Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Melancholijny nastrój powieści „Emigrantki” przypomina atmosferę filmu „Między słowami”. Książka napisana przez Janice Y.K. Lee podobnie jak dzieło Sofii Coppoli opowiada o wyobcowaniu w dalekim kraju i problemach nabierających dodatkowej głębi z dala od rodzinnych stron.


EmigrantkiZagraniczny kontrakt. Konieczność przeprowadzki do odległego kraju na stałe. Tworzenie od podstaw nowego domu, społecznych powiązań, sieci znajomych. Często także zderzenie z egzotycznymi zwyczajami i kulturą, możliwość doświadczania zupełnie nowych doznań. Brzmi jak wyzwanie, jak zapowiedź wielkiej, ekscytującej przygody. W założeniach. Niekoniecznie w prawdziwym życiu – a to opisała z wprawą osoby doświadczonej pisarka Janice Y.K. Lee. Choć jej opowieść rozgrywająca się w środowisku ekspatów w Hongkongu jest fikcyjna, to tchnie realizmem i pozwala czytelnikowi całkowicie zanurzyć się w świecie trzech kobiet: Mercy, Margaret i Hilary. Trzech nieszczęśliwych kobiet.

Wszystkie przybyły do Hongkongu ze Stanów Zjednoczonych. Mercy jest Amerykanką koreańskiego pochodzenia, absolwentką prestiżowego nowojorskiego Uniwersytetu Columbia. Jego ukończenie nie zamieniło życia Mercy w amerykański sen. Znakomite studia bez rodzinnych koneksji nie pomogły jej w znalezieniu stałej, dobrze płatnej pracy. Mercy łapała więc fuchy mieszkając w USA i łapie je w Hongkongu, dokąd przeprowadziła się licząc na dobrystart w innym środowisku. „Tkwiąc w idealistycznym uniwersyteckim świecie, myślała, że wszyscy ludzie mają takie same szanse, ale to, że znalazła się tutaj, że należy do tłumu azjatyckich służących, którzy obsługują grupę białych, mocno miesza jej w głowie”. Wyjazd nie spełnił pokładanych w nim oczekiwań, przeciwnie.

Emigrantki

Margaret przyjechała do Hongkongu z mężem pracującym dla międzynarodowej firmy amerykańskiej. Kiedyś była architektem krajobrazu. Kiedyś była matką trójki dzieci, a teraz jednego z nich już przy niej nie ma. Kobieta mieszkając w obcym kraju zmaga się z ogromną osobistą tragedią przypominając rozbitka u kresu sił walczącego z wezbranym morzem. Pozornie spokojna i opanowana ledwie radzi sobie z emocjami szalejącymi w jej wnętrzu.

W tym samym mieście mieszka też pochodząca z San Francisco Hilary. Podobnie jak Margaret przyjechała do Hongkongu, ponieważ jej mąż dostał ofertę pracy w Azji, a ona postanowiła mu towarzyszyć oczekując na powiększenie się rodziny. Tyle, że Hilary ma już 38 lat, a upragnione dziecko nie chce się pojawić, zaś idealne dotychczas małżeństwo z Davidem zaczyna chwiać się w posadach. Hilary nie wie, co ze sobą począć, ale wie, że jest coś, na co zawsze niecierpliwie czeka: to wizyty Juliana, sieroty z lokalnego domu dziecka, któremu zdecydowała się sfinansować lekcje muzyki w swoim domu.

Emigrantki

Życiowe ścieżki tych trzech kobiet Janice Y.K. Lee splotła w spójną, zaskakującą, lecz realistyczną intrygę, jednak to nie ona jest największą zaletą powieści „Emigrantki”. Jest nią, odmalowana z ponadprzeciętnym talentem, atmosfera życia tytułowych emigrantek w wielkim, egzotycznym mieście. „Wielu ekspatów przez cały pobyt w Hongkongu skarżyło się i narzekało i dopiero po wyjeździe, kiedy na nowo odnaleźli się w swoim starym życiu i wiedzą, że przez najbliższe dekady nie szykują im się żadne zmiany, docenili cudowność tego, czego doświadczyli” – pisze Janice Y.K. Lee. I chociaż jej powieść koncentruje się wokół tragicznego wydarzenia związanego z najmłodszym dzieckiem Margaret, mrocznej tajemnicy powoli odkrywanej przed czytelnikiem, to nastrój melancholii koegzystuje w niej z energią fascynującego, niezgłębionego miasta o wielu twarzach: inną widzą zamożne Amerykanki, inną widzi ciułająca grosz do grosza Margaret.

