„Walden, czyli życie w lesie” to arcydzieło amerykańskiej literatury, będące zapisem eksperymentu Thoreau, który przez ponad dwa lata żył samotnie nad stawem Walden w stanie Massachusetts.


Walden, czyli życie w lesie„Walden, czyli życie w lesie” to zbiór 18 esejów filozoficznych napisanych przez Henry’ego Davida Thoreau w trakcie jego eksperymentu samotnego zamieszkiwania nad stawem Walden (4 lipca 1845 – 6 września 1847) w zbudowanym przez siebie domu na ziemi należącej do Ralpha Waldo Emersona w pobliżu Concord w stanie Massachusetts.

Książka została starannie skomponowana, odnaleźć w niej można bogactwo figur retorycznych oraz aluzje do Biblii i dzieł filozofów, szczególnie wschodnich. Jest jednym z reprezentatywnych przykładów nurtu transcendentalnego w literaturze amerykańskiej.

Książka ta nie jest ani powieścią, ani pełnoprawną autobiografią, ale społeczną krytyką współczesnego świata zachodniego, wraz z jego konsumpcjonizmem. Eseje Thoreau są pochwałą życia świadomego, prostego i surowego, w bliskim kontakcie z przyrodą.

„Walden” ogromną popularność zdobył dopiero w latach sześćdziesiątych XX wieku, kiedy sięgnęła po niego amerykańska młodzież walcząca z konformizmem i obyczajowością mieszczańską. Zawarte w książce tezy i rozważania pozostają aktualne, szczególnie teraz, gdy ekologiczny styl życia jest coraz ważniejszy dla nas wszystkich.

Biblia wszystkich ekologów i ekoentuzjastów. Książka, która zmieniła sposób patrzenia na otaczający nas świat.

Henry David Thoreau (1817-1862) urodził sie w Concord – miasteczku, które w pierwszej połowie XIX w. Było jednym z centrów myśli amerykańskiej. Tutaj wokół mędrca – filozofa Ralpha Walda Emersona – zgromadzili się młodzi ludzie porwani ideami transcendentalizmu, dla których nadrzędną była idea odrodzonej ludzkości. Wśród nich był Thoreau: asceta, moralista, stoik, „bakałarz natury”, „poeta naturalista”, buntownik i mistyk – symbol amerykańskiego indywidualizmu. Nazywano go „produktem w stu procentach lokalnym”, gdyż rodzinne miasteczko stanowiło dla niego centrum świata. Próbował w życiu kariery nauczyciela, był robotnikiem, pomocnikiem, redaktorem, wykładowcą, a nawet producentem ołówków.

Henry David Thoreau
Walden, czyli życie w lesie
Przekład, przedmowa i opracowanie przypisów: Halina Cieplińska
Dom Wydawniczy Rebis
wydanie IX
Premiera w tej edycji: 27 lutego 2018
 
 

Walden, czyli życie w lesie


Spis treści

1 Gospodarka
2 Gdzie żyłem i po co
3 Lektura
4 Dźwięki
5 Samotność
6 Goście
7 Poletko fasoli
8 Miasteczko
9 Stawy
10 Farma Bakera
11 Szczytne zasady
12 Zwierzęta sąsiadami
13 Ogrzewanie domu
14 Poprzedni mieszkańcy i zimowi goście
15 Zwierzęta zimą
16 Staw w zimie
17 Wiosna
18 Zakończenie

