„Wyspa” Sigríður Hagalín Björnsdóttir to błyskotliwe połączenie thrillera, political fiction i dystopii, a zarazem świetnie skonstruowana diagnoza współczesnego rozchwianego świata.


WyspaTwój świat też może stanąć nad przepaścią. Co wtedy zrobisz?

Świat jaki znamy, przestaje istnieć. Z dnia na dzień Islandia, uznawana za jeden z najlepiej zorganizowanych krajów, traci kontakt z pozostałymi państwami i przeistacza się w krainę chaosu. Mieszkańcy nie wiedzą, co jest źródłem kryzysu, ale mimo to starają się normalnie funkcjonować. Tymczasem nowo powstały rząd manipuluje informacjami, wie bowiem, że wkrótce zabraknie pożywienia. Państwo, a wraz z nim prawo i społeczeństwo zaczynają ulegać korozji.

Hjalti do momentu zmiany był wziętym dziennikarzem. Czy odnajdzie się w nowej rzeczywistości? Jakich wyborów dokona, aby ocalić w sobie człowieczeństwo?

Maria za wszelką cenę chce uratować swoje dzieci, tymczasem władze ogarniętej szaleństwem wyspy chcą ich deportować i wysłać statkiem w nieznane. Czy przetrwają?

Wizja wykreowana przez Sigríður Hagalín Björnsdóttir wstrząsnęła Islandią i wywołała ożywioną dyskusję na temat trwałości fundamentów państwa i społeczeństwa.
Książkę ogłoszono najlepszym debiutem literackim ostatnich lat, a także nominowano do DV Cultural Prize for Literature 2016 i The Icelandic Women’s Literature Prize 2017.

Błyskotliwa powieść o miłości, władzy i manipulacji. Prawdopodobna i przez to przerażająca wizja naszej przyszłości.

Sigríður Hagalín Björnsdóttir (ur. 1974) – znana islandzka dziennikarka radiowa. Komentuje wydarzenia krajowe i międzynarodowe, przeprowadza wywiady z politykami i naukowcami, co daje jej doskonały wgląd w procesy decyzyjne i współczesną politykę. „Wyspa” jest jej debiutem literackim. Jak zauważyła autorka w jednym z wywiadów, powieść tę chciała napisać już dawno, ale była przekonana, że ktoś inny wcześniej musiał wpaść na ten pomysł.

Sigríður Hagalín Björnsdóttir
Wyspa
Przekład: Jacek Godek
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 14 lutego 2018
 
 

