Amos Oz otwarcie mówi o tym, że fanatyzm nie ma jednej narodowości ani religii. Do książki „Do fanatyków. Trzy refleksje” trafiły jego eseje ukazujące zjawisko fanatyzmu w szerokim ujęciu, biorąc za podstawę konflikt izraelsko-palestyński, w którym zdaniem autora obie strony są ofiarami.


Do fanatyków. Trzy refleksje„Zachowanie różnicy zdań to nie tragedia. Można jak najbardziej żyć w sytuacji otwartej. Życie w sytuacji otwartej ma chyba nawet swoje zalety. Wszystko to pod jednym, zasadniczym warunkiem: spór bez przemocy. Różnica zdań bez prześladowań” – pisze Amos Oz w książce „Do fanatyków. Trzy refleksje”. Izraelski pisarz, przyjmując w niej za punkt wyjścia rozważania na temat konfliktu izraelsko-palestyńskiego, skłania czytelników do refleksji nad istotą międzynarodowych konfliktów jako takich, odnosząc się również do historycznych sporów, wojen w imię Boże nieobcych wielu kulturom, gdzie walka o władzę, uznanie, zasoby, prawo do ziemi spajała się w jedno z zabijaniem motywowanym osobliwą interpretacją religijnych dogmatów. Jednocześnie próbuje poruszyć swoich izraelskich i palestyńskich odbiorców, zderzyć ich z przekonaniem, że pokój jest możliwy, a trwanie w stanie wojny nigdy nie przyniesie rozwiązania, bo nie jest to wojna, którą ktokolwiek może wygrać. Za to dopóki trwa, przegrani są wszyscy.

Oz od lat działający na rzecz pokoju pomiędzy Izraelem a Palestyną przedstawia czytelnikom ten konflikt wielowymiarowo, a erudycyjny charakter spisanych przez niego esejów uzmysławia, jak wiele jest w tej sprawie punktów widzenia, niuansów, niedomówień, przekłamań czy też zwykłych kłamstw, po obu stronach barykady. Nie cofa się też przed krytyką swojego rodzinnego kraju. „Miliony Palestyńczyków na terenach okupowanych są notorycznie upokarzanie, wszyscy są pozbawieni wolności i praw. Deptana jest ich ludzka i narodowa godność, własność pozbawiona ochrony. Około jednej trzeciej terenów Zachodniego Brzegu zostało zagrabionych przez Izrael, i ta grabież trwa w najlepsze” – pisze. Zastanawia się też co jest istotą fanatyzmu, co sprawia, że część ludzi nieskłonna jest szukać rozwiązań, za to wręcz pali się do jątrzenia starych ran i zadawania nowych, trwania w kłębowisku wzajemnych pretensji, podsycania cierpień – prawdziwych i wyobrażonych – wynikających z nierozliczonych i niemożliwych już do rozliczenia win. Podkreśla też zupełny bezsens przekonań o nieodwracalności sytuacji, tak chętnie podnoszonych przez radykałów, wskazując jak bardzo zmieniał się świat, międzynarodowe sojusze i awersje zaledwie na przestrzeni jego własnego życia. A co dopiero w perspektywie stuleci.

Choć autor odnosi się do historii, kultury i uwarunkowań Izraela, jego refleksje są przejmująco uniwersalne i niezwykle aktualne, tak dla regionu, o którym pisze, jak i względem wszystkich innych krajów trwających w niekończących się animozjach. Szczególnie trafne i obrazowe są jego spostrzeżenia o tym, na czym polega różnica między prawem a roszczeniem. I dalej – co to oznacza, gdy fanatycy powołując się na taki czy inny religijny obowiązek, prawo, a niekiedy tylko roszczenie, pchają całe narody do wyniszczającej wojny. Zaznacza, że dla niektórych narody to za mało: chcieliby czegoś spektakularnego, na przykład wojny z całym islamem, albo w ogóle z całym światem. Jednocześnie czym bardziej skomplikowany świat się staje, tym więcej osób pragnie uproszczeń, „jednozdaniowych odpowiedzi, takich, które bez wahania wskazują winnych wszystkich naszych cierpień – odpowiedzi, które obiecują nam, że jeśli tylko unicestwimy winowajców, zaraz znikną nasze kłopoty”. Brzmi znajomo? Jak najbardziej, to wciąż powielany populizm, niezawodny sposób mydlenia oczu stosowany przez każdą władzę skłaniającą się ku radykalnym, fanatycznym rozwiązaniom. Czyli ku temu, co najprostsze. Co nie wymaga ani wiedzy ani tym bardziej mądrości, a już na pewno skutecznych pomysłów na zaprowadzenie porządku i kształtowanie społecznego dobrobytu; rzecz znacznie trudniejszą niż podżeganie do nienawiści.

