„Nieznana terrorystka” to świat po 11 września oczami laureata Nagrody Bookera. Fake news, bomby, seks, polityka, małe prawdy poskładane w wielkie kłamstwo.


Nieznana terrorystkaTo, co wczoraj było prawdą, dzisiaj już nią nie jest.

Po nocy spędzonej z przystojnym nieznajomym, Gina Davies, tancerka występująca w klubie erotycznym pod pseudonimem Doll, staje się główną podejrzaną w śledztwie dotyczącym zamachu terrorystycznego w Sydney. Policja znajduje trzy bomby, które miały eksplodować na stadionie, a usiłujący za wszelką cenę ratować swoją karierę wypalony zawodowo dziennikarz robi poszlakowy reportaż.

Australia jest przerażona wizją nieznanej terrorystki. Dziewczyna z trudem rozpoznaje siebie w zmanipulowanym telewizyjnym portrecie. Próbuje uciekać. Tymczasem w tle polowania na Doll rozgrywa się zupełnie inna mroczna historia…

***

Skupiając się na współczesności, a nie filozoficznym i kulturowym fundamencie kilkusetletniej historii Australii, „Nieznana terrorystka” daje jej rzetelny, a zarazem oślepiający obraz, przywołując postmodernistyczny i postapokaliptyczny świat globalnego terroryzmu i globalnego handlu, w którym przez granice krajów i przez oceany, z jednakowym cynizmem szmugluje się broń i ludzi, a pieniądze i władza przechodzą kolejno z rąk do rąk między światem prawa a światkiem kryminalnym, przy czym operacja ta całkowicie umyka uwadze mas żądających jedynie większej ilości bajtów i większej szerokości pasma w Internecie.
„The New York Times”

Standardowe wyobrażenie dobra i zła jest bardzo proste, jeśli nawet nie uproszczone: ci po naszej stronie są dobrzy, ci po drugiej – źli. Każdy, kto po 11 września nadal w nie wierzy, powinien przeczytać „Nieznaną terrorystkę” Richarda Flanagana. Trzeba go zmusić, by patrzył, nie pozwolić, żeby odwrócił wzrok.
„The Washington Post”

Przejmujący komentarz na temat społeczeństwa, które – jak sugeruje autor – równie chętnie żywi się paranoją jak poszukuje prawdy.
„Bookmarks Magazine”

Napawający grozą thriller.
„The Guardian”

Richard Flanagan (ur. 1961) – australijski powieściopisarz pochodzący z Tasmanii, uważany za jednego z najwybitniejszych przedstawicieli swojej generacji. Zajmuje się także reżyserowaniem filmów i pisaniem scenariuszy. Laureat prestiżowych nagród: Commonwealth Writers’ Prize, Queensland Premier’s Prize, Western Australian Premier’s Prize i Tasmania Book Prize oraz Nagrody Bookera, którą otrzymał w 2014 r. za powieść „Ścieżki Północy”, nad którą pracował 12 lat.

Richard Flanagan
Nieznana terrorystka
Przekład: Maciej Świerkocki
Wydawnictwo Literackie
Premiera: 14 lutego 2018
 
 

