Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

„Pax Romana” Adriana Goldsworthy’ego to pasjonująca książka o tym, jak Rzymianie stworzyli i utrzymali w ryzach przez kilka stuleci wielkie imperium, a wiele narodów pod panowaniem rzymskim przeżyło lata bezprecedensowego w skali światowej pokoju i dobrobytu gospodarczego.


Pax RomanaW książce „Pax Romana” Adrian Goldsworthy po raz kolejny prezentuje swoją głęboką wiedzę o świecie antycznym, tym razem koncentrując się na temacie „pokoju rzymskiego”. Jak pisze we wstępie: „W starożytnym świecie wojny były częste i trzeba było dominacji imperium takiego jak Rzym, by ustanowić pokój na tak rozległym obszarze. Cokolwiek myślimy o imperiach ogólnie i o Rzymianach w szczególności, było to niezwykłe osiągnięcie, zasługujące na podziw bez względu na to, czy równoważy odrazę wobec brutalności rzymskiego podboju.”

Książka Goldsworthy’ego to studium rzymskiej administracji ludów podbitych i fascynująca książka na temat idei imperium, budzącej zwykle negatywne konotacje z racji narzucającego się stereotypu władzy zdobytej siłą, ciągłych podbojów i eksterminacji przeciwnika. Goldsworthy prezentuje pogląd, że system oparty na prostej brutalności nigdy nie zdołałby utrzymać kontroli nad tak rozległymi obszarami i zróżnicowanymi narodami przez tak długi czas. Do tego było potrzebne coś więcej. Autor w książce ilustruje tą tezę licznymi przykładami stworzonego przez Rzymian systemu wzajemnych korzyści, sojuszy i równowagi, które pozwoliły na pokój i dobrobyt Imperium w większym stopniu, niż mogłyby zostać osiągnięte wyłącznie na drodze militarnej.

„Rzymianie z niezwykłą skutecznością toczyli zwycięskie wojny i wchłaniali inne ludy, tworząc swe wielkie i długowieczne imperium.”

 

Według Goldsworthy’ego najważniejszym czynnikiem stabilizacji wydaje się być mnogość różnych relacji pomiędzy Rzymem i mieszkańcami zajmowanych terytoriów, budowanych elastycznie i z uwzględnieniem uwarunkowań lokalnych. Rzymianie stawiali na pobór podatków i dóbr wytwarzanych na podbitych terenach, budowali w obrębie miejscowych elit sieć zależności gospodarczych i przyjacielskich, które stanowiły istotny element funkcjonowania systemu rządów i administracji rzymskiej. Wymogiem Rzymu było tylko postępowanie zgodnie z nakazami i interesami Imperium i wielu przywódców podbitych narodów było skłonnych zaakceptować ten stan rzeczy, mając na uwadze także własne korzyści, takie jak rozwój gospodarczy, nową infrastrukturę (drogi i inne obiekty użyteczności publicznej) czy sensowne przepisy prawne, pojawiające się w ślad za obowiązkami.

Przez większą część czasu trwania imperium mieszkańcy podbitych prowincji mogli także zachować lokalne systemy społeczne i utrzymywać swoje praktyki religijne. Z biegiem czasu niektóre z tych populacji zaczęły przyjmować rzymskie zwyczaje, mając w perspektywie sukces, bogactwo i sławę oraz możliwość awansu do elity władzy Wiecznego Miasta.

Za tym stanem daleko, jak na starożytne zwyczaje, idącej tolerancji, szła zaskakująco mała liczba rzymskich urzędników w terenie i nikła biurokracja. Namiestnicy i gubernatorzy wysyłani z Rzymu, aby sprawować władzę w prowincjach w różnych częściach Imperium, otrzymywali wsparcie legionów, zwłaszcza na terenach zagrożonych najazdami oraz nieliczną grupę urzędników, co za tym idzie większość prostych, codziennych czynności zarządzania sprawami prowincji wykonywali, pod nadzorem, miejscowi. Wiązało ich to jeszcze bardziej z rzymskim najeźdźcą, z czasem będąc dla nich źródłem prestiżu i awansu.

Goldsworthy zwraca uwagę na fakt, że wielu mieszkańców podbitych terytoriów pragnęło zostać pełnoprawnymi obywatelami rzymskimi, albowiem przynosiło to wiele korzyści, w tym pełnię praw publicznych i majątkowych. Przyznawanie obywatelstwa rzymskiego stało się więc jednym ze znaczących elementów podporządkowywania sobie nowych terenów i strategii „divide et impera” (dziel i rządź). To także jeden z czynników prowadzących długofalowo do braku wewnętrznych buntów na większą skalę, gdy potencjalni przywódcy zostali już na wstępie „przekupieni” rzymskimi przywilejami.

