Reportaż „Nowi Londyńczycy” Bena Judaha to zaskakujący obraz współczesnego Londynu – stolicy imigrantów.


Nowi LondyńczycyDzisiejszy Londyn nie jest już tylko miastem królowej brytyjskiej, Big Bena i popołudniowej herbaty. Dołączyły do nich nowe symbole – koczujący pod murami żebracy, skuleni w przejściach podziemnych bezdomni i czekające na skrzyżowaniach prostytutki.

Ben Judah przemierza ulice miasta, w którym się urodził i wychował, ale które powoli przestaje poznawać. Podczas swojej wędrówki zastanawia się, do kogo właściwie należy Londyn, skoro biali Brytyjczycy to tylko 18% populacji, a każdego roku przybywa do miasta 100 000 nowych imigrantów.

A może prawdziwi londyńczycy to ci spotkani Rumuni, Polacy czy Pakistańczycy? Wszyscy oni chcieli, aby spełnił się ich wielki sen, a obudzili się w koszmarnej rzeczywistości…

Przepełnione squaty, brudne ulice ubogich dzielnic i obskurne salony gier – autor prowadzi nas przez galerię miejsc i przedstawia zaludniające je postaci – filipińskie pokojówki, afrykańskich sprzątaczy metra i budowlańców ze wschodniej Europy. Jego podróże ukazują niewygodną prawdę o Londynie – wielokulturowym tyglu naznaczonym biedą, rozczarowaniem i frustracją.

***

Z ukrytych zakamarków Londynu Judah wymiata opowieści o ludziach, którzy budują, karmią i czyszczą brytyjską stolicę. Ich życie ukazuje marzenia i zmęczenie utożsamiane z tym miastem. Fascynująca i potrzebna książka.
Tomasz Frymorgen, BBC Three

Porywająca opowieść o brytyjskiej stolicy (…) [Autor] pisze w sposób niezwykle sugestywny i wyrazisty, przypominający chwilami niezrównany styl wybitnego polskiego reportażysty i pisarza Ryszarda Kapuścińskiego (…) Traktuje swoje tematy z wyjątkową wrażliwością (…) Ważny, bezkompromisowy reportaż. Judah eksploruje zakątki Londynu, które mniej żądny przygód dziennikarz omijałby szerokim łukiem, i wydobywa na światło dzienne niektóre z wielu dramatycznych opowieści nadających kształt miastu, które podlega burzliwym procesom globalizacji.
The National (Szkocja)

Prace tego rodzaju są naprawdę potrzebne; musimy myśleć o tych sprawach jeśli mamy się jakoś uporać (o ile nie jest już za późno) z tym, co czeka nasze miasta. Nie potrafię wyrazić, jak bardzo podziwiałam odwagę, determinację i współczucie autora oraz fakt, że unika on łatwych osądów – i chciałabym, żeby wiedział, iż niektóre z opowiedzianych przez niego historii na długo pozostaną w mojej pamięci.
Rachel Cooke, New Statesman

Epicka opowieść Bena Judah o współczesnym Londynie (…) to reportaż, a nie traktat moralny; Judah pragnie ukazywać rzeczy takimi, jakie są, zachowując neutralność kamery, bez pouczania i prawienia kazań (…) Książka naprawdę wciąga i nabiera tempa, gdy Judah siada ze swoim rozmówcą i słucha. Potrafi genialnie skłaniać ludzi do mówienia (…) Tak bardzo zbliża się do swoich bohaterów, że wydaje się, iż pisze z wnętrza ich głów, niczym W.G. Sebald.
Blake Morrison, Guardian

Ben Judah jest znakomitym korespondentem zagranicznym (…) Tutaj wykorzystuje umiejętności nabyte poza granicami kraju, aby pisać o swoim rodzinnym mieście (…) słucha opowieści tych, o których świat zwykle nie pamięta (…) to za sprawą ich historii jego książka jest tak bardzo na czasie (…) Judah otwiera czytelnikom oczy na biedę i trudne doświadczenia będące udziałem tak wielu, a jednak powszechnie ignorowane.
Independent

Cechuje go iście Orwellowskie upodobanie do pracy w terenie i dokumentowania życia tych segmentów społeczeństwa, którym z reguły nie poświęca się większej uwagi (…) prawdziwą siłę książki Oto Londyn stanowi intymność ukazanych w niej portretów (…) ta wizja ‚miasta globalnego’ jest osobista, pełna współczucia, świeża i odważna.
Spectator

