Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Julia, bohaterka powieści „Moja najdroższa” zagubiła się w świecie, w którym została wychowana, kochając i jednocześnie nienawidząc ojca. Dzieło Gabriela Tallenta to trudna, mroczna i niepokojąca opowieść o dysfunkcyjnych relacjach ojca i córki; surowa, inteligentna i wzruszająca.


Moja najdroższaJulia, nazywająca siebie Turtle, jest oczkiem w głowie Martina, zaborczego ojca – tyrana, dzieckiem pozbawionym przyjaciół, traktującym z pogardą rówieśników, inne dziewczyny i kobiety, kopiującą bezrefleksyjnie mizoginiczne zachowania ojca. Po śmierci matki to Martin stanowi cały świat Julii, nazywa ją „moją najdroższą”, „kruszynką”, jego powodem do życia. Cała percepcja świata i samoświadomość Julii opiera się na nakazach Martina i płynących od niego wzorcach, będącego dla niej ostateczną wyrocznią i mentorem.

Turtle nie może się odnaleźć w szkolnej rzeczywistości, walczy z nią, a jej punktem odniesienia stają się wygłaszane przy każdej okazji filozoficzne dywagacje ojca o nadchodzącej zagładzie świata i konieczności przygotowania się do walki o przetrwanie. Jedna z przepowiedni ojca sprawdzi się – Julia będzie musiała walczyć o przeżycie i to w sytuacji, której Martin nie przewidział.

Ojciec wychowuje Turtle w spartański sposób. Serwując jej lekcje strzelania, przetrwania i musztrę, jakiej nie powstydziłby się najbrutalniejszy sierżant w jednostce specjalnej zamienia ją w dzikie dziecko. Julia dorasta w otoczeniu wielu sztuk różnorodnych karabinów, strzelb i pistoletów oraz zapasów żywności przygotowanych z myślą o apokalipsie. Codziennie ćwiczy strzelanie a jej umiejętności samotnego przetrwania w dziczy są imponujące. Problemem natomiast pozostaje dla niej szkoła – tam nie radzi sobie najlepiej – często na lekcjach po prostu siedzi i patrzy w okno, ma trudności z przyswajaniem słówek i rozwiązywaniem testów. Izoluje się od innych uczniów i zmaga się ze swoim brakiem umiejętności nawiązywania kontaktów społecznych. Niska samoocena sprawia, że nie wierzy w siebie i nie próbuje rozwiązywać tego problemu, z obawy, że jej się nie uda. Co w dalszej kolejności wywołuje u dziewczyny nienawiść do samej siebie. Kiedy w końcu podejmie próbę wyjścia z owej stresującej sytuacji, szybko okaże się, jakim dysponuje potencjałem, dotąd skrywanym przed sobą i światem. Do tego będzie jednak potrzebna zmiana wizji społeczeństwa, narzuconej jej przez apodyktycznego ojca.

Dla czytelnika – obserwatora Martin to kwintesencja zła, osobnik wywołujący odrazę od pierwszego wejrzenia: chory z miłości, brutalny i sadystyczny oprawca, skłonny do ustawicznego terroryzowania, poniżania i seksualnego wykorzystywania Turtle. Ma obsesję na punkcie absolutnej kontroli nad córką, do czego wykorzystuje cały swój spryt i zdolności psychologicznej manipulacji. Uważa, że Turtle jest jego własnością, więc każdy, kto chciałby nawiązać z nią bliższe relacje, może znaleźć się w równie wielkim niebezpieczeństwie, jak ona, narażając się na potencjalne szykany i znęcanie się.

Postać Julii jest dużo bardziej skomplikowana i początkowo może wzbudzać w czytelniku uczucia mieszane – od potępienia po zrozumienie. Z czasem czytelnik poznaje motywacje bohaterki i zaczyna rozumieć tą jednoczesność miłości i nienawiści córki w stosunku do ojca. Obserwując emocjonalny szantaż stosowany przez ojca, poznaje lęki Julii i jej nieufność w stosunku do otoczenia, zdefiniowanego przez tatusia jako samo zło.

Postać Julii jest dużo bardziej skomplikowana i początkowo może wzbudzać w czytelniku uczucia mieszane – od potępienia po zrozumienie.