Nie znaczy to, że polityka władzy opartej na strachu była nieobecna. Bojaźń przed potężną, niezwyciężoną siłą legendarnych rzymskich legionów był pierwszym czynnikiem, z którym mieli do czynienia mieszkańcy nowo podbijanych terenów i w wielu wypadkach to wystarczało, osłabiając chęć do walki zbrojnej. Rzymscy żołnierze byli więc jednym z istotnych czynników utrzymujących pokojowe stosunki zarówno wewnątrz imperium jak i wokół, jako środek odstraszający i siła wkraczająca w wypadku konfliktów między terytoriami wchodzącymi w skład cesarstwa.

„Prowincji i sojuszników nie pozyskiwano dla ich własnego dobra, ale dla dobra Rzymu. Odkąd już tak się stało, wówczas w interesie Rzymu było utrzymać ten związek, aby zachować zarówno prestiż, jak i zyski.”

 

Autor wskazuje również, jak ważny dla Rzymian był rachunek kosztów i korzyści, jakie niosły za sobą nowe podboje. Jeśli ten stosunek nie był atrakcyjny, Rzymianie porzucali taki teren, czego przykładem są niektóre ziemie germańskie, gdzie nie udało się podporządkować sobie miejscowej ludności i gdzie ciągłe walki prowadziły jedynie do strat. Nowe terytoria były zdobywane czasami dla posiadanych zasobów, czasami ze względów strategicznych – jako osłona przeciwko trudniejszym przeciwnikom i był to proces ciągły, odbywający się na przestrzeni wieków.

Adrian Goldsworthy w książce „Pax Romana” pokazuje, jak Rzym radził sobie z pokonanymi przeciwnikami i sojusznikami oraz jak narzucał pokój w całym ówczesnym świecie. Toczyły się w nim liczne wojny i rebelie, wiele bitew Rzymianie przegrali, ale też wygrali ich wystarczająco dużo, by odnieść sukces w polityce dominacji. A ponieważ większość działań militarnych toczyła się na krańcach i obrzeżach Imperium, pozwalało to na rozwój i gospodarcze prosperity przeważającej części obszaru będącego we władaniu Rzymu.

Adrian Goldsworthy pokazuje, jak Rzym radził sobie z pokonanymi przeciwnikami i sojusznikami oraz jak narzucał pokój w całym ówczesnym świecie.

Dla Rzymian walki i wojny były nieodłączną częścią życia, a świat antyczny był światem brutalnym, w którym najazd były na porządku dziennym, mieszkańcy podbitych krajów byli sprzedawani w niewolę, kobiety gwałcone a gwałtowna śmierć była nieodłączna towarzyszka życia. Z tej perspektywy patrząc – Pax Romana uczynił świat znacznie bezpieczniejszym miejscem dla większości jego mieszkańców, choć pokój nie był absolutny, od czasu do czasu zdarzały się ogniska buntów i rebelii, a przemoc i bandytyzm były udziałem wszystkich stron lokalnych konfliktów.

Czy pokój w imperium jest lepszy od niestabilnego świata wolnego od imperium? To pytanie pozostaje otwarte i aktualne także dzisiaj. Nikodem Maraszkiewicz

Adrian Goldsworthy, Pax Romana, Wojna, pokój i podboje w świecie rzymskim, Przekład: Norbert Radomski, seria Historia, Dom Wydawniczy Rebis, Premiera: 3 kwietnia 2018

 

 

Pax Romana

Adrian Goldsworthy
Pax Romana
Wojna, pokój i podboje w świecie rzymskim
Przekład: Norbert Radomski
seria Historia
Dom Wydawniczy Rebis
Premiera: 3 kwietnia 2018
 

