„Islam. jedenasta plaga” to kontrowersyjna książka o islamie, która bije rekordy popularności w Norwegii i na Islandii. Tytuł obowiązkowy dla osób interesujących się tą religią, zwłaszcza problematyką imigracyjną, perspektywami (lub ich brakiem) dialogu międzykulturowego, a także trudną sytuacją kobiet i dzieci z rodzin muzułmańskich.


Islam. Jedenasta plagaRok 2015 to czas kryzysu imigracyjnego. Jesteśmy świadkami dramatycznej wędrówki ludów z Bliskiego Wschodu, Afryki i Azji do krajów europejskich. Wbrew politycznej poprawności, ideom dialogu i otwartości, trzeba wreszcie stanąć przed trudnym do zaakceptowania faktem, że europejska wolność jest zagrożona. Trudnym zwłaszcza dla ludzi, którym bliska jest idea liberalizmu i tolerancji.

Autorka w sposób bezkompromisowy rozprawia się z polityczną poprawnością, lękiem przed określeniami w rodzaju „islamofobia” czy „nietolerancyjność” oraz europejskim kompleksem kolonializmu. Pokazuje, że Norwegia, a wraz z nią cała Europa w ciągu następnych pięciu lat stanie w obliczu rosnącej potęgi islamu, który trudno, w świetle przedstawionych w książce danych, nazwać otwartym i przyjaznym dla wartości zachodnich – demokracji, równouprawnienia, wolności słowa.

Storhaug wielokrotnie podkreśla w swojej książce, że pozostaje w bliskich, przyjacielskich stosunkach z wieloma muzułmanami, którzy, podobnie jak ona, widzą w radykalnych wyznawcach swojej religii źródło niebezpieczeństwa, mogące zagrozić przyszłości świata, który znamy.

Hege Storhaug, norweska działaczka na rzecz praw człowieka, zaangażowana w pomoc dla kobiet i dzieci z rodzin muzułmańskich, pokazuje, jak Norwegia, a wraz z nią cała Europa, powoli wkraczają w erę pozbawioną demokracji i znanej dotychczas cywilizacji. Jeśli mieszkańcy tej części świata chcą zachować dotychczasowy styl życia, muszą stawić opór.

Zacząć trzeba przede wszystkim od wolności słowa, by przekroczyć barierę politycznej poprawności i naiwnej dobroci oraz z pełną świadomością zacząć walczyć o niezbywalne prawo człowieka – każdego człowieka – do wolności.

***

„Nasza zachodnia cywilizacja jest zagrożona. Hege Storhaug nas o tym przekonała.”
Halgrim Berg, pisarz i parlamentarzysta

„Hege Storhaug zapisała się tą książką na kartach historii literatury norweskiej.”
Ole A. Ness, „Gazeta Finansowa”

Od wydawcy:
„Wielokrotnie podróżowałem po krajach, w których dominuje islam, i zawsze doświadczałem gościnności muzułmanów. Mimo że czasem mieli niewiele, okazywali wielką życzliwość mnie, podróżnemu, zapraszając do własnego domu w gościnę czy częstując specjałami swojej fantastycznej kuchni. Mimo różnic w obyczajowości i bariery językowej zawsze udawało mi się z nimi porozumieć. Tak samo jak udawało mi się porozumieć z przedstawicielami wielu innych kultur. Myślę, że między ludźmi zawsze jest to możliwe, póki polityka i religia nie zaczną budować między nami sztucznych barier, zagrzewać do nienawiści.
Islam, jako doktryna religijno-polityczna, daje niektórym z jego ekstremalnych wyznawców podstawy do działań skrajnie negatywnych. Świadczą o tym wojny i zamachy terrorystyczne dokonywane w jego imię, niechęć do integracji i przestrzegania europejskiego prawa, a także przedmiotowe traktowanie kobiet i dzieci. Podobne tendencje przejawiało chrześcijaństwo w dobie krucjat i inkwizycji, a także wiele innych wyznań, co oczywiście nie oznacza, że podporządkowywali się im wszyscy członkowie danej wspólnoty.
Dlatego kiedy dowiedziałem się o książce Hege Storhaug postanowiłem ją wydać, chociaż nie znałem dokładnie jej treści (tłumaczenie miało dopiero powstać) i mogłem opierać się tylko na poleceniach, ale i lekkich obawach moich polskich przyjaciół mieszkających w Norwegii. Teraz, gdy znam już treść, wiem że decyzja o wydaniu była słuszna. Dobrze, że taka książka powstała. Nie po to, aby szerzyć rasizm, nietolerancję i ksenofobię, od których jestem jak najdalszy, ale po to, by opowiedzieć się po stronie wolności człowieka, w którą nie ingeruje żaden inny człowiek, w imię jakiegokolwiek boga.”
Stanisław Pisarek