Nieznana terrorystka


33


Richard Cody nie miał w zwyczaju myśleć o swoich pragnieniach i ambicjach. Poczułby się urażony, gdyby ktoś mu powiedział, że wykorzystuje ludzi albo że kogoś skrzywdził dla własnej korzyści. A przecież kiedy z jednej strony pomyślał o swojej upokarzającej degradacji, a z drugiej rozpoznał w wiadomościach telewizyjnych niewyraźną twarz tej tancerki erotycznej, która obraziła go wczorajszej nocy, to w pierwszym odruchu miał ochotę skontaktować się z kilkoma osobami, z którymi od dawna nie miał nic wspólnego, ale do których nieoczekiwanie poczuł na nowo sympatię.
Otworzył portfel, wyciągnął wizytówkę, którą dał mu Ferdy Holstein, i zadzwonił do niego. Podkreślił, że ich rozmowa ma charakter poufny i że jeżeli Ferdy będzie siedział cicho, to dobrze na tym wyjdzie.
Ferdy podał mu prawdziwe nazwisko Krystal, ale nie wiedział o niej wiele więcej. Jeżeli był ciekaw, po co Richard do niego dzwoni, to nie dał tego po sobie poznać.
– Jest samotniczką – oświadczył Ferdy.
Może on też widział ten materiał, pomyślał Cody, i woli się od niej odciąć.
– Chcesz wiedzieć, jaka ona jest? – spytał Ferdy. – Nigdy nie wiadomo, co sobie myśli.
W ten długi niedzielny wieczór Richard krążył po swoim domu w Vaucluse z telefonem w ręku, nie tyle układając prawdziwą historię życia Giny Davies, ile historię, którą zamierzał o niej opowiedzieć. Przypomniał sobie z dumą, jak przykuł uwagę słuchaczy u Katie Moretti opowieściami o trzech bombach, terrorystach i złu. Chciał znowu zrobić to samo, tym razem jednak czarując nie kilkunastu, lecz miliony gości. Widział więc tę historię, jak gdyby siedział w swoim salonie i na ekranie plazmy oglądał kolejne odsłony wstrząsającej opowieści o Krystal.
Jednak jak zawsze w takich wypadkach, gdy zaczął już o tym myśleć, zdał sobie sprawę, że brakuje mu kluczowych elementów dramaturgicznych. Stopniowo doszedł do wniosku, że w jego opowieści nie ma tego, co pozostawało wciąż nieznane: historii życia tancerki.
Z facetem sprawa była oczywista – bliskowschodnie nazwisko i niewątpliwie łatwa do przewidzenia przeszłość. Poza tym, sądząc po doniesieniach z programów informacyjnych, był to dobrze znany terrorysta. Tancerka to jednakże inna sprawa: Australijka, która zwróciła się przeciwko swoim rodakom – nieznana terrorystka. Bo w głowie Cody’ego nie było już najmniejszych wątpliwości, że Gina Davies jest morderczynią. Im więcej o niej myślał, tym bardziej nieuniknione i logiczne okazywały się jego myśli. Wystarczyło wrócić wspomnieniami do czasu, który spędził z nią wczorajszego wieczoru, żeby zobaczyć, że z tą dziewczyną jest coś nie w porządku. Czy nie zachowywała się tajemniczo, kiedy zapytał ją o życie osobiste? A czy gdy złożył jej więcej niż hojną propozycję, nie zrobiła się niemiła i agresywna? „Nie – pomyślał Richard Cody – z nią jest coś nie w porządku… I to bardzo”.
Im więcej się nad tym zastanawiał, tym lepiej wszystko układało mu się w spójną całość, a to, co początkowo uważał za idiotyczne – tancerka erotyczna islamską terrorystką! – teraz sprawiało wrażenie podstępnego i niepokojącego spisku. Czy może być lepsza przykrywka? Ostatecznie czy Christine Keeler nie sypiała zarówno z Rosjanami, jak i z Profumo[1]? I czy Chairman’s Lounge nie cieszył się popularnością wśród różnych wpływowych i potężnych osobistości? Było jasne, co tu się wyprawia, i to on, Richard Cody, ujawni te machinacje. Ależ to będzie materiał! A jakie wyniki oglądalności! Było tu wszystko – seks, polityka, nawet bomby! „Nie ma wątpliwości – myślał – to jest bomba!” Sięgnął po telefon i wystukał jeszcze jeden numer. Szkoda tracić czas.

