Brytyjski dziennikarz Ben Judah w reportażu „Nowi Londyńczycy” zabiera czytelnika w podróż po stolicy Wielkiej Brytanii, lecz nie jest to wycieczka szlakiem turystycznym po Parlamencie, Pałacu Buckingham i Oxford Street, ale eskapada po prawdziwym, podskórnym życiu miasta.


Londyn jako stolica imperium i światowa metropolia cierpiał w przeszłości z powodu biedy, marnych warunków życia i przestępczości dominujących w ubogich rewirach, a olśniewał bogactwem i zbytkiem zamożnych dzielnic. Gdy rodzina królewska, arystokracja, przemysłowcy i kupcy opływali w dostatek i pieniądze, tuż obok, w dzielnicach nędzy, miliony przymierały głodem, cierpiały od zimna i chorób. Ben Judah w swoim reportażu „Nowi Londyńczycy” pokazuje, że od czasów wyśmienicie opisanych w twórczości Dickensa, do współczesnych, pewne sprawy pozostały w Londynie niemal bez zmian.

Dzisiejszy Londyn to miasto multikulturowe. Ponad połowa mieszkańców stolicy Wielkiej Brytanii pochodzi z innego miejsca – a większość z nich przybyła tu w ciągu ostatnich dziesięciu lat. O migracji, która przekształca Londyn, na lepsze i na gorsze, pisze Ben Judah w książce „Nowi Londyńczycy”. To surowy opis życia imigrantów w czeluściach współczesnego Londynu, porywający, interesujący i dość ponury. Autor osobiście zanurzył się w ukrytym świecie imigrantów, poznał miejsca ich pobytu, aby możliwie jak najwierniej opisać życie tych najuboższych. W swojej pracy trafił też do drzwi najbogatszych, a jego spostrzeżenia i refleksje pokazują kontrasty, utrzymujące się w mieście pomimo upływu czasu.

By dociec, jakiego życia doświadczają bogaci i biedni migranci w Londynie na początku XXI wieku, Ben Judah jadał kolację z oligarchami, spotykał się z arabskimi księżniczkami i czarnymi gangsterami, sypiał na betonie pośród Rumunów w przejściu podziemnym, spędzał noce przesiadując na ulicach biednych dzielnic, słuchał łamiących serce opowieści o porażkach w dawnym życiu i marzeniach w nowym, był także świadkiem niezwykłych aktów współczucia, nadziei i triumfu miłości. Judah rozmawiał z ludźmi, wtapiał się w ich życie, poznawał ich problemy poprzez współuczestnictwo, by w książce zrelacjonować to, co myślą, ze współczuciem, empatią i zrozumieniem, pokazać jaką wiodą egzystencję.

Najwięcej uwagi autor poświęcił spenetrowaniu środowisk imigrantów przybywających masowo do miasta w ostatnich latach – z Rumunii, Rosji, Ghany, Grenady, Somalii, Nigerii, Filipin, Polski, Litwy, Afganistanu czy Iraku – pomijając „starą imigrację” – Żydów, Włochów, Hindusów, Pakistańczyków, Wietnamczyków czy Ugandyńczyków, którzy zadomowieni tu od lat, zdołali w dużym stopniu zintegrować się ze społecznością rdzennych Londyńczyków.

Z reportażu Bena Judaha wyłania się obraz Londynu przeżywającego społeczną reorganizację wywołującą niepewność i stresującą dla rdzennej ludności. „Londyn jest mozaiką gett” – mówi Judahowi nigeryjski mężczyzna, odnosząc się do panującej powszechnie w środowiskach imigranckich segregacji według podziałów etnicznych. Polacy nie lubią Rumunów i obie nacje nie myślą zbyt dobrze o Somalijczykach czy Nigeryjczykach, Rosjanie i Afgańczycy nie lubią się zbytnio – przykłady można wymieniać długo. W najlepszym wypadku społeczności żyją obok siebie, w najgorszym toczą zażarte walki o strefy wpływów, nie stroniąc od środków ostatecznych.

