA, Departament Policji i Bezpieczeństwa oraz pomniejsze służby. SNIO, na czele których stał Admirał, były podporządkowane sztabowi głównemu i nadzorowane bezpośrednio przez Nicolasa Franco, brata Caudilla. Formacja ta specjalizowała się w infiltrowaniu, sabotażu i likwidowaniu wrogich elementów, zarówno w strefie republikańskiej, jak i za granicą. W jej skład wchodziła tak zwana Grupa Lucero, do której należał Lorenzo Falcó: niewielki, elitarny zespół mężczyzn i kobiet zwanych w żargonie tutejszych służb specjalnych Grupą od Brudnych Spraw.
– Dziś wieczorem w Kasynie odbywa się uroczystość z okazji przyjazdu włoskiego ambasadora. Jego poselstwo zajmie pierwsze piętro. Będzie mnóstwo ludzi. Może się wybierzesz?
Falcó przyjrzał się uważnie szefowi. Wiedział, że ten go lubi – nieraz wymsknęło mu się: „Jesteś trochę podobny do mojego syna” – ale z pewnością nie jest typem, którego obchodziłyby rozrywki czy sposób spędzania wolnego czasu któregokolwiek z podwładnych. W odpowiedzi na jego spojrzenie Admirał przywołał na twarz jadowity uśmiech.
– Hans Schröter też tam będzie… Umówiłem was na małe spotkanko, kilka minut, nie więcej. W cztery oczy. On też chce cię poznać, ale bez zwracania uwagi. Bez odwiedzin w gabinetach i tym podobnych.
– Co mam mu powiedzieć?
– Nic. – Admirał po raz kolejny wysiąkał nos w chusteczkę. – Kurtuazyjna wymiana zdań. Milczysz, dajesz się oglądać i nie puszczasz pary z ust. To tylko pierwszy kontakt. Słyszał o tobie i chce cię obwąchać.
– Zrozumiano. Patrzeć, słuchać i dziób na kłódkę.
– Dokładnie tak. À propos… będzie tam jeszcze jeden Niemiec, którego obaj znamy: Wolfgang Lenz.
– Ten od Rheinmetall?
– Tak. Z żoną, ma na imię chyba Uta. Albo Greta. Coś w tym stylu. Krótko. A może Petra.
– Znam ją.
Admirał posłał mu krzywy uśmiech, gotów nie dziwić się niczemu. Od zbyt dawna pracowali razem.
– Dogłębnie?
– Nie. Powierzchownie. Poznaliśmy się kiedyś na kolacji, była z mężem. W Zagrzebiu. W ubiegłym roku. Pamięta pan? Pan też tam był.
– Jasne, że pamiętam. – Grymas przerodził się w pogardliwy chichot. – Tłusta blondyna z dekoltem na plecach, który odsłaniał dupę. Dziwka jak wszystkie Niemry… Znając cię, dziwię się, że nie powalczyłeś na tej arenie.
Falcó uśmiechnął się wymijająco, jakby prosząc o wybaczenie.
– Pasłem się gdzie indziej, panie admirale.
– Przypuszczam. – Patrzył na niego roztargniony, myśląc o czymś innym. – No więc mamy ich tutaj i zobaczymy, co z tego wyniknie. Bardzo specjalni goście i cały ten szajs.
– Czy mają coś wspólnego ze sprawą Alicante?
Palec wskazujący Admirała wymierzył w Falcó niczym odbezpieczony pistolet.
– Ja nigdy nic nie mówiłem o Alicante… Kapujesz, chłopcze?
– Kapuję.
Prawe oko stwardniało i spoważniało.
– Nie wymieniłem tego ani żadnego innego pieprzonego miasta.
– Oczywiście, że nie.
– No więc przestań zgrywać mądralę, zabieraj cztery litery w troki i spadaj. Czekam na ciebie jutro za kwadrans dziesiąta przy ulicy Consuelo, idziemy spotkać się z Povedą… Ach. I bądź w mundurze.