Ta prawdziwie niezwykła książka jest równie surowa, mocna, bezkompromisowa, inteligentna, wciągająca, szokująca, szczera, w niektórych momentach krzepiąca, a zarazem rozdzierająca, jak wspaniałe, ale też skomplikowane i niedoskonałe miasto, które opisuje. Mieszkam w Londynie od trzydziestu lat, a jednak niemal na każdej stronie natrafiałem na coś, czego o nim nie widziałem.
Andrew Roberts, autor Napoleona Wielkiego

Kronika stolicy, która za sprawą swojej wyjątkowej wnikliwości i aktualności jest równocześnie niepokojąca, inspirująca i przygnębiająca.
Mail on Sunday

[Autora] cechuje odważne zaangażowanie, wręcz Orwellowskie pragnienie wydobywania na światło dziennie historii bezdomnych, ubogich i pozbawionych prawa głosu.
Observer

Przemierza miasto przeprowadzając niesamowite wywiady z migrantami z najróżniejszych środowisk (…) Najbardziej niezwykłe jest [jego] nieskrywane współczucie (…) to zdumiewający portret miasta (…) Oto dzisiejszy Londyn, a Ben Judah jest jego kronikarzem.
Literary Review

Ukazując nieznane oblicze niewielkiej części Anglii, Judah napisał najbardziej poruszającą książkę od czasu Dark Heart Nicka Daviesa (…) Książki takie jak ta, są niezbędne.
Little Atoms

Dopuszcza do głosu współczesny Londyn, dzięki czemu książka jest jeszcze lepsza. W rezultacie otrzymujemy godną uwagi pozycję z dziedziny literatury non-fiction o istotnym znaczeniu polityczno-kulturowym. Autor uchyla olśniewającą maskę Londynu, pod którą czytelnik odnajdzie barwną układankę elementów, tworzących oblicze tego miasta. Londyn dwudziestego pierwszego wieku znalazł w Benie Judah kronikarza na miarę Orwella.
Capx.co

Niezwykły portret miasta, a przy tym prawdziwa gratka – książka, której treść jest równie frapująca i świeża, jak forma. Oto Londyn zmienia zasady gry.
Literary Review

Trudno o bardziej treściwą i zwięzłą analizę zmieniającej się geografii społecznej Londynu.
Sunday Times

Ben Judah – brytyjski reporter i korespondent urodzony w Londynie, syn dziennikarza Tima Judah. Autor licznych reportaży ukazujących się w takich periodykach, jak „The New York Times”, „The Sunday Times”, „Evening Standard”, „Financial Times” i „Standpoint”. W 2015 roku wyróżniony w kategorii Najlepszy Publicysta w konkursie UK Press Awards. W 2016 roku znalazł się na liście 30 najważniejszych dziennikarzy poniżej 30. roku życia, publikujących w europejskich mediach, stworzonej przez magazyn „Forbes”.

Ben Judah
Nowi Londyńczycy
Przekład: Barbara Gutowska-Nowak
Seria: Mundus
Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego
Premiera: 15 marca 2018
 
