Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Opublikowana w 1897 roku powieść „Dracula” irlandzkiego pisarza Brama Stokera wstrząsnęła czytelnikami, natychmiast stając się sensacją, a dziś uchodzi za klasykę gatunku grozy.


DraculaJonathan Harker, młody, naiwny prawnik, wyrusza w podróż do Transylwanii na spotkanie z hrabią Draculą, który przymierza się do przyjazdu do Anglii.

Na miejscu wychodzi na jaw, że ekscentryczny arystokrata nie jest tym, kim się wydaje być, a jego plany mają krwawy, zbrodniczy wymiar. Życie Jonathana zawisa na włosku. Tymczasem w Anglii Mina niecierpliwie wyczekuje powrotu narzeczonego…

***

Opublikowana w 1897 roku powieść „Dracula” irlandzkiego pisarza Brama Stokera wstrząsnęła czytelnikami, natychmiast stając się sensacją, a dziś uchodzi za klasykę gatunku grozy, słusznie zaliczaną w poczet stu najwybitniejszych powieści wszech czasów. Ujęta w formę listów, wycinków prasowych i fragmentów dzienników, porusza autentyzmem oraz złożonością i różnorodnością zawartych w niej uczuć i emocji. Mimo upływu lat hrabia Dracula wciąż przeraża…

Bram Stoker (1847-1912) – pisarz irlandzki. Krytyk i impresario teatralny. Agent największego aktora szekspirowskiego swoich czasów, Henry’ego Irvinga. Bywalec londyńskich salonów. Przyjaciel Oscara Wilde’a, Arthura Conan Doyle’a i wielu innych sław ówczesnej Anglii. Racjonalista i scjentysta, pasjonat spirytyzmu i nauk tajemnych.
Opublikował kilkanaście książek. Pisał powieści i opowiadania, głównie fantastyczne i przygodowe, bajki dla dzieci, eseje. Marzył o tym, by być poczytnym pisarzem, ale nie dożył upragnionej sławy. Dziś pamiętany jako autor jednej powieści, największego dzieła swego życia, nad którym pracował siedem lat: „Draculi” (1897). Rozsławione dopiero po jego śmierci przez ekranizacje filmowe, przyniosło mu nieśmiertelność.

Bram Stoker
Dracula
Przekład: Magdalena Moltzan-Małkowska
Ilustracje: Andrzej Masianis
Wydawnictwo Vesper
Premiera w tej edycji: 15 marca 2018
 
 

Dracula


1

DZIENNIK JONATHANA HARKERA

(zachowany w stenogramie)