Julia akceptuje zasady życia wpajane przez ojca, próbuje odnaleźć się pośród nich najlepiej, jak potrafi, tkwi w głębokim przekonaniu, że on ją kocha, szybko porzuca pojawiające się myśli o wyrwaniu się z kręgu przemocy psychicznej i fizycznej. Jej przemiana rozpoczyna się od przypadkowego poznania licealisty Jacoba. Rozwój tej przyjaźni otwiera przed Turtle całkowicie inny i nowy świat, pozwalając jej na kontakt z normalnym życiem, co sprawia, że zaczyna tęsknić za lepszą przyszłością dla siebie. W jej postrzeganiu ojca jako postaci nieskazitelnej w swej samowystarczalności i mądrości pojawiają się rysy, Julia zaczyna uświadamiać sobie, że inni żyją życiem zupełnie odmiennym niż ona, i że jest w stanie wejść w nowe relacje – przyjaźni, zaufania i prawdziwej miłości. Uświadomiwszy sobie konieczność uwolnienia się od wpływu ojca podejmuje to ryzyko.

Tallent snując swą opowieść zadaje też pytanie – jak to możliwe, że nikt ze społeczności lokalnej nie interesował się sytuacją domową Julii, nie zwrócił uwagi na niepokojące symptomy, nie zainteresował się, że w tym domu może dziać się coś złego. Jedynie Anna, nauczycielka Julii, zaniepokojona zachowaniem dziewczyny obawia się, że może mieć miejsce przemoc domowa, ale Julia odrzuca propozycję rozmowy i pomocy, jako że uzależnienie od ojca jest wtedy jeszcze zbyt wielkie. Powieść Tallenta to wyraźne oskarżenie amerykańskiej prowincjonalnej mentalności mieszkańców skupionych tylko na sobie, nieufnych w stosunku do rządowych instytucji i bezrefleksyjnie aprobujących trwające od lat nietypowe zachowania w domu Alvestonów w imię zachowania własnego świętego spokoju. Motyw społecznej obojętności nadaje powieści Tallenta ponadczasowy rys, uświadamia, że takie zło może rozgrywać się gdzieś bardzo blisko nas, a nie reagując jesteśmy współodpowiedzialni.

Powieść Gabriela Tallenta to proza surowa i bezkompromisowa, hipnotyczna i precyzyjna w opisach natury i okrucieństw doświadczanych przez Turtle, z minimalistycznym podejściem do dialogu, który często bywa brutalny a czasami staje się dywagacją filozoficzną i monologiem Martina. Autor skupia się na rozbudowanych opisach scenerii, natury i codziennych czynności (rutyna poranków z piciem surowych jajek i rzucaniem ojcu butelki piwa), momentami oddając głos także spokojnemu, ale ciężkiemu milczeniu. W powieści pojawiają się mroczne momenty, sceny szokujące i rozdzierające serce, wieńczy je poruszający finał. Nikodem Maraszkiewicz

Gabriel Tallent, Moja najdroższa, Przekład: Dariusz Żukowski, Wydawnictwo Agora, Premiera: 18 kwietnia 2018
 

 

Moja najdroższa

Gabriel Tallent
Moja najdroższa
Przekład: Dariusz Żukowski
Wydawnictwo Agora
Premiera: 18 kwietnia 2018
 

