„Stało się” to komedia kryminalna w duchu i pod wezwaniem Joanny Chmielewskiej, z którą autorka spędziła wiele wspaniałych chwil. Powieść, o której Robert Górski mówi, że sam chciałby taką napisać.


Stało sięW tajemniczych okolicznościach ginie kochanek dziennikarki telewizyjnej Matyldy Kwiatek, a w jej otoczeniu zaczynają się dziać dziwne rzeczy.

Kiedy szef bez powodu wyrzuca ją z pracy, Matylda postanawia odpocząć od stresów i wyjechać z przyjaciółką na wczasy odchudzające nad morze. Tu niespodziewanie natyka się na serię zagadkowych morderstw. Odzywa się w niej instynkt reporterki.

Matylda, rozczarowana swoim życiem, chwyta się śledztwa jak ostatniej deski ratunku. W działaniach może liczyć na wsparcie zauroczonego nią porucznika Kudełki i bratniej duszy, Natalii.

***

Wciągająca, wartka akcja – świetny kryminał. Sam chciałbym taki napisać, ale raz że nie umiem, dwa, że przyjemniej się czyta, jak ktoś inny napisze, bo nie wiadomo co się wydarzy na następnej stronie. Gorąco polecam.
Robert Górski

Lubisz kryminały, ale masz już dość ich zimnej, skandynawskiej scenerii? Zajrzyj do powieści Magdy Kuydowicz, zanurzonej nie tylko w lokalnych realiach, ale i napisanej z bardzo nam ostatnio potrzebnym przymrużeniem oka.
Michał Rusinek

Gdy w roli głównej twojego życia występują wyobraźnia, odwaga sięgania po własne marzenia, talent, pracowitość i ucho do ludzkich spraw, można mówić o szczęściu. Magda Kuydowicz to wszystko ma. I nie zawahała się tego użyć.
Magda Mołek

Bawiłam się przednio! Przeurocze. Przezabawne. Joanna Chmielewska byłaby dumna.
Katarzyna Bonda

Magdalena Kuydowicz – z wykształcenia teatrolog, dziennikarka, od studiów pracująca w telewizji, a od 10 lat w kobiecej redakcji TVN Style jako wydawca. Wydała dotąd dwa poradniki – z psycholożką Katarzyną Korpolewską: „Matka z córką. Rozmowy intymne” i „Zaklinacze samotności” z seksuologiem i terapeutą Wiesławem Sokolukiem oraz dwie książki z przepisami kulinarnymi gwiazd. Jej pasją jest czytanie, psychologia, teatr i gotowanie.

Magdalena Kuydowicz
Stało się
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera: 23 stycznia 2018
 
 

Stało się


OSOBY ZAMIESZANE W ZBRODNIĘ:

MATYLDA KWIATEK – rozczochrana dziennikarka koło czterdziestki, tropiąca uparcie ślady zmarłego kochanka
NATALIA STACHYRA – przyjaciółka Matyldy i jedyna sojuszniczka, walcząca z uczuciem do swojego eks, czyli do Stacha
STACHU STACHYRA – były mąż Natalii, który walczy o odzyskanie jej miłości i o zachowanie trzeźwości przy okazji
PORUCZNIK RYSZARD KUDEŁKA – przebiegły i zadziwiająco sprawny policjant, potajemnie podkochujący się w Matyldzie
MACIEK SAT – producent, szef i bliski kolega Matyldy, który nieoczekiwanie staje się jednym z podejrzanych
HANKA POWALISZ – dziewczyna Maćka, która kocha tylko rośliny
KLOTYLDA KWIATEK – mamusia, wielbicielka intryg, krzyżówek i Ryszarda Kudełki
ZBIGNIEW NADWORNY – zwany nie bez przyczyny Ohydnym Zbyszkiem – kochanek Matyldy i jej utrapienie
MARTA NADWORNA – żona Zbyszka, zwana nie bez powodu Podłą
PIĘKNY HENIO – prawnik i niespełniona miłość Matyldy z czasu studiów
KAMIL TROP – funkcjonariusz policji koszalińskiej, słynący z podrywów i spostrzegawczości
MARIANNA LIS – rudy demon po pięćdziesiątce i ofiara mordercy
ROMAN GRYZŁA – latarnik, kolejna ofiara
ANDRZEJ NAWAŁKA – zwany nie bez przyczyny Savonarolą – tajemniczy bóg kinezy
ROMAN BURDA – działacz społeczny i narodowiec, ukrywający swój romans z czarnoskórym gejem, ponura postać trzęsącą całym Koszalinem
KRZYSIO LOWELAS – piękny i zepsuty do szpiku kości montażysta
KOSTEK REGUŁA – milczący sąsiad anglista-cyklista, wierny przyjaciel Matyldy
Oraz uczestnicy obozu sportowego w Mielenku, pracownicy pensjonatu Osa, koledzy Matyldy z pracy, podwładni Ryszarda Kudełki, właściciele lokali: Niezłe Ziółko, Kafelek i inni.