Jednocześnie w losach Mercy, Margaret i Hilary znajdują swoje odbicie dobrze znane literaturze i sztuce filmowej historie o zderzeniu kobiet Zachodu ze światem Dalekiego Wschodu.

„Emigrantki” są powieścią o wyobcowaniu, o definiowaniu siebie na nowo w obcym otoczeniu. Atmosfera powieści przypomina tę znaną z filmu „Między słowami” Sofii Coppoli, gdzie milczenie staje się ciężkie od różnorodnych znaczeń, a życiowe problemy z dala od domu nabierają dodatkowej głębi. Jednocześnie w losach Mercy, Margaret i Hilary znajdują swoje odbicie dobrze znane literaturze i sztuce filmowej historie o zderzeniu kobiet Zachodu ze światem Dalekiego Wschodu, dokąd przywiodła je miłość, zobowiązanie albo nadzieja na lepsze jutro. W XIX wieku, gdy na fali kolonialnych podbojów Europejki wyruszały do egzotycznych krajów, zajmowały się organizowaniem życia rodzinnego i towarzyskiego na obczyźnie, uczestniczyły w organizacjach dobroczynnych, organizowały przyjęcia w wąskim gronie osób rzuconych daleko od rodzinnego kraju, próbując w ten sposób zagłuszyć tęsknotę za tym co utraciły wyjeżdżając. W XXI wieku tak samo postępują bohaterki stworzone przez Janice Y.K. Lee. Różnicę stanowi tylko dostęp do Internetu. Wanda Pawlik

Janice Y. K. Lee, Emigrantki, Przekład: Dorota Malina, Wydawnictwo Literackie, Premiera: 18 kwietnia 2018
 
 

Emigrantki

Janice Y. K. Lee
Emigrantki
Przekład: Dorota Malina
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 18 kwietnia 2018
 