PRZEDMOWA

ŻYCIE W POKOJU


Pax Romana to jeden z łacińskich zwrotów, co do których dziennikarze i karykaturzyści wciąż zakładają, że czytelnicy zrozumieją je bez konieczności tłumaczenia, podobnie jak wyrażenia w rodzaju mea culpa czy Szekspirowskie „et tu Brute”. Rysownik może przedstawić współczesnego polityka w todze, sandałach i wieńcu laurowym, niczym Juliusza Cezara lub bliżej nieokreślonego rzymskiego cesarza, wiedząc, że odbiorcy pomyślą o przywódcy zdradzonym przez ludzi z najbliższego otoczenia albo opętanym pychą i szaleństwem jak Kaligula bądź Neron. Niewiele szkół naucza łaciny lub greki, ale w telewizji pojawia się mnóstwo programów dokumentalnych na temat Rzymu, a jeszcze więcej filmów fabularnych, prezentujących ostatnio coraz bardziej drastyczne wizje świata zdrady, seksu i przemocy – raczej krew i golizna niż dawny miecz i sandały. Takie przerysowania mniej nam mówią o antycznej przeszłości, a więcej o aktualnych trendach w rozrywce, uderzające jednak jest, że ich twórcy bez wahania osadzają takie historie w rzymskim kontekście, wierzą bowiem, że publiczność rozpozna ten świat.
Rzymianie nie przestają nas fascynować, mimo że od upadku imperium rzymskiego na Zachodzie minęło już przeszło piętnaście stuleci. Ich język, prawa, idee, nazwy miejscowe i architektura wywarły głęboki wpływ na zachodnią kulturę, a znaczna tego część dotarła nawet w regiony zupełnie im nieznane. Wiele państw i wielu przywódców, od Karola Wielkiego począwszy, starało się usankcjonować swą władzę, przywołując ducha Rzymu i jego cesarzy. Rzym często pojawia się w amerykańskich debatach na temat roli Stanów Zjednoczonych w świecie oraz ich przyszłości i nawiązują do niego ludzie o najróżniejszych przekonaniach politycznych. Wykorzystywanie siły militarnej i nacisków dyplomatycznych dla krzewienia w świecie pax Americana jest propagowane przez jednych i przedstawiane jako złowrogi spisek przez innych. Imperia nie są w modzie i zdaniem wielu wszystko, co kojarzy się z imperiami i imperializmem, musi być złe.
W takim ujęciu pokój, czy to rzymski, czy zaprowadzony przez współczesne mocarstwo, jest przykrywką dla podboju i dominacji. Nie jest to nowy pogląd. Pod koniec I wieku n.e. rzymski historyk Tacyt przypisał pewnemu kaledońskiemu wodzowi stwierdzenie, że Rzymianie „grabić, mordować i porywać nazywają fałszywym mianem panowania, a skoro pustynię uczynią – pokoju”1. Słowa te pojawiają się w biografii sławiącej teścia Tacyta, Agrykolę, i poprzedzają dramatyczną relację z bitwy, w której odnosi on zwycięstwo nad kaledońskimi plemionami. Ani w tym, ani w innych dziełach autor nie prezentuje się raczej jako zażarty krytyk rzymskiego imperium, a ogólny ton literatury z okresu rzymskiego to apologia potęgi i sukcesu. Oczywiście nie ma w tym nic dziwnego, gdyż w ludzkiej naturze leży chcieć myśleć o sobie dobrze.
Jak większość imperialnych mocarstw, Rzymianie uważali, że ich dominacja jest rzeczą ze wszech miar słuszną, zrządzeniem bogów i dobrodziejstwem dla świata. Cesarze szczycili się, że ich rządy przyniosły pokój prowincjom, z korzyścią dla wszystkich mieszkańców. Jednak podziwu godny sukces imperium rzymskiego był długotrwały; pax Romana panował na pokaźnych obszarach Europy Zachodniej, Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej przez setki lat. Region ten był stabilny i najwyraźniej dostatni, bez większych śladów spustoszeń. Wydaje się, że pokój rzymski był prawdziwy, gdyż bunty i zamieszki na wielką skalę wybuchały bardzo rzadko. Nawet krytycy imperiów muszą pod tym względem oddać Rzymowi sprawiedliwość. Imperium rzymskie było niezwykłe wedle wszelkich norm, a to – obok fascynacji, jaką wciąż budzi, i roli, jaką odgrywa w obecnych debatach – sprawia, że tym ważniejsze jest zrozumienie, co naprawdę oznaczał pax Romana.
Nie bez znaczenia jest, czy był on wytworem wyłącznie brutalnej potęgi militarnej i ucisku czy subtelniejszych, bardziej podstępnych metod przymusu. Równie istotne jest wyrobienie sobie pojęcia o kosztach cesarskich rządów ponoszonych przez podległe ludy i o odczuciach, jakie budziła w nich przynależność do obcego imperium. Pokaźna część populacji żyła w cesarstwie rzymskim i już sam ten fakt jest dobrym powodem, by chcieć zrozumieć, co to oznaczało.
[. . .]