3 maja, Bystrzyca. – Wyjechałem z Monachium o godzinie 20.35 pierwszego maja i wczesnym rankiem dotarłem do Wiednia; rozkład jazdy przewidywał 6.46, lecz pociąg miał godzinę spóźnienia. Budapeszt z kolei, wnosząc z tego, co zaobserwowałem z okna pociągu i podczas krótkiego spaceru ulicami, to nader urokliwe miejsce. Przezornie trzymałem się blisko stacji, gdyż z uwagi na opóźnienie zaplanowano rychły odjazd. Odniosłem wrażenie, że opuszczamy Zachód i wkraczamy na Wschód, a najbardziej zachodni spośród okazałych mostów nad Dunajem, szerokim tu i bardzo głębokim, prowadził wprost do świata tradycji z czasów panowania otomańskiego.
Nadrobiliśmy zwłokę i po zmroku przybyliśmy do Kluż. Zatrzymałem się na nocleg w hotelu Royale. Na obiad, a dokładniej kolację, zjadłem kurczaka z papryką, bardzo smakowitego, acz wybitnie wzmagającego pragnienie. (Zap.: przepis dla Miny). Na moje pytanie o potrawę kelner odparł, że to „paprika hendl”, tradycyjne miejscowe danie, często spotykane w całych Karpatach. Moja mizerna znajomość niemieckiego okazała się tu bardzo przydatna; nie wiem doprawdy, jak poradziłbym sobie bez niej.
Jeszcze w Londynie odwiedziłem w wolnej chwili Muzeum Brytyjskie i przejrzałem dostępne tam książki oraz mapy odnoszące się do Transylwanii; przyszło mi do głowy, że pewna znajomość terenu będzie mi pomocna w kontaktach z przedstawicielem miejscowej arystokracji. Odkryłem, że wskazany przez niego region leży na samym wschodzie kraju, dokładnie na granicy trzech państw – Transylwanii, Mołdawii i Bukowiny, w samym sercu Karpat; jest to jeden z najdzikszych i najmniej zbadanych zakątków Europy. Nie trafiłem na żadną mapę ani zapis podające dokładne umiejscowienie zamku Dracula, albowiem tamtejsze mapy regionu pozostawiają wiele do życzenia w porównaniu do naszych. Ustaliłem jednak, że Bystrzyca, wspomniane przez hrabiego Draculę miasto z głównym urzędem pocztowym, to dosyć znane miejsce. Poniżej zamieszczam niektóre spośród moich notatek, aby pomogły odświeżyć mi pamięć w czasie późniejszych rozmów z Miną.
Ludność Transylwanii to przedstawiciele czterech narodowości: na południu mieszkają Sasi przemieszani z Wołochami, wywodzącymi się od Daków; na zachodzie Madziarzy, a na wschodzie i północy Szeklerzy. Będę przebywał pośród tych ostatnich, podających się za potomków Attyli i Hunów. Całkiem to możliwe, ponieważ gdy w jedenastym wieku kraj podbili Madziarzy, zastali na miejscu osiedlonych tu Hunów. Czytałem, że w tym rejonie Karpat gnieżdżą się wszelkie możliwe przesądy, jak gdyby stanowił on ośrodek wiru zbiorowej wyobraźni; w takim wypadku mój pobyt zapowiada się nadzwyczaj interesująco. (Zap.: wypytać o nie hrabiego).
Mimo znośnego łóżka spałem nie najlepiej, ponieważ nękały mnie najdziwniejsze sny. Zapewne była to wina psa, który przez całą noc wył pod moim oknem, a może papryki, gdyż choć opróżniłem całą karafkę wody, wciąż dokuczało mi pragnienie. Usnąłem dopiero nad ranem i obudziło mnie natarczywe pukanie do drzwi, czyli spałem jednak jak suseł. Na śniadanie znów jadłem paprykę, a także rodzaj owsianki z mąki kukurydzianej, zwanej tutaj „mamałygą”, i faszerowane bakłażany, przepyszną potrawę o nazwie „impletata”. (Zap.: też zdobyć przepis). Musiałem przełykać w pośpiechu, gdyż pociąg odjeżdżał tuż przed ósmą, a przynajmniej miał odjechać, kiedy bowiem o siódmej trzydzieści dotarłem na stację, zmuszony byłem spędzić w stojącym wagonie jeszcze ponad godzinę. Zdaje mi się, że im bardziej na wschód, tym większa niepunktualność kolei. Aż strach pomyśleć, co czekałoby mnie w Chinach.