Reportaż Bena Judaha to wynik wielu dogłębnych obserwacji, odważne, pełne współczucia, odkrywcze i ekscytujące dzieło dziennikarskiego talentu.

Reportaż Bena Judaha to wynik wielu dogłębnych obserwacji, odważne, pełne współczucia, odkrywcze i ekscytujące dzieło dziennikarskiego talentu. Judah pokazuje czytelnikowi niemal post-apokaliptyczny klimat XXI-wiecznego Londynu, wypełnionego ubóstwem, zbrodnią, nędzą, prostytucją i narkotykami, miasta równie ponurego, niepokojącego i przerażającego, jak to, opisane w XIX-wiecznych powieściach Karola Dickensa czy Williama Makepeace’a Thackeraya lub w pracach brytyjskiego działacza społecznego i socjologa Charlesa Bootha, dokumentującego warunki życia i pracy ludności miejskiej Londynu w 1889 roku.

Książka Judaha to epicka opowieść o mieście, które się zmienia i interesująca podstawa do publicznej debaty: o pozbawionych skrupułów pracodawcach, tworzeniu miniaturowych gett, objawach rasizmu (również pośród migrantów) i izolacji. Tu nie ma nadziei na „brytyjski sen”, na pięcie się po drabinie społecznej, bo nie ma drabiny, która mógłaby pozwolić na wejście do hermetycznej społeczności „starych Anglików” – tak więc życie migranta, zwłaszcza nielegalnego, pozostaje nietrwałe i niepewne. Robert Wiśniewski

Ben Judah, Nowi Londyńczycy, Przekład: Barbara Gutowska-Nowak, Seria: Mundus, Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego, Premiera: 15 marca 2018
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

Ben Judah
Nowi Londyńczycy
Przekład: Barbara Gutowska-Nowak
Seria: Mundus
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Premiera: 15 marca 2018
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

PARK LANE


Jego słowa dźwięczą mi w głowie.
Słyszę go. Słyszę Skrzypka, kiedy liczę bezdomnych.
Słyszę go, kiedy zaznaczam to miejsce [X] w notatniku. Słyszę go, kiedy opisuję dokładnie, co widzę: sześcioro żebraków – czterech mężczyzn i dwie kobiety, wszyscy Romowie – śpi obok oświetlonej witryny biura agencji nieruchomości na Park Lane. Spisuję to, co mówi dwóch z nich. Jeden, dość młody, z zielonymi oczami o niespokojnym spojrzeniu, twierdzi, że przyjechał tu, aby żebrać, ale marzy o robieniu filmów. Drugi, garbaty, utykający karzeł, mówi, że handlarze ludźmi zmusili go, żeby dla nich żebrał, grożąc mu nożem sprężynowym. Moi rozmówcy stoją na tle oświetlonej szyby, za którą na ekranach rozbłyskują ceny domów: pięć milionów, dwie sypialnie, sześć milionów, osiem sypialni. Ekskluzywne biuro nieruchomości jest nieczynne od wielu godzin, ale sterylne, białe światła palą się w nim bez przerwy.
Dzięki światłu żebracy czują się bezpieczniej.
Zamykam notatnik i ruszam dalej. Dochodzi dwudziesta trzecia.
Każdej nocy przemierzam nieprzyjemną, zanieczyszczoną spalinami, ruchliwą Park Lane – część wewnętrznej obwodnicy Londynu – próbując stworzyć mapę miejsc, w których śpią bezdomni. Pierwszy [X] stawiam w miejscu, gdzie ruch jest największy. Sześciu Romów śpi przed hipermarketem Sainsbury’s. Ich poplamione, zwilgotniałe kołdry leżą pod szklaną ścianą ozdobioną olbrzymim wizerunkiem świeżutkiej bagietki. Drugim [X] oznaczam miejsce po drugiej stronie ulicy, vis à vis przejścia dla pieszych. Koczuje tam angielski bezdomny, narkoman, który krzyczy:
– Te cygańskie śmiecie przylazły tu i wykopały nas, Anglików z miejsc, które zajmowaliśmy od lat. Ciebie też pogonią, chłopie.