Szczytne zasady


Gdy o zupełnym zmroku wróciłem przez las do domu z rybami nanizanymi na sznurek w jednej ręce, w drugiej zaś wlokąc za sobą drąg, przez ścieżkę przemknął ukradkiem świstak. Przeszył mnie osobliwy dreszcz dzikiego zachwytu i ogarnęła przemożna pokusa, aby go złapać i pożreć na surowo; nie dlatego, abym był głodny, łaknąłem jedynie owego posmaku dzikości. Odkąd zamieszkałem nad stawem, raz czy dwa przyłapałem się na tym, że z dziwnym brakiem opanowania oblatuję las niczym na wpół zagłodzony pies, w poszukiwaniu jakiejś dziczyzny do pożarcia, i nie było kęsa, który okazałby się dla mnie zbyt surowy czy pierwotny. Najdziksze sceny stały się osobliwie znajome. Podobnie jak większość ludzi, znajduję w sobie pociąg zarówno do wznioślejszego – czy inaczej mówiąc – duchowego życia, jak i do sfery prymitywnej i dzikiej, lecz obie jednakowo poważam. Kocham dzikość nie mniej niż dobro. Wciąż pociąga mnie łowienie ryb, albowiem towarzyszy mu atmosfera żywiołowej przygody. Niekiedy lubię spędzić dzień podobnie jak zwierzęta, aby brać życie garściami. Temu zajęciu oraz polowaniu w młodym wieku zawdzięczam chyba najbliższe obcowanie z przyrodą. Wcześnie nas one zaznajamiają z okolicą i skłaniają do przebywania na łonie Natury, podczas gdy w innym wypadku mało byśmy ją w młodości znali. Rybacy, myśliwi, drwale i inni ludzie, którzy spędzają życie wśród pól i lasów, sami są w pewnym sensie cząstką Natury i często podczas przerw w pracy mają lepszą sposobność obserwować jej tajniki aniżeli filozofowie czy nawet poeci zbliżający się do niej pełni oczekiwań. Ona bowiem nie boi im się pokazać w pełnej krasie. Ten, kto podróżuje przez prerię, jest naturalnie myśliwym, kto płynie górnym biegiem Missouri i Columbii – traperem, kto zaś łowi przy Wodospadzie Świętej Marii1 – rybakiem. Ten, kto jest tylko podróżnikiem, uczy się wszystkiego z drugiej ręki, i to połowicznie, a zatem kiepski z niego autorytet. Interesują nas nade wszystko raporty naukowe na temat tego, co ludzie owi znają już z praktyki lub instynktownie, albowiem tylko wówczas dają one prawdziwy obraz natury ludzkiej i mogą służyć za relację o ludzkich doświadczeniach.
Mylą się ci, którzy dowodzą, że Jankes niewiele ma rozrywek, ponieważ ustanowiono tylko kilka świąt państwowych, i że nasi mężczyźni i chłopcy nie grają w tyle gier, ile znanych jest w Anglii, ponieważ u nas prymitywniejsze, z ustronnymi miejscami związane rozrywki, jakimi są: myślistwo, łowienie ryb i tym podobne, nie ustąpiły jeszcze miejsca grom. Wszyscy spośród rówieśników w Nowej Anglii nosili śrutówkę na ramieniu między dziesiątym a czternastym rokiem życia, a tereny ich polowań i łowów nie były ograniczone jak rezerwaty angielskiego arystokraty, lecz jeszcze bardziej bezkresne aniżeli królestwo człowieka dzikiego. Nic więc dziwnego, że chłopcy nie pozostawali częściej się bawić na błoniach. Wprawdzie zmiany już zachodzą, lecz nie tyle dzięki wzrostowi humanitaryzmu, ile z powodu niedostatku zwierzyny, myśliwy bowiem – nie wyłączając członków Towarzystwa Humanitarnego – jest chyba największym przyjacielem zwierząt, na które poluje.
Ponadto, mieszkając nad stawem, miałem czasem ochotę urozmaicić swój wikt, dodając do jadłospisu rybę. Łowiłem ryby kierowany doprawdy tą samą potrzebą co pierwsi rybacy. Nawet gdybym chciał ją w sobie zwalczyć z jakichś pobudek humanitarnych, nie byłyby czyste i wypływałyby raczej z mojej filozofii aniżeli uczuć. Mówię teraz tylko o łowieniu ryb, albowiem do polowania na ptactwo dawno miałem odmienny stosunek i sprzedałem strzelbę, zanim zamieszkałem w lesie. Nie żebym był mniej humanitarny niż inni, lecz nie zauważyłem, aby moje uczucia były szczególnie poruszone. Nie żałowałem ani ryb, ani robaków. Łowienie stanowiło mój nawyk. Co się tyczy polowania na dzikie ptactwo, to w ostatnich latach, gdy nosiłem strzelbę, miałem wymówkę, że studiuję ornitologię i poszukuję tylko nieznanych albo rzadkich ptaków. Jak teraz atoli przyznaję, istnieje subtelniejszy sposób studiowania ornitologii. Wymaga poświęcenia o tyle większej uwagi zwyczajom ptaków, że – choćby tylko z tego powodu – wolę zaniechać śrutówki. Jednakże mimo obiekcji natury humanitarnej zmuszony jestem wątpić, czy kiedykolwiek owe sporty zastąpi się równie wartościowymi. Przeto gdy kilku zaniepokojonych przyjaciół pytało mnie o radę, czy powinni pozwolić swoim synom polować, odpowiedziałem: „Tak”, pamiętając, że była to jedna z najlepszych stron mojej edukacji. Zróbcie z nich myśliwych, rzekłem, ale w miarę możliwości zadbajcie, aby najpierw traktowali to jedynie po sportowemu, dopiero zaś potem stali się znakomitymi myśliwymi, którzy w tej czy innej leśnej głuszy nie znajdą wśród zwierzyny równego sobie przeciwnika – zróbcie z nich i myśliwych, i rybaków ludzi2. Jak dotąd jestem tego samego zdania co mniszka u Chaucera:

I nie przejmował się takim przesądem,
Jakoby świętym nie mógł być myśliwy3.

Zarówno w historii pojedynczego człowieka, jak i całego gatunku ludzkiego istnieje okres, w którym myśliwi uchodzą za „najlepszych ludzi”, wedle określenia Algonkinów. Nad chłopcem, który nigdy nie oddał strzału, możemy się tylko litować; nie ma on dzięki temu więcej uczuć humanitarnych, natomiast poważnie zaniedbano jego edukację. Tak też odpowiedziałem, pytany, czy zapalonym młodzieńcom należy pozwolić na uprawianie myślistwa, odpowiedziałem w przekonaniu, że szybko minie im zapał. Żadna istota ludzka wyrosła z bezmyślnego wieku chłopięcego nie zamorduje bez powodu żadnego stworzenia, oboje bowiem mają takie samo prawo do życia. Bliski końca zając płacze jak dziecko. Matki ostrzegam, że nie zawsze w swoich sympatiach kieruję się zwykłymi względami filantropijnymi.
Takie najczęściej bywa wprowadzenie młodego człowieka w las i w najbardziej pierwotną sferę jego własnej osobowości. Najpierw przemierza ostępy jako myśliwy i rybak, a w końcu, jeśli nosi w sobie zalążki lepszego życia, dostrzega swoje właściwe cele – jako poeta albo może przyrodnik – i porzuca strzelbę oraz wędkę. Nadal większość mężczyzn na zawsze pozostaje pod tym względem młodzieńcami. W niektórych krajach pastor na polowaniu to nierzadki widok. Może i dobry z niego owczarek, aliści daleko mu do Dobrego Pasterza. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że niewątpliwie jedynym zajęciem, poza ścinaniem drzewa, rąbaniem lodu czy tym podobną robotą, jakie kiedykolwiek, o ile mi wiadomo, zatrzymało na całe pół dnia nad Waldenem kogoś z mieszkańców mojego miasteczka – biorę pod uwagę zarówno ojców, jak i dzieci – było, z jednym wyjątkiem, łowienie ryb. Na ogół – mimo że przez cały czas mieli sposobność patrzenia na staw – nie uważali, że sprzyja im szczęście ani że otrzymują godziwą zapłatę za pracę, o ile nie złowili długiego sznura ryb. Mogli chodzić tam tysiąc razy, zanim osiadłby na dnie wzniecony przez wędkę muł, dowodząc, że cel ich łowienia był czysty, lecz niewątpliwie taki oczyszczający proces zachodziłby przez cały czas. Gubernator i jego doradcy słabo pamiętają staw, na ryby bowiem chodzili w dzieciństwie. Teraz zaś są zbyt starzy i dostojni, aby łowić, przeto już nigdy lepiej stawu nie poznają. Jednakże oni też spodziewają się pójść ostatecznie do nieba. Jeśli Izba Prawodawcza interesuje się stawem, to głównie po to, ażeby regulować liczbę zarzucanych tam haczyków, nie ma pojęcia atoli o haczyku najlepszym z najlepszych, którym można złowić sam staw, biorąc Izbę Prawodawczą na przynętę. Zatem nawet w społeczeństwach cywilizowanych rozwijający się embrion ludzki przechodzi przez stadium łowiectwa.
