Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Dumne, bezczelne, kochliwe, a może oziębłe i skupione na władzy? Jakie były polskie księżniczki? Ich biografie to fascynujące historie walki o miłość i dworskie wpływy.


Kochanki, księżne, królowePublikacja opowiada o kobietach w początkach naszej państwowości, począwszy od naszych praprababek Słowianek, przez postaci legendarne, na czele z Wandą, „co nie chciała Niemca”, i Rzepichą, praprababką dynastii piastowskiej, towarzyszki życia władców piastowskich, na ich córkach skończywszy.

Naszą podróż zaczniemy więc w czasach prehistorycznych, o których wiemy co nieco jedynie z podań i legend, a zakończymy w średniowieczu, opowiadaniem o piastowskiej księżniczce, której należy się tytuł pierwszej pisarki w dziejach naszej literatury.

Iwona Kienzler – autorka ponad osiemdziesięciu książek – publikacji non-fiction z zakresu historii, jak również leksykonów i słowników. Pisze także reportaże z podróży oraz artykuły dotyczące spraw gospodarczych i historii Polski, a także odwiedzanych przez nią krajów i regionów. Pasjonuje się historią, a zwłaszcza rolą kobiet i ich często zapomnianemu lub niedocenianemu wpływowi na losy i decyzje mężczyzn rządzących państwami, czy też będącymi wpływowymi politykami lub mężami stanu. Historia opisywana w książkach Iwony Kienzler to historia widziana oczyma kobiet.

Iwona Kienzler
Kochanki, księżne, królowe
Kobiety, które dały początek Polsce
Wydawnictwo Bellona
Premiera: 18 stycznia 2018
 
 

Kochanki, księżne, królowe

Wstęp

W 2016 roku przypada 1050. rocznica chrztu Polski. Jest to wydarzenie bardzo doniosłe w historii naszej państwowości, bowiem Mieszko I, przyjmując chrzest, wprowadził swoje państwo na stałe do kręgu zachodniej łacińskiej cywilizacji europejskiej. Dzięki temu w oczach zagranicznych obserwatorów przestał być władcą „barbarzyńskiego” kraju, chociaż wierzenia pogańskie trzymały się mocno, a proces chrystianizacji mieszkańców założonego przez Mieszka państwa trwał kilka stuleci. Przyjęcie chrześcijaństwa oznaczało utożsamienie się z Europą, w której wówczas dominowała ta religia. Piastowie stali się tym samym równoważnym partnerem w stosunkach międzypaństwowych, przynajmniej w obrębie wspólnoty religijnej.
Niniejsza publikacja nie opowiada jednak o zmaganiach politycznych twórców naszego państwa, ale o kobietach w początkach naszej państwowości – począwszy od naszych przodkiń Słowianek, poprzez postaci legendarne, na czele z Wandą, „co nie chciała Niemca”, i Rzepichą, praprababką dynastii piastowskiej, towarzyszek życia władców piastowskich, a na ich córkach skończywszy. Naszą podróż zaczniemy więc w czasach prehistorycznych, o których wiemy co nieco jedynie z podań i legend, a zakończymy w średniowieczu opowiadaniem o piastowskiej księżniczce, której należy się tytuł pierwszej specjalistki od pijaru w dziejach naszej literatury.
Nie sposób nie zauważyć, że każdy, kto pisze o zamierzchłych czasach, zaciąga dług u licznych poprzedników, których dokonaniami siłą rzeczy się posiłkuje. Pisząc o dziejach sprzed setek lat, opieramy się na cudzych ustaleniach, a kierunki badań zmieniają się w czasie i naukowcy korzystający z najnowszych osiągnięć techniki mogą dokonywać nowych, wręcz rewolucyjnych odkryć odmieniających naszą dotychczasową wiedzę. Czasami dosłownie zmieniają w ten sposób bieg historii, przedstawiając w zupełnie inny sposób fakty znane każdemu z lekcji historii. Ale pomimo to, w dziejach początków naszego państwa wciąż kryje się wiele tajemnic, a uczeni toczą niekończące się spory, przedstawiając wzajemnie wykluczające się teorie. Jak się okazuje, archeologia, a czasem, jak się przekonamy, także z pozoru tak precyzyjna gałąź wiedzy, jak genetyka zamiast pomagać, jeszcze bardziej komplikują te sprawy. Rację miał słynny polski etnograf i slawista Kazimierz Moszyński, mówiąc, że archeologia jest nauką wielce szacowną, ale wysnuwanie wniosków z dokonanych odkryć przypomina czasami reperowanie zegarka obcęgami do wyciągania gwoździ. Dlatego wnioski bywają dość często omylne, a każdy z naukowców badających dane odkrycie dochodzi do zupełnie innych konkluzji…
Podobnie jest z historią początków naszej państwowości. Wszystkie wywody na ten temat należy opatrzyć przysłówkami: „prawdopodobnie” lub „najprawdopodobniej”, w dziejach młodego państwa polskiego bowiem aż roi się od zagadek i niedomówień. I może właśnie dlatego jest to tak interesujący okres w naszej historii.