Hege Storhaug
Islam. Jedenasta plaga
Przekład: Mikołaj Orliński
Seria: Religie świata
Wydawnictwo Stapis
Premiera: 10 maja 2017
 
 

Islam. Jedenasta plaga


Prolog

Stoimy znów w obliczu wojny cywilizacji.
Wzdłuż ujścia Glommy w mieścince Lisleby ciągnie się jedna jedyna ulica. W 2015 roku oczy całego świata skierowały się właśnie tam. Dlaczego reporterzy „New York Timesa” wybrali się przez Atlantyk aż do Fredrikstad i tej jedynej uliczki w Lisleby?
Siedmiu młodych mężczyzn, a wśród nich Torleif Abdul, Sanches Hammer, Abu Edelbijew i Abdullah Chaib, dorastało właśnie tu, przy tej jedynej uliczce – Lislebyveien. Dzieliło ich pochodzenie społeczne i etniczne, a częściowo również religijne. Połączyło jednak wspólne marzenie o dżihadzie, świętej wojnie za Państwo Islamskie (IS) w Syrii i Iraku – marzenie, które się spełniło. Torleif Abdul szybko został uznany za dobrego bojownika, awansował i dziś jest wysoko cenionym snajperem w armii IS. Jego kolega, urodzony w Czeczenii Abu Edelbijew, w listopadzie 2014 roku napisał na Facebooku, wprost z Kobanii – miasta, które terrorystyczny kraj IS odbijał wówczas syryjskim Kurdom: „Kocham was! Inszallah (jeśli taka wola Allaha), spotkam was w raju”. Kilka dni później już nie żył. Pozostawił po sobie żonę, 18-letnią Dianę Ramazanową z rosyjskiego Dagestanu, w chwili jego śmierci będącą w czwartym miesiącu ciąży. Najprawdopodobniej usiłowała ona powrócić z Syrii do Fredrikstad, by urodzić tam dziecko.
W czerwcu 2014 roku wypunktowała w mediach społecznościowych: Wszystkiego najlepszego w dniu, który nadejdzie, o Kalifacie! Allah daje dobre życie tym, którzy przechodzą na jego wiarę i za nią giną. Niech żony niewiernych staną się wdowami, tak jak nasze kobiety stają się wdowami, niech ich dzieci zostaną sierotami, tak jak nasze dzieci zostają sierotami.
Tego samego dnia, ubrana na czarno i z zasłoniętą twarzą, zakończyła swój żywot w Stambule. Wysadziła się w powietrze. Przy okazji zabiła tureckiego policjanta oraz swoje nienarodzone dziecko – dziecko obywatela Norwegii. Gdzieś na granicy między Syrią a Irakiem, także w czerwcu 2014 roku, urodzony w norweskim Skien konwertyta, Bastian Alexis Vasquez, opowiedział do kamery o zawiązaniu Państwa Islamskiego i likwidacji granic przez IS. Były raper chwalił się, że wspólnie ze swoim oddziałem wziął do niewoli kilkudziesięciu irackich żołnierzy.
Na nagraniu siedzą oni w cywilnych ubraniach na podłodze, pod grubymi, murowanymi ścianami i trzęsą się ze strachu. Pod koniec nagrania widzimy, jak budynek, w którym trzymano jeńców, jest wysadzany w powietrze, a Vasquez uśmiecha się zadowolony z zamordowania tych, którzy nie podzielają jego religii i ideologii.
Nieco ponad pół roku później dowiedzieliśmy się, że urodzona w Norwegii Pakistanka, Aisha Shezad Kausar z Bærum, jesienią 2014 roku zabrała półtorarocznego synka do Państwa Islamskiego. Ojcem dziecka był jej mąż, znany ekstremista Arfanem Bhatti, z którym wzięła ślub w jednym z meczetów w Oslo. Przed wyjazdem Kausar, ubrana w nikab (okrycie twarzy), odbyła po norweskich szkołach tournée z wykładami o islamie. Akcję sponsorowało Norweskie Towarzystwo Pisarzy Naukowych i Tłumaczy !les („!czytaj”). Zadaniem tej młodej kobiety była zmiana negatywnego nastawienia uczniów do nikabu. Kasuar otwarcie sympatyzowała z afgańskim Talibanem. Po wyjeździe do Syrii wyszła ponownie za mąż, za Vasqueza ze Skien.