Okazuje się, że ostatnimi laty nie potrafię łowić i nie popadać w lekkie samouwielbienie. Ileż razy chodziłem na ryby. Mam wprawę w łowieniu i, podobnie jak wielu ziomków, odczuwam do niego pewnego rodzaju pociąg, który budzi się od czasu do czasu; gdy jednak wracam z połowu, zawsze mam wrażenie, że byłoby lepiej, gdybym w ogóle nie zarzucał wędki. Sądzę, że się nie mylę. Nieśmiałe czynię wyznanie, lecz takie są pierwsze promyki poranka. Bezsprzecznie odczuwam ów pociąg ku niższym rodzajom istnienia, z każdym wszelako rokiem mniej czasu poświęcam na łowienie, choć dzięki temu nie staję się ani bardziej humanitarny, ani nawet mądry. W chwili obecnej już wcale nie chodzę na ryby. Wszelako widzę, że gdybym miał żyć w leśnej głuszy, znów uległbym pokusie i zostałbym zapalonym rybakiem i myśliwym. Nawiasem mówiąc, mięso zdobywane tymi i innymi sposobami ma w sobie coś zasadniczo nieczystego, dlatego też zaczynam rozumieć, skąd się biorą domowe obowiązki i ciężki wysiłek, aby codziennie wyglądać schludnie i porządnie, aby dom był posprzątany i nie unosiły się w nim żadne nieprzyjemne zapachy. Jako swój własny rzeźnik, pomywacz i kucharz, a także dżentelmen obsługiwany przy posiłku, mogę się wypowiedzieć na podstawie niezwykle wszechstronnego doświadczenia. W moich oczach pożywienie zwierzęce ma na dobrą sprawę podstawową wadę – nieczystość. Istotny wydawał mi się również fakt, że gdy złapałem, oczyściłem, ugotowałem i zjadłem rybę, okazywało się, że nie zaspokoiłem nawet pierwszego głodu. Cała robota wydawała się bezsensowna i niepotrzebna, kosztowała zaś więcej, aniżeli była warta. Równie dobrze wystarczyłby chleb albo kilka ziemniaków, a mniej byłoby kłopotu i nieporządku. Podobnie jak wielu mi współczesnych, przez wiele lat rzadko spożywałem pokarm zwierzęcy, kawę, herbatę i inne tego typu produkty, może nie tyle ze względu na niezdrowe działanie, jakie im przypisywałem, ile na to, że mi nie odpowiadały. Wstręt do pożywienia zwierzęcego nie wynika z doświadczenia, lecz jest instynktowny. Z wielu względów piękniejsze wydawało się życie prymitywne i surowe odżywianie; wprawdzie nigdy się do nich nie ograniczyłem, atoli posunąłem się dostatecznie daleko, aby zaspokoić swoje wyobrażenia na ten temat. Uważam, że szczególnie człowiek, który istotnie pragnie jak najlepiej zadbać o bardziej wysublimowane wartości wewnętrzne, stara się unikać pożywienia zwierzęcego, i w ogóle obfitych posiłków. Znamienne, że według entomologów – zetknąłem się z tym u Kirby’ego i Spence’a – „niektóre owady w stadium wykształconym, choć zaopatrzone w układ pokarmowy, wcale z niego nie korzystają”4. Fakt ten uznano za „ogólną regułę, wedle której prawie wszystkie owady w tym stadium jedzą dużo mniej aniżeli larwy. Żarłoczna gąsienica, kiedy przekształci się w motyla […] i łapczywa larwa, skoro stanie się muchą”5, zadowalają się jedną albo dwiema kropelkami miodu lub jakiegoś innego słodkiego płynu. Odwłok pod skrzydłami motyla nadal przypomina larwę. Jest smakołykiem, kuszącym owadożerny los. Człowiek w stadium larwy to tłusty żarłok, a istnieją narody, które całe mają tę postać, narody bez fantazji i wyobraźni, poznać je można po ogromnych odwłokach.