Trzeci [X] to ławki przy Speakers’ Corner, pod ogromnymi koronami drzew w Hyde Parku. Śpi tu dwunastu Romów, w tym jeden ćpun z postrzępioną rudą brodą i lekko wykrzywioną twarzą, który siedzi na sztywnej niebieskiej walizce.
Początkowo wydawało mi się, że nie zdołam sporządzić tej mapy, że to niewykonalne zadanie. Wyławiałem postacie z ciemności, nagrywałem ich głosy, a potem patrzyłem, jak znikają, zlewają się z rojem ciemnych sylwetek kierujących się w stronę jaśniejącego wejścia do metra, w powodzi czerwonych i żółtych świateł samochodów wirujących wokół wysepki z Marble Arch.
Takie jest życie ulicy: dezorientacja, mnóstwo twarzy uchwyconych w przelocie i hałas samochodów. Z czasem jednak z tego chaosu wyłania się wzorzec. Mozaika twarzy nabiera przejrzystości, a potem staje się powtarzalna. Noc po nocy zaczynam tworzyć mapę tras, po których jak w zegarku przemieszczają się żebracy. Mogę teraz postawić [X] na początku Edgware Road, w miejscu, gdzie prostytutka zawsze o tej samej porze wypala papierosa. Teraz dostrzegam rytm ulicy.
Dzisiejsza noc nie różni się od innych.
W poobiedniej porze pary przechadzają się po Park Lane. Mijają mnie jasnowłose Słowianki o smutnych oczach, uczepione ramion wyperfumowanych Saudyjczyków; euforyczni, zionący whisky palacze w długich płaszczach, garniturach i smokingach wychodzą z hoteli. Kiedy sprzedawca gazet zamyka swoje stoisko pod kolumnadą, gdzie mieści się jaskrawo oświetlone biuro pośrednictwa handlu nieruchomościami Fine & Country, zatrudnieni tam chłopcy z Bangladeszu wylewają na chodnik wiadra śmierdzącej wody. Nagrywam ich głosy pełne pogardy:
– Żebracy gnieżdżą się tu jak myszy. Musimy trzymać tych złodziei z daleka. Wylewamy wodę, bo wiemy, że nie będą mogli tu spać, dopóki nie wyschnie.
Został mi do zaznaczenia już tylko jeden [X].
Muszę się przekonać, co to znaczy być niewidzialnym. Muszę poczuć, jak to jest być niezauważalnym na plutokratycznych bulwarach. Muszę się dowiedzieć, co się czuje, kiedy inni patrzą na ciebie jak na parszywego kundla. Dlatego zakładam strój żebraka: zniszczone półbuty z trzeciej ręki, cienkie dresowe spodnie, podartą pikowaną kurtkę i wełnianą czapkę.
Pary nadchodzące z naprzeciwka wzdrygają się na mój widok i omijają mnie szerokim łukiem.
Chowam się w cieniu obok plamy światła rzucanego przez latarnię i przewracam stroniczki notesu. Mój katalog niewidzialnych nocnych marków. Wczoraj natknąłem się na czarnego narkomana w niebieskiej bluzie z kapturem, który zaatakował automat telefoniczny, żeby zdobyć parę monet. A potem uciekł, szlochając, i rozpłynął się w mroku jak ludzik z kreskówek. Dwa dni temu rozmawiałem z dwiema młodziutkimi romskimi kwiaciarkami o miękkiej, woskowej skórze, w czarnych chustkach na głowach, które chodziły w tę i z powrotem z naręczami róż. Powiedziały mi, że mają po czternaście lat. Dzisiejszej nocy podszedł do mnie wąsaty Rom handlujący nożami i zaczął mi opowiadać o ofiarowaniu Izaaka i gdzie są prostytutki. A potem poszedł sprzedawać swoje noże.
Ostatni [X] na mojej mapie jest najtrudniejszy: muszę się przespać na ulicy.