1


Stary dom siedzi na wzgórzu cały w płatach odłażącej białej farby, a po ramach wykuszowych okien i okrągłych drewnianych barierkach wspinają się róża i bluszcz. Różane pnącza wypaczyły deski elewacji i gęsto je oplątały. Żwirowany podjazd zaśmiecają pokryte śniedzią łuski.
Martin Alveston, wielki mężczyzna w levisach i flanelowej koszuli, wysiada z pick-upa i nie oglądając się na siedzącą w szoferce Turtle, wchodzi na werandę – jego wojskowe buty głucho tupią na deskach – i otwiera szklane przesuwne drzwi. Turtle chwilę czeka, wsłuchując się w cykanie stygnącego silnika, a potem rusza za nim. W salonie jedno z okien jest zabite blachą i grubą dyktą, do której przyczepiono tarcze strzelnicze. Dziury po kulach są tak skupione, jakby ktoś podszedł ze strzelbą i z odległości kroku wypalił strugę śrucin w sam środek tarczy. Pociski pobłyskują w postrzępionych otworkach jak woda w studni.
Jej tato stawia puszkę fasoli na starej kuchence, otwiera ją, zapala kciukiem zapałkę i włącza gaz, który najpierw pyrka, a potem powoli rozpala się pomarańczowym płomieniem, oświetlając ciemne ściany z sekwojowych desek, niepolakierowane szafki, zatłuszczone pułapki na myszy. W kuchennych drzwiach nie ma zamka, tylko dziury po klamce i zasuwce. Martin otwiera je kopnięciem i wychodzi na niedokończoną werandę – jaszczurki biegają po oplecionym jeżynami belkowaniu, nad które wybijają się skrzypy oraz pokryta dziwnym meszkiem i wydzielająca kwaskowaty odór świńska mięta. Martin staje w szerokim rozkroku na dwóch belkach i zdejmuje z wypaczonej deski poszycia patelnię, którą tam zostawił, by szopy wylizały ją do czysta. Odkręca kran zardzewiałym kluczem nastawnym, podstawia patelnię pod mocny strumień wody i przeciera w brudnych miejscach narwanymi wiechciami skrzypu. Wraca, stawia ją na gazie, woda syczy i pryska. Z zielonej lodówki bez światełka wyjmuje dwa steki zawinięte w brązowy papier, sięga po przyczepiony do paska szeroki nóż firmy Daniel Winkler, przeciera go o dżinsy, nadziewa każdy połeć mięsa na ostrze i kolejno kładzie na patelni.
Turtle podskakuje i siada na blacie kredensu – szorstkie sekwojowe deski noszą stare ślady po młotku, którym wbijano w nie gwoździe. Spomiędzy pustych puszek wyławia sig sauera, odciąga zamek i spogląda na miedzianą łuskę w oknie komory. Wycelowuje z broni na próbę i odwraca się, żeby sprawdzić, co on na to, a on stoi wsparty ręką o szafkę i uśmiecha się zmęczonym uśmiechem, nie podnosząc wzroku.
Gdy miała sześć lat, polecił jej założyć kapok, by tłumił uderzenia kolby, uprzedził, że ma nie dotykać gorących łusek, i kazał strzelać z powtarzalnego rugera kaliber 22, więc strzelała, siedząc przy stole i opierając broń o zrolowany ręcznik. Dziadek musiał usłyszeć strzały po drodze ze sklepu monopolowego, bo stanął w drzwiach, ubrany w dżinsy, szlafrok frotte oraz skórzane sandały z frędzelkami, i powiedział:
– Do diabła, Marty!
Tato siedział na krześle obok Turtle, czytając „Badania dotyczące zasad moralności” Hume’a, ale odłożył książkę okładką do góry nogami i powiedział: „Idź do swojego pokoju, kruszynko”, więc Turtle poszła na górę skrzypiącymi schodami bez barierki i podstopnic, o sękatych stopniach z sekwoi, starych i tak powyginanych od kiepskiego leżakowania, że pod wpływem naprężenia gwoździe prawie całkiem powychodziły z legarów. Mężczyźni siedzieli na dole w milczeniu – dziadek się jej przyglądał, a Martin wodził opuszkiem palca po literach wytłoczonych na grzbiecie książki. Na górze, leżąc na łóżku z płyt wiórowych, nakryta wojskowym workiem, słyszała, jak dziadek mówi: „Do diabła, Martin, tak nie można wychowywać dziewczynki”, a tato przez długi czas nie odpowiadał, ale w końcu stwierdził:
– Daniel, nie zapominaj, że to mój dom.