ROZDZIAŁ 1
STAŁO SIĘ


Szłam siłą woli. Nieumalowana, zrozpaczona, rozczochrana przez wiatr i wściekła. Oślepiało mnie poranne słońce, a gęstniejący w centrum tłum wsysał i wyrzucał mnie co chwila na zewnątrz. Nie słyszałam ani nie czułam nic. No, może poza chęcią szybkiego zobaczenia Podłej. I znokautowania jej jednym celnym słowem lub ciosem. Obojętne. Włosy wymykały mi się co chwila spod kaptura bluzy. Mysie końcówki chłostały mnie po policzkach. Od płakania miałam zapuchnięte oczy. Zwykle duże i ciemne, teraz przypominały wąskie ciemnoczerwone szparki. Czułam się kobietą doświadczoną przez los, w za bardzo średnim wieku i bez nadziei na zmianę tej sytuacji. Oraz wyglądu. W dodatku szary dres skutecznie odbierał wdzięk moim kobiecym kształtom. A Podła słynęła z elegancji. I braku dresu.
W podziemiach pachniało tanim jedzeniem, a pędzący przechodnie byli jak tornado. Obijałam się a to o torebki, a to o ramiona społeczeństwa pędzącego na oślep do tramwajów we wszystkich możliwych kierunkach świata. Ogłuszająco zawodziła już Orkiestra z Chmielnej. Kwiaciarki rozstawiały swoje bukiety, złorzecząc na bezdomnego z psem, który jak zwykle leżał tutaj i żebrał. Wiadomo.
Miejsce na rogu było najlepsze. Ale tego dnia nie dostał ode mnie ani grosza. Przeszłam szybko obok i dotarłam do wyjścia z tunelu. Jeszcze trzy przecznice i będę na miejscu. Zbyszkowi życia to nie wróci, ale przynajmniej się czegoś dowiem.