Od tygodnia spotykam tu Skrzypka. Pokazał mi, gdzie katuje swój instrument, zaznaczywszy [*] na obu krańcach Park Lane. Pozwolił mi nanieść swoje terytorium na moją mapę. Wodził po niej palcem, aby pokazać mi trasę, którą przemierza, żebrząc.
Poniżej mapy zapisałem długopisem jego komentarze.
– Wszystko tu wydaje się chaotyczne, ale wcale tak nie jest. Każdy [X] to obozowisko Cyganów z innej wsi w Rumunii. Lichwiarze fundują im bilety. Oprocentowanie długu wynosi sto procent. Tak to działa.
Na jedno pytanie Skrzypek nie chce odpowiedzieć:
– Czy lichwiarze mają swoich egzekutorów na Park Lane?
Dziś wieczorem czekam na Skrzypka na jasno oświetlonym chodniku przed agencją nieruchomości Fine & Country. Na tuzinie migocących ekranów w witrynie agencji pojawiają się coraz to nowe zdjęcia uroczych posiadłości z kolumnadami. Zerkam na telefon; Skrzypek obiecał, że przyjdzie. Romowie ściągają zewsząd na nocleg; szurają nogami i kuśtykają, wspierając się na kulach i laskach, jękliwie prosząc o drobniaki po rosyjsku, arabsku i francusku; w sękatych palcach ściskają papierowe kubki na datki. Zostawiają swój dobytek w wózkach na zakupy pod nagimi drzewami w Hyde Parku i siadają ze skrzyżowanymi nogami pod groteskowymi, wyniosłymi budynkami, błagając wzrokiem o pięćdziesięciopensówki i funty. W plamie światła pojawia się sylwetka Skrzypka. Szybkim ruchem głowy w skórzanej czapce daje mi znak, że mam iść za nim.
– My nie jesteśmy z tej wsi. Nienawidzę tych Cyganów. To złodzieje. Nasza wioska jest dalej, tam gdzie Park Lane zbiega się z ulicami Arabów.
Skrzypek wyśmiewa się z mojej mapy, gdy przechodzimy przez pogrążony w ciemności Hyde Park, otoczeni jednostajnym szumem samochodów przemykających za zasłoną olbrzymich, nagich drzew. Chichocze cicho, kiedy mijamy jaskrawo oświetlone, ultraluksusowe hotele z betonu, szkła i stiuku, z widokiem na Serpentine.
Skrzypek przystaje, żeby popatrzeć na pełen ekskluzywnych samochodów salon Mercedesa, w którego białym wnętrzu światła nigdy nie gasną, palą się w dzień i w nocy.
– Tym, co najbardziej mnie uderzyło, kiedy przyjechałem do Londynu, jakieś dwa tygodnie temu, były światła. W mojej wsi nie ma latarni. Nie ma rzęsiście oświetlonych budynków. Nie ma miejsc, w których nigdy nie wyłącza się światła. Przez całe dwie noce, które spędziłem w autobusie, jadąc z Rumunii, byłem przygnębiony. Kuliłem się na siedzeniu i myślałem o moich dzieciach. O tych, których nie mogę nakarmić. Ale kiedy przyjechaliśmy do Londynu, zapadła noc i zobaczyliśmy światła, poczułem, że być może mamy szansę spłacić nasze długi.
Idziemy, a mnie przychodzi do głowy, że Park Lane przypomina nadmorską promenadę. Tłumy ludzi i hotele wpatrzone w ciemność – kilometry parku – bez iskierki światła, jak morze nocą. Szum samochodów zamiast szumu fal. Słucham Skrzypka, który opowiada, jak po raz pierwszy grał w Londynie. Mówi, że stanął przed ogromnym, czerwonawym domem towarowym, najbardziej rzęsiście oświetlonym budynkiem, jaki udało mu się znaleźć na tych wszystkich ulicach, i zaczął rzępolić cygańską melodię, powtarzając ją bez końca, podczas gdy Arabowie o wypielęgnowanych paznokciach, w czarnych, szytych na miarę płaszczach, ze złotymi zegarkami połyskującymi na nadgarstkach i nieprawdopodobnie długonogie Rosjanki z czarnymi, skórzanymi, lśniącymi jak klejnoty torebkami w rękach przechodzili obok Harrodsa, poruszając się w innym świecie. Skrzypek był oszołomiony: chłonął szeroko otwartymi oczami ten cudaczny, czerwony budynek skąpany w świetle.