Ciężko jest zdobyć i ugotować tak proste i czyste pożywienie, aby nie raziło uczuć estetycznych. Myślę, że powinno je się karmić jednocześnie z ciałem, a zatem wszyscy powinni siadać przy tym samym stole. Chyba to możliwe do przeprowadzenia. Spożywanie darów Bożych z umiarem nie musi przysparzać nam wstydu za apetyt ani przerywać najbardziej szacownych zajęć. Skoro jednak dosypiemy do jedzenia dodatkowo przyprawę, niewątpliwie możemy się otruć. Nie warto prowadzić obfitej kuchni. Większość ludzi spłonęłaby rumieńcem wstydu, gdyby przyłapano ich na własnoręcznym gotowaniu dokładnie takiego samego obiadu – czy to mięsnego, czy wyłącznie jarskiego – jaki codziennie przyrządza im ktoś inny. Dopóki wszelako tak się dzieje, nie jesteśmy ludźmi cywilizowanymi, a panowie i panie nie są prawdziwymi mężczyznami i kobietami. Nasuwa się niewątpliwie pytanie, jakie zmiany powinno się zaprowadzić. Próżno pytać, dlaczego uczucia estetyczne nie pozostają w zgodzie z ciałem i otyłością. Cieszę się z takiego stanu rzeczy. Czyż fakt, że człowiek jest zwierzęciem mięsożernym, nie przynosi mu ujmy? Wszak w wielkiej mierze żyje, polując na inne zwierzęta; przykry to sposób, o czym przekona się każdy, kto zacznie łapać w sidła króliki albo zarzynać jagnięta. Przeto ten zostanie uznany za dobroczyńcę ludzkości, kto nauczy człowieka ograniczania się do bardziej niewinnego i zdrowego pożywienia. Niezależnie od tego, co sam praktykuję, nie mam wątpliwości, że przeznaczeniem gatunku ludzkiego w miarę stopniowego postępu jest po części skończyć z jedzeniem zwierząt. To niechybnie nastąpi, podobnie jak u dzikich plemion skończono z jedzeniem siebie nawzajem wskutek zetknięcia się z ludźmi bardziej cywilizowanymi.
Jeżeli ktoś słucha najdelikatniejszych, lecz ustawicznie powtarzanych podszeptów swojego rozumu, podszeptów, które z pewnością są słuszne, nie uświadamia sobie, do jakich skrajności albo nawet szaleństw może go to doprowadzić; wszelako podąża w tym właśnie kierunku, zyskując coraz większą śmiałość i coraz bardziej oddając się sprawie. Wystarczy, aby jeden zdrowy człowiek uparcie obstawał przy swoich zastrzeżeniach, a uda mu się w końcu zwalczyć argumenty i zwyczaje ludzkości. Nikogo jeszcze nie zawiódł głos własnego rozumu, za którym szedł. Gdyby nawet doprowadziło to w rezultacie do osłabienia ciała, nikt chyba nie mógłby stwierdzić, że należy żałować konsekwencji, skoro oferowały życie w zgodzie z wyższymi zasadami. Jeżeli dzień i noc pozwalają człowiekowi radośnie się z sobą witać, a życie rozsiewa woń podobną do zapachu kwiatów i słodkich ziół, jest bardziej prężne, promienne i bliższe nieśmiertelności – człowiek osiągnął sukces. Gratuluje mu cała Natura, on zaś w każdej sekundzie winien sobie błogosławieństwo. Największe korzyści i wartości najrzadziej bywają doceniane. Łatwo zaczynamy wątpić w ich istnienie. Szybko o nich zapominamy. Stanowią najwyższą sferę rzeczywistości. Być może jeden człowiek nigdy nie pokazuje drugiemu najbardziej zdumiewających i realnych faktów. Prawdziwe żniwo mojego dnia jest do pewnego stopnia tak nieuchwytne i niemożliwe do opisania jak barwy poranka czy wieczornej zorzy. Jak odrobina gwiezdnego pyłu na dłoni, jak skrawek tęczy zamknięty w garści.