Cały boży dzień przemierzaliśmy niespiesznie krainę urzekającą pod każdym względem. Czasem naszym oczom ukazywały się miasteczka bądź zamki na szczytach stromych wzgórz, jakby żywcem wyjęte ze starych mszałów, innym razem mijaliśmy rzeki i strumienie, których poszarpane, kamieniste brzegi z obu stron musiały być świadkami częstych powodzi. Niemało trzeba było wody i wartkiego nurtu, aby nadać im taką postać. Na każdej stacji widziałem grupy, a czasem wręcz tłumy przeróżnie odzianych postaci. Niektóre przypominały chłopów angielskich bądź niemieckich, lub francuskich, w krótkich kurtkach, okrągłych kapeluszach i spodniach domowej roboty, pozostali jednak stanowili nader malowniczy widok. Kobiety wyglądały bardzo ładnie, przynajmniej z daleka, ale były grube w talii. Wszystkie miały bluzki z białymi, bufiastymi rękawami, a większość nosiła szerokie pasy oraz powiewne spódnice niczym tancerki w balecie, oczywiście z halkami pod spodem. Najdziwniej prezentowali się Słowacy, o dzikszym od pozostałych wyglądzie, w wielkich pasterskich kapeluszach, workowatych spodniach w odcieniu poszarzałej bieli, białych, płóciennych koszulach, od talii po pierś opięci ciężkimi pasami ze skóry, szerokimi na blisko trzy dłonie i nabijanymi mosiężnymi ćwiekami. Nosili wysokie buty z nogawkami spodni wpuszczonymi w cholewy, wszyscy też mieli długie, czarne włosy i sumiaste wąsiska. Jak już wspomniałem, przedstawiali widok malowniczy, acz dość przerażający: w teatrze zapewne odegraliby rolę egzotycznych rozbójników. Jednakże doszły mnie słuchy, że są w istocie nieszkodliwi i z natury nikomu nie wadzą.
Do Bystrzycy również dotarliśmy po zmroku; jest to stara i bardzo ciekawa miejscowość. Położona niemalże na granicy – przełęcz Tihuta prowadzi stąd prosto do Bukowiny – miała bardzo burzliwe dzieje, co tu i ówdzie zresztą widać. Przed pięćdziesięcioma laty nastąpiła tu seria groźnych pożarów, które pięciokrotnie dawały się we znaki mieszkańcom. Na początku siedemnastego wieku miejscowość przeżyła trwające trzy tygodnie oblężenie, które kosztowało ją trzynaście tysięcy ofiar, również z powodu chorób i klęski głodowej.
Hrabia Dracula skierował mnie do hotelu Złota Korona, który okazał się na wskroś staroświecki, co bardzo mnie ucieszyło, pragnąłem bowiem poznać tutejsze życie we wszelkich jego formach i przejawach. Najwyraźniej mnie tam oczekiwano, gdyż ledwo otwarłem drzwi, stanąłem oko w oko z czerstwą starszą niewiastą w wieśniaczym stroju – białej spódnicy i kolorowej zapasce, z przodu i z tyłu opiętej niemal zbyt frywolnie. Na mój widok skłoniła głowę i zapytała: „Herr Anglik?”. „Tak”, odpowiedziałem. „Jonathan Harker”. Uśmiechnęła się i rzuciła coś pod adresem starszego mężczyzny w białej koszuli, który podszedł za nią do drzwi. Oddalił się, aby zaraz powrócić z listem:

Drogi przyjacielu.
Witam w Karpatach. Oczekuję Pana z niecierpliwością. Proszę dobrze się wyspać tej nocy. Jutro o trzeciej odjeżdża dyliżans do Bukowiny; ma Pan w nim zarezerwowane miejsce. Na przełęczy Tihuta będzie oczekiwał mój powóz i dostarczy Pana do mnie. Ufam, iż Pańska podróż z Londynu przebiegła szczęśliwie i że pobyt w moim pięknym kraju okaże się ze wszech miar udany.
Pański przyjaciel
Dracula

4 maja. – Dowiedziałem się, że mój gospodarz otrzymał od hrabiego list z poleceniem zarezerwowania dla mnie miejsca w dyliżansie, jednak gdy przychodziło do szczegółów, stawał się lakoniczny i udawał, że nie rozumie mojego niemieckiego. Chyba kręcił, jako że aż dotąd pojmował wszystko wyśmienicie, a przynajmniej sprawiał takie wrażenie, odpowiadając wyczerpująco na moje pytania. On i jego żona, owa starsza niewiasta, która powitała mnie w drzwiach, wymienili zalęknione spojrzenia. Wymamrotał, że pieniądze przysłano w liście i nic mu więcej nie wiadomo. Kiedy zapytałem, czy zna hrabiego Draculę i może opowiedzieć mi co nieco o zamku, oboje przeżegnali się odruchowo i zakląwszy się, że nie wiedzą nic a nic, do reszty nabrali wody w usta. Do wyjazdu pozostało tak niewiele czasu, że nie miałem już kogo pytać. Było to bardzo tajemnicze i niezbyt krzepiące.
Tuż przed moim wyjazdem kobieta przyszła do mojego pokoju i rzekła bez mała histerycznym tonem:
– Musi pan jechać? Och, młody Herr, musi pan? – Wzburzenie do reszty pozbawiło ją znajomości niemieckiego i poczęła mieszać go z nieznanym mi językiem. Nie miałem innego wyjścia, jak zasypać ją pytaniami, które nasuwały mi się jedno po drugim. Na wieść o tym, że muszę niezwłocznie ruszać w drogę i wzywają mnie ważne sprawy, zapytała: – Czy wiesz, panie, jaki dziś dzień?
Odpowiedziałem, że czwarty maja, na co potrząsnęła głową.
– Tak, tak! Wiem, wiem! Ale jaki dzisiaj dzień? – A gdy odrzekłem, że nie rozumiem, podjęła: – Wigilia świętego Jerzego. Nie rozumiesz, panie, że dziś z wybiciem północy budzi się licho i bierze w posiadanie cały świat? Nie wiesz, panie, dokąd jedziesz i do czego? – Była tak zatrwożona, że próbowałem dodać jej otuchy, ale na próżno. W końcu padła na kolana, błagając, żebym nie jechał, a przynajmniej odroczył wyjazd o dzień lub dwa. Było to z gruntu niedorzeczne, ale poczułem się nieswojo. Niemniej czas naglił i nie miałem chwili do stracenia. Spróbowałem podnieść ją z podłogi i z całą powagą, na jaką było mnie stać, zapewniłem, iż dziękuję za troskę, lecz obowiązki wzywają mnie do natychmiastowego odjazdu. Wówczas wstała, otarła oczy, a następnie zdjęła z szyi krzyżyk i dała mi go. Nie wiedziałem, co począć, gdyż będąc anglikaninem, byłem nauczony traktować podobne zachowania jako czcze zabobony, czułem jednak, że nie wypada odmówić starszej kobiecie, przy tym tak wzburzonej i pełnej dobrych chęci. Musiała dostrzec na mojej twarzy powątpiewanie, gdyż założyła mi krzyżyk na szyję i ze słowami „Niech pan to zrobi dla matki” wyszła z pokoju. Piszę te słowa w oczekiwaniu na dyliżans, czyli o późnej porze; krzyżyk wciąż mam na szyi. Nie wiem, czy strach gospodyni okazał się zaraźliwy, lecz daleko mi do zwykłej pogody ducha. Jeżeli ten dziennik dotrze do Miny przed moim powrotem, niech przekaże jej moje pożegnanie. A oto i dyliżans!