– Te jasne, jasne budynki… Są takie piękne. Ale tamtej nocy, kiedy wróciłem do tunelu na nocleg, zacząłem się bać. Nic nie zarobiłem, a inni mówili… Poprzedniej nocy zostali zaatakowani przez Polaków. Powiedzieli, że do tunelu weszli trzej pijani budowlańcy i zaczęli ich bić. Wszyscy spali, kiedy doszło do ataku. A tamtej nocy widzieli tych trzech Polaków wychodzących z placu budowy w pobliżu tunelu.
Skrzypek patrzy mi zimno prosto w oczy.
– Jesteś pewien, że jesteś na to gotowy? Jesteś pewien, że chcesz spać z naszą wsią? Życie ludzi ulicy jest trudne i niebezpieczne. Czasami atakują nas też Arabowie. Kopią nas. No i są tu jeszcze ludzie nie z naszej wsi. To są wariaci, szaleńcy, narkomani, którzy krzyczą po nocach.
Skrzypek prowadzi mnie w głąb tunelu.
Koczowisko ludzi ze Slobozii znajduje się pod Hyde Park Corner. Nie widać stąd fikuśnych stiuków ani wypasionych Maserati. Wchodzimy do podziemnych tuneli wyłożonych kremowymi kafelkami, które lśnią w sterylnie białym świetle lamp wpuszczonych w stropy. Tunele są długie i niskie. Zdobią je wykonane cienką kreską rysunki wiktoriańskiego Londynu. Są tam panowie w cylindrach i damy w sukniach z falbanami. Na kafelkach namalowano szarże kawalerii i wiejskie domy. Gdzieniegdzie, jeśli dobrze się przyjrzeć, widać rozmazane krew i gówno.
– Przerażają mnie ci Anglicy.
Skrzypek pokazuje palcem. Tam koczują ćpuny. Są głównie z północy. I umierają. Jest tam dziewczyna okutana w niebieski śpiwór, która siedzi pod wymalowanym na kafelkach złotym powozem i końmi. Chowa głowę w grubym kapturze kurtki przeciwdeszczowej, bo właściwie nie wygląda już jak człowiek. Jej szyja skurczyła się i zniknęła, a oczy, szkliste i czarne, nie mieszczą się w oczodołach. Na jej obrzmiałej czaszce prawie nie ma włosów. Wszystko to sprawia, że wygląda jak jakieś egzotyczne bóstwo albo kosmitka. Skrzypek powiada, że dziewczyna prawie nie sypia.
– My wszyscy ze Slobozii bardzo się jej boimy.
Mówi, że zawsze wybierają część tunelu położoną najdalej od niej, ze szkicami skrzydła ogrodowego pałacu Buckingham w pastelowych kolorach; tam rozdzierają i rozkładają na podłodze wygrzebane ze śmietników kartonowe pudła.
– Jesteśmy na miejscu. Tutaj śpimy. Londyńskie odpadki.
Kiedy wieś układa się do snu w tunelu, zauważam, że Skrzypek jest wyczerpany i zagubiony. Mówi, że muszą chodzić do późna, tak długo, że niemal padają z nóg, bo inaczej ich stąd przegonią. Mówi, że dopiero o tej porze policja przestaje zwracać na nich uwagę. Skrzypek pociera pokryty szczeciną zarostu podbródek i spogląda na mnie ponuro. Jest ich tu szesnaścioro; moszczą sobie posłania z uzbieranych szmat – wytartych różowo-żółtych koców, które pośród spłowiałych, przesiąkniętych wilgocią kołder wyglądają jak letnie kwiaty.
– Boję się, że utknę tu na dobre i już zawsze będę żebrać. Tu, gdzie w każdej chwili mogą na nas napaść Polacy. W tunelach, gdzie ludzie przychodzą i odchodzą. A bezdomni gadają jak wariaci.