***

Tymczasem żona mojego martwego kochanka, starannie wypacykowana i ubrana jak spod igły, siedziała w mojej i Zbyszka ulubionej kawiarni – Niezłe Ziółko – na rogu Wilczej. Czekała na mnie i sączyła modny napój pietruszkowy z miodem. Żywa, kompetentna do bólu chuda szatynka. Chłodna jak głaz, o wypolerowanych na błysk szponach w kształcie idealnego migdała. Niech ją! Dlaczego właściwie to nie ona zginęła w tym wypadku? Poważnie nabuzowana dotarłam na miejsce i usiadłam przy niej tak gwałtownie, że aż wytrąciłam jej z ręki tablet. Kątem oka zarejestrowałam, że czatuje na erotycznym portalu randkowym, gdzie szuka się partnera. I fakt, że to dostrzegłam, tak ją strasznie wkurzył, że zaczęła na mnie znienacka krzyczeć. Że niby jakim prawem ją szpieguję! Też coś! Od lat zdradzała Zbyszka z byle kim. Każdy to wiedział! Każdy! Nim skończyłyśmy wymianę wrzasków, bezszelestnie pojawił się właściciel lokalu – Cwany Bonzo. Z sokiem z pokrzywy dla mnie w ramach promocji. Umilkłyśmy i zamówiłyśmy jeszcze po kawie. Ochłonęłam i spojrzałam na nią raz jeszcze. Awantura nie spowodowała najmniejszej zmiany w jej nienagannym wyglądzie. Jak ona to robi?! – zastanawiałam się. I ciekawe, za ile. Powoli popijałam to zdrowe paskudztwo i skanowałam ją bacznie od stóp do głów. Po kolejnym łyku zielonej lury Podła Małżonka, cała w modnych odcieniach limonki z bielą z najnowszej kolekcji jakiejś tam, pochyliła się w moją stronę i postanowiła przemówić ponownie. Tym razem jednak syczała teatralnie ściszonym głosem.
– Słuchaj no, ty, Zbyszek zginął nagle. Zostawił ci podobno klucze do domu nad morzem i jakieś ważne dokumenty w teczce. Muszę je mieć, i to szybko. W samochodzie wszystko spłonęło. A chcę się tam dostać jeszcze przed pogrzebem.
Zamurowało mnie. Perorowała więc dalej.
– Jak mi tego nie oddasz, to mój adwokat dobierze ci się do tyłka! Tak jak, za przeproszeniem, mój małżonek dobierał się przez ostatnie miesiące! Ale przyjemnie nie będzie! Zapewniam! – Odsunęła się wreszcie od stołu na długość obu rąk. Czerwona na twarzy. Prawie pękała ze złości. Istna kobra w Kenzo i Manolo Blahnik!
Skąd ona wie? Zostawił jej kartkę przy łóżku czy co? Nadal miałam ściśnięte gardło i nie byłam w stanie wykrztusić ani słowa. Tymczasem dookoła nas gęstniał już poranny tłum przyjemnie podekscytowanych awanturą damulek z pobliskich biurowców. Notorycznie wpadały tu po kawę. Rzeczywiście była najlepsza w mieście. Po tyradzie Podłej w całym lokalu zapanowała przerażająca cisza. Byłyśmy niewątpliwie atrakcją tego dnia, jeśli nie całego sezonu. Wreszcie wzięłam głęboki oddech, żeby dać jej ostateczny odpór. A zaraz potem zemdlałam.