5 maja. Zamek. – Minęła szarość poranka i słońce stoi wysoko ponad odległym horyzontem, jakby postrzępionym z lekka, czy to przez góry, czy może drzewa, tego nie umiem określić z całą pewnością, gdyż w dali duże miesza się z małym i zdaje się tym samym. Nie jestem śpiący, a ponieważ rano będę mógł się wyspać, oczywiście skracam sobie oczekiwanie na sen, pisząc w dzienniku. Wiele dziwów mam do opisania i na wypadek, gdyby czytający te słowa nabrali przekonania, że przed wyjazdem z Bystrzycy pojadłem na kolację zbyt dobrze, niech pozwolą mi opisać ów posiłek dokładniej. Jadłem to, co tutaj zwą szaszłykiem zbójnickim – kawałki boczku, cebuli i wołowiny doprawione czerwoną papryką i opieczone na ruszcie nad ogniem, prosty w stylu na podobieństwo londyńskiej potrawki! Popijałem go winem Golden Mediasch, które dziwnie, acz intrygująco szczypie w język. Wypiłem go tylko dwa kieliszki i nic więcej.
Kiedy wsiadłem do dyliżansu, woźnica nie zajął od razu miejsca na koźle i zobaczyłem, że rozmawia z gospodynią. Najwyraźniej mówili o mnie, gdyż co rusz zerkali w moją stronę, a grupka ludzi siedzących na ławce obok drzwi – określanych tu mianem „zwiastunów wieści” – podeszła i przysłuchiwała się rozmowie, też popatrując na mnie, przeważnie ze współczuciem. Do moich uszu dolatywały powtarzające się dziwne słowa, wśród gapiów znajdowali się bowiem przedstawiciele różnych narodowości, toteż dyskretnie wyjąłem z torby słowniczek i je sprawdziłem.
Muszę przyznać, że nie poprawiły mi humoru, gdyż między innymi było tam słowo „Ordog” – szatan, „pokol” – piekło, „stregoica” – czarownica oraz „vrolok” i „vlkoslak”. Dwa ostatnie oznaczają to samo, jedno po słowacku, a drugie po serbsku, a mianowicie „wilkołak” albo „wampir”. (Zap.: muszę spytać o te przesądy hrabiego).
Gdy ruszyliśmy, tłumek przy drzwiach oberży, który przez ten czas urósł do sporych rozmiarów, przeżegnał się jak na komendę i każdy wycelował we mnie dwa palce. Z trudem udało mi się skłonić jednego ze współpasażerów, aby zdradził mi znaczenie owego gestu; zrazu nie chciał odpowiedzieć, lecz dowiedziawszy się, że ma do czynienia z Anglikiem, wyjaśnił, iż ma on chronić przed złym urokiem. Bardzo to było nieprzyjemne, gdyż bądź co bądź podążałem w nieznane na spotkanie z obcym mi człowiekiem, ale wszyscy sprawiali wrażenie tak życzliwych, posmutniałych i przepełnionych współczuciem, że ogarnęło mnie mimowolne wzruszenie. Nigdy nie zapomnę widoku stłoczonych przed oberżą malowniczych postaci, z których każda czyniła znak krzyża, z gęstym listowiem oleandrów i drzewek pomarańczowych w tle. Nasz woźnica, którego szerokie, lniane portki przysłoniły cały kozioł (zwą je tutaj „goca”), strzelił z bata i zaprzęg złożony z czterech koników pociągnął nas w drogę.
Zachwycony okolicą, wkrótce zapomniałem o lęku, chociaż gdybym znał język, a dokładniej języki, którymi porozumiewali się moi współpasażerowie, zapewne nie wyzbyłbym się go tak łatwo. Przed nami rozciągała się zielona, pofałdowana, gęsto zalesiona kraina, usiana tu i ówdzie stromymi wzgórzami, które zwieńczone były gospodarstwami bądź kępami drzew. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, pyszniły się drzewa owocowe w pełnym rozkwicie – jabłonie, śliwy, grusze i wisienki, a gdy przejeżdżaliśmy obok, widziałem kobierce opadłych płatków, zaściełające trawę u stóp ich pni. Między zielonymi pagórkami krainy, zwanej tutaj Mittellandem, wiła się droga, ginąc czasem na trawiastych zakrętach bądź w sosnowych zagajnikach, które ogarniały zbocza na podobieństwo języków ognia. Mimo wybojów zdążaliśmy naprzód w gorączkowym pośpiechu.