34


Było za gorąco, żeby gotować, więc Wilder i Doll poszły sto metrów dalej do małej, niepozornej restauracji na najbliższym rogu. Prowadził Max, ciągle w kąpielówkach ze Spider-Manem.
Pod mało obiecującą nazwą – Johnsons – kryła się restauracja etniczna, należąca do tego rodzaju knajp, które już prawie poznikały z Sydney. Nadal stały tu tandetne krzesła o podartych winylowych siedziskach, a ściany wykładane panelami ze sklejki obwieszone były czarno-białymi fotografiami niegdysiejszych gwiazd telewizji (od dawna już zaginionych na tamtym świecie albo nawet w jeszcze bardziej nieubłaganej niepamięci kolorowych czasopism z supermarketów) ze zgubną zamaszystością opatrzonymi autografami ludzi skazanych na sławę w Sydney. Pozostało też oprawione w ramki, wyblakłe już zdjęcie z Libanu, stawiające opór przeciwnościom losu równie zażarcie jak kraj, którego pejzaż przedstawiało. Johnsons była bowiem, o czym informowała dumnie wyeksponowana recenzja z „Sydney Morning Herald” z 1966 roku, pierwszą libańską restauracją w Sydney, polecaną żądnym przygód smakoszom.
W środku było pusto, jeśli nie liczyć dwóch podstarzałych Libańczyków, którzy – chociaż ubrani jak kelnerzy w czarne spodnie i białe koszule – siedzieli cicho w kącie, pili małe kawy po arabsku i grali w domino. Rozpromienili się na widok Wilder i Maxa.
– Panicz Maxie! Panicz Maxie! – zawołali.
Max podszedł do nich niczym powracający z wygnania kalif, kwitując powitanie nieśmiałym uśmiechem, po czym zniknął w kuchni w ramionach potężnej starszej kobiety.
Po drugim kieliszku czerwonego wina Doll zaczęła opowiadać Wilder o swoim spotkaniu z Tarikiem z detalami, ale im więcej mówiła, tym bardziej jej obawy wydawały się naciągane – nieprawdopodobne, wprost niemożliwe – i zaczęła się bać, że mówi trochę jak wariatka, jak gdyby fantazjowała na podstawie kilku obejrzanych w telewizji migawek informacyjnych.
Doll domyślała się, że zdaniem Wilder trochę histeryzuje i że jej opowieść stała się dość nudna. Co gorsza, o ile Wilder w ogóle była nią zainteresowana, zdawała się sugerować, że Doll w pewnym sensie sama ściągnęła sobie kłopoty na głowę, a w związku z tym w jakiś dziwny sposób jest jednak winna.
– A więc ten Tariq… – powiedziała Wilder. – Skąd ty w ogóle wiesz, że to był on? Nie zapytałaś go o nazwisko?
Doll pomyślała, że to chyba okropnie głupie pójść do mężczyzny, którego się prawie nie zna, o którym nie wiadomo, czy ma na imię tak, jak się przedstawił, i nie poprosić go o dowód tożsamości… Ale czy facet, którego się prosi o dowód, pójdzie z kobietą do łóżka?
– Do tego byłaś pijana – powiedziała Wilder – i brałaś kokę…
Przespać się z obcym mężczyzną, będąc w takim stanie, to jest już chyba szczyt głupoty, pomyślała Doll.
– Mówił z akcentem… To śniady cudzoziemiec, a ty go nawet nie spytałaś, skąd pochodzi?
Doll była tego ciekawa i być może w duchu żywiła nadzieję, że kiedyś dowie się czegoś więcej o Tariqu. Ale tamtego wieczoru, kiedy monotonnie brzęczał o grafice rastrowej, utwierdziła się jedynie w przekonaniu, że jak właściwie każdy prowadził raczej nudne, bezbarwne życie, w gruncie rzeczy niewarte zainteresowania. Ot, dwoje ludzi po prostu dobrze się bawiło przez jeden wieczór. Pytania wydawały się wścibskie, niepotrzebne; były zbędne, bo na jedną noc oboje znaleźli coś, co wykraczało poza odpowiedzi dotyczące domu i historii ich życia – zapewne coś kruchego, może niepoważnego, ale to chyba tym lepiej i prawdziwiej, bo chodziło tylko o krótką chwilę.