Skrzypek przygląda się pozostałym. Każdy z jego ziomków wygląda inaczej. Niektórzy mają wymizerowane twarze i zapadnięte oczy. Jedni są oblepieni brudem, inni wciąż jeszcze gładcy i czyści. Skórę mają żółtawą, koloru kości słoniowej albo bardzo śniadą. I wszyscy proszą mnie, żebym załatwił im pracę w stajni. Skrzypek zaczyna zadawać pytania w ich imieniu.
– Czy to prawda, że królowa Anglii nakazała, żeby nigdy żaden Rumun nie pracował przy jej tysiącu koni? Czy to prawda, że królowa nas nienawidzi i myśli, że ukradniemy jej konie? Proszę cię, powiedz jej… możemy pracować w kuźni, kuć podkowy, możemy być rymarzami i wyrabiać uprzęże. Potrafimy zrobić wszystko przy koniach.
Puby pustoszeją.
W ich śmiechu, kiedy podpici klienci pubów przechodzą tunelem, daje się wyczuć nerwowy dreszcz wyczekiwania. Są weseli, skłonni do żartów, niemal szczęśliwi, jak dzieci. Skrzypek ma ostatnią okazję, żeby zarobić parę funtów. Trzyma skrzypce w prawej dłoni, zaciskając na nich swoje krótkie, grube palce rolnika. Wzdłuż każdego kłykcia biegnie cienka linia, wytatuowana dawno temu czarnym tuszem, a na kciuku i palcu wskazującym widać pięć czarnych kropek, jak na kostce do gry. Przymyka oczy, a tunel rozbrzmiewa jękliwym dźwiękiem skrzypiec.
Spoczywa na nas pijane spojrzenie. Biały mężczyzna w czerwonym krawacie, o twarzy pokrytej kilkudniowym zarostem, z przylizaną szpakowatą grzywką, odwraca się do uczepionej jego ramienia ciemnoskórej Azjatki o szerokich ustach i czarnych, kręconych włosach, w długim brązowym płaszczu z flaneli, i wskazuje na Skrzypka. Mijając go, kobieta zwraca twarz w stronę grajka, wyraźnie rozbawiona jego widokiem. Grzebie w zielonej, skórzanej torebce, ale znajduje tylko kilka drobniaków.
Skrzypek jest wściekły.
– Nie wytrzymam tego dłużej. Dziś zarobiłem tylko pięć funtów. Przez cały dzień starałem się grać dla Arabów, a oni nic mi nie dali. Widziałem, jak wchodzą i wychodzą ze złotych pałaców, ale nie dali mi ani grosza. Nawet mnie nie zauważali.
Skrzypek jest zrozpaczony postawą policjantów. To wstrząsające. Są biali. Są śniadzi. Są nawet czarni. I bez przerwy konfiskują jego pieniądze. A on nie może nic zrobić, kiedy traci wszystko, co zarobił, grając przez cały dzień. Ledwie umie wydukać po angielsku: „Cześć” i „Do widzenia”.
– Bez przerwy kradną nasze pieniądze. Był taki jeden czarny facet… Na początku nie wierzyłem, że czarny może być policjantem. Ale się myliłem. Podszedł do mnie i powiedział, że nie wolno żebrać, a potem odebrał mi pieniądze. Dlaczego królowa pozwala, żeby spotykało nas coś takiego?
Zapisuję to wszystko w notatniku.
Romowie nigdy nie śpią w pojedynkę. Znajduję się w niewidzialnej wiosce, z jej świętymi, złodziejami, z jej zamętem i głupcami. Przebiegam wzrokiem wzdłuż rzędu twarzy w tunelu: jedni drzemią, niektórzy śpią, inni wciąż jeszcze żebrzą, części nie widzę wyraźnie. W Londynie przebywa obecnie ponad trzydzieści pięć tysięcy Romów. Tysiące żyją w ten sposób.