Jedzą steki niemal w milczeniu, a na dnie wysokich szklanek z wodą osiadają ziarnka piasku. Między nimi na stole leży talia kart z dżokerem na pudełku: pół jego twarzy wykrzywia szaleńczy uśmiech, drugie pół nosi grymas smutku. Gdy Turtle kończy jeść, odsuwa od siebie talerz, a ojciec się jej przygląda. Jest wysoka jak na czternastolatkę, pająkowata i szczupła, choć szeroka w biodrach i barkach. Szyję ma długą i żylastą. Najbardziej przykuwają uwagę jej oczy, niebieskie, o migdałowym kształcie, niemal zbyt wielkie w szczupłej twarzy o wyrazistych kościach policzkowych oraz skrzywionych, łatwo odsłaniających zęby ustach – to brzydka twarz, wie o tym, ale niepospolita. Ma gęste blond włosy z pojaśniałymi od słońca pasemkami. Jej skórę pokrywają miedzianobrązowe piegi. Na dłoniach oraz wewnętrznych stronach przedramion i ud widać błękitne żyły.
Martin mówi:
– Idź, przynieś słówka, kruszynko.
Wyciąga niebieski zeszyt z plecaka i otwiera na stronie z ćwiczeniami ze słownictwa na ten tydzień, które starannie przepisała z tablicy. Martin kładzie rękę na zeszycie i przysuwa go ku sobie. Zaczyna czytać z listy:
– Spektakularny – mówi i spogląda na nią. – Strofować.
Jedno po drugim, odczytuje kolejne słowa. Potem mówi:
– O, to ten zestaw. Numer jeden. „Puste miejsce – lubił pracować z dziećmi”.
Odwraca zeszyt i przesuwa ku niej. Ona czyta:
1. _______ lubił pracować z dziećmi.
Przegląda spis słówek, wyginając palce u stóp zaparte o deski podłogi. Tato na nią patrzy, ale ona nie zna odpowiedzi. Mówi: – „Podejrzany”. Może to „podejrzany”.
Tato unosi brwi, a ona wpisuje ołówkiem:
1. Podejrzany lubił pracować z dziećmi.
Martin znów przysuwa sobie zeszyt i patrzy na stronę.
– No dobrze – mówi – to teraz spójrz na numer dwa. Przesuwa zeszyt w jej stronę, a ona patrzy na drugie zdanie.
2. _______ został zabrany przez policję.
Turtle słyszy, jak Martin oddycha przez skrzywiony nos, a każdy jego oddech jest dla niej nie do zniesienia, bo go kocha. Bada spojrzeniem jego twarz, każdy szczegół, i myśli: ty suko, dasz radę, ty suko.
– Popatrz – mówi tato. – Spójrz.
Wyjmuje jej ołówek spomiędzy palców i dwoma płynnymi ruchami skreśla „podejrzany”, a w to miejsce wpisuje „pediatra”.
Oddaje jej zeszyt i pyta:
– Kruszynko, co będzie pod dwójką? Przed chwilą to czytaliśmy. Masz to przed oczami.
Turtle patrzy na stronę, która stała się teraz najmniej istotną rzeczą w całym pokoju, i wypełnia ją niecierpliwość. Martin łamie ołówek i kładzie obie połówki przed notesem. Ona nachyla się nad kartką i myśli: głupia, głupia, głupia, gówno potrafisz. On drapie paznokciami po zaroście.
– No dobra. – Martin garbi się ze zmęczenia, przeciąga palcem po plamce krwi na swoim talerzu. – No dobra, w porządku, dosyć na dzisiaj, już dość. Co z tobą nie tak? – Po chwili kręci głową.
– Nie, w porządku, wystarczy. – Turtle siedzi w milczeniu z rozczochranymi włosami rozsypującymi się jej na twarz, a on rozchyla usta i przesuwa żuchwę w lewo, jakby sprawdzał działanie stawu. Sięga po sig sauera i kładzie go przed nią. Następnie przyciąga ku sobie talię kart i przekłada ją do drugiej ręki. Podchodzi do zabitego okna, staje przed podziurawionymi od kul tarczami, wyjmuje karty z pudełka, wybiera waleta pik i trzymając go obok twarzy, pokazuje jej z przodu, z tyłu i z boku. Turtle siedzi z dłońmi ułożonymi płasko na stole i patrzy na broń. Martin mówi:
– Nie bądź małą pizdą, kruszynko. – Stoi w całkowitym bezruchu. – Zachowujesz się jak mała pizda. Chcesz mi tu pokazać, że jesteś małą pizdą, kruszynko?