***

Gdy się ocknęłam, Bonzo, chwytając mnie delikatnie pod ramiona, holował moje jestestwo w stronę stylowego mebla przodków pod oknem. A Podła Żona, trzymając moje skąpo odziane w trampki odnóża, powtarzała jak nakręcona:
– Ale kto mógł przewidzieć, że ona zasłabnie? No kto? Kawał baby z niej, no nie?
A żeby cię pokręciło! Obyś wyłysiała i porosła parchami. Z włosem w środku każdego z nich! – zamarzyłam skrycie. Tymczasem przy pomocy Bonza z godnością ulokowałam się na zabytkowej rekamierze i zaczęłam się wachlować gazetą ze stolika. Po chwili dostałam swoją torebkę, rozpinaną bluzę i wodę. Mimo totalnego osłabienia postanowiłam także przemówić.
– Won stąd, babo wredna, bo cię uszkodzę! – wycedziłam wreszcie.
Miało to zabrzmieć groźnie, ale zaszemrałam tylko jak górski strumyk. Mimo to do Podłej błyskawicznie dotarło i ulotniła się wreszcie. Odetchnęłam. Tłum damulek z kawą też odetkało. Popychając się i chichocząc jak dzierlatki, zaczęły stopniowo opuszczać kawiarnię. Po kwadransie doszłam do siebie na tyle, aby spuścić nogi na podłogę i poprosić Bonza o wezwanie mi taksówki. Wtedy niespodziewanie pojawiła się moja najlepsza przyjaciółka, Natalia. Z rozmachem otworzyła szklane drzwi kawiarni i trzasnęła nimi tak, że aż ziemia zadrżała. Rosła, dorodna oraz zamaszysta w ruchach, o pięknych ciemnoblond włosach do ramion zebranych w kitkę, wzbudzała automatyczną sympatię kobiet i silny przestrach u mężczyzn. U byłego męża zwłaszcza. W przeciwieństwie do mnie była wcieleniem spokoju, odwagi i zdrowego rozsądku. Uwielbiałam ją z wzajemnością od lat.
– Matko Boska, Mati, co się stało?! – krzyknęła.
– Ciii, nie wrzeszcz tak! Skąd wiedziałaś? – Gestem nakazałam jej podejść bliżej. Wciąż miałam mroczki przed oczami.
– Podła zadzwoniła do Maćka, że zasłabłaś, a on do mnie! – Natalia z troską zaglądała mi w oczy i podawała bluzę.
– Do Maćka? Skąd miała jego numer? – zdziwiłam się i zamarłam z ręką w jednym rękawie.
– Od Zbyszka pewnie, znają się przecież od lat. Teraz też coś razem robili. Mati, może na pogotowie trzeba jechać? Powiedz, co mam robić, powiedz… – jęczała i wpychała mi teraz na głowę, nie wiadomo po co, swoją marokańską chustę.
– Żadnych konowałów! Chcę do domu! Muszę wziąć prysznic. Spociłam się jak mysz od tych sensacji! – Zerwałam upiorne nakrycie z głowy i raźno ruszyłam do wyjścia. Zachwiałam się jednak po drodze i rozpaczliwie uczepiłam ściany.
– Ale co ci się… – Natalia w mig znalazła się obok.
– W domu ci powiem – ucięłam stanowczo. Nieporadnie szarpałam już za klamkę. – Zawieź mnie do mnie, na Różaną – zadecydowałam, biorąc ją stanowczo pod rękę. – Po drodze coś załatwimy. Nie ma głupich, nie dam Podłej satysfakcji!
I moja przyjaciółka jak zawsze zrobiła wszystko, o co ją poprosiłam. W miarę szybko wydostałyśmy się jej starym bolidem ze Śródmieścia i już po kilkunastu minutach parkowałyśmy na moim Mokotowie. Z telefonu Natalii wydzwoniłam jeszcze zaprzyjaźnionego prawnika. Obiecał odezwać się, jak tylko uda mu się coś ustalić w związku z wypadkiem.