głos Amosa Oza jest głosem rozsądku w świecie, w którym coraz silniej dają o sobie znać nacjonalizm i inne skrajne ideologie

„Fanatyzm jest znacznie starszy od islamu. Starszy niż chrześcijaństwo czy judaizm” – pisze Amos Oz i jego głos jest głosem rozsądku w świecie, w którym coraz silniej dają o sobie znać nacjonalizm i inne skrajne ideologie. Z lektury jego esejów wyłania się racjonalna i zarazem oczywista konstatacja: za każdym objawem fanatyzmu zawsze stoi konkretny człowiek. I to od jego osobistych przekonań i wyznawanego systemu wartości zależy, jak zinterpretuje święte teksty bądź dowolną doktrynę polityczną czy wojskową. Kultura i historia, w której wyrósł są zaś tylko tłem dla zupełnie nowych poczynań – a te mogą siać zniszczenie lub przyczyniać się do dobra. Wybór należy do każdego z nas. Agnieszka Kantaruk

Amos Oz, Do fanatyków. Trzy refleksje, Przekład: Leszek Kwiatkowski, Seria: Mistrzowie literatury, Dom Wydawniczy Rebis, Premiera: 15 maja 2018
 
 

Do fanatyków. Trzy refleksje

Amos Oz
Do fanatyków. Trzy refleksje
Przekład: Leszek Kwiatkowski
Seria: Mistrzowie literatury
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 15 maja 2018
 

Wstęp

Trzy eseje, których nie napisał badacz ani ekspert, lecz człowiek zaangażowany, mający nieraz mieszane uczucia.
Motywem łączącym te teksty jest chęć osobistego spojrzenia na sprawy, które budzą u nas ostre kontrowersje, a z których część wydaje mi się kwestią życia i śmierci.
Nie ma w tych esejach aspiracji, by wszechstronnie opisać każdy spór, wyczerpująco przedstawić wszystkie elementy krajobrazu, a już z pewnością by powiedzieć ostatnie słowo, lecz nade wszystko prośba o uważne wysłuchanie skierowana do osób, których opinie różnią się od moich.
Amos Oz

Na podstawie cyklu wykładów, które wygłosiłem na uniwersytecie w Tybindze w roku 2002, opublikowanych później w książeczce pt. How to cure a fanatic(1), przetłumaczonej na kilkadziesiąt języków. Esej ukazuje się tutaj po raz pierwszy po hebrajsku, przeredagowany, rozszerzony i zaktualizowany.
(1)Wyd. polskie: Amos Oz, Jak uleczyć fanatyka, tłum. Danuta Sękalska, Prószyński i S-ka, Warszawa 2010.

Do fanatyków


 
A zatem jak leczyć fanatyków? Ruszyć w pościg za grupą uzbrojonych fundamentalistów w górach Afganistanu albo na pustyniach Iraku i w miastach Syrii to jedno. Walczyć z samym fanatyzmem to rzecz całkiem inna. Nie mam żadnej nowej propozycji odnośnie do wojen w górach czy na pustyni ani pościgów w cyberprzestrzeni. Przedstawiam tu garść refleksji dotyczących natury fanatyzmu oraz sposobów, jak go powściągnąć.
Atak na World Trade Center w Nowym Jorku 11 września 2001 roku, podobnie jak dziesiątki ataków na centra miast i ruchliwe miejsca w różnych częściach świata, nie wynikał ze złości biednych na bogatych. Rozziew między ubóstwem a bogactwem to odwieczna niesprawiedliwość, ale nowa fala przemocy nie jest tylko – ani przede wszystkim – reakcją na nierówności (gdyby tak było, ofensywa terroru wyszłaby z krajów afrykańskich – tych najbiedniejszych – i spadła na Arabię Saudyjską i Zjednoczone Emiraty Arabskie, czyli te najbogatsze).
Ta wojna toczy się między zapamiętałymi fanatykami, dla których cel uświęca wszelkie środki, a całą resztą, dla której samo życie jest celem, nie środkiem. To walka tych, dla których racja, cokolwiek przez nią rozumieją, jest ważniejsza niż życie, z tymi, dla których życie ma pierwszeństwo przed wieloma innymi wartościami.
* * *