Magazyn Dobre Książki objął publikację patronatem medialnym
 

Nowi Londyńczycy


PARK LANE


Jego słowa dźwięczą mi w głowie.
Słyszę go. Słyszę Skrzypka, kiedy liczę bezdomnych.
Słyszę go, kiedy zaznaczam to miejsce [X] w notatniku. Słyszę go, kiedy opisuję dokładnie, co widzę: sześcioro żebraków – czterech mężczyzn i dwie kobiety, wszyscy Romowie – śpi obok oświetlonej witryny biura agencji nieruchomości na Park Lane. Spisuję to, co mówi dwóch z nich. Jeden, dość młody, z zielonymi oczami o niespokojnym spojrzeniu, twierdzi, że przyjechał tu, aby żebrać, ale marzy o robieniu filmów. Drugi, garbaty, utykający karzeł, mówi, że handlarze ludźmi zmusili go, żeby dla nich żebrał, grożąc mu nożem sprężynowym. Moi rozmówcy stoją na tle oświetlonej szyby, za którą na ekranach rozbłyskują ceny domów: pięć milionów, dwie sypialnie, sześć milionów, osiem sypialni. Ekskluzywne biuro nieruchomości jest nieczynne od wielu godzin, ale sterylne, białe światła palą się w nim bez przerwy.
Dzięki światłu żebracy czują się bezpieczniej.
Zamykam notatnik i ruszam dalej. Dochodzi dwudziesta trzecia.
Każdej nocy przemierzam nieprzyjemną, zanieczyszczoną spalinami, ruchliwą Park Lane – część wewnętrznej obwodnicy Londynu – próbując stworzyć mapę miejsc, w których śpią bezdomni. Pierwszy [X] stawiam w miejscu, gdzie ruch jest największy. Sześciu Romów śpi przed hipermarketem Sainsbury’s. Ich poplamione, zwilgotniałe kołdry leżą pod szklaną ścianą ozdobioną olbrzymim wizerunkiem świeżutkiej bagietki. Drugim [X] oznaczam miejsce po drugiej stronie ulicy, vis à vis przejścia dla pieszych. Koczuje tam angielski bezdomny, narkoman, który krzyczy:
– Te cygańskie śmiecie przylazły tu i wykopały nas, Anglików z miejsc, które zajmowaliśmy od lat. Ciebie też pogonią, chłopie.
Trzeci [X] to ławki przy Speakers’ Corner, pod ogromnymi koronami drzew w Hyde Parku. Śpi tu dwunastu Romów, w tym jeden ćpun z postrzępioną rudą brodą i lekko wykrzywioną twarzą, który siedzi na sztywnej niebieskiej walizce.
Początkowo wydawało mi się, że nie zdołam sporządzić tej mapy, że to niewykonalne zadanie. Wyławiałem postacie z ciemności, nagrywałem ich głosy, a potem patrzyłem, jak znikają, zlewają się z rojem ciemnych sylwetek kierujących się w stronę jaśniejącego wejścia do metra, w powodzi czerwonych i żółtych świateł samochodów wirujących wokół wysepki z Marble Arch.
Takie jest życie ulicy: dezorientacja, mnóstwo twarzy uchwyconych w przelocie i hałas samochodów. Z czasem jednak z tego chaosu wyłania się wzorzec. Mozaika twarzy nabiera przejrzystości, a potem staje się powtarzalna. Noc po nocy zaczynam tworzyć mapę tras, po których jak w zegarku przemieszczają się żebracy. Mogę teraz postawić [X] na początku Edgware Road, w miejscu, gdzie prostytutka zawsze o tej samej porze wypala papierosa. Teraz dostrzegam rytm ulicy.
Dzisiejsza noc nie różni się od innych.
W poobiedniej porze pary przechadzają się po Park Lane. Mijają mnie jasnowłose Słowianki o smutnych oczach, uczepione ramion wyperfumowanych Saudyjczyków; euforyczni, zionący whisky palacze w długich płaszczach, garniturach i smokingach wychodzą z hoteli. Kiedy sprzedawca gazet zamyka swoje stoisko pod kolumnadą, gdzie mieści się jaskrawo oświetlone biuro pośrednictwa handlu nieruchomościami Fine & Country, zatrudnieni tam chłopcy z Bangladeszu wylewają na chodnik wiadra śmierdzącej wody. Nagrywam ich głosy pełne pogardy:
– Żebracy gnieżdżą się tu jak myszy. Musimy trzymać tych złodziei z daleka. Wylewamy wodę, bo wiemy, że nie będą mogli tu spać, dopóki nie wyschnie.