Turtle wstaje, przybiera właściwą pozycję i zgrywa muszkę z prawym okiem. Wie, że równo trzyma pistolet, kiedy górna krawędź muszki wygląda jak brzytwa – gdy skrzywi go trochę w górę, dostrzeże połysk na jej górnej powierzchni. Pilnuje, żeby ta krawędź była jak włos, i myśli: ostrożnie, ostrożnie, dziewczyno. Widziana z boku karta jest celem grubości paznokcia. Kładzie palec na spuście wyregulowanym do siły nacisku dwóch kilogramów, bierze wdech, płynnie wydycha powietrze i strzela. Górna część karty opada, wirując jak klonowy nosek. Turtle stoi w bezruchu, lekko drżą jej ramiona. Martin kręci głową, próbując ukryć uśmiech, i dotyka kciukiem ust. Potem wyjmuje kolejną kartę i ją unosi.
– Nie bądź mi tu pizdeczką, kruszynko – mówi, czekając. Kiedy Turtle się nie porusza, dodaje: – No, do cholery, kruszynko.
Turtle kładzie kciuk na kurku. Zna to wrażenie, kiedy broń dobrze leży jej w rękach, i teraz stara się wyczuć, czy wszystko jest w porządku. Krawędź szczerbinki jest szeroka jak jego twarz, lśniąca zielenią trytowa muszka ma rozmiar jego oczu. Przez chwilę, kiedy celuje tam, gdzie patrzy, niebieskie oko Martina zawisa nad cienkim, płaskim horyzontem szczerbinki. Turtle czuje, jak skurcze szarpią jej żołądkiem niczym rybą na haczyku, która wyrywa się między trzciny. Lekko wciska spust, dalej nie ma już żadnego luzu, i myśli: cholera, cholera, nie patrz na niego, nie patrz. Nawet jeśli obserwuje ją nad muszką pistoletu, jego twarz nie zmienia wyrazu. Turtle mierzy w drżącą, rozmywającą się w oczach kartę. Wykonuje płynny wydech i strzela. Karta się nie porusza. Spudłowała. Dostrzega otwór w tarczy znajdującej się o szerokość dłoni od jego twarzy. Spuszcza kurek i obniża broń. Na rzęsach ma jasne koronki łez.
– Spróbuj przycelować – mówi Martin.
Turtle stoi w całkowitym bezruchu.
– Strzelasz znowu, czy jak?
Turtle odciąga kurek, unosi broń do dominującego oka – trzyma ją równo, widzi, jak zgrywają się lśniące kropki na muszce i szczerbince, końcówka lufy jest tak stabilna, że można by na niej postawić monetę. Za to karta wykonuje bardzo drobne ruchy w górę i w dół. To drżenie współgra z rytmem jego serca. Turtle myśli: nie patrz na niego, nie patrz mu w twarz. Patrz na muszkę, na jej górną krawędź. W ciszy po wystrzale Turtle zwalnia spust, aż słyszy cyknięcie.
Martin demonstracyjnie ogląda nieuszkodzoną kartę. Mówi:
– Tak właśnie myślałem – po czym rzuca kartę na podłogę, wraca do stołu, siada naprzeciw Turtle, bierze książkę, którą wcześniej odłożył, i się nad nią nachyla. Na tarczy strzelniczej za jego plecami ślady po kulach są tak skupione, że dałoby się je zakryć monetą.
Turtle stoi i patrzy na niego przez trzy uderzenia serca. Wyjmuje magazynek, wyrzuca nabój z komory i chwyta go w locie, przesuwa zamek w tylne położenie, po czym popycha pistolet, magazynek i pocisk na stół obok swojego brudnego talerza. Nabój z turkotem zatacza szeroki łuk. Martin ślini palec i przekłada stronę. Turtle stoi i czeka, aż na nią spojrzy, ale on nie podnosi wzroku, a ona się zastanawia: czy to już wszystko? Idzie na górę do swojego pokoju, w którym wrażenie półmroku potęgują niepolakierowane deski podłogi i pnącza bluszczu wciskające się między ramy zachodniego okna. Tej nocy Turtle czeka na swoim łóżku z płyt wiórowych przykryta wojskowym śpiworem i wełnianymi kocami, przysłuchując się, jak szczury wyjadają resztki z brudnych naczyń w kuchni. Czasami dobiega ją ciche „szuk, szuk, szuk”, gdy siedzący na stosie talerzy gryzoń drapie się w szyję. Słyszy, jak Martin chodzi z pokoju do pokoju. Na wbitych w ścianę kołkach wiszą jej Lewis Machine & Tool AR-10, Noveske AR-15 i Remington 870 – strzelba powtarzalna kalibru 12. Każda broń nadaje się do innego celu. Starannie poskładane ubrania leżą na półkach, skarpetki – w okutej skrzyni u stóp łóżka. Kiedy raz zostawiła nieposkładany koc, zabrał go na podwórze i spalił, mówiąc: „Tylko zwierzęta nie dbają o dom, kruszynko, tylko zwierzęta nie dbają o swój jebany dom”.