– Czemu nie chcesz używać swojego telefonu? – zdziwiła się Natalia.
– Bo to telefon firmowy. Maciek dostaje billingi. Nie chcę, żeby wszystko wiedział. Może mnie potem ciągnąć za słówka. Nie zniosę tego.
– No to co, na litość boską? – Natalia stanęła w miejscu i zatarasowała sobą wejście na klatkę. Odsunęłam ją łagodnie i stanowczo.
– Strzeżonego Pan Bóg strzeże. Poza tym nie podoba mi się to, że Podła tak sobie od razu do niego zadzwoniła. Zamieniamy się telefonami. Przegrywamy kontakty. Ale już!
– Mati, nie popadaj w obsesję! Przecież Maciek robił jej reportaż z otwarcia nowej siedziby uczelni, gdzie ta larwa wykłada. I dawał wam ze Zbyszkiem klucze do pokoju na godziny, z tego mieszkania pod wynajem obok biura – jęknęła moja przyjaciółka. – No nie pamiętasz?
Ale posłusznie oddała mi swoją komórkę. Chwilę trwało, nim skopiowałyśmy sobie także dane z kart SIM. Dlaczego robiłyśmy to w pośpiechu na ciemnej klatce, Bóg raczy wiedzieć. Ale coś kazało mi to zrobić od razu. A ja zawsze słuchałam swojej intuicji.
W końcu wjechałyśmy na wysokie drugie piętro mojej kamienicy.
– Właśnie – mruknęłam do siebie, wysiadając z rozklekotanej windy. – On był za blisko mnie w tym wszystkim ze Zbyszkiem.
– Że co, proszę? – Natalia już otwierała drzwi mojego mieszkania.
– Nic, nic – uspokoiłam ją. – Muszę do łazienki.
Szybko wskoczyłam do wanny pod chłodny prysznic, zostawiając na wszelki wypadek otwarte drzwi. Chłodna woda na chwilę skutecznie oderwała mnie od koszmaru. Namydliłam ciało antyalergicznym żelem i stałam przez dłuższą chwilę pod silnym strumieniem, nie myśląc o niczym konkretnym. Tajałam tak sobie, kątem oka śledząc w lustrze widoczne efekty stresu. Schudłam i wyszlachetniałam przez ten cały toksyczny romans. Bez dwóch zdań. To mi jednak w sumie może nawet wyszło na dobre.
Wyszłam, owijając się szlafrokiem, i poklapawszy mokrymi stopami po śliskiej podłodze łazienki, pochuchałam w zaparowane lustro. Po czym półgłosem podsumowałam moje przebłyski intuicji spod windy sprzed kwadransa. Zwykle najlepsze rzeczy przychodziły mi do głowy po kąpieli, więc tym razem mogło być tak samo.
Maciek, nasze dziennikarskie dochodzenie nad morzem. Ożywione ostatnio biznesowe kontakty ze Zbyszkiem, o których nie chciał mi nic powiedzieć. Kupno działki pod Koszalinem na Hankę, flamę Maćka. Ostentacyjnie okazywana przez niego niechęć. Pracowali, a jednocześnie się nie znosili? Dziwne…
Natalia tymczasem rzuciła się do przyrządzania nam ogromnej ilości mocnej czarnej herbaty w termosie. Znała mnie i wiedziała dobrze, co się święci. Czekało nas wiele godzin płaczu i męczących ustaleń. Zadzwoniła też do matki, prosząc, żeby ta otworzyła dziś za nią knajpę i posiedziała do wieczora. Z kochankami może nie szło mi ostatnio najlepiej, ale przyjaciółkę to ja miałam na medal.
Po kąpieli usadowiłam się wygodnie w szlafroku na podłodze i poklepałam znacząco miejsce obok siebie. Natalia obstawiła mnie poduszkami i herbatą. Po czym posłusznie zastygła w kuckach w wyznaczonym miejscu. Tak się jej zawsze lepiej myślało.
– Posłuchaj mnie teraz uważnie – powiedziałam…