Został mi do zaznaczenia już tylko jeden [X].
Muszę się przekonać, co to znaczy być niewidzialnym. Muszę poczuć, jak to jest być niezauważalnym na plutokratycznych bulwarach. Muszę się dowiedzieć, co się czuje, kiedy inni patrzą na ciebie jak na parszywego kundla. Dlatego zakładam strój żebraka: zniszczone półbuty z trzeciej ręki, cienkie dresowe spodnie, podartą pikowaną kurtkę i wełnianą czapkę.
Pary nadchodzące z naprzeciwka wzdrygają się na mój widok i omijają mnie szerokim łukiem.
Chowam się w cieniu obok plamy światła rzucanego przez latarnię i przewracam stroniczki notesu. Mój katalog niewidzialnych nocnych marków. Wczoraj natknąłem się na czarnego narkomana w niebieskiej bluzie z kapturem, który zaatakował automat telefoniczny, żeby zdobyć parę monet. A potem uciekł, szlochając, i rozpłynął się w mroku jak ludzik z kreskówek. Dwa dni temu rozmawiałem z dwiema młodziutkimi romskimi kwiaciarkami o miękkiej, woskowej skórze, w czarnych chustkach na głowach, które chodziły w tę i z powrotem z naręczami róż. Powiedziały mi, że mają po czternaście lat. Dzisiejszej nocy podszedł do mnie wąsaty Rom handlujący nożami i zaczął mi opowiadać o ofiarowaniu Izaaka i gdzie są prostytutki. A potem poszedł sprzedawać swoje noże.
Ostatni [X] na mojej mapie jest najtrudniejszy: muszę się przespać na ulicy.
Od tygodnia spotykam tu Skrzypka. Pokazał mi, gdzie katuje swój instrument, zaznaczywszy [*] na obu krańcach Park Lane. Pozwolił mi nanieść swoje terytorium na moją mapę. Wodził po niej palcem, aby pokazać mi trasę, którą przemierza, żebrząc.
Poniżej mapy zapisałem długopisem jego komentarze.
– Wszystko tu wydaje się chaotyczne, ale wcale tak nie jest. Każdy [X] to obozowisko Cyganów z innej wsi w Rumunii. Lichwiarze fundują im bilety. Oprocentowanie długu wynosi sto procent. Tak to działa.
Na jedno pytanie Skrzypek nie chce odpowiedzieć:
– Czy lichwiarze mają swoich egzekutorów na Park Lane?
Dziś wieczorem czekam na Skrzypka na jasno oświetlonym chodniku przed agencją nieruchomości Fine & Country. Na tuzinie migocących ekranów w witrynie agencji pojawiają się coraz to nowe zdjęcia uroczych posiadłości z kolumnadami. Zerkam na telefon; Skrzypek obiecał, że przyjdzie. Romowie ściągają zewsząd na nocleg; szurają nogami i kuśtykają, wspierając się na kulach i laskach, jękliwie prosząc o drobniaki po rosyjsku, arabsku i francusku; w sękatych palcach ściskają papierowe kubki na datki. Zostawiają swój dobytek w wózkach na zakupy pod nagimi drzewami w Hyde Parku i siadają ze skrzyżowanymi nogami pod groteskowymi, wyniosłymi budynkami, błagając wzrokiem o pięćdziesięciopensówki i funty. W plamie światła pojawia się sylwetka Skrzypka. Szybkim ruchem głowy w skórzanej czapce daje mi znak, że mam iść za nim.
– My nie jesteśmy z tej wsi. Nienawidzę tych Cyganów. To złodzieje. Nasza wioska jest dalej, tam gdzie Park Lane zbiega się z ulicami Arabów.
Skrzypek wyśmiewa się z mojej mapy, gdy przechodzimy przez pogrążony w ciemności Hyde Park, otoczeni jednostajnym szumem samochodów przemykających za zasłoną olbrzymich, nagich drzew. Chichocze cicho, kiedy mijamy jaskrawo oświetlone, ultraluksusowe hotele z betonu, szkła i stiuku, z widokiem na Serpentine.
Skrzypek przystaje, żeby popatrzeć na pełen ekskluzywnych samochodów salon Mercedesa, w którego białym wnętrzu światła nigdy nie gasną, palą się w dzień i w nocy.