PROLOG

Nowi ekspaci przybywają właściwie co godzinę, przez cały tydzień. Wysiadają z samolotów Cathay Pacific z Nowego Jorku, British Airways z Londynu, Garuda z Dżakarty i ANA z Tokio, niosą walizki, torebki Louis Vuitton, niosą niemowlęta i butelki, niosą wyczerpanie, podniecenie i frustrację. Większość z nich musiała gnieść się w klasie ekonomicznej, garstka sączyła szampana w pierwszej, reszta obejrzała po dwa filmy w biznesowej, zajadając kanapki z szynką i brie. Odczuwają podniecenie, nostalgię i strach, ulgę, że dotarli do Hongkongu, swojego nowego domu na pół roku, na rok, maksymalnie na trzyletni kontrakt, na zawsze, kto wie. Są żółtodziobami, znaleźli się na półmetku i potrzebują awansu, przyjazd tutaj ma być zwieńczeniem ich kariery, ostatnim przystankiem przed podróżą zwaną emerytura. Pracują w bankach, kancelariach prawnych, produkują guziki, ubrania, twarde dyski, zabawki, prowadzą restauracje, są barmanami, nauczycielami jogi, projektantami, architektami. Nie mają pracy. Mają nadzieję znaleźć pracę. Mają już zdecydowanie dość pracy. Przyjeżdżają w styczniu, po świętach, przyjeżdżają w czerwcu, po rozdaniu świadectw, przyjeżdżają w sierpniu, przed początkiem roku szkolnego, lub wtedy, kiedy firma zarezerwuje im bilet. Przyjeżdżają z całymi rodzinami albo z żonami, przyjeżdżają z partnerami albo jako zagorzali single, albo z nadzieją, że uda im się kogoś poznać. Są Chińczykami, Irlandczykami, Francuzami, Koreańczykami, Amerykanami — to prawdziwe ONZ poszukiwaczy szczęścia, chętnych owieczek, życiowych transformerów, którzy przybyli odnaleźć swoje nowe „ja”.
Teraz zawsze przylatują samolotami, wylewają się z maszyn ustawionych na płycie lotniska Chek Lap Kok. Nowi ekspaci czekają w kolejce, somnambulicznie przesuwają się w ostrym, fluorescencyjnym świetle, mają bladą skórę i tłuste włosy, zastanawiają się, czy okropny jet lag kiedykolwiek ustąpi, pokazują paszporty, przechodzą kontrolę imigracyjną, odbierają bagaże i po wyjściu z terminalu rozpraszają się w różne strony — znikają w pociągu Airport Express, ustawiają się w kolejce do autokarów i taksówek, idą do czarnych mercedesów z logo Mandarin Oriental, a szoferzy w białych czapkach otwierają im drzwi. Błyskawicznie ruszają na czystą, nową autostradę, gdzie przydrożne wioski są ledwie szczątkami tego, co tam było kiedyś, zanim wyrosły te wszystkie drapacze chmur, ogromne kompleksy wybudowane po to, żeby pomieścić puchnącą lokalną populację, tych wszystkich ludzi, którzy będą ich współpracownikami, pracodawcami, kierowcami. Ekspaci szybko się rozpraszają, szybko wchłania ich nowe otoczenie, szybko stają się kolejnymi twarzami w tłumie.
Nowi ekspaci są zmęczeni. Przyjechali, ale nie do końca wiedzą do czego. Ich podróż już się skończyła, ale ta prawdziwa, długa droga dopiero się zaczyna. Opierają głowy o szybę autokaru, na skórzanym zagłówku samochodu albo na welurze siedzenia w pociągu, jadąc do Chung King Mansions, hostelu YWCA, hotelu Four Seasons, do domu przyjaciół, mieszkania pracowniczego czy wynajętego domu w The Peak. Uspokajają dzieci, wypijają butelkę wody, bębnią palcami o siedzenie. Za oknem błyskawicznie przesuwają się widoki Hongkongu. Przed nimi rozciąga się długa droga. Są bardzo zmęczeni. Zamykają oczy i śnią o tym, co ich czeka.