Teraz jednak to coś wydało się jej własnym przeciwieństwem. Wyglądało na coś małego, trywialnego i głupiego, przez co Doll sama czuła się mała, trywialna i głupia. Wszystkie nigdy niezadane pytania i odpowiedzi, których nie dostała, teraz wydawały się mieć wielką wagę, gdyż podobnie jak informacje mogły ją uratować przed tym całym gównem, w którym, jak miała wrażenie, tkwiła już po uszy.
– I jeszcze jedno, Gina… Halo… Walisz kokę z ciapatym i robisz mu laskę? No ja nie wiem, ale, Jezu wszechmogący… – Wilder kręci głową, macha ręką z rezygnacją i nawet nie kończy zdania.
W połowie opowieści o tym, jak policja otoczyła apartamentowiec, Wilder nawiązała rozmowę z jednym z kelnerów o najlepszym przepisie na pastę baba ghanoush. Takie zachowanie przyjaciółki mogło znaczyć, że jej zdaniem Doll ogarnęła obsesja na punkcie historii z Tarikiem.
– Ale dlaczego ja? – spytała w pewnym momencie Doll. – Dlaczego oni mi to robią?
Wilder uśmiechnęła się do niej, jak gdyby Doll była głupim dzieckiem, które nabroiło, ale nie do końca wie, za co ponosi karę.
– Posłuchaj, jak się obudzisz jutro, będzie po wszystkim – powiedziała Wilder. – Wydarzy się coś nowego… Kolejna bomba, kryzys hydrologiczny, Amerykanie dokonają inwazji na kolejny kraj, ktoś zauważy, jak Shane Warne[2] pisze pocztówkę. To po prostu kuriozalna historia. Ale przyschnie.
Doll się roześmiała. Było prawdą, że nie ma się czego bać, bo jak zauważyła Wilder, cała ta sprawa to tylko seria idiotycznych zbiegów okoliczności, które zostaną szybko wyjaśnione. Terroryzm to poważna rzecz, nie ma co do tego wątpliwości, stwierdziła Wilder, a zajmujący się nim ludzie są ekspertami, którzy nie mają zamiaru ścigać tancerki erotycznej, zwłaszcza kiedy prawdziwe monstra grasują na wolności.
– Naprawdę uważasz, że wpadną przez te drzwi do Johnsons, najbardziej zapomnianej restauracji na świecie, tylko po to, żeby cię aresztować? Nie wydaje mi się.
Doll poczuła się lepiej, bezpieczniej. Nikt jej nie ścigał. Tu, w towarzystwie przyjaciółki, wreszcie odzyskała pewność siebie. Wilder zaczęła snuć jakieś opowiadanie i rozgrzała Doll, podobnie jak łagodne libańskie potrawy, delikatne czerwone wino, którym je popijały, i rozmowa.
– Kiedy się dowiedzą, gdzie pracujesz, to zrobi im się głupio – stwierdziła po jakimś czasie Wilder.
– Może powinnam zgłosić się na policję – odpowiedziała Doll. – Na przykład rano?
– Taa, ganc pomada – odrzekła Wilder, jak gdyby ta kwestia była oczywista, ale nie miała znaczenia.
– Taa, ganc pomada – powtórzyła znużona Doll, starając się brzmieć przekonująco.
– To po prostu żart – powiedziała Wilder, znowu znudzona, wpatrując się w pomarszczone ze starości zdjęcia na ścianach.
Kwestia Tariqa pozostawała tajemnicą.
– Czy terrorysta umiałby tańczyć merengue? – zwróciła się Doll do Wilder.
I chociaż tego już jej nie powiedziała, nie sądziła, aby zachowanie Tariqa w łóżku wskazywało na to, że jest pobożnym muzułmaninem, nie miała jednak przecież wcześniej żadnych erotycznych doświadczeń z pobożnymi muzułmanami.
– Poza tym mówią, że ten brodacz na zdjęciu, które ciągle pokazują w telewizji, to Tariq, ale on wcale nie jest do niego podobny.
– Mógł podać fałszywe imię – odparła Wilder, wracając wzrokiem do Doll.
Doll przez chwilę milczała.
– Albo może to pomyłka – odrzekła w końcu. – Tak jak i w moim przypadku.