Wyspa


HJALTI


– Nie mamy łączności – mówi Ulfhildur, kiedy Hjalti następnego dnia przychodzi do pracy z resztkami czerwonego wina dudniącymi mu w skroniach. – Nie tylko my, wygląda na to, że cała sieć padła. Od trzeciej w nocy nie dostaliśmy ani jednego zdjęcia, ani informacji z zagranicy. – Spogląda na niego. – Możesz się tym zająć?
Zaspana poranna zmiana siedzi i usiłuje znaleźć działające strony w Internecie. Łączność telefoniczna w każdym razie jest, wszystkie telefony w redakcji dzwonią, hałas niemal nie do zniesienia. Stacje informacyjne zamarły na ścianie z ekranami, prezenterzy i pogodynki sztywni, z otwartymi ustami wskazują Cardiff, Kijów, Los Angeles.
Hjalti siada przy telefonie i nawiązuje nieprzyjemne i oporne kontakty ze światem satelitów. Firmy telekomunikacyjne sprawdzają przyczynę awarii, należy się od nich spodziewać jakichś informacji. Udaje mu się połączyć z szybkomówną rzeczniczką Urzędu Poczty i Telekomunikacji, sprawa jest wyjaśniana, na tym etapie niewiele da się powiedzieć. Hjalti ją naciska, ktoś musi udzielić wywiadu. Wszystko lepsze niż brak odpowiedzi.
Dziesięć minut później Ulfhildur włącza radio, wiadomości poranne trafiają w eter i na trzeszczącej linii kierownik urzędu wyjaśnia: To jest poważna awaria, ale nie wiemy, gdzie tkwi przyczyna. Wygląda na to, że Internet niemal całkiem padł, telefoniczne połączenia krajowe są w porządku, ale brak kontaktu z zagranicą. Podejrzewamy, że awaria jest związana z kablem podmorskim.
Dziennikarz pyta o satelity, a kierownik chrząka i oddala pytanie.
– Naszym zdaniem awaria wynika najprawdopodobniej z zakłóceń elektrycznych, spowodowanych na przykład brakiem zasilania w centralnym oprzyrządowaniu. Nasz pion techniczny i operatorzy sieci satelitarnych szukają odpowiedzi. Kable podwodne prowadzą z wielu krajów i dochodzą do nas w różnych miejscach, tak że wykluczone, aby wszystkie naraz siadły. Najprawdopodobniej jest to jakieś uszkodzenie u nas.
– Jakie mogą być jego przyczyny?
Kierownik ponownie chrząka.
– Raz, kiedy mieliśmy podobną awarię, okazało się, że szkocki operator koparki przeciął kabel. Innym razem przegryzły go szczury, tak że powody mogą być różne. Jest to jeden z kosztów życia na północnoatlantyckiej wyspie związanych z koniecznością polegania na technice w kontaktach ze światem.
Dziennikarz dziękuje kierownikowi i jeszcze raz go przedstawia, Ulfhildur wzdycha i wyłącza radio, osobiście wyciągnęłaby z niego więcej.
Staroświecki hałas dochodzi z pomieszczenia z drukarką, faks wypluwa kartkę i piszczy.
 
Po konsultacji z wszystkimi dowodzącymi komendant główny policji podjął decyzję o ogłoszeniu stanu podwyższonej gotowości w związku z zakłóceniami funkcjonowania systemów łączności. Stan gotowości charakteryzują rozpoczęte działania, które mogą potencjalnie zagrozić bezpieczeństwu ludzi i / lub ładu społecznego. Na tym etapie zaczyna się współpraca obrony cywilnej z instytucjami, których ta sprawa dotyczy. Zagrożenie jest regularnie rozpoznawane i szacowane dla uzyskania jasnego obrazu aktualnej sytuacji. Proszę śledzić dalsze komunikaty obrony cywilnej.
 
– Nie mają bladego pojęcia, co się dzieje – mówi Ulfhildur, wbijając wzrok w tekst faksu. – Nie są w stanie nawet e-maila wysłać.
Ludzie z redakcji zagranicznej mają zmartwione miny, od nocy nie otrzymali z zagranicy ani zdjęć, ani depesz agencyjnych. Wojny, zamachy terrorystyczne i rozmaite katastrofy naturalne mogą mieć na świecie miejsce poza ich wiedzą. Inni współpracownicy Hjaltiego zdają się przybierać pozy, jakie przybierają podczas tradycyjnych katastrof, zakurzona redakcja wyczekuje poważnych wydarzeń.
Siedzą przy rozdzwonionych telefonach, wydzwaniają na lotnisko, do hoteli, banków, gdzie ekonomiści i specjaliści od inżynierii finansowej snują się bladzi z przerażenia, giełda leży i nie ma jak śledzić kursów akcji na zagranicznych rynkach.
– Hjalti, idź do Urzędu Poczty i Telekomunikacji, pogadaj z kierownikiem – mówi Ulfhildur, nie patrząc na niego. – Załatw porządny wywiad.
Wsiada do taksówki zadowolony, że wyrwie się z tego redakcyjnego harmidru. Droga jest krótka, tylko na Sudurlandsbraut, zamyka oczy i usiłuje się uwolnić od ciężkiego stukotu w głowie. Atmosfera panująca w urzędzie jest nabrzmiała stresem, ludzie biegają między biurami, a kierownik każe mu długo czekać na miodowej kanapie, nim wreszcie otworzy drzwi do swego gabinetu i poprosi go do siebie z miną świadczącą o tym, że to Hjalti Ingolfsson jest źródłem jego wszystkich kłopotów, a nie brak zasilania w centralnym oprzyrządowaniu.
Włącza dyktafon, a kierownik powtarza odpowiedzi z radia – trwają prace naprawcze i przyczyny pozostają nieznane. Po wywiadzie przysiada na biurku i uważnie przygląda się Hjaltiemu. Sprawia wrażenie człowieka energicznego, łysy i brodaty, rękawy koszuli podwinięte, ponure zmarszczki na wysokim czole.
– Zdaje pan sobie sprawę z tego, że my, tu pracujący, jesteśmy technikami – mówi. – Inżynierami, elektronikami, programistami. Naszym zadaniem jest wyjaśnić przyczyny techniczne i rozwiązać problem. Lecz w tym przypadku problem tkwi w tym, że żadnych przyczyn nie znajdujemy. Sprawdziliśmy każdy jeden przewód i każdą jedną złączkę i to wszystko gra. A przynajmniej tu, na lądzie.
– Co to znaczy?
Kierownik kręci głową.
– To sprawa tajna, ale musicie o tym wiedzieć. Off the record. Oficjalnie dysponujemy trzema działającymi kablami podwodnymi łączącymi Islandię ze światem. Żaden z nich nie działa. Oprócz nich jest stary Cantat, którego już nie używamy, chyba że awaryjnie, ale to bez znaczenia, bo on też padł. A do tego mamy jeszcze starszy przewód, o którym wie niewielu, poprowadzony w okresie zimnej wojny przez amerykańskie tajne służby. Martwy.
Hjalti czuje, że zmroziło mu twarz.
– Każdy jeden z tych kabli jest niezależny od innych – kontynuuje kierownik. Podchodzi do oprawionej w ramy mapy Islandii na ścianie i gestem zaprasza go bliżej. – Danice ciągnie się z Jutlandii i dociera do nas w Landeyjar. Farice poprowadzono ze Szkocji przez Funningsfjord na Wyspach Owczych do Seydisfjördur. Grenlandzki kabel rozciąga się od Nowej Fundlandii, przez Qaqortoq na Grenlandii, po Landeyjasandur. Końcówka Cantat znajduje się na Vestmannaeyjar, a starego kabla szpiegowskiego w Reykjanes. Ale ten nie jest tu zaznaczony.
Kierownik spogląda na Hjaltiego.
– To wszystko może mieć naturalne przyczyny. Ale to nie koniec. Mamy możliwość łączności awaryjnej przez norweskiego satelitę. Szerokość pasma na wiele oprócz rozmów telefonicznych i przelewów międzybankowych nie pozwala, ale powinniśmy być w stanie łączyć się ze światem, mimo iż cała reszta nie działa. – Znów patrzy na mapę. – Stacja telekomunikacyjna w Gufunes powinna być w stałej łączności krótkofalowej ze stacją w Ballycurreen w Irlandii z powodu lotów międzynarodowych, jak również ze switchami w Londynie, Norwegii, Kanadzie i na Grenlandii. Wszystkie te połączenia padły około trzeciej w nocy.
– Nie do końca rozumiem, o co właściwie chodzi.
Kierownik patrzy na niego ponuro.
– Straciliśmy łączność. Nie mamy pojęcia z jakiego powodu.

Kiedy Hjalti wychodzi z gmachu, telefon piszczy. Z powodu poważnych awarii systemów telekomunikacyjnych i niejasności, co dzieje się z łącznością i komunikacją ze światem, obrona cywilna uruchomiła stację koordynacyjną w Skogarhlid. Zwraca się szczególną uwagę, że Islandzki Instytut Meteorologii przestał świadczyć większość usług z powodu niesprawności urządzeń GPS i braku łączności satelitarnej.
To dzwoni Ulfhildur.
– Dobre wiadomości są takie, że net zaczął działać. Złe, że wyłącznie krajowy, ale przynajmniej możemy publikować wiadomości w sieci. Mógłbyś wpaść do Skogarhlid?
Hjalti zagląda do redakcji w drodze do Centrum Koordynacyjnego Obrony Cywilnej i konferuje z naczelnym. Ten za zasłoną bałaganu na biurku drapie się po brzuchu, niespecjalnie zdziwiony informacjami z Urzędu Poczty i Telekomunikacji.
– Wiesz, że poranne loty zostały odwołane? Nie mają żadnego kontaktu ze statkami oprócz tych na wodach terytorialnych, zupełnie jakby wyparowały. Jakby wszystko zostało odcięte, jakby wokół nas wyrósł jakiś mur.
– Ktoś się odzywał? – pyta Hjalti. Naczelny ma mocne powiązania z rządzącymi, niektórzy uważają, że zbyt mocne, podczas swojej życiowej wędrówki od redakcji do redakcji popasał w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych, widuje się go czasem na lunchu z politykami i urzędnikami, z którymi naczelny nie powinien lunchu jadać, bo jak niektórzy powiadają, nic takiego jak darmowy lunch nie istnieje. To mały kraj.
– Ludzie podejrzewają, że to atak na sieć – zauważa naczelny. – Ale w takim razie jest potężniejszy i lepiej zorganizowany niż kiedykolwiek wcześniej, napastników musi być wielu i żeby im się to udało, musieliby zhakować najlepiej chronione systemy na świecie. Sama myśl o tym jest niewiarygodna.
– Po co ktoś miałby to robić?
Naczelny wzrusza ramionami.
– Kto wie? Połowy wielorybów, Ruscy. To może być atak terrorystyczny albo szantaż – zastanawia się. – Jeśli jest to atak hakerów. Tyle że inne możliwości są jeszcze bardziej niedorzeczne.
– Inne możliwości? Jakie?
Naczelny kręci głową.
– Nikt nic nie wie. Ludzie oczywiście zaczynają sobie wyobrażać niestworzone rzeczy. Ale gdyby coś się stało, powinniśmy byli mieć jakieś przecieki, prawda? Przecież kontakt z całym światem nie może się urwać tak nagle, co nie?
Pot zrasza mu czoło, usiłuje uśmiechać się dla dodania sobie otuchy. – Ale to wszystko między nami. Nie ma powodu, żeby się nadto denerwować kilkugodzinnymi zakłóceniami zasilania. Musimy zachęcać ludzi do zachowania spokoju.
Wychodząc, Hjalti natyka się przy ekspresie do kawy na zatroskaną Ulfhildur. Filiżanka stoi pusta pod kranem.
– Po prostu nie mam pojęcia, co mamy mówić ludziom – przyznaje. – Tak mało wiemy. Informujemy, że to czy tamto padło, ale nie mamy obrazu całości, nikt nie jest w stanie go przedstawić. – Wyjmuje kostkę cukru z cukierniczki i kładzie na stoliku przed sobą. – W całym kraju nie ma łączności telefonicznej z zagranicą. Nie ma e-maili, netu. Od ubiegłej nocy nie wylądował ani jeden samolot, kontrolerzy ruchu lotniczego nie mają żadnego kontaktu z maszynami, które wyleciały jako ostatnie. Ze statkami także, Urząd od ostatniej nocy nie zauważył żadnego ruchu na radarach. Nawet krótkofalowcy amatorzy nie są w stanie skontaktować się z otaczającym nas światem, a przecież fal radiowych nie da się zhakować.
Ułożyła sześć kostek cukru w równym rządku i przygląda się im zafrasowana. Sześć problemów do rozwiązania, sześć przerwanych linii życia, sześć nierozwiązanych zagadek, a w głowie Ulfhildur wiadomość przybrała już kształt, który jej się nie podoba.