Rankiem Martin wychodzi z pokoju, zapinając pas w dżinsach, a Turtle otwiera lodówkę i wyjmuje karton jajek oraz piwo. Rzuca mu butelkę. Martin otwiera ją o kant kredensu, pije. Stoi w rozpiętej flanelowej koszuli. Mięśnie brzucha poruszają się, gdy przełyka. Turtle kolejno rozbija jajka o blat, unosi dłoń, palcami powiększa pęknięcie i połyka zawartość. Skorupki wrzuca do dwudziestolitrowego wiadra na kompost.
– Nie musisz mnie odprowadzać – mówi, ocierając usta.
– Wiem – odpowiada Martin.
– Naprawdę nie musisz – powtarza.
– Wiem, że nie muszę.
Odprowadza ją na autobus: ojciec i córka idą koleinami drogi, a między nimi pas zieleni porośnięty kępami drżączki. Na poboczach – kolczaste, niezakwitłe kępy ostrożnia. Martin przyciska piwo do piersi, a palcami wolnej ręki zapina koszulę. Czekają razem w żwirowanej zatoczce, którą obrastają lilia ognista i amarylis o zwiniętych pączkach. Przez żwir tu i ówdzie przebijają się kwiaty pozłotki kalifornijskiej. Z położonej na dole plaży dochodzi zapach butwiejących glonów, a z odległej o dwadzieścia metrów zatoczki – mieszanina organicznych smrodów. W zatoce Buckhorn woda jest bladozielona, tylko wokół skalnych kolumn formują się białe kurtynki. Dalej wody oceanu przybierają jasnoniebieską barwę i idealnie zlewają się z odcieniem nieba – nie widać linii horyzontu ani żadnych chmur.
– Popatrz na to, kruszynko – odzywa się Martin.
– Nie musisz ze mną czekać – odpowiada Turtle.
– Tylko popatrz, to dobre dla duszy. Patrzysz i myślisz: niech to szlag. Uczyć się to zbliżać się do prawdy. Mieszkasz na końcu świata i myślisz sobie, że oglądanie takich widoków uczy cię czegoś o życiu. Wiesz, o co mi chodzi?
– Tak, tato.
– Lata mijają, a ty przez cały ten czas myślisz, że wykonujesz ważną egzystencjalną pracę: patrzeniem powstrzymujesz ciemność. Pewnego dnia uświadamiasz sobie, że nie wiesz, na co do cholery właściwie patrzysz. Rzeczy są wyjątkowe w swojej osobliwości, niepodobne do niczego poza samymi sobą, a całe to rozmyślanie było tylko wyrazem pychy – każda twoja myśl mijała się z niewytłumaczalną istotą rzeczy, jej ogromem, obojętnością. Latami oglądasz ocean i zdaje ci się, że on coś znaczy, ale on nie znaczy nic.
– Nie musisz tu ze mną przychodzić, tato.
– Niech mnie, uwielbiam tę lesbę – mówi Martin. – A ona mnie. Widzę, jak na mnie patrzy. Zobacz. Prawdziwa miłość.
Autobus sapie, objeżdżając podnóże wzgórza Buckhorn. Martin z łobuzerskim uśmiechem unosi butelkę piwa, pozdrawiając siedzącą za kierownicą kobietę, która w ogrodniczkach Carhartt i traperskich buciorach wydaje się ogromna. Odpowiada mu niewzruszonym spojrzeniem. Turtle wchodzi po schodkach do autobusu i rusza alejką między siedzeniami. Kobieta spogląda na Martina, a on z uniesionym piwem kręci głową i mówi:
– Ale z ciebie sztuka, Margery. Ale z ciebie sztuka.
Margery zamyka obramowane gumową uszczelką drzwi i autobus rusza z szarpnięciem. Turtle spogląda w okno i widzi Martina z uniesioną na pożegnanie dłonią. Siada na wolnym siedzeniu. Elsie odwraca się ku niej, opiera brodę na oparciu i mówi:
– Twój tato jest taki super.
Turtle patrzy przez okno.