CZĘŚĆ I

MERCY

Jednorożec pieczony na wolnym ogniu. Usmażone płaty mięsa z młodego smoka, lekko wybrzuszone na patelni. Feniks, być może lekko zwęglony po kolejnych ognistych narodzinach, posypany cukrem, który skarmelizował się od gorąca. Coś takiego chciałaby zjeść — mitycznego stwora, coś nie z tego świata, coś nierealnego. Centaura. Tak, soczysty udziec centaura. Mercy leży w łóżku, już nie śpi, ale jeszcze się nie całkiem obudziła, wokół siebie ma zmierzwioną pościel, a w brzuchu czuje ssącą pustkę, którą napawa się i delektuje.
Przez małe brudne okno wdziera się słońce. Prawdopodobnie jest już po jedenastej — o tej porze wszyscy szanujący się ludzie, którzy są gdzieś zatrudnieni, przepracowali już kilka godzin i być może rozmyślają właśnie, co by tu zjeść na lunch.
Mercy słyszy dochodzące z dołu przytłumione dźwięki ulicy. Sheung Wan to okolica zbyt szybko odkryta przez ludzi, których najazd sprawia, że czynsze natychmiast idą w górę — przez tych młodych przedsiębiorczych karierowiczów w dobrze skrojonych garniturach i lśniących butach, którzy o ósmej trzydzieści wychodzą do pracy z mokrymi włosami i plikiem dokumentów w aktówce. Wyniuchali tę stosunkowo niedrogą dzielnicę, niedaleko Central, i stopniowo poddali ją gentryfikacji. Karierowicze mieszkają wśród starzejących się Hongkończyków, którzy, oszołomieni, milcząco obserwują ich inwazję. Co rano w holu zwariowana sprzątaczka obrzuca ich inwektywami po kantońsku, a oni dziobią palcami w telefony i udają, że jej nie widzą. Te kobiety i ci mężczyźni o niespożytej energii chcieli zatrudnić inną sprzątaczkę, napisali więc petycję, skopiowali ją i wsunęli Mercy pod drzwi do podpisu, ale wszystkie ich wysiłki spełzły na niczym. Wariatka jest w budynku cały dzień i całą noc, siedzi na plastikowym zydelku, obok ma wiadro z mopem, i krzyczy na nich i na samą siebie. Podobno mieszka w klitce w holu, ale nikt nie wie tego na pewno. Nikt nie widział też, żeby kiedykolwiek sprzątała, wychodziła gdziekolwiek albo skądś wracała. To jedna z tych hongkońskich tajemnic — ta kobieta może być obłąkaną ciotką właściciela, bezdomną, która osiedliła się w holu, albo zwariowaną milionerką, do której należy budynek. Ale to tylko domysły i informacje zawieszane w windzie na ścianie. Pewnego dnia pojawił się tam adres forum internetowego i wszyscy się na nie przenieśli, a winda na szczęście przestała być trybuną plotek. Na plastikowej ścianie został tylko strzęp pożółkłej taśmy.
Mercy jest głodna. Powinna coś zjeść. Tyle że ona ma ochotę na upieczony nad ogniskiem udziec centaura, obracany na rożnie przez wróżki, których twarzyczki błyszczą od potu. Jest pewna, że tego nie znajdzie, kiedy wyjdzie z domu i zapuści się w sąsiednie wąskie zaułki. Nie ma tam co prawda mitycznych stworzeń, ale są za to równie niesamowite produkty: lśniące krowie bebechy, krwawe stosy świńskich łbów z oklapłymi uszami, suszone koniki morskie w jutowych workach. Mercy te wiktuały nie wydają się groteskowe, raczej nie ma pojęcia, jak zabrać się do jedzenia czegoś takiego, tych dziwnych, nieokreślonych form, tych zwierząt, czasami jeszcze żywych, w takich ilościach, że można by nimi wykarmić całą wioskę.
Postanawia, że kiedy wstanie, włączy grzejnik, żeby pozbyć się grudniowego chłodu. Wyjmie z małej lodówki główkę ekologicznej sałaty bostońskiej, oderwie liście, zamoczy je na dziesięć minut, przełoży do suszarki, gdzie siła odśrodkowa usunie z nich wodę i piasek. Potem wrzuci liście do drewnianej miski, spryska je oliwą, skropi octem balsamicznym, absurdalnie drogim octem balsamicznym kupionym w sklepie dla smakoszy, tak gęstym, że spływa powolną, ciężką strużką. Pomidor. Perski ogórek. Wyjmie je z lodówki, idealnie czyste, tak że będą chłodne i doskonałe. Pokroi je na mandolinie w cienkie plasterki i ułoży z nich piękne wzory, warzywną mandalę, prawdziwą ucztę dla oczu. Na wierzch pokruszy trochę Parmigiano Reggiano, a potem weźmie duży młynek i posypie sałatkę świeżo zmieloną solą himalajską, która będzie opadać jak płatki śniegu na jasnozielone liście.
Później postawi miskę z sałatką na stoliku przy łóżku, nakrytym uprzednio ozdobną lnianą podkładką, którą kupiła na wycieczce do Hanoi, obok położy serwetkę do kompletu, szklankę i butelkę wody z Fidżi. Mieszka na dwudziestu metrach kwadratowych, ale nie musi żyć jak dzikus.
Usiądzie na łóżku i weźmie ciężkie srebrne sztućce — widelec i nóż, które pewnej pamiętnej nocy w lepszych czasach ukradła z restauracji Gaddi’s, kiedy tam pracowała. Sałata, lekko błyszcząca od oliwy, ustąpi pod naciskiem ząbków widelca, ujawniając nieco ciemniejszą zieleń wnętrza liścia, kiedy Mercy zada mu mikroskopijny, śmiertelny cios.
Potem podniesie widelec do ust, przez moment poczuje na języku lekki dotyk, a potem jej zęby zmielą liść w odrobinę zielonej masy, która zsunie się jej do gardła. Mercy ją przełknie. Oddzieli następny kęs. Włoży go do ust i znów zacznie żuć. Połknie. Popije. Doleje sobie wody. Nabije na widelec kolejny liść. Powtórzy.
Ważne jest, żeby robić wszystko jak należy, inaczej, kiedy mieszka się samemu, szybko można się zdegenerować. Trzeba pilnować ceremoniału. Przestrzegać rytuałów. W ten sposób da się jakoś przetrwać kolejny dzień.