35


Z informacji, jakie Richard uzyskał przez telefon, wynikało, że dziewczyna nie miała motywu. Gina Davies nie tylko nie była muzułmanką, ale nie istniały też żadne dowody na to, że wiedziała cokolwiek o islamie. O ile było wiadomo, nigdy nie przeszła szkolenia terrorystycznego.
Żaden z tych domysłów nie przekonał Richarda do jej niewinności. To były po prostu problemy, które należało przezwyciężyć. Instynkt podpowiadał mu, żeby nakręcić reportaż, w który wierzył coraz bardziej, to zaś pozwoli mu podejść do niego jeszcze bardziej twórczo. Nie powiedział sobie: „Wprawdzie nie ma żadnych dowodów winy ani przestępstwa, ale ja uszyję tę kobietę ze sfabrykowanych oskarżeń”. Nawet nie pomyślał nic takiego, bo gardziłby sobą, gdyby kiedykolwiek przyszło mu do głowy, że potrafi zmyślić tak potworne kłamstwa.
Po kilku dalszych rozmowach telefonicznych zdjęło go uzasadnione przerażenie, bo jak usłyszał od Siva Harmsena, agenta australijskiego wywiadu, ASIO, zamachowcy samobójcy mają możliwość „zabicia setek osób, powiedzmy w czasie jakiejś ważnej imprezy sportowej”.
– To jest przerażające – zgodził się z nim Harmsen – potrzebujemy więc takich reportaży, które przypomną ludziom, jakie okropności mogą się im przydarzyć.
Richard wiedział, że Harmsenowi nie trzeba przypominać o ostatnim programie, nad którym pracowali razem, gdy Siv przekazał mu tajne dokumenty i wspólnie doprowadzili do upadku ministra policji pod zarzutem korupcji, choć jak się później okazało, ich oskarżenia nie za bardzo dały się z nim powiązać i poza dymisją nie przyniosły mu szkody, nie pozostały jednak bez korzyści dla Harmsena.
– Mogę na ciebie liczyć? – Wystarczyło, że zadał to pytanie.
– Sądzę, że obaj możemy na siebie liczyć – odparł Harmsen. – Prawda, Richardzie?
Powiedział jeszcze, że kimkolwiek jest ta kobieta, nie musi mieć ze sprawą wiele wspólnego, bo służby specjalne nikogo takiego wcześniej nie inwigilowały.
Im dłużej jednak Richard słuchał Harmsena, tym większego nabierał przekonania, że wpadł na ciekawy pomysł. Nie powiedział Sivowi, że wie, kim jest ta dziewczyna. Jeśli gliniarze nie rozwiążą jej zagadki do jutrzejszego wieczoru, on, Cody, będzie miał pierwszy materiał na wyłączność.
Raz jeszcze ujrzał tę tancerkę nagą, jedynie z bombą na pasie wokół bioder. Jego przerażenie w związku z możliwością popełnienia przez nią zbrodni było równie autentyczne jak uśmiech radości, bo poszczególne kawałki układanki zaczynały do siebie pasować, miał już ich większość i teraz musiał tylko przekonać Jerry’ego Mendesa, by dał mu program specjalny, w którym pokaże całemu krajowi zdumiewający reportaż.
Oświadczył szefowi, że teraz jest to wyścig stacji Six i Giny Davies o to, kto będzie pierwszy: ona ze swoimi bombami czy oni z demaskatorskim specjalnym programem informacyjnym. Patrząc na oprawioną fotografię, na której on, Richard Cody, ściska dłoń Billy’emu Clintonowi w zrobionym kiedyś wspólnie z Mendesem podobnym programie specjalnym, wyczuwał rosnące zainteresowanie Jerry’ego, który zaczął mówić o tym, jakiego dnia tygodnia można by liczyć na największą oglądalność.
Jeszcze zanim Mendes powiedział: „Okej, Richie, masz pół godziny najlepszego czasu antenowego w najbliższy wtorek wieczorem”, Richard wymierzył już w czarusia z Arkansas palec jak rewolwer. Wystawił kciuk niczym odciągnięty kurek, uśmiechnął się i powiedział do siebie:
– Jest na tym świecie więcej niż jeden Comeback Kid, Bill.
– Pod trzema warunkami – ciągnął Jerry, który lubił w takich wypadkach wyrażać się krótko i zwięźle. – Po pierwsze, program musi być o nich obojgu, to znaczy o tym terroryście i tancerce. Zatytułuj to Bonnie i Clyde z Al-Kaidy albo coś w tym rodzaju. Po drugie, muszę mieć zgodę szefa wszystkich szefów… Będzie chciał sprawdzić, czy sprawa nie przysporzy kłopotów któremuś z jego kumpli z Canberry.
Szefem wszystkich szefów był przewodniczący największej w kraju spółki prasowej i medialnej, Amalgamated Press, właściciel Six Network, Terry Frith, o którym mówiło się po prostu pan Frith.
Żadnego „po trzecie” nie było.
Richard zgodził się – jak mógłby się nie zgodzić? – dobrze wiedząc, że ponieważ program nie będzie miał wcześniejszych zapowiedzi, tylko pomoże mu to w poprowadzeniu go po swojemu, a jego nazwisko zadziała jak wazelina, kiedy pan Frith będzie rozmawiać z kimś z rządu. Ostatecznie poświęcił całe życie na to, by nie nadepnąć na odcisk żadnemu potężnemu przedstawicielowi władzy.
Kiedy kładł się do łóżka, jego żona ze słuchawkami na uszach oglądała jeszcze telewizję. Leciała właśnie reklama sklepów Harvey Norman. Słuchał, jak jego żona okropnie posapuje, kiedy jej usta bezgłośnie powtarzały słowa piosenki reklamowej. Położył się na wznak i natychmiast zasnął.
Śniło mu się, że jest na scenie i po raz czwarty odbiera złotą statuetkę Logie jako osobowość telewizyjna roku, a wszyscy łaszą się do niego i pochlebiają mu jak kiedyś, dostrzegając jego wybitną inteligencję i wyjątkowo humanistyczne podejście do zawodu.
– Zwłaszcza jego wkład w ujawnienie działającej w Australii siatki terrorystycznej – odezwał się jakiś prowadzący bez twarzy – dowodzi, że Richard Cody jest nie tylko najwybitniejszym, ale i najbardziej nieustraszonym dziennikarzem w tym kraju.
Richardowi wydało się czymś całkowicie naturalnym, że ludzie go kochają, a kwestia tego, czy ktokolwiek wierzy w to, co on mówi, była dla niego drugorzędna, albowiem raz jeszcze znajdował się w centrum wszystkiego, życie znowu wyglądało tak, jak zawsze miało wyglądać, i było tylko dla niego.