Nie miałem pojęcia, czemu go przypisać, ale woźnica postanowił najwyraźniej dotrzeć do przełęczy Tihuta, nie tracąc ani chwili. Podobno latem droga jest doskonała, choć teraz jeszcze nie doprowadzono jej do porządku po zimowych śnieżycach, co wyróżnia ją na tle pozostałych miejscowych szlaków, o które zazwyczaj nikt nie dba. Dawniej hospodarowie nie zawracali sobie głowy ich naprawą, aby Turcy nie pomyśleli, że szykują je dla przemarszu cudzoziemskiej armii, co przyspieszyłoby wojnę, która wiecznie wisiała na włosku.
Za zielonymi, obłymi pagórkami Mittellandu wznosiły się potężne, zalesione wzgórza wiodące aż do wyniosłych urwisk samych Karpat. Górowały nad nami z obu stron, skąpane w blasku popołudniowego słońca, które wydobywało przepyszną tęczę królujących tu barw: kobaltu i fioletu w cieniach wierzchołków, zieleni i brązu porośniętych trawą skalistych zboczy oraz niekończący się bezmiar postrzępionych skał i spiczastych turni, które ginęły w dali śród zaśnieżonych szczytów. Gdzieniegdzie moją uwagę przykuwały rozpadliny, w których w miarę zachodu słońca poczęliśmy dostrzegać biały poblask wodospadów. Kiedy okrążaliśmy podnóże pagórka i przed nami roztoczył się widok na dumny, zaśnieżony wierzchołek zdający się być bez mała na wyciągnięcie ręki, jeden z towarzyszów podróży dotknął mojego ramienia:
– Patrz! Isten szek! Boże siedzisko! – I przeżegnał się z namaszczeniem. Jechaliśmy coraz dalej, a słońce opadało coraz niżej za naszymi plecami i raptem otoczyły nas pełzające cienie. Światło igrające wśród pokrytych śniegiem szczytów, które zdawały się jarzyć chłodnym, różowym blaskiem, pogłębiało jeszcze niesamowity efekt. Po drodze mijaliśmy Czechów i Słowaków w barwnych przyodziewkach i zauważyłem, że wole jest, niestety, w tej okolicy częstym zjawiskiem. Na poboczu widniały liczne krzyże, na widok których moi współpasażerowie jak na komendę czynili znak krzyża. Gdzieniegdzie widywałem wieśniaków klęczących przed przydrożnymi kapliczkami, którzy nie odwracali się nawet na turkot kół powozu, jak gdyby modlitwa pochłaniała ich tak, że głuchli i ślepli na cały świat. Wiele rzeczy było tu dla mnie nowością, na przykład stogi siana umieszczone na drzewach, a także urokliwe kępy brzóz o białych pniach, lśniących pośród listowia jak żywe srebro. Od czasu do czasu mijaliśmy leiterwagon – zwykły, chłopski wóz na wysokich pełnych kołach o wężowo pofalowanych krawędziach, jakoby lepiej przysposobionych do wyboistego gościńca. Każdy z nich wiózł do domu liczną grupę pasażerów, Czechów w białych lub Słowaków w barwionych kożuchach, przy czym ci drudzy dzierżyli w dłoniach długie kije z toporkami na końcach, uniesione w górę jak lance. Wieczór przyniósł chłód, a nadciągający zmierzch zdawał się łączyć w jedno mroczną mglistość drzew, dębów, buków i sosen, chociaż w dolinach leżących głęboko pomiędzy szczytami, na tle zleżałego śniegu gdzieniegdzie odcinały się czarne świerki. Czasem droga biegła przez sosnowy las, który w półmroku zdawał się zewsząd napierać na nas szarością otulającą drzewa, rodząc ponury i uroczysty nastrój, przez co rozbudzone wcześniej złowrogie myśli i obrazy powróciły ze zdwojoną siłą w chwili, gdy gasnący zachód rozjaśnił niesione wiatrem widmowe obłoki, które w Karpatach snują się w dolinach bez przerwy. Wzgórza bywały tak strome, że mimo wysiłków woźnicy zaprzęg tracił tempo.
Zaproponowałem, byśmy wysiedli i ulżyli koniom pod górę, ale woźnica nie chciał o tym słyszeć. „Nie, nie”, zaoponował. „Tu pan nie chodzić, tu psy zbyt dzikie”. I dodał w przypływie wisielczego humoru, rzucając reszcie porozumiewawcze spojrzenie: „Jeszcze zaznacie dość tego, panie, nim pójdziecie spać”. Przystanął tylko na chwilę, żeby zapalić lampy.