Słowiańskie korzenie

Słowianie, do których należą także Polacy, chociaż stanowią najliczniejszą grupę językową we współczesnej Europie, są jednocześnie najbardziej tajemniczym ludem Starego Kontynentu. A przecież plemiona słowiańskie, mimo że trudno uznać je za lud wojowniczy, jak na przykład Scytów, dotarły na tereny dzisiejszej Syrii, na Peloponez, pojawiły się nawet pod Konstantynopolem, stając się sporym problemem dla Bizancjum. Ślady ich obecności odkryto także w mroźnej i z pozoru niegościnnej Islandii.
Nie wiadomo jednak, skąd się wywodzą i po dziś dzień nie ustalono, gdzie znajdowała się ich prakolebka, czyli pierwotna, macierzysta siedziba, i kiedy nastąpiła ich emigracja stamtąd. W tej kwestii opieramy się wyłącznie na hipotezach, w których jedynym ograniczeniem jest… wyobraźnia uczonych. Praojczyznę Słowian lokowano więc w dorzeczu Wisły i Odry, dorzeczu Dniepru i Prypeci, na terenach zachodniej Rosji czy obszarach naddunajskich Azji, jak również nad Jeziorem Aralskim. Sprawę dodatkowo komplikują antagonizmy polsko-niemieckie, które w okresie międzywojennym oraz w czterech powojennych dziesięcioleciach odcisnęły swe piętno na badaniach pochodzenia tego ludu. Od 1918 roku, kiedy nasz kraj po ponad stu dwudziestu latach niewoli odzyskał niepodległość, polscy historycy, podkreślając odwieczną słowiańskość ziem polskich, starali się dowieść, że prakolebka Słowian znajdowała się w dorzeczu Wisły. Nie zgadzali się z tym archeolodzy niemieccy, a warto dodać, że w okresie międzywojennym to właśnie niemiecka archeologia wiodła prym na świecie. W efekcie owych sporów i kontrowersji badania nad pochodzeniem tego ludu z czasem nabrały znaczenia politycznego. I tak uczeni z obu krajów interpretowali te same znaleziska archeologiczne zupełnie inaczej – dla Polaków były to zabytki słowiańskie, dla Niemców – germańskie. Współcześnie, kiedy nauka w końcu wyzbyła się aspektów politycznych, uczeni skłaniają się raczej ku tezie, że Słowianie są ludem napływowym. Gdyby, jak twierdzili polscy przedwojenni naukowcy, ich prakolebka znajdowała się w dorzeczu Wisły, wspominałyby o nich źródła rzymskie, a tymczasem brakuje w nich nazw miejscowości, imion czy określeń przedmiotów, które mogłyby być uznane za słowiańskie.
Nawiasem mówiąc, w przypadku pochodzenia Słowian, ich wierzeń, kultury i zwyczajów, archeologia, tak przydatna w wyjaśnianiu historycznych zagadek, niewiele może pomóc. Z przekazów bizantyjskich wiemy, że Słowianie nie dosiadali koni, nie nosili zbroi, ale za to byli niesłychanie odważni. Używali też prostych naczyń, których wykonanie nie wymagało zbyt dużego nakładu pracy. Nie mieli własnego pisma, a wszelkie ślady ich kultu i wierzeń, takie jak posągi czy świątynie, zniszczyli przedstawiciele Kościoła i wspierającej go świeckiej władzy.
Ponieważ sprawa pochodzenia Słowian nie została ostatecznie przesądzona, w tej kwestii spierają się dwa obozy. Członkowie pierwszego, zwani autochtonistami, uparcie twierdzą, że prakolebka Słowian znajdowała się na terenach między Odrą i Wisłą i właśnie stąd lud ten wyruszył na podbój Europy. Zdaniem allochtonistów zaś, jak określa się członków drugiego obozu, Słowianie pochodzą z dorzecza Dniepru, skąd przyszli i zaludnili środkową Europę i Bałkany. Autochtoniści i allochtoniści od lat wiodą ze sobą niekończące się spory, skupiając się głównie na wytykaniu błędów stronie przeciwnej. Co więcej, autochtoniści, zażarcie broniąc swych racji, uważają nawet, że teza o obcym pochodzeniu naszych słowiańskich przodków jest bezmyślnym powielaniem wymysłów niemieckich propagandystów spod znaku Goebbelsa i Hitlera.
Być może ten spór rozstrzygną krakowskim targiem językoznawcy, którzy wskazują na zadziwiające wręcz podobieństwo języków słowiańskich i bałtyckich, co może sugerować, że w przeszłości istniała bałtosłowiańska wspólnota językowa, a więc także Bałtosłowianie. Być może zamieszkiwali oni obszary dzisiejszej Białorusi i zachodniej Rosji, a ich wspólnota, zdaniem zwolenników tej hipotezy, rozpadła się między 1200 a 800 rokiem p.n.e. lub, jak sądzą niektórzy uczeni, dopiero w pierwszych wiekach naszej ery. Swoje trzy grosze dodają także genetycy i antropolodzy. Genetykom udało się ustalić, że u ludów słowiańskich występuje charakterystyczny gen R1a1 (M17) – tzw. haplogrupa występująca w męskim chromosomie Y, a więc przenoszona wyłącznie z ojca na syna. Jak wykazały badania, ów gen występuje u 63 procent Serbów łużyckich, 56,4–60 procent Polaków, 44–54 procent Ukraińców oraz u 50 procent Rosjan, z czego można wysnuć wniosek, że nasi słowiańscy przodkowie wywodzą się z południa Europy i właśnie tam należałoby szukać ich prakolebki.
Jest jednak jedno „ale” stawiające pod znakiem zapytania ustalenia tych badań. Dodatkowym argumentem tej tezy jest, że członkowie wymienionych nacji posługują się językami należącymi do języków słowiańskich, podrodziny bałtosłowiańskiej rodziny indoeuropejskiej grupy językowej, ale badania wykazały