***

To był najgłupszy moment na śmierć. Ciężko mi było zrozumieć, że jeszcze kilka godzin temu siedziałam w biurze i czekałam na Maćka. Niewyspana i tylko z tego powodu zła. Miałam właśnie przekazać mu wszystkie dowody na kompromitację pewnego działacza społecznego w Zachodniopomorskiem. Mój kochanek przepadł gdzieś znowu, nie wiadomo gdzie, ale liczyłam, że niebawem się pojawi. I że energicznie nawiążemy toksyczną relację, którą oboje tak lubimy.
Od lat jeździłam na wakacje pod Koszalin, a Maciek stamtąd pochodził. Siłą rzeczy to tam robiliśmy większość materiałów interwencyjnych. Tam mieliśmy po prostu najlepsze źródła. To w trakcie jednej z naszych dokumentacji poznałam rok temu, późną wiosną, Zbyszka. Zajmowałam pokój w jego domu pod Mielenkiem, który wynajmował letnikom. I wieczorami, stopniowo, z prawdziwą przyjemnością wpadałam w jego sidła. Co do Maćka, to ten wyhaczył mnie do pracy jeszcze na studiach. Kończył reżyserię, a ja zaczynałam filmoznawstwo. Potrzebował dokumentalisty do swojej firmy producenckiej. Wziął na próbę trzy osoby z mojego roku. Tylko ja przetrwałam. Najpierw robiłam mu tylko dokumentację – zbierałam różne brudy o ludziach z wyższych sfer. Z czasem nauczyłam się całej telewizyjnej roboty. Pisania scenariusza, montażu, trudnej pracy z ekipą na zdjęciach w różnych miejscach i o najdziwniejszych porach. Kochałam moją pracę. Stuknęło nam właśnie z Maćkiem dziesięć lat w robocie. Przyjaźni chyba też. Bo – choć może nie zawsze go rozumiałam – musiałam przyznać, że w pracy był zawsze w porządku. Sporo wymagał. Ale był lojalny, otwarty i zawsze płacił na czas. Chyba że akurat nie miał pieniędzy. Wtedy pożyczał. Zwykle od Zbyszka.
Tak, ilekroć coś się działo, zawsze to do niego dzwonił, a Zbyszek ratował go z finansowej zapaści. Przy obopólnym braku sympatii było to co najmniej dziwne. Najwyraźniej jednak obaj mieli w tym swój interes. Czy Maciek ukrywał, co robili, a Zbyszek mu za to płacił?
Maciek, poza wybuchowym charakterem, miał rozliczne dziwactwa. Na przykład uwielbiał umawiać się na spotkania ze mną o kosmicznych porach. Oczywiście zawsze się na nie spóźniał. Sadysta! Mam niskie ciśnienie, przed dziewiątą rano lepiej nie wchodzić mi w drogę. Tym razem miałam być w biurze o ósmej czterdzieści siedem, zaraz po jego wizycie u mechanika.
Wreszcie usłyszałam charakterystyczny ryk motocykla pod oknem, a po chwili Maciek pojawił się w drzwiach. Jak Han Solo z Gwiezdnych wojen. W gumowanym kruczoczarnym stroju w poprzeczne błękitne błyskawice. Bardzo z siebie zadowolony i zionący jeszcze smrodem spalin. W kasku szczelnie zakrywającym jego ostrzyżoną na siwego jeża jajowatą czaszkę mózgowca. Był z niej dumny, podobnie jak z siwej gęstej brody. Nie bez powodu zresztą. Poza tym uwielbiał teatralne wejścia. W głębi ducha uważał się za wielkiego artystę. Niespełnionego, rzecz jasna.
– Hejka, kawa dla szefa jest? – zagaił. Dowcipnie. W jego mniemaniu.
– Sam zobacz. – Wzruszyłam ramionami, po czym rzuciłam mu ponure spojrzenie spode łba.
Popatrzył na mnie rozbawiony. Świszcząc przez zęby, nacisnął guzik w jęczącej wiekowej kawiarce za moimi plecami. Jękliwie zaczęła odmierzać porcje wrzątku i ciurkać do starego porcelanowego dzbanka. Szklany zbiłam tydzień temu, gdy po raz kolejny dostałam od niego opieprz za niewinność. Czyli za braki w dokumentacji.
Maciek tymczasem z chrzęstem motozbroi opadł na krzesło obok mnie. Obróciłam monitor komputera w jego stronę, żeby mógł zobaczyć, co ustaliłam. Czytał i nie ruszając się z miejsca, sprawnie wyginając lewą rękę do tyłu, dolewał sobie mleka do kawy. Zarówno górne, jak i dolne kończyny miał długie jak u małpy. Był próżniakiem, szpanerem i bardzo obiecującym pijakiem. Ale miałam do niego słabość. A ściślej ujmując – do jego inteligencji. Poza tym był szybki i skuteczny w działaniu. Oraz zadziwiająco lojalny. Jak na faceta oczywiście. Irytujący do szaleństwa. Ale w komplecie jakoś to wszystko działało. Przynajmniej na mnie.