Na drugiej lekcji Anna przechadza się w tę i we w tę przed klasą. Wilgotne czarne włosy związała w kucyk. Pianka do surfingu wisi za jej biurkiem i ocieka do plastikowego kosza. Poprawiają testy z ortografii i Turtle, nachylona nad kartką, pstryka długopisem, trenując w ten sposób naciskanie języka spustowego bez ściągnięcia w lewo czy w prawo. Dziewczyny rozmawiają wysokimi, cichymi głosami i Turtle, gdy tylko może, odwraca się w krześle, by wyczytać jakieś słowa z ruchu ich ust.
– Julio – zwraca się do niej Anna – czy mogłabyś przeliterować nam słowo „synekdocha” i podać jego definicję? A potem przeczytać ułożone zdanie?
Chociaż poprawiają testy i leży przed nią kartka innej uczennicy, którą Turtle podziwia po kryjomu, spoglądając na nią czasem z ukosa i gryząc palce, i chociaż ma przed sobą słowo „synekdocha” napisane zgrabnym pismem za pomocą kolorowego gel pena, nie potrafi tego zrobić. Zaczyna literować:
– S-Y-K… – po czym przerywa, nie umiejąc wyjść z tego labiryntu.
Powtarza: – S-Y-K…
Anna mówi łagodnym tonem:
– Fakt, to trudne słowo, Julio. Synekdocha, S-Y-N-E-K-D-O-C-H-A, synekdocha. A czy ktoś chce nam powiedzieć, co ono oznacza?
Rilke, ta druga, znacznie od niej ładniejsza dziewczyna, podnosi rękę, a jej różowe usta układają się z ekscytacji w O.
– Synekdocha: figura stylistyczna, w której część reprezentuje całość.
„Korona tego nie aprobuje”.
To z nią Turtle wymieniła się testami i teraz Rilke odpowiada z pamięci, nie patrzy na leżący przed nią test, bo test Turtle jest pusty, poza pierwszą linijką: „Podejrzany. Prawdopodobnie przestępca. Podejrzany został zabrany przez policję”. Turtle nie wie, jak część może reprezentować całość. Nie ma to dla niej sensu, podobnie jak zdanie: „Korona tego nie aprobuje”.
– Bardzo dobrze – mówi Anna. – Kolejne słowo o greckim rodowodzie, podobnie jak…
– Och! – Ręka Rilke wystrzeliwuje w górę. – „Sympatyczny”.
Turtle siedzi na niebieskim plastikowym krześle, gryząc knykcie. Śmierdzi mułem z Potoku przy Rzeźni. Nosi poszarpany podkoszulek i dżinsy podwinięte do połowy bladych łydek, na których widać fragmenty suchej skóry. Pod jednym z paznokci ma brązowy brud po syntetycznym oleju maszynowym. Palce pachną teraz jego prehistoryczną wonią. Lubi wcierać olej w stal gołymi rękami. Rilke obok każdej pustej linijki na teście Turtle postawiła mały, zgrabny X i teraz nakłada błyszczyk na usta, a Turtle myśli: co za zdzira. Tylko spójrzcie na tę zdzirę. Na zewnątrz omiatane wiatrem pole cętkują plamki kałuż, popielatą gliniastą ziemię przecina zalany wodą rów, a dalej zaczyna się ściana lasu. Mogłaby do niego wejść i nikt by jej więcej nie znalazł. Obiecała Martinowi, że tego nie zrobi.
Już nigdy.
– Julia – mówi Anna. – Julia!
Turtle odwraca się powoli i patrzy na nią z wyczekiwaniem.
Anna bardzo łagodnie mówi:
– Julio, proszę, skup się na lekcji.
Turtle kiwa głową.
– Dziękuję – mówi Anna.
Kiedy słychać dzwonek na długą przerwę, wszyscy uczniowie wstają, a Anna podchodzi do stolika Turtle. Kładzie dwa palce na blacie i z uśmiechem unosi trzeci, prosząc gestem, by poczekała. Turtle patrzy na wychodzących uczniów.
– No tak… – mówi Anna. Przysiada na stoliku, milcząca i uważna. Przenika spojrzeniem jej twarz i prawie wszystko może z niej wyczytać. Przesuwa wzorkiem po dziewczynie, myśląc: lubię ją, i rozważa, jak najskuteczniej do niej dotrzeć. Dla Turtle jest to zupełnie niezrozumiałe, bo nienawidzi Anny i nigdy nie dała jej żadnego pretekstu, by ją lubiła – nawet Turtle nie lubi samej siebie. Myśli: ty kurwo.
– No to powiedz – odzywa się znowu Anna – co sądzisz o tym teście?
Na jej twarzy pojawia się pytający wyraz – przygryza wargę, unosi brwi, a wilgotne kosmyki włosów uciekają z jej kucyka.
– Julia?
Według Turtle, dziewczyny wychowanej w północnej części wybrzeża, Anna mówi z chłodnym, afektowanym akcentem. Turtle nigdy nie była na południe od rzeki Navarro ani na północ od Mattole.
– Tak? – pyta Turtle. Pozwoliła, by cisza trwała zbyt długo.
– Co myślisz o teście?
– Nie poszedł mi zbyt dobrze – odpowiada.
– A czy zrozumiałaś którąś z definicji?
Turtle nie wie, czego Anna od niej chce. Nie, nie zrozumiała, i nauczycielka na pewno jest tego świadoma. Na każde pytanie, które może zadać, istnieje tylko jedna odpowiedź: Turtle jest beznadziejna.
– Nie – odpowiada. – Nie zrozumiałam żadnej definicji. Chociaż nie, zrozumiałam pierwszą. „Podejrzany został zabrany przez policję”.
– I jak sądzisz, dlaczego tak jest?
Turtle kręci głową – nie potrafi tego wyjaśnić i nie da się zmusić do mówienia rzeczy, których nie ma na myśli.
– A może zostałabyś raz na długiej przerwie – proponuje Anna – i zrobimy sobie razem karteczki do nauki?
– Ale ja się uczę – odpowiada Turtle. – Nie wiem, czy to coś pomoże.
– A co twoim zdaniem mogłoby pomóc?
Anna zadaje pytania, udaje, że tworzy jakąś bezpieczną przestrzeń, ale takiej przestrzeni nie ma.
– Nie wiem – mówi Turtle. – Przerabiam wszystkie słówka z tatusiem. – W tym momencie dostrzega konsternację w oczach Anny i wie, że popełniła błąd, bo żadna inna dziewczyna ze szkoły w Mendocino nie powiedziałaby „tatuś” – mówią do ojców po imieniu albo „tato”. Mówi dalej: – Przerabiamy je i chyba po prostu powinnam przerabiać je trochę dłużej sama.
– Więc chodzi o to, że twoim zdaniem powinnaś poświęcić na to nieco więcej czasu?
– Tak.
– A jak uczysz się z tatą? – pyta Anna.
Turtle się waha. Nie uniknie odpowiedzi, ale wie, że musi być ostrożna.
– No, po prostu je razem czytamy – mówi.
– Jak długo?
Turtle chwyta palec dłonią, strzela kłykciem, unosi spojrzenie i mówi:
– Nie wiem, może z godzinę?
– Naprawdę? – pyta Anna. – Uczycie się przez godzinę każdego wieczora?
– No… – mówi Turtle. Anna się jej przygląda. – Prawie każdego – dodaje. Musi ochronić te chwile, gdy czyści broń, siedząc przed kominkiem, Martin czeka przy lekturze, a blask żaru ucieka z paleniska, pada na ich twarze i oświetla część pokoju, lecz ciemność jest zbyt głęboka, by ją całą rozświetlił.
Anna mówi:
– Będziemy musieli o tym porozmawiać z Martinem.
– Chwilkę. Potrafię przeliterować „synekdochę” – odpowiada Turtle.
– Julio, musimy porozmawiać z twoim tatą – powtarza Anna.
– S-Y-K… – mówi Julia i przerywa, wiedząc, że literuje błędnie, że ona sama to jeden wielki błąd, i za żadne skarby nie potrafi sobie przypomnieć, co dalej. Anna patrzy na nią chłodno, pytająco, i Turtle odpowiada jej spojrzeniem, myśląc: ty suko. Wie, że jeśli będzie się dłużej opierać, jeśli znowu się odezwie, to może coś zdradzić.
– Dobrze – mówi. – Dobrze.