– Tym, co najbardziej mnie uderzyło, kiedy przyjechałem do Londynu, jakieś dwa tygodnie temu, były światła. W mojej wsi nie ma latarni. Nie ma rzęsiście oświetlonych budynków. Nie ma miejsc, w których nigdy nie wyłącza się światła. Przez całe dwie noce, które spędziłem w autobusie, jadąc z Rumunii, byłem przygnębiony. Kuliłem się na siedzeniu i myślałem o moich dzieciach. O tych, których nie mogę nakarmić. Ale kiedy przyjechaliśmy do Londynu, zapadła noc i zobaczyliśmy światła, poczułem, że być może mamy szansę spłacić nasze długi.
Idziemy, a mnie przychodzi do głowy, że Park Lane przypomina nadmorską promenadę. Tłumy ludzi i hotele wpatrzone w ciemność – kilometry parku – bez iskierki światła, jak morze nocą. Szum samochodów zamiast szumu fal. Słucham Skrzypka, który opowiada, jak po raz pierwszy grał w Londynie. Mówi, że stanął przed ogromnym, czerwonawym domem towarowym, najbardziej rzęsiście oświetlonym budynkiem, jaki udało mu się znaleźć na tych wszystkich ulicach, i zaczął rzępolić cygańską melodię, powtarzając ją bez końca, podczas gdy Arabowie o wypielęgnowanych paznokciach, w czarnych, szytych na miarę płaszczach, ze złotymi zegarkami połyskującymi na nadgarstkach i nieprawdopodobnie długonogie Rosjanki z czarnymi, skórzanymi, lśniącymi jak klejnoty torebkami w rękach przechodzili obok Harrodsa, poruszając się w innym świecie. Skrzypek był oszołomiony: chłonął szeroko otwartymi oczami ten cudaczny, czerwony budynek skąpany w świetle.
– Te jasne, jasne budynki… Są takie piękne. Ale tamtej nocy, kiedy wróciłem do tunelu na nocleg, zacząłem się bać. Nic nie zarobiłem, a inni mówili… Poprzedniej nocy zostali zaatakowani przez Polaków. Powiedzieli, że do tunelu weszli trzej pijani budowlańcy i zaczęli ich bić. Wszyscy spali, kiedy doszło do ataku. A tamtej nocy widzieli tych trzech Polaków wychodzących z placu budowy w pobliżu tunelu.
Skrzypek patrzy mi zimno prosto w oczy.
– Jesteś pewien, że jesteś na to gotowy? Jesteś pewien, że chcesz spać z naszą wsią? Życie ludzi ulicy jest trudne i niebezpieczne. Czasami atakują nas też Arabowie. Kopią nas. No i są tu jeszcze ludzie nie z naszej wsi. To są wariaci, szaleńcy, narkomani, którzy krzyczą po nocach.
Skrzypek prowadzi mnie w głąb tunelu.
Koczowisko ludzi ze Slobozii znajduje się pod Hyde Park Corner. Nie widać stąd fikuśnych stiuków ani wypasionych Maserati. Wchodzimy do podziemnych tuneli wyłożonych kremowymi kafelkami, które lśnią w sterylnie białym świetle lamp wpuszczonych w stropy. Tunele są długie i niskie. Zdobią je wykonane cienką kreską rysunki wiktoriańskiego Londynu. Są tam panowie w cylindrach i damy w sukniach z falbanami. Na kafelkach namalowano szarże kawalerii i wiejskie domy. Gdzieniegdzie, jeśli dobrze się przyjrzeć, widać rozmazane krew i gówno.
– Przerażają mnie ci Anglicy.
Skrzypek pokazuje palcem. Tam koczują ćpuny. Są głównie z północy. I umierają. Jest tam dziewczyna okutana w niebieski śpiwór, która siedzi pod wymalowanym na kafelkach złotym powozem i końmi. Chowa głowę w grubym kapturze kurtki przeciwdeszczowej, bo właściwie nie wygląda już jak człowiek. Jej szyja skurczyła się i zniknęła, a oczy, szkliste i czarne, nie mieszczą się w oczodołach. Na jej obrzmiałej czaszce prawie nie ma włosów. Wszystko to sprawia, że wygląda jak jakieś egzotyczne bóstwo albo kosmitka. Skrzypek powiada, że dziewczyna prawie nie sypia.
– My wszyscy ze Slobozii bardzo się jej boimy.
Mówi, że zawsze wybierają część tunelu położoną najdalej od niej, ze szkicami skrzydła ogrodowego pałacu Buckingham w pastelowych kolorach; tam rozdzierają i rozkładają na podłodze wygrzebane ze śmietników kartonowe pudła.