WSTĘP

CHWAŁA WIĘKSZA NIŻ WOJENNA


Im [Rzymianom] w przestrzeni i w czasie żadnej granicy nie kładę:
Bezkresne dałem panowanie.

Słowa Jowisza w Eneidzie Wergiliusza, lata dwudzieste I w. p.n.e.

PAX ROMANA


„Gdyby kto musiał wskazać w historii świata okres, w którym ludzkość cieszyła się największą szczęśliwością i dobrobytem, bez wahania wymieniłby okres od śmierci Domicjana do wstąpienia na tron Kommodusa [tzn. 96–180 n.e.]. Rozległym obszarem Cesarstwa Rzymskiego rządziła wówczas władza nieograniczona pod przewodem cnoty i rozumu”2.
Opinia Edwarda Gibbona na temat imperium rzymskiego u szczytu potęgi była nadzwyczaj przychylna, podkreślając wagę zasadniczego motywu jego dzieła śledzącego schyłek i upadek cesarstwa. Z perspektywy końca XVIII wieku nie był to pogląd zupełnie nieuzasadniony. Europa w czasach Gibbona poszatkowana była na mniejsze i większe państwa, nieustannie rywalizujące o władzę i często toczące między sobą wojny, podczas gdy – słusznie lub nie – Afryka Północna i Azja wydawały się prymitywne. Cały ten obszar zjednoczony pod egidą Rzymu przynależał do wyrafinowanej kultury grecko-rzymskiej. Była to monarchia, ledwo zamaskowana „ideą wolności”, ale przynosząca powszechne dobro, kiedy władca był człowiekiem przyzwoitym i kompetentnym. Pomniki jej świetności – świątynie, drogi, akwedukty, amfiteatry i łuki – przetrwały do czasów Gibbona. Większość istnieje do dziś, a stulecia wykopalisk znacząco pomnożyły ich liczbę i dostarczyły mnóstwa innych zabytków, wielkich i małych. Imperium prosperowało, gdyż panował w nim pokój; wojna została wygnana na granice, których strzegło wojsko. Był to pax Romana, czyli pokój rzymski, który umożliwił rozkwit znacznej części znanego świata.
Nawet dziś wielu ludzi pozostaje pod wrażeniem technicznych umiejętności Rzymian i pozornej nowoczesności ich świata. Ten obraz zaawansowania cywilizacyjnego współistnieje z obrazem dekadencji, ukrytego okrucieństwa masowego niewolnictwa i brutalnych walk gladiatorskich oraz nieobliczalnego i bardzo zindywidualizowanego okrucieństwa szalonych i złych cesarzy. Mimo to powszechne jest odczucie, że świat poza granicami Rzymu był smętny i ponury. Rzym był cywilizowanym światem o granicach wyznaczonych przez bariery takie jak wał Hadriana, kolejny wielki monument, który do dziś wije się przez wzgórza Nortumbrii jako pozostałość nieistniejącego już imperium.
W rzeczywistości wał Hadriana był wyjątkiem i takie liniowe granice zdarzały się rzadko. Kiedy Rzym upadł, Europa pogrążyła się w mrokach średniowiecza, umiejętność czytania i pisania oraz wiedza naukowa popadły w zapomnienie, a tam, gdzie niegdyś panował pokój, szalały wojny i wszelkiego rodzaju przemoc.
Pokój jest dziś zjawiskiem niemal równie rzadkim jak dla Gibbona i jego współczesnych i jeśli Rzymianie naprawdę utrzymali go przez długi czas na tak rozległym obszarze, zasługuje to na wyjaśnienie. Starożytni autorzy greccy i rzymscy powszechnie wychwalali pokój, zarazem jednak uważali za rzecz naturalną, że wojny są częste. Słowo pax zaczęło oznaczać coś bardzo zbliżonego do naszego „pokoju” w I wieku p.n.e. Opiewali go poeci, często przedstawiając jako najbardziej pożądany stan. Rzymscy cesarze szczycili się pielęgnowaniem go i niekiedy używali wyrażenia „pokój rzymski”, mówiąc o korzyściach, jakie dawało imperium. Mówili także sporo o chwale zwycięstw. Imperator, słowo, od którego pochodzi angielskie emperor, „cesarz”, oznaczało „zwycięskiego wodza”, a reputacja władcy doznawała uszczerbku, jeśli jego wojska ponosiły poważne klęski, bez względu na to, czy dowodził nimi osobiście.