Skrzypek mości sobie legowisko. Jego ziomek leżący obok niego jest zbyt wyczerpany, żeby rozmawiać. Twarz tego żebraka jest wymizerowana, skóra ciasno opina wystające kości policzkowe, a dolna warga powoli opada. Próbuje skupić na mnie spojrzenie czarnych, paciorkowatych oczu, ale zapada w sen wtuliwszy się w bok Skrzypka, żeby nie zmarznąć.
– W tym mieście nie ma śniegu, ale wilgoć przenika człowieka do kości.
Skrzypek ziewa. Nie ma zbyt wiele do jedzenia. Wieśniacy znów szukali jedzenia po śmietnikach. Znaleźli tylko parę kanapek wyrzuconych na tyłach Pret a Manger. Zdobyli parę czerstwych arabskich podpłomyków, które przeżuwają teraz, zagryzając wodnistymi parówkami. Jest też kilka plasterków sera, ale te błyskawicznie znikają.
Skrzypek nie je. Chowa twarz w wytatuowanych dłoniach i zaczyna mi opowiadać o swoim alkoholizmie. Sprawy nie ułożyły się tak, jak trzeba. Skrzypek mówi, że zawsze wdawał się w awantury. Nosi w kieszeni mocno sfatygowane Pismo Święte. Ale to nie na nim mu zależy. Skrzypek chciałby mieć słownik. To jedyny sposób, żeby spłacić dług.
– Gdybym miał słownik, dałbym sobie radę. Mógłbym robić cokolwiek. Zamiatałbym ulice. Harowałbym… Znam się na kowalstwie, umiem kuć żelazo, mogę pracować jako ślusarz… Oprocentowanie pożyczki, którą zaciągnąłem, żeby móc tu przyjechać i grać na skrzypcach, wynosi sto procent. Muszę zarabiać. Bo w Slobozii zostawiłem troje dzieci.
Prześlizguję się wzrokiem po wsi układającej się do snu.
Tymczasem Skrzypek odpłynął. Śpi z odchyloną głową i otwartymi ustami, w których bieleją idealnie zdrowe i równe zęby. Patrząc na niego, uświadamiam sobie nagle, że nikt mnie teraz nie ochrania. Martwię się tym, przygotowując sobie legowisko w odległości jakichś dwóch metrów od Skrzypka, obok Bladookiego. Mężczyzna ma skórę w jasnym odcieniu khaki, duże policzki i płaskie czoło. Jego oczy są bladozielone – takie tęczówki widuje się tylko u Romów. Nosi spiczastą wełnianą czapkę na bakier i zmechacony niebieski polar. Bladooki jest zrozpaczony; ból przeziera nawet przez jego uśmiech.
Widać, że lada dzień zacznie kraść.
– Mam pięcioro dzieci… i długi, okropne długi.
Bladooki poobgryzał paznokcie do krwi. Mówi trochę po hiszpańsku, ale od początku sezonu zbioru oliwek wszystko źle się układa. W tym roku plony były kiepskie. No i go wyrzucili. A kiedy wrócił do Rumunii, okazało się, że i tam był nieurodzaj. Trajkocze jak najęty.
– Nigdy wcześniej nie żyłem na ulicy… Nigdy wcześniej nie byłem taki zagubiony. Kiedy pracowałem w Hiszpanii, zawsze miałem zapewnione zakwaterowanie.
Bladooki mówi, że jest przerażony. Przerażają go bezdomni Anglicy, którzy umierają w tunelu. Słyszy, jak bełkoczą po nocach, a kiedy krzyczą przez sen, ciarki chodzą mu po plecach. Boi się, że któryś z nich podczas jednego ze swoich ataków może wstać i go zadźgać. Albo że pewnego ranka obudzi się, a te starannie pozapinane śpiwory nie będą się już rzucać, będą ciche i nieruchome. I zaczną cuchnąć.
– Oni mogą mnie złapać… Nie mówię po waszemu. Nie rozumiem, co się dzieje. Mógłbym złapać od nich jakąś chorobę. Jakiś pijak mógłby mnie skopać. Mogę nie zarobić dość pieniędzy, żeby spłacić długi… A wtedy moje dzieci… oni skrzywdzą moje dzieci.