22 lutego 2015 roku w stacji telewizyjnej TV2 poinformowano, że jej półtoraroczne dziecko nie żyje. Arfan Bhatti, ojciec dziecka, oskarżył Vasqueza o „spowodowanie” jego śmierci.
Oslo, wiosna 2015 roku. Urodzona w Norwegii Pakistanka Nazish Khan, z wykształcenia socjolog, żona sekretarza generalnego Rady Islamskiej w Norwegii, Mehtaba Afsara, również norweskiego Pakistańczyka, wydała książkę. Na jej kartach domagała się, by tradycja aranżowania małżeństw została uznana za „norweską wartość”. Zdaniem Khan małżeństwa aranżowane powinny stać się częścią norweskiej kultury, na której opiera się społeczeństwo. Po wydaniu książki mówiła: Zmierzamy do globalizacji, tak jak reszta świata. To sprawia, że spotykają się odmienne wartości, tradycje i normy. Małżeństwa aranżowane są zupełnie normalne w kulturze, z której pochodzę, i powinny zostać zaakceptowane oraz zalegalizowane w Norwegii.
Oslo, kwiecień 2011. Norweski Jordańczyk Basim Ghozlan, przełożony Związku Muzułmańskiego (Det Islamske Forbundet) i główny przedstawiciel Meczetu Rabita w Oslo zapowiedział możliwość przybycia do Norwegii jednego z czołowych ideologów islamu na świecie – Jusufa al-Kardawiego. Ghozlan oznajmił: „Pragniemy, żeby tu przyjechał, na przykład jako uczestnik seminarium czy konferencji”. Al-Kardawi jest jednym z najsłynniejszych propagatorów wszechświatowego rządu islamskiego – kalifatu. Co warte uwagi, Basim Ghozlan uchodzi w Norwegii za przeciętnego, a nie nadmiernie ekstremistycznego muzułmanina.
Wiele pozornie niepowiązanych zjawisk, w wielu miejscach. Czy mają jakiś wspólny mianownik?
Tak. Jest nim islam.
Każde z tych zdarzeń dobitnie komunikuje: ta religia, zarówno w swojej brutalnej, jak i łagodnej wersji, zakorzeniła się na stałe w społeczeństwie norweskim. Zaledwie 50 lat temu zaczął się niepozorny napływ imigrantów z krajów muzułmańskich, a dziś widzimy, jak islam staje się coraz bardziej powszechny w naszym państwie.
Co z tego wynika? Jakie znaczenie ma fakt, że niepodlegająca reformom religia, pochodząca z arabskich piasków z VII wieku, zdobyła w Norwegii mocną pozycję? Czy nasze rodzime życie religijne wkracza w nowy wymiar i wzbogaca o nowe myśli, które zrazu mogą wydać się egzotyczne, ale z czasem staną się integralną częścią naszego narodowego ducha? Tego właśnie żąda Nazish Khan, jeśli chodzi o małżeństwa aranżowane. Są powody, by się domyślać, że Basim Ghozlan chce, żeby system wartości z jego meczetu stał się naturalną częścią kultury norweskiej.
A może powinniśmy spodziewać się raczej, że wraz ze wzrostem potęgi islamu w Norwegii na naszym społeczeństwie wyciśnięte zostaną niezatarte ślady totalitarnej, niedzisiejszej ideologii? Spodziewać załamania postępu, który kształtował nasze społeczeństwo od czasów reformacji i oświecenia? Czy mamy wrócić do klimatu naszego własnego średniowiecza, wraz z dyktaturą religijną, uciskiem kobiet, brakiem demokracji, do wielkich różnic między ludem a rządcami, do głębokich i brutalnych konfliktów, a w końcu do kraju, gdzie większość mieszkańców żyje w nędzy?
Nikt nie zaprzeczy, że przed reformacją i oświeceniem, nim Ojcowie z Eidsvoll napisali Konstytucję 17 Maja 1814 roku, Norwegia wyglądała jak jedno z obecnych państw islamskich – Maroko, Iran, Pakistan i kraje Bliskiego Wschodu. Naród norweski dokonał licznych wyborów, które łącznie sprawiły, że jego kraj wyzwolił się z etykietki peryferii na rubieżach Europy, z biedy, ciemiężenia kobiet i braku szacunku dla dzieci. Następnie stał się jednym z najbogatszych państw świata, gdzie wszyscy, tak kobiety, jak i mężczyźni, aktywnie uczestniczą w życiu społecznym. Procesy polityczne dały nam niemal równy podział dóbr, niespotykany na skalę światową. Przede wszystkim zaś norweskie kobiety i mężczyźni zdobyli osobistą oraz bezwarunkową wolność.