Odkąd Samuel Huntington określił obecną światową arenę walki mianem zderzenia cywilizacji, dokonującego się głównie między islamem a kulturą Zachodu, w wielu miejscach dominuje rasistowski obraz ukazujący starcie „barbarzyńskich terrorystów” ze Wschodu z „cywilizowanymi” mieszkańcami Zachodu. Huntington przedstawia rzecz inaczej, jednak takie są powszechne emocje wywołane jego słowami.
Izraelskiemu rządowi, na przykład, wygodnie jest się oprzeć na tej taniej westernowej wizji, bo pozwala ona zepchnąć walkę narodu palestyńskiego o swoje prawo do wyzwolenia spod jarzma izraelskiej okupacji do plugawej „kloaki”, z której wynurzają się bez ustanku fanatyczni islamscy mordercy, dopuszczający się potworności na całym świecie.
Wielu zapomina, że fundamentalizm islamski nie ma bynajmniej monopolu na fanatyczną przemoc – zburzenie nowojorskich wież i rzezie, do jakich wciąż dochodzi w różnych miejscach na świecie, niekoniecznie mają związek z pytaniami: „Czy Zachód jest dobry czy zły?”, „Czy globalizacja jest błogosławieństwem czy zmorą?”, „Czy kapitalizm należy odrzucić czy brać za oczywistość?”, „Czy świeckość i hedonizm są zniewoleniem czy wyzwoleniem?”, „Czy zachodni kolonializm się skończył czy tylko przybrał nową formę?”.
Na wszystkie te pytania można udzielać różnych i sprzecznych z sobą odpowiedzi, z których żadna nie będzie fanatyczna. Fanatyk w ogóle nie dyskutuje. Jeżeli uzna coś za złe, jeżeli jest przekonany, że coś jest złe w oczach Boga, ma obowiązek natychmiast wyplenić tę obrzydliwość, nawet jeśli trzeba w tym celu zabić okolicznych mieszkańców lub kogoś, kto przypadkiem znalazł się w pobliżu.
* * *

Fanatyzm jest znacznie starszy od islamu. Starszy niż chrześcijaństwo czy judaizm. Niż wszystkie ideologie świata. Jest stałym elementem ludzkiej natury, „złym genem”: ci, którzy wysadzają kliniki, gdzie wykonuje się aborcje, ci, którzy mordują żydowskie kobiety i dzieci w Izraelu, ci, którzy podpalają dom wraz z całą palestyńską rodziną, rodzicami i dziećmi na terytoriach okupowanych przez Izrael, ci, którzy profanują synagogi, kościoły, meczety i cmentarze – wszyscy oni różnią się wprawdzie od Al-Kaidy czy ISIS skalą i ciężarem swoich czynów, ale nie naturą zbrodni. Przyjęło się dziś mówić o „przestępstwach z nienawiści”, ale chyba lepiej, precyzyjniej, byłoby się posługiwać pojęciem „przestępstwa z fanatyzmu”: takich przestępstw dokonuje się niemal codziennie, również na muzułmanach.
Ludobójstwo, dżihad, krucjaty i inkwizycja, gułagi, obozy zagłady i komory gazowe, podziemne katownie czy ślepe ataki terrorystyczne nie są niczym nowym, prawie wszystkie wyprzedziły o setki lat narodziny radykalnego islamu.
Im trudniejsze i bardziej złożone stają się pytania, tym bardziej u coraz większej liczby ludzi rośnie pragnienie prostych, jednozdaniowych odpowiedzi, takich, które bez wahania wskazują winnych wszystkich naszych cierpień – odpowiedzi, które obiecują nam, że jeśli tylko unicestwimy winowajców, zaraz znikną wszystkie nasze kłopoty.
„Wszystkiemu winna globalizacja!”, „To wszystko przez muzułmanów!”, „Wszystko przez pobłażliwość!” albo „To przez Zachód!” czy „Przez syjonizm!” albo „Przez tych imigrantów!”, „Przez laicyzację!”, „Przez lewaków!” – pozostaje ci tylko skreślić niepotrzebne, zakreślić właściwego, twoim zdaniem, szatana, a następnie go zabić (wraz z sąsiadami albo każdym, kto przypadkiem znalazł się w pobliżu) i tym sposobem otworzyć nareszcie bramy raju.
U coraz większej liczby ludzi najsilniejszą zbiorową emocją jest głęboka odraza: buntowniczy wstręt do „hegemonicznego dyskursu”, zachodni wstręt wobec Orientu, wschodni wstręt do Zachodu, laicki do wierzących, religijny do niewierzących – wszechobejmujący, bezwarunkowy wstręt wzbiera i podchodzi do gardła jak wymioty z głębi takiego czy innego nieszczęścia. Ów wszechobejmujący wstręt jest jednym ze składników fanatyzmu jako takiego.
Oto na przykład idea wielokulturowości i polityki tożsamościowej, która pojawiła się pół wieku temu jako nowatorski i ekscytujący pomysł, niebawem obróciła się w wielu miejscach w politykę tożsamościowej nienawiści: to, co zaczęło się od poszerzania kulturowych i emocjonalnych horyzontów, stopniowo stacza się w rzeczywistość umysłowej ciasnoty, zamknięcia, ksenofobii, słowem – w nową falę wstrętu do drugiego człowieka i napierającego z różnych stron fanatyzmu.
* * *