MARGARET


To nie jest łatwy projekt. Dom stoi na lekko pochyłej działce, którą klienci chcą wyrównać, zmieniając łąkę w ogród francuski, co w ogóle nie pasuje do rzeźby terenu i charakteru okolicy. Wiejskie Connecticut, gdzie mieszkają, jest zalesione i bliskie natury. Margaret zastanawia się, dlaczego nie kupili schludnej, równej parceli w pobliżu pól ziemniaczanych albo podmiejskiego domu w Darien — mieliby dziewiczy teren, idealny do sadzenia wysokich żywopłotów i róż w perfekcyjnych klombach, gdzie mogliby realizować swój barokowy sen, nie przejmując się pagórkowatym krajobrazem. Powiedzieli, że mają przyjaciół w okolicy. Dlatego kupili działkę w Litchfield. Ale to nie jej problem. Dla niej wyzwaniem jest to, jak ich przekonać, żeby posłuchali ziemi.
Brzmi to pretensjonalnie i newage’owo, ale tak właśnie jest. Ziemia dyktuje, co się z nią stanie. Koniec końców problem rozwiąże się sam. Wielu klientów próbuje zrobić coś po swojemu, ale ostatecznie zawsze muszą ustąpić. Jeśli nie przed Margaret, to przed naturą. Nikt nie ma tyle czasu ani takich pieniędzy, żeby okiełznać matkę naturę. Jest cierpliwa, potrafi czekać przez całe stulecia.
Margaret, trzymając linijkę i ołówek, pochyla się nad biurkiem. Ten etap pracy lubi najbardziej, świeży początek, gdy jest tylko ona, teren i biała kartka, nieograniczone możliwości, żadnych problemów. Wokół rozłożyła swoje rysunki. Zawsze zaczyna na papierze, komputer służy jej tylko do wykańczania projektu.
Problemy pojawiają się później, kiedy jej koncepcja zderza się z rzeczywistością i ludzką naturą.
Wiśniowy sad we wschodniej części ogrodu — to powinno ich ugłaskać. Margaret dorysowuje kilka drzew. Ci klienci na pewno kupią dorodne wiśnie. Tak jest dużo łatwiej. I dużo, dużo drożej. Szpaler drzew zapewni cień podczas popołudniowych przechadzek. Jej praca po części polega na idealizowaniu, na tworzeniu wizji wytwornego, idealnego życia w najbardziej optymistycznym wydaniu. Doskonale zdaje sobie sprawę, że wkrótce rzeczywistość, ograniczenia budżetowe i czasowe pokrzyżują jej plany, że stopniowo jej pierwotna koncepcja zmieni się prawie nie do poznania. Wie też, że ten konkretny projekt nigdy nie zostanie zrealizowany.
To nie jest prawdziwe zlecenie. Działka należy do znajomych, którzy przysłali jej zdjęcia i mapy, prosząc o opinię. Zajęła się tym, żeby wyświadczyć przysługę koleżance, która, jak podejrzewa, poleciła właśnie ją, bo chciała dać jej coś do roboty, coś, co wypełni jej długie godziny i pozwoli się uspokoić. Choć to tylko niby–zlecenie, jest nim zaabsorbowana.