Wojna odgrywała doniosłą rolę w dziejach Rzymu. Rzymianie toczyli wiele wojen, dzięki którym władali imperium rozciągającym się od Atlantyku po Eufrat i od Sahary po północną Brytanię. Sama jego wielkość pozostaje imponująca nawet dziś – żadne inne państwo nie kontrolowało nigdy wszystkich ziem wokół Morza Śródziemnego – było to zwłaszcza godne uwagi w epoce nieznającej współczesnych środków komunikacji i transportu. Jeszcze bardziej uderzająca jest jego długowieczność. Sycylia, pierwsza z rzymskich prowincji, pozostawała pod władzą Rzymu ponad osiemset lat. Brytania, jeden z ostatnich nabytków, była częścią imperium przez trzy i pół wieku. Cesarstwo wschodnie, które uważało się za rzymskie, przetrwało jeszcze dłużej i niektóre tamtejsze regiony pozostały „rzymskie” przez półtora tysiąclecia. Inne potęgi, na przykład imperia Aleksandra Wielkiego i Czyngis-chana, dokonały ekspansji szybciej niż Rzymianie, a kilka kontrolowało nawet większe terytorium – z grubsza ćwierć kuli ziemskiej w wypadku imperium brytyjskiego. Jednak żadne z nich nie przetrwało tak długo; jest też rzeczą sporną, czy którekolwiek miało tak wielki wpływ na późniejszą historię.
Rzymianie byli wojowniczy i agresywni, ale o tym nie trzeba chyba mówić, gdyż imperium nie da się stworzyć ani utrzymać bez przemocy. Dokładne liczby są nie do ustalenia, możemy jednak śmiało stwierdzić, że na przestrzeni wieków miliony zginęły w toku wojen toczonych przez Rzym, miliony trafiły do niewoli, a jeszcze więcej żyło pod rzymskimi rządami, czy im się to podobało czy nie. Rzymianie byli imperialistami – słowo to, tak samo jak „imperium”, wywodzi się od łacińskiego imperium, choć Rzymianie używali go w nieco odmiennym sensie. Takie stwierdzenie jest oczywiście zwykłym truizmem. Sukcesy Rzymian świadczą o tym, że byli oni biegli w sztuce wojennej i zręczni w podporządkowywaniu sobie innych. Inne imperia robiły w zasadzie to samo, żadne jednak nie dorównało Rzymowi talentem do wchłaniania ościennych ludów.
Kiedy cesarstwo w zachodniej części Morza Śródziemnego w końcu upadło, w żadnej z prowincji nie pojawił się choćby ślad ruchów niepodległościowych, co ostro kontrastuje z rozpadem dwudziestowiecznych imperialnych potęg po roku 1945. Gdy wokół nich system walił się w gruzy, mieszkańcy prowincji wciąż chcieli być Rzymianami. Trudno im było wyobrazić sobie świat bez Rzymu i najwyraźniej wizja ta nie wydawała się wcale kusząca.
Potęga Rzymu trwała tak długo, że wspomnienia czasów sprzed rzymskiej dominacji musiały być nikłe. Bunty były zaskakująco rzadkie i niemal zawsze wybuchały pokolenie lub dwa od podboju. W okresie największego rozkwitu imperium lwia część rzymskiej armii stacjonowała na jego obrzeżach, w strefach granicznych, limes – pewien grecki mówca z II wieku n.e. porównał żołnierzy do muru obronnego otaczającego imperium, jak gdyby całe stanowiło jedno miasto. Wojny wciąż trwały, ale toczyły się głównie na tych granicach. Prowincje wewnętrzne mieściły niewielkie garnizony, a wiele obszarów rzadko widywało sformowane oddziały rzymskich żołnierzy. Ogromne połacie imperium pozostawały całkowicie wolne od wojen przez sto albo i więcej lat z rzędu. Taki przynajmniej jest tradycyjny pogląd, który znajduje odzwierciedlenie w powszechnych wyobrażeniach na temat Rzymu. Opinia naukowa zmienia się znacznie częściej i każdy historyk czy archeolog zajmujący się tym okresem zakwestionowałby w sporej części powyższy zarys, niektórzy zaś odrzuciliby go zupełnie. Na razie powiedzmy po prostu, że prawda jest znacznie bardziej skomplikowana niż to skrótowe ujęcie. Nie ulega jednak wątpliwości, iż znaczne obszary imperium przez długie okresy nie były areną poważnych działań militarnych, a co dopiero otwartej wojny.