Dzieciństwo spędzone w Jerozolimie przysposobiło mnie chyba do roli eksperta od fanatyzmu porównawczego. W latach czterdziestych dwudziestego wieku nie brakowało w Jerozolimie otwartych serc i światłych umysłów. Ale żyło tam również mnóstwo samozwańczych proroków, zbawicieli i mesjaszy. Do dziś prawie co drugi albo co trzeci jerozolimczyk ma własną receptę na błyskawiczne zbawienie. Oczywiście wielu mówi o sobie słowami starej syjonistycznej piosenki, że są w Jerozolimie, „aby budować i zostać zbudowanymi”, ale niemało wśród nich Żydów, muzułmanów, chrześcijan, rewolucjonistów, radykałów, naprawiaczy świata, którzy przybyli do Jerozolimy nie tyle po to, by „budować i zostać zbudowanymi”, ile raczej „krzyżować i zostać ukrzyżowanymi”.
Pewna choroba psychiczna zyskała w języku medycznym miano „syndromu jerozolimskiego”: ludzie biorą haust rześkiego, górskiego powietrza Jerozolimy, „czystego jak wino”1, po czym zaraz ruszają, by podpalić meczet, wysadzić kościół albo zbezcześcić synagogę, zabić niewiernych albo wierzących, „usunąć zło ze świata”. Zazwyczaj jednak cierpiącym na syndrom jerozolimski wystarczy, że zdjąwszy ubranie, wdrapią się na jakąś skałę i zaczną stamtąd prorokować.
Chyba tylko nieliczni wierzą tym prorokom, za to głoszących proroctwa jest co niemiara, we wszystkich kolorach tęczy. Wspólnym mianownikiem jest dla nich nagły zapał do urzeczywistnienia jakiejś prostej recepty na zbawienie, a czasami też do wskazania złoczyńców, z których trzeba oczyścić świat, aby je przybliżyć. Samo zaś odkupienie, w ustach większości tych proroków, daje się bez trudu zawrzeć w haśle złożonym z dwóch, trzech zdań.
* * *

W czasach dzieciństwa w Jerozolimie sam też byłem małym syjonistyczno-nacjonalistycznym fanatykiem – żarliwym, zadufanym, otumanionym. Byłem ślepy na wszelką argumentację wykraczającą choć trochę poza żydowsko-syjonistyczną opowieść, jaką kładł nam do głowy cały niemal świat dorosłych. Byłem głuchy na jakikolwiek argument, który by tę opowieść kwestionował. Jako jedno z dzieci z dzielnicy Kerem Awraham i ja rzucałem kamieniami w pojazdy brytyjskich patroli na naszej małej ulicy. Kiedy rzucaliśmy kamieniami, wykrzykiwaliśmy w ich stronę, prawie wyczerpując swój zasób angielskiego słownictwa: British go home!!! Działo się to w roku 1946 albo 1947, u schyłku władzy brytyjskiej w Jerozolimie, w czasie pierwotnej intifady – tej naszej, żydowskiej, przeciw brytyjskiej okupacji. (To też, jak się zdaje, mały przykład ironii dziejów).
* * *