Na początku lat 70. ubiegłego wieku zdarzyła się w historii Norwegii rzecz zupełnie nowa. Młodzi mężczyźni o niezachodnim pochodzeniu, głównie z Pakistanu, Turcji i Maroka, pojawili się na ulicach Oslo w poszukiwaniu pracy. Ktoś podniósł alarm, że ich obecność doprowadzi w przyszłości do głębokich, kulturowych i socjalnych konfliktów. Jednak dla większości polityków lat 80. „problem pakistański”, jak go wtedy nazywano, polegał tylko na tym, jak udzielić schronienia i okazać serce przybyszom. Wierzyli, że gościnność wobec Pakistańczyków sprawi, że obcy dopasują się do norweskich norm i sposobu bycia. Poza tym ich pobyt w naszym kraju miał być przecież tymczasowy. Polityczna myśl przewodnia brzmiała wówczas: „Gdy gastarbeiterzy zarobią, to przecież wrócą do swoich rodzin w Pakistanie”.
Dalszą część tej historii znamy wszyscy. Dziś szacuje się, że zamieszkuje tu ponad 200 tys. osób o korzeniach islamskich, co daje około 4 proc. całej populacji Norwegii. Muzułmanie, jak większość emigrantów, skoncentrowani są głównie w większych miastach, gdzie procentowo ich stosunek do tubylców okazuje się znacznie większy niż 4 proc.
Nie istnieje krajowy raport na temat liczby meczetów, domów modlitwy i stowarzyszeń kultury islamskiej działających w Norwegii. W samym Oslo wraz z okalającym je województwem Akershus zarejestrowanych jest 60 meczetów i stowarzyszeń kultury, a wszystkie one oficjalnie otrzymują środki na działalność. Meczety i ośrodki kultury powstają już nie tylko w dużych miastach, ale także w miasteczkach czy nawet na wsiach, na przykład w Alcie i Hammerfeście w województwie Finmark, Mandal w województwie Agder Zachodnie, Leknes na Lofocie, Stjørdal w Północnym Trøndelagu, Elverum w Hedemarku, Vinje w Telemarku, Finnsnes w województwie Troms i we Florø w Sogn-og-Fjordane.
Nie istnieją żadne naukowe badania dotyczące przynależności religijnej mieszkańców Norwegii. Z tego, co da się zaobserwować na podstawie tempa osiedleń na terenie Oslo w ostatnich latach, można jednak wywnioskować, że przed rokiem 2030 etniczni Norwegowie będą stanowili tam mniejszość, a 7 na 10 nowych mieszkańców Oslo będzie pochodzić spoza obszaru szeroko pojętego Zachodu. Wśród niezachodnich nacji w stolicy, podobnie jak i w całym kraju, największe grupy osiedleńców pochodzą z krajów zdominowanych przez islam – z Somalii, Iraku i Pakistanu.
Przybysze mogą stać się większością w Norwegii już w połowie XXI wieku, a ich pochodzenie przełoży się na rozwój demograficzny Oslo. Przy tak wielkich zmianach demograficznych można zadać pytanie, czy Norwegia w przyszłości nadal będzie państwem szanującym demokrację i prawa człowieka? Czy za kilkadziesiąt lat nadal będziemy mieć Norwegię z funkcjonującym systemem parlamentarnym, z nielicznymi sporami i niewielkimi różnicami klasowymi? Czy jej miejsce zastąpi raczej Norwegia o społeczeństwie religijnym, która politycznie i materialnie będzie przypominała bardziej kraje Bliskiego Wschodu, nie zaś kraj, jaki znamy dziś? Żywię głęboką obawę, że ta druga wizja się spełni.