Należy pamiętać, jaką rzadkością było to w udokumentowanych dziejach, zwłaszcza na terenach kontrolowanych przez Rzym. W żadnym późniejszym okresie Europa Zachodnia, Afryka Północna czy też Bliski Wschód nie doświadczyły ani jednego stulecia, w którym nie doszłoby do jakiegoś poważnego konfliktu, a zwykle zdarzały się one znacznie częściej. Ci z nas, którzy żyją w świecie zachodnim w ostatnim półwieczu, są nazbyt skłonni traktować pokój jako rzecz oczywistą, uznając go za stan naturalny – jesteśmy zbyt zamożni, zbyt wykształceni, po prostu zbyt cywilizowani, by pozwolić, aby zniszczyła to wojna – a sprawy zagraniczne ogólnie, nie mówiąc już o decyzjach o zaangażowaniu militarnym, nie odgrywają niemal żadnej roli, jeśli chodzi o wyniki wyborów3.
W pewnym sensie być może nie różni się to zanadto od odczuć wielu mieszkańców imperium rzymskiego. Jeśli tak, to z początku było to niemal kwestią przypadku. Rzym nie podbił większej części znanego świata, by zaprowadzić złotą erę pokoju. Ekspansja wynikała z pragnienia korzyści i Rzymianie zupełnie otwarcie mówili o bogactwach i chwale, jakie niosło imperium. Mówili także dużo o pokoju jako najbardziej pożądanym stanie. Na początku I wieku n.e. poeta Owidiusz opisał pomnik pokoju – a konkretnie pokoju będącego dziełem cesarza Augusta. Wyraził nadzieję, że bogini Pax „subtelną obecnością” wypełni „świat cały”, gdzie „choć nie ma wrogów ani przyczyny do triumfu, ty masz wśród wodzów chwałę większą niż wojenna. Niech żołnierz oręż chwyta gwoli swej obrony […]. Niech świat blisko i z dala drży przed Eneadą; gdzie się go bać nie będą, niech tam pokochają”4.
Owidiusz był jednym z najmniej wojowniczych spośród rzymskich poetów, a jednak nawet dla niego pokój jest owocem zwycięstwa, w którym wrogowie zostali albo pokonani, albo skłonieni do zaakceptowania rzymskiej dominacji i „pokochania” Rzymu. Nie jest to pokój między równymi partnerami, szanującymi siebie na wzajem. Nieco wcześniej poeta Wergiliusz mówił swoim rodakom: „Ty, Rzymianinie, pamiętaj: masz władnie rządzić ludami. Te są twoje kunszty: Masz pokojowi nadać prawo, szczędzić poddanych, wojną poskramiać zuchwałych”5. Ten sam rdzeń co pax miało łacińskie słowo pacare, „zaprowadzać spokój, podbić”, używane często na określenie agresywnej wojny przeciwko obcemu ludowi. Pax Romana był rezultatem rzymskich zwycięstw i podbojów. Wojny toczono, ponieważ przynosiły korzyść Rzymowi oraz – tak przynajmniej widzieli to Rzymianie – wymagało tego ich własne bezpieczeństwo, i dopiero później, gdy dominacja stała się faktem, pojawiło się poczucie, że istnieje obowiązek dobrego rządzenia podbitymi, zapewnienia prowincjom pokoju i bezpieczeństwa. Nie kłóciło się to z jawnym pragnieniem czerpania korzyści z dominacji, ale uzupełniało je. Pokój sprzyjał dobrobytowi, co oznaczało, że wyższe mogły być dochody z podatków oraz innych źródeł.
Rzym opanował większą część trzech znanych sobie kontynentów: Europy, Afryki i Azji. Jowisz u Wergiliusza obiecał Rzymianom imperium sine fine – imperium lub władzę bez końca i granic. Podbici otrzymywali „pokój rzymski”, czy im się to podobało czy nie, a dokonywano tego groźbą lub użyciem siły militarnej, którą posługiwano się bezwzględnie i brutalnie – jak ujął to Tacyt, pokojem nazywano pustkowie. Rzymianie byli w pełni świadomi, że inni mogą nie życzyć sobie ich władzy, ale nie oznaczało to, by kiedykolwiek poważnie wątpili w słuszność jej rozszerzania.