W powieści Pantera w piwnicy opowiedziałem, jakie przeżycia z dzieciństwa doprowadziły mnie do nagłego odkrycia, że czasami świat bywa niejednoznaczny; zdarzają się spory, które nie są czarno-białe. W ostatnim roku mandatu brytyjskiego, mając osiem lat, zaprzyjaźniłem się z brytyjskim policjantem, który mówił starodawną hebrajszczyzną i znał prawie na pamięć całą naszą Biblię. Był to tęgi mężczyzna cierpiący na astmę, sentymentalny i chyba trochę zagubiony. Święcie wierzył, że powrót narodu żydowskiego do jego starożytnej ojczyzny zwiastuje całemu światu odkupienie.
Kiedy rzecz dotarła do moich kolegów, zaczęli mnie nazywać zdrajcą. Dopiero po wielu dniach zacząłem się nieco pocieszać myślą, że zdrajcą, w oczach fanatyków, jest każdy, kto ośmieli się zmienić. Fanatycy wszelkiej maści, w każdym czasie i miejscu, brzydzą się zmianą, boją się jej i podejrzewają, że to nic innego jak zdrada, wynikająca z mrocznych i niskich pobudek.
Chłopiec-narrator z Pantery w piwnicy wkracza w opowieść jako fanatyczny syjonista, rozpalony poczuciem słuszności, ale w ciągu dwóch tygodni przekonuje się ze zdumieniem, że są na świecie rzeczy, które można co prawda widzieć tak, ale też zupełnie inaczej. Po tym odkryciu chłopiec z opowieści traci dzieciństwo, ale zyskuje w zamian doświadczenie poszerzenia się świata, a nawet pierwszą wskazówkę na temat kobiecych powabów.
Jakby tych wspaniałości było mało, chłopiec zostaje poniekąd ekspertem w dziedzinie fanatyzmu porównawczego. Przekonuje się, że nieraz ślepa nienawiść upodabnia do siebie wrogów po obu stronach barykady.
Nie, termin „fanatyzm porównawczy” bynajmniej nie jest żartem: chyba faktycznie nadszedł czas, aby każdy uniwersytet, każda szkoła i instytucja edukacyjna wprowadziły do swojego programu dwa, trzy kursy fanatyzmu porównawczego, bo fanatyzm osacza nas tutaj, w Izraelu, i w wielu miejscach na całym świecie, na Wschodzie i Zachodzie, Północy i Południu. I wcale nie chodzi tu tylko o fanatyczny islam: w wielu miejscach podnoszą się obecnie groźne fale religijnego fanatyzmu chrześcijańskiego (w Stanach Zjednoczonych, w Rosji, kilku krajach wschodnioeuropejskich), mętne fale religijnego fanatyzmu żydowskiego, mroczne fale zamkniętego w sobie i ksenofobicznego nacjonalizmu w zachodniej i wschodniej Europie, potężny zalew rasizmu w coraz to kolejnych społeczeństwach.
Jak wyżej wspomniano, jedną z przyczyn wzbierającego fanatyzmu może być coraz silniejsza tęsknota za prostymi, definitywnymi rozwiązaniami, zbawieniem „za jednym zamachem”. Dodatkowa przyczyna jest taka, że wszyscy oddalamy się coraz bardziej od potworności, do jakich doszło w pierwszej połowie dwudziestego wieku: Stalin i Hitler, mimo woli, zaszczepili chyba w dwóch, trzech pokoleniach, które nastąpiły po nich, pewną dozę głębokiego lęku przed wszelkim radykalizmem i dążenie do ukrócenia fanatycznych instynktów. Przez kilka dekad, za sprawą największych ludobójców, jakich poznał wiek dwudziesty, rasiści wstydzili się trochę swojego rasizmu, nienawistnicy powściągali nieco swoją nienawiść, a fanatyczni naprawiacze świata miarkowali się w rewolucyjnym zapale. Może nie wszędzie, ale tu i ówdzie.
W ostatnich latach wydaje się, że temu „darowi” Stalina, Hitlera, militarystów japońskich kończy się termin przydatności. Częściowa szczepionka, którą przyjęliśmy, pomału przestaje działać. Nienawiść, fanatyzm, wstręt do obcego i innego, rewolucyjna żądza zabijania, zapał do tego, by „rozprawić się raz na zawsze ze wszystkimi złoczyńcami, topiąc ich we krwi” – wszystkie one podnoszą teraz głowę.