Nasz własny 9/11

Na ironię losu zaczęłam pisać tę książkę, gdy Europę ogarnął bezlitosny terror. Przed południem 7 stycznia 2015 roku rozlokowałam się w mieszkaniu w Marbelli z widokiem na Gibraltar. Tam, gdzie w 711 roku armie muzułmanów po raz pierwszy przyciągnęły islam do Europy. Na linii horyzontu majaczyła Afryka i pasmo górskie Rif, u stóp którego kiedyś leżała chrześcijańska Afryka Północna, a dziś leży arabsko-berberyjskie Maroko, zdominowane przez islam. Właśnie w tej symbolicznej scenerii zaczęłam pisać książkę o islamie i wzroście jego znaczenia w Norwegii, gdy dotarła do mnie szokująca wiadomość od mojego pracodawcy, Human Rights Service (HRS).
Dowiedziałam się, że terror ogarnął jądro europejskiej tradycji rozsądku i opartej na faktach krytyki. Największy magazyn satyryczny Europy, „Charlie Hebdo”, stracił połowę redakcji w zamachu terrorystycznym, dokonanym w imię założyciela islamu Mahometa. Mordercy „pomścili oczernienie” proroka. Czy do prezydenta Obamy dotarło, jakie motywacje przyświecały tym, którzy zabili pracowników magazynu, a zatem tych, do których „przyszłość nie może należeć”?
„Charlie Hebdo” okazało się jedynym medium w Europie, które nie ugięło się przed naciskami i pogróżkami ze strony islamskiego ekstremizmu. W konsekwencji dwóch mężczyzn wtargnęło do jego siedziby i zamordowało 12 osób, podając się za członków Al-Kaidy. Europa otrzymała swój kulturowy 9/11. Naszą epokę można liczyć od 7/01 – taka była jedna z moich pierwszych myśli po usłyszeniu tej przerażającej wiadomości.
Gdy pierwszy szok opadł, pomknęłam myślami daleko, daleko, aż wylądowałam w Pakistanie, a dokładnie w Islamabadzie, mieście „wiernych”, którzy podporządkowali się islamowi. Pakistan oznacza dosłownie „Kraj Czystych”, co wywarło na mnie niezatarte wrażenie. Wspominałam słowa wypowiedziane przez przyjaciela podczas mojej pierwszej wizyty w tym państwie, w roku 1993. Człowiek ten, profesor i bojownik o prawa człowieka, wychowany w tradycji islamu, a w dorosłym życiu ukryty ateista, poważnym głosem oznajmił: „Musisz zrozumieć, że w przeciwieństwie do chrześcijaństwa islam jest z założenia religią przemocy. Mogę to wykazać, dzięki porównaniu dziejów Jezusa i Mahometa”.
Pamiętam, że odczułam wówczas mentalny strach. Sens słów przyjaciela nie do końca do mnie docierał. Zbyt bolesne było dla mnie uznanie, że mógł mieć choć cień racji, odsądzając od czci i wiary wielką światową religię wraz z niezliczonymi, oddanymi wyznawcami. Co miałam powiedzieć? Brakowało mi doświadczenia, 20 lat temu nie wiedziałam na tyle dużo o islamie, żeby móc podjąć rozsądną i opartą na faktach dyskusję. Siedziałam więc znokautowana mentalnie i milczałam jak zaklęta.
Następny obraz, jaki pojawił się w moich myślach tego sądnego dla Europy dnia, także pochodził z Islamabadu, z miasta, w którym czułam się dość swobodnie na początku i w połowie lat 90. Na przykład jeździłam po stolicy rowerem terenowym. W ogóle podróżowałam bez strachu i najczęściej samotnie po całym Pakistanie, wzdłuż i wszerz, z północy na południe i ze wschodu na zachód, w poszukiwaniu wiedzy o tym muzułmańskim kraju, jego mieszkańcach i tradycjach. Wiele lat później, w lutym 2011 roku, zadzwoniłam do mojej najbliższej, pakistańskiej przyjaciółki, powiedziałam, że tęsknię za nią i za naszymi wspólnymi znajomymi, że dobrze byłoby zobaczyć, jaki jest klimat państwa, w którym spędziłam ponad dwa lata w końcówce XX wieku. Odpowiedziała bez ogródek: Musisz przyjeżdżać? To już nie ten sam Pakistan co ostatnio, w roku 2004. Terror ogarnął Islamabad i nikt tu nie jest bezpieczny.
Jednak bardzo chciałam przyjechać, na co przyjaciółka odpowiedziała dosłownie:

Jeśli przyjedziesz, to musisz pamiętać o trzech zasadach:
1. Nie wolno ci się poruszać poza domem bez naszej asysty.
2. Nie wyjeżdżasz z Islamabadu, bo terror poza miastem jest nie do ogarnięcia.
3. Nie wypowiadasz się na temat islamu czy Mahometa w przestrzeni publicznej.

Ostatnia zasada odnosiła się do mojego zwyczaju zagadywania taksówkarzy, sprzedawców, sklepikarzy, służby i każdego, kto wszedł mi w drogę, na temat życia powszedniego i wielkich spraw dotyczących Pakistanu i islamu. Nietrudno było mi dostosować się do nałożonych na mnie zasad. Kilka minut po ósmej, rankiem 2 marca 2011 roku, w trakcie międzylądowania na sztokholmskiej Arlandzie, zobaczyłam duże ekrany telewizyjne, wyświetlające nieme obrazy z Pakistanu. Przez kilka krótkich sekund widać było mapę Pakistanu ze stołecznym Islamabadem zaznaczonym na czerwono, po czym spiker na bezgłośnej tafli ekranu przeszedł do następnej sprawy.
Co złego mogło się tam stać? Później dowiedziałam się, że w tych porannych godzinach jedyny członek pakistańskiego rządu o mniejszościowym pochodzeniu, chrześcijanin Shahbaz Bhatti, został zamordowany gradem kul. Zabójstwa dokonano na spokojnym zazwyczaj targu Kohsar Market, gdzie często zaopatruje się personel dyplomatyczny i gdzie ja sama nieraz rozkoszowałam się spokojem, dobrą strawą i napitkiem. Bhattiego zabito, ponieważ sprzeciwiał się prawu o bluźnierstwie, które zakłada, że każdego, kto umniejszy lub obrazi Mahometa czy islam, należy właśnie zabić. Przez swój sprzeciw Bhatti dopuścił się bluźnierstwa. „Zranił islam”, oczywiście w opinii tych, którzy wiernie kroczą ścieżkami Koranu i mahometańskiego ducha.
Cóż mnie spotkało tym razem w Islamabadzie? Cień Mahometa. Jako szef informacji w HRS byłam umówiona z głowami naszej ambasady. Tej samej ambasady, do której w latach 90. beztrosko wbiegałam i wybiegałam, w której ogrodzie popijałam herbatkę albo gawędziłam z pracownikami tak norweskiej, jak i pakistańskiej narodowości. Miejsce to stanowiło wówczas dla mnie oazę wytchnienia po dynamicznych, męczących wyprawach w tym mało rozwiniętym kraju. Nowe spotkanie z ambasadą w roku 2011 okazało się dla mnie ogromnym szokiem. Wynajęte przeze mnie auto musiało przejechać przez dwa rzędy szlabanów, gdzie za pomocą luster sprawdzano podwozie, zanim pozwolono w końcu na dojazd pod odmieniony nie do poznania budynek. Cała ambasada została ufortyfikowana i okolona drutem kolczastym.
Obraz, który mi się wówczas ukazał, był pochodną sposobu myślenia wyznawców Mahometa po światowej aferze z jego karykaturą opublikowaną na łamach „Charlie Hebdo” w roku 2006. Sposobu myślenia opartego na kulturze zemsty, rodem z Półwyspu Arabskiego sprzed 1400 lat. Islamabad i Paryż. Możemy dołączyć Kopenhagę, Londyn, Madryt, Brukselę, Tuluzę, Lyon, Boston, Susę, Mumbaj, Dar es Salaam, Nairobi, Garissę i wiele innych miast znajdujących się na różnych kontynentach.
Czy dopadła nas 1400-letnia historia przemocy, która teraz ma wkroczyć na nasze ulice? Właśnie taki, ponury scenariusz zapowiedziała nasza norweska służba bezpieczeństwa – PST. Tą wiadomością PST oznajmia nam, że obawia się braku środków do zahamowania działań terrorystycznych ze względu na ich groteskową naturę. Terror może przybierać najdziwaczniejsze formy, od bombowych zamachów samobójczych, przez „samotne wilki” z bronią palną czy nożami, aż po pozbawione skrupułów zachowania, jak rozjeżdżanie ludzi na ulicy czy chodniku.
Mimo swoich ogromnych rozmiarów terror nie jest największym zagrożeniem naszych czasów. Stanowi go raczej walka przywódców muzułmańskich w meczetach i różnych organizacjach, by wmusić nam własne wartości i sposób życia. Jak powiedział do mnie pewien ekonomista:

Jeśli Norwegia doczeka głębokiego osłabienia ekonomicznego, to jeszcze nie powód do zmartwień. Dopóki istnieje ideologiczne podłoże naszych wartości i cnót, zawsze podniesiemy się z upadku. Natomiast bez tego podłoża pryska przewidywalność naszej kreatywnej siły twórczej i protestanckiej etyki pracy.