Przyjechali do Hongkongu trzy lata temu, Clark i Margaret Reade z trójką dzieci. Mąż pracuje w amerykańskiej firmie międzynarodowej — tak mówi, jeśli ktoś ją zapyta, a zawsze pytają. Ta fraza nieodmiennie wywołuje u niej dreszcz, bo jest anonimowa, z nutką groźby, nacjonalistycznie oksymoroniczna. Przywodzi jej na myśl firmy, o jakich czyta czasem w gazetach, korporacje o nazwach w stylu Archer Daniels czy Monsanto, o których wie bardzo mało, ale zawłaszczyły wszystko, co dotyczy codziennego życia: pastę do zębów, aspirynę dla dzieci i mleko.
Tutaj jednak każdy domaga się konkretów, bo wszyscy pracują dla jakiejś amerykańskiej międzynarodowej korporacji. I nikt nie widzi w tym określeniu nic śmiesznego. Margaret odpowiada, że chodzi o M__D__. A tak, mówią, znasz Johna McBride’a i Suzie? Z Winnetka. John pracuje chyba w dziale zaopatrzenia? Często jeździ do Makau? Oni trajkoczą i trajkoczą, a ona zastanawia się, czy kiedykolwiek znajdzie kogoś, kto zrozumie. Większość ludzi jest tu jakby hermetycznie zamknięta, żyją w Hongkongu, ale to prawie w ogóle na nich nie oddziałuje. Mieszkają w niemal całkowicie zamerykanizowanej części dawnej kolonii brytyjskiej, obecnie należącej do Chin, i tylko czasem cierpią niedogodności z powodu braku dobrych pomidorów i prawdziwych burgerów.
Margaret podnosi głowę. Jest południe. Cudownie, kiedy czas mija, a człowiek nawet tego nie zauważa. Za godzinę ma lunch w mieście, więc musi się przygotować.
Umówiła się, kto by pomyślał, z planerką przyjęć. Clark kończy pięćdziesiąt lat i Margaret chce wyprawić mu wielką fetę, ale nie ma pojęcia, jak się do tego zabrać, ani ochoty, żeby się w to angażować.
Pod prysznicem zastanawia się, co musi jeszcze dziś zrobić. To ostatni dzień szkoły przed feriami bożonarodzeniowymi, wieczorem są zaproszeni na kolację, a następnego ranka wyjeżdżają na urlop. Trzeba spakować walizki i przygotować dzieci.
Margaret, ubrana i z mokrymi włosami, żegna się z Essie, filipińską gosposią, wychodzi i przy Repulse Bay Road łapie taksówkę, siada na lepkim siedzeniu z winylu i zapina pasy. Wnętrze samochodu wypełniają głośne dźwięki kantopopu.
— Poproszę do hotelu Four Seasons — mówi. — Może pan ściszyć radio?
Kierowca kiwa głową. Chorągiewka na taksówce idzie w dół. Gwałtownie przechylają się na zakrętach. Margaret łapie się za uchwyt na drzwiach, jej łydki ślizgają się po winylu. Choć jest grudzień, za oknem widzi zieleń, błękitne niebo i morze. Przejeżdżają przez tunel Aberdeen i wyłaniają się po drugiej stronie, gdzie szare biurowce zasłaniają horyzont. Margaret znów przypomina sobie, że południowa strona wyspy Hongkong to przedmieścia, natomiast centrum znajduje się na zachodzie.