Po szkole idzie do sekretariatu i siada na ławce. Ławka stoi na wprost lady, za którą jest biurko sekretarki i krótki, pomalowany na zielono korytarz do gabinetu dyrektora. Za jego drzwiami Anna mówi:
– To dobra dziewczyna, Dave, ale potrzebuje pomocy – prawdziwej, konkretnej pomocy, której ja jej nie zapewnię. Mam w klasie trzydziestkę uczniów, na litość boską.
Turtle siedzi, strzelając kłykciami, a sekretarka rzuca jej szybkie, poirytowane spojrzenia znad komputera. Turtle nie słyszy zbyt wyraźnie, ale Anna mówi podenerwowanym, głośnym tonem:
– Myślisz, że mam ochotę rozmawiać z tym człowiekiem? Posłuchaj – mizoginia, izolacja, nadopiekuńczość. To trzy wściekle mrugające czerwone lampki. Chciałabym, żeby porozmawiała z pedagogiem, Dave. Dziewczyna jest wyrzutkiem i jeśli nic z tym nie zrobimy, a ona pójdzie do liceum, problem się pogłębi. Teraz możemy jeszcze nadrobić zaległości – wiem, już sie staraliśmy, ale musimy postarać się bardziej. A jeśli naprawdę dzieje się coś złego…
Turtle czuje, jak zaciska jej się żołądek. Chryste, myśli. Sekretarka z głośnym stukiem wyrównuje plik dokumentów o biurko i rusza w stronę korytarza, dyrektor Green coś mówi, a Anna odpowiada mu z irytacją:
– Nikomu to niepotrzebne? Jak to, nikomu niepotrzebne? Mówię tylko, że mamy różne możliwości… No, nie, mówię tylko…
Sekretarka staje pod drzwiami i puka, po czym otwiera, wkłada głowę do środka i mówi:
– Julia już tu jest. Czeka na tatę.
Zapada nagła cisza. Sekretarka wraca do biurka. Martin otwiera drzwi, spogląda na Turtle i podchodzi do lady. Kobieta mierzy go wzrokiem.
– Proszę – mówi, wskazując plikiem papierów, że może wejść.
Turtle wstaje i idzie za nim obok biurka i przez korytarzyk. Martin puka jeden raz i otwiera drzwi.