Torebka z łakociami

Miałam niezwykle dużo szczęścia podczas mojej pierwszej, freelancerskiej podróży dziennikarskiej do Pakistanu, 22 lata temu. Już drugiego dnia pobytu w Islamabadzie spotkałam rewelacyjnie mądrą, oczytaną i pełną empatii sunnitkę, jedną z najbardziej szanowanych przeze mnie znajomych. Do dziś jestem jej wdzięczna za okazaną bliskość. To ona była moją mistrzynią i nauczycielką islamu. Poprosiłam ją zupełnie otwarcie: ucz mnie, opowiadaj i tłumacz! A ona robiła to z zapałem i radością. Po niedługim czasie zaczęła jednak sama, niechcący, odsłaniać pięty achillesowe i ułomności swojej religii. Przez dłuższy czas usiłowała się rozwieść. Jej małżeństwo było nieszczęśliwe, ale mąż nie pozwalał, by odzyskała wolność. Wspólnie udałyśmy się do najlepszego prawnika w kraju od spraw rodzinnych, adwokata sądu najwyższego, pani Asmy Jahangir, aż pod granicę indyjską, do kulturalnej, stolicy kraju, Lahore, z licznymi śladami architektury brytyjskiej. Pierwsze pytanie, jakie zadała nam zza ciężkiego biurka ta filigranowa kobieta, brzmiało: „Czy w umowie małżeństwa ma pani adnotację o możliwości rozwodu?”. Moja przyjaciółka musiała przyznać potulnie, że nie, w związku z czym usłyszała, że w takim razie jest związana małżeństwem na wieki wieków, mimo że jej mąż ma pełne prawo do rozwodu bez podania przyczyn, kiedy mu się tylko zechce. Tak głosi klasyczna ideologia islamu na całym świecie, włączając w to norweskie meczety i rodziny muzułmańskie w Norwegii.
Ze względu na sytuację przyjaciółki islam kojarzył mi się coraz bardziej z torebką z łakociami, którą wręcza się skandynawskim dzieciom co sobotę. Słodycze w torebce są wymieszane z pomadkami o smakach kwaśnych i słonych. Moja przyjaciółka, opowiadając wcześniej o swojej religii, powybierała wyłącznie pomadki o smaku słodkim – tolerancję, miłosierdzie, szacunek dla wiary innych i obronę człowieka przed poniżeniem. Wszystkie te wartości pochodziły z wczesnego okresu islamu, gdy jego założyciel nie miał najmniejszej władzy i gdy zachowywał się jak pokorny głosiciel religii monoteistycznej. Mówiąc słowami mojej przyjaciółki i wielu innych muzułmanów: „Jesteście (tzn. Norwegowie, chrześcijanie) o wiele lepszymi muzułmanami od nas”.