Priscilla jest szczupłą blondynką, na żylastym opalonym przedramieniu ma pęk bransoletek. Pobrzękują, kiedy podnosi rękę, witając się z Margaret w przestronnym hotelowym holu. Nad nimi góruje olbrzymia świąteczna choinka. Priscilla ma włosy rozświetlone złotawymi pasemkami.
— Miło panią poznać. — Uśmiecha się. Ma idealnie równe zęby.
— A mnie panią — odpowiada Margaret. — Dziękuję, że zgodziła się pani przyjść.
— Nie ma o czym mówić.
Idą do kawiarni. Zamawiają napoje. Margaret zdaje sobie sprawę, że Priscilla nie wie. Nie wie o G. Dobra. Margaret zmienia nastawienie. Nie ma pojęcia, skąd pomysł, że ludzie znają jej historię, ale intuicja nigdy jej nie zawodzi.
— Od dawna mieszka pani w Hongkongu? — pyta Priscilla.
— Trzy lata. A pani?
— Sześć. Podoba się tu pani? — Po obwieszczeniu długości wyroku ekspaci zawsze się o to wypytują, często z zaciekawionym wyrazem twarzy.
— Tak — odpowiada Margaret. — Podoba.
— To dobrze — stwierdza Priscilla. — Nie cierpię, kiedy ludzie cały czas narzekają, że muszą tu być. Brakuje im najbardziej absurdalnych drobiazgów. Na przykład Safewaya czy konkretnego gatunku pieluch. Mam ochotę im wtedy powiedzieć: Rozejrzyjcie się tylko!
Jej gwałtowność zdumiewa Margaret.
— Przepraszam — reflektuje się Priscilla, zauważywszy jej reakcję. — Uważam po prostu, że trzeba być szczęśliwym tam, gdzie się jest, a nie wiecznie narzekać. Ludziom żyje się tu wspaniale, a oni skupiają się tylko na tym, czego im brak.
— Chyba ma pani rację.
— Co panią tu sprowadziło? — pyta Priscilla, przywołując kelnera.
— Mąż. Jak to zwykle bywa.
— Pani też pracuje?
— No cóż, czasem konsultuję projekty, więc tak, można powiedzieć, że pracuję.
— W jakiej branży?
— Architektura krajobrazu. Projektuję ogrody, a raczej dawniej to robiłam.
— O, wspaniała praca.
— Tak, bywa wspaniała.
— Tu, w Hongkongu, pewnie trudno o zlecenia. Nikt nie ma ziemi.
— To prawda, ale teraz wszystko i tak można robić przez internet. Mimo to ja już prawie nie pracuję. A Chiny też dają ciekawe możliwości.
— Chiny? Tak, oczywiście.
Obie milkną, żeby porozmyślać o ogromie i potencjale tego kraju — tu, w Hongkongu, gdzie bliskość i potęga Chin wzbudzają zarówno radość, jak i strach, takie chwile zdarzają się tysiąc razy każdego dnia.
Margaret w napięciu czeka na kolejne pytanie. Z doświadczenia wie, że na pewnym etapie rozmowy zapoznawczej może się ono pojawić.
— A dzieci? Ma pani dzieci?
Margaret spuszcza wzrok i studiuje kartę.
— Nigdy tu nie byłam. Co pani poleca? Umieram z głodu.
Priscilla przystaje na zmianę tematu.
— Sałatki, kurczak po hajnańsku, wszystko tu jest smaczne.
— Świetnie. To wezmę sałatkę!
Rozmawiają niezobowiązująco i składają zamówienie.
— Jak to działa? — pyta, kiedy kelner się oddala. — Jeszcze nigdy nie korzystałam z usług kogoś takiego jak pani.
— Mówi mi pani, czego chce, a ja staram się to zrealizować.
— Ale może mi pani coś podpowiedzieć?
— Oczywiście. Chodzi o przyjęcie z okazji pięćdziesiątych urodzin pani męża, prawda?
— Tak, w maju.
— Jakiś pomysł na motyw przewodni?
— Półmetek? — śmieje się, ale Priscilla jej nie wtóruje.
— Półwiecze?
Priscilla wyjęła duży notatnik z żółtymi kartkami, w którym zapisała: „50. urodziny Clarka Reade’a”. Pisakiem. Podniosła wzrok. Jest niezwykle poważna i skoncentrowana. Margaret zastanawia się, czemu zawsze wszystko wydaje jej się absurdalne. Na przykład to, żeby zapisywać nazwisko klienta i wydarzenie na dużym bloku. Pisakiem. Nikogo innego to nie dziwi.