– Jesteśmy na miejscu. Tutaj śpimy. Londyńskie odpadki.
Kiedy wieś układa się do snu w tunelu, zauważam, że Skrzypek jest wyczerpany i zagubiony. Mówi, że muszą chodzić do późna, tak długo, że niemal padają z nóg, bo inaczej ich stąd przegonią. Mówi, że dopiero o tej porze policja przestaje zwracać na nich uwagę. Skrzypek pociera pokryty szczeciną zarostu podbródek i spogląda na mnie ponuro. Jest ich tu szesnaścioro; moszczą sobie posłania z uzbieranych szmat – wytartych różowo-żółtych koców, które pośród spłowiałych, przesiąkniętych wilgocią kołder wyglądają jak letnie kwiaty.
– Boję się, że utknę tu na dobre i już zawsze będę żebrać. Tu, gdzie w każdej chwili mogą na nas napaść Polacy. W tunelach, gdzie ludzie przychodzą i odchodzą. A bezdomni gadają jak wariaci.
Skrzypek przygląda się pozostałym. Każdy z jego ziomków wygląda inaczej. Niektórzy mają wymizerowane twarze i zapadnięte oczy. Jedni są oblepieni brudem, inni wciąż jeszcze gładcy i czyści. Skórę mają żółtawą, koloru kości słoniowej albo bardzo śniadą. I wszyscy proszą mnie, żebym załatwił im pracę w stajni. Skrzypek zaczyna zadawać pytania w ich imieniu.
– Czy to prawda, że królowa Anglii nakazała, żeby nigdy żaden Rumun nie pracował przy jej tysiącu koni? Czy to prawda, że królowa nas nienawidzi i myśli, że ukradniemy jej konie? Proszę cię, powiedz jej… możemy pracować w kuźni, kuć podkowy, możemy być rymarzami i wyrabiać uprzęże. Potrafimy zrobić wszystko przy koniach.
Puby pustoszeją.
W ich śmiechu, kiedy podpici klienci pubów przechodzą tunelem, daje się wyczuć nerwowy dreszcz wyczekiwania. Są weseli, skłonni do żartów, niemal szczęśliwi, jak dzieci. Skrzypek ma ostatnią okazję, żeby zarobić parę funtów. Trzyma skrzypce w prawej dłoni, zaciskając na nich swoje krótkie, grube palce rolnika. Wzdłuż każdego kłykcia biegnie cienka linia, wytatuowana dawno temu czarnym tuszem, a na kciuku i palcu wskazującym widać pięć czarnych kropek, jak na kostce do gry. Przymyka oczy, a tunel rozbrzmiewa jękliwym dźwiękiem skrzypiec.
Spoczywa na nas pijane spojrzenie. Biały mężczyzna w czerwonym krawacie, o twarzy pokrytej kilkudniowym zarostem, z przylizaną szpakowatą grzywką, odwraca się do uczepionej jego ramienia ciemnoskórej Azjatki o szerokich ustach i czarnych, kręconych włosach, w długim brązowym płaszczu z flaneli, i wskazuje na Skrzypka. Mijając go, kobieta zwraca twarz w stronę grajka, wyraźnie rozbawiona jego widokiem. Grzebie w zielonej, skórzanej torebce, ale znajduje tylko kilka drobniaków.
Skrzypek jest wściekły.
– Nie wytrzymam tego dłużej. Dziś zarobiłem tylko pięć funtów. Przez cały dzień starałem się grać dla Arabów, a oni nic mi nie dali. Widziałem, jak wchodzą i wychodzą ze złotych pałaców, ale nie dali mi ani grosza. Nawet mnie nie zauważali.
Skrzypek jest zrozpaczony postawą policjantów. To wstrząsające. Są biali. Są śniadzi. Są nawet czarni. I bez przerwy konfiskują jego pieniądze. A on nie może nic zrobić, kiedy traci wszystko, co zarobił, grając przez cały dzień. Ledwie umie wydukać po angielsku: „Cześć” i „Do widzenia”.
– Bez przerwy kradną nasze pieniądze. Był taki jeden czarny facet… Na początku nie wierzyłem, że czarny może być policjantem. Ale się myliłem. Podszedł do mnie i powiedział, że nie wolno żebrać, a potem odebrał mi pieniądze. Dlaczego królowa pozwala, żeby spotykało nas coś takiego?
Zapisuję to wszystko w notatniku.
Romowie nigdy nie śpią w pojedynkę. Znajduję się w niewidzialnej wiosce, z jej świętymi, złodziejami, z jej zamętem i głupcami. Przebiegam wzrokiem wzdłuż rzędu twarzy w tunelu: jedni drzemią, niektórzy śpią, inni wciąż jeszcze żebrzą, części nie widzę wyraźnie. W Londynie przebywa obecnie ponad trzydzieści pięć tysięcy Romów. Tysiące żyją w ten sposób.
Skrzypek mości sobie legowisko. Jego ziomek leżący obok niego jest zbyt wyczerpany, żeby rozmawiać. Twarz tego żebraka jest wymizerowana, skóra ciasno opina wystające kości policzkowe, a dolna warga powoli opada. Próbuje skupić na mnie spojrzenie czarnych, paciorkowatych oczu, ale zapada w sen wtuliwszy się w bok Skrzypka, żeby nie zmarznąć.
– W tym mieście nie ma śniegu, ale wilgoć przenika człowieka do kości.
Skrzypek ziewa. Nie ma zbyt wiele do jedzenia. Wieśniacy znów szukali jedzenia po śmietnikach. Znaleźli tylko parę kanapek wyrzuconych na tyłach Pret a Manger. Zdobyli parę czerstwych arabskich podpłomyków, które przeżuwają teraz, zagryzając wodnistymi parówkami. Jest też kilka plasterków sera, ale te błyskawicznie znikają.
Skrzypek nie je. Chowa twarz w wytatuowanych dłoniach i zaczyna mi opowiadać o swoim alkoholizmie. Sprawy nie ułożyły się tak, jak trzeba. Skrzypek mówi, że zawsze wdawał się w awantury. Nosi w kieszeni mocno sfatygowane Pismo Święte. Ale to nie na nim mu zależy. Skrzypek chciałby mieć słownik. To jedyny sposób, żeby spłacić dług.
– Gdybym miał słownik, dałbym sobie radę. Mógłbym robić cokolwiek. Zamiatałbym ulice. Harowałbym… Znam się na kowalstwie, umiem kuć żelazo, mogę pracować jako ślusarz… Oprocentowanie pożyczki, którą zaciągnąłem, żeby móc tu przyjechać i grać na skrzypcach, wynosi sto procent. Muszę zarabiać. Bo w Slobozii zostawiłem troje dzieci.
Prześlizguję się wzrokiem po wsi układającej się do snu.
Tymczasem Skrzypek odpłynął. Śpi z odchyloną głową i otwartymi ustami, w których bieleją idealnie zdrowe i równe zęby. Patrząc na niego, uświadamiam sobie nagle, że nikt mnie teraz nie ochrania. Martwię się tym, przygotowując sobie legowisko w odległości jakichś dwóch metrów od Skrzypka, obok Bladookiego. Mężczyzna ma skórę w jasnym odcieniu khaki, duże policzki i płaskie czoło. Jego oczy są bladozielone – takie tęczówki widuje się tylko u Romów. Nosi spiczastą wełnianą czapkę na bakier i zmechacony niebieski polar. Bladooki jest zrozpaczony; ból przeziera nawet przez jego uśmiech.
Widać, że lada dzień zacznie kraść.
– Mam pięcioro dzieci… i długi, okropne długi.
Bladooki poobgryzał paznokcie do krwi. Mówi trochę po hiszpańsku, ale od początku sezonu zbioru oliwek wszystko źle się układa. W tym roku plony były kiepskie. No i go wyrzucili. A kiedy wrócił do Rumunii, okazało się, że i tam był nieurodzaj. Trajkocze jak najęty.
– Nigdy wcześniej nie żyłem na ulicy… Nigdy wcześniej nie byłem taki zagubiony. Kiedy pracowałem w Hiszpanii, zawsze miałem zapewnione zakwaterowanie.
Bladooki mówi, że jest przerażony. Przerażają go bezdomni Anglicy, którzy umierają w tunelu. Słyszy, jak bełkoczą po nocach, a kiedy krzyczą przez sen, ciarki chodzą mu po plecach. Boi się, że któryś z nich podczas jednego ze swoich ataków może wstać i go zadźgać. Albo że pewnego ranka obudzi się, a te starannie pozapinane śpiwory nie będą się już rzucać, będą ciche i nieruchome. I zaczną cuchnąć.
– Oni mogą mnie złapać… Nie mówię po waszemu. Nie rozumiem, co się dzieje. Mógłbym złapać od nich jakąś chorobę. Jakiś pijak mógłby mnie skopać. Mogę nie zarobić dość pieniędzy, żeby spłacić długi… A wtedy moje dzieci… oni skrzywdzą moje dzieci.