A przecież największe znaczenie mają właśnie te kwaśno-słone pomadki z okresu, gdy Mahomet wyniosł islam i samego siebie na najwyższą pozycję. Zwłaszcza Koran odnosi się przede wszystkim do tych ostatnich pomadek. To one stanowią wyjaśnienie, dlaczego islam od początku swojego istnienia jest żądny władzy i krwi, nietolerancyjny, obrażalski, pozbawiony humoru, uciskający kobiety, pozbawiony szacunku dla inności, gardzący mniejszościami religijnymi czy seksualnymi. To one wyjaśniają, dlaczego islam wrzeszczy w przestrzeni publicznej debaty, i tłumaczą długą listę dziwacznych żądań, które rzucono Norwegii i Europie w ostatnich dziesięcioleciach: jedzenie halal (dozwolone), jedzenie haram (niedozwolone), jatki halal, segregacja według płci, dziewczęta, którym zabrania się pływalni, gimnastyki i wycieczek szkolnych, specjalne godziny pływania dla kobiet muzułmańskich, strój kąpielowy typu burkini czy obszerne szaty dla kobiet w basenie, zakrywanie dziewcząt i kobiet oraz własne pomieszczenia do modlitwy w szkołach, na uniwersytetach i w zakładach pracy. A są to tylko żądania płynące z głównego źródła prawodawczej religii islamu.
To właśnie te kwaśno-słone pomadki tłumaczą, dlaczego mamy w sąsiedztwie współobywateli, którzy w imię mahometańskiego ducha mordują w służbie Państwa Islamskiego w Syrii i Iraku. Zwykle to islam ponosi winę, gdy okazuje się, jak pokazują raz za razem statystyki, że spore grupy osób z krajów zdominowanych przez tę religię mają problemy z dopasowaniem się do zachodniego społeczeństwa, opartego na poszanowaniu praw świeckich i wolnym udziale kobiet w życiu publicznym. Tymczasem bliscy sąsiedzi muzułmanów, Hindusi, Sikhowie z Indii czy katoliccy Tamile ze Sri Lanki, radzą sobie z asymilacją bardzo dobrze, mimo że przeprowadzka z odległych, niezachodnich krajów jest dla nich nie mniejszym szokiem kulturowym.
Islam jest bowiem czymś znacznie więcej niż religią. Islam jest skończonym systemem socjalnym i politycznym.
Islam jest monoteistyczną religią prawodawczą, która reguluje każdy aspekt życia prywatnego i społecznego. Jest wreszcie ideologią mocno zaangażowaną politycznie.