Co się tyczy atoli mojej osoby, to nigdy nie byłem nadzwyczajnie wybredny; czasami mógłbym zjeść z apetytem smażonego szczura, gdyby zaszła konieczność. Zadowolony jestem, że przez tak długi czas piłem wodę, z tego samego powodu, dla którego prawdziwe niebo przedkładam nad niebiosa opiofaga. Rad bym zawsze zachować trzeźwość, wszak liczba szczebli pijaństwa osiągnęła nieskończoność. Uważam, że jedyny napój mądrego człowieka stanowi woda. Wino nie jest już tak szlachetnym płynem, a pomyśleć, że nadzieje poranka można zniweczyć filiżanką ciepłej kawy, wieczoru zaś – filiżanką herbaty! Och, jakże nisko upadam, gdy dam im się skusić! Nawet muzyka może być trunkiem. Takie pozornie niewinne przyczyny doprowadziły do upadku Grecję i Rzym, a doprowadzą Anglię i Amerykę. Kto nie woli się upić powietrzem – najlepszym trunkiem?6 Za największą wadę pospolitej i czasochłonnej pracy uważam fakt, że zmusza ona do równie pospolitego jedzenia i picia. Prawdę jednak mówiąc, wydaje mi się, że obecnie jestem trochę mniej grymaśny pod tym względem. Z mniejszym nabożeństwem traktuję stół, nie proszę o błogosławieństwo. Nie dlatego, bym był mądrzejszy niż ongi, lecz – zmuszony jestem wyznać – dlatego, że z biegiem lat spospoliciałem i zobojętniałem, choćbym najbardziej tego żałował. Może kwestie te istotne są tylko w młodości, podobnie jak – według opinii większości – poezja. W moim przypadku praktyka nie istnieje, uprawiam zaś teorię. Wszelako daleki jestem od tego, aby uważać się za jednego z owych uprzywilejowanych, o których wspominają Wedy, głosząc, że „ten, kto wierzy we Wszechobecną Najwyższą Istotę, może jadać wszystko bez wyjątku”, to znaczy nie musi się upewniać, jakie przysługuje mu pożywienie ani kto je przyrządza. Znamienne jednak, że nawet w ich wypadku – jak zauważył hinduski filozof – Wedy ograniczają ów przywilej do „okresu niedoli”.
Któż nie doznawał czasami niewypowiedzianej przyjemności, jedząc potrawę, na którą nie miał apetytu? W takich razach nurtowała mnie myśl, że przeżycie umysłowe zawdzięczam niewybrednemu na ogół zmysłowi smaku, że czerpię natchnienie z podniebienia, że kilka jagód zjedzonych na zboczu daje zadowolenie mojemu umysłowi. „Dusza nie jest panią siebie – twierdzi Konfucjusz – człowiek patrzy i nie widzi, słucha i nie słyszy, je i nie zna smaku pożywienia”. Ten, kto odczuwa prawdziwy smak potrawy, nie może być żarłokiem; ten, kto nie czuje go, nie może być przeciwieństwem żarłoka. Purytanin umie przystępować do jedzenia skórki razowego chleba z tak samo wielkim apetytem jak radny miejski do turkawki. Nie żywność, którą pochłaniają usta, plugawi człowieka, lecz apetyt, z jakim człowiek ją zjada7. Nie idzie ani o jakość, ani o ilość, tylko o oddanie zmysłowym woniom, o to, że spożywana przez nas potrawa przestaje być jedzeniem mającym utrzymać przy życiu tkwiące w nas zwierzę albo inspirować w nas życie duchowe, i staje się karmą dla robaków, które nami zawładnęły. Gdy myśliwy ma chęć na żółwie błotne, piżmoszczury i inne tego rodzaju smakołyki, elegancka dama zaś folguje zachciance na galaretkę z nóżek cielęcych albo na zamorskie sardynki, jedno nie ustępuje drugiemu. On udaje się nad staw, ona do spiżarni. Zadziwiające, jak jedząc tak i pijąc, mogą oni – jak możemy ty i ja – prowadzić to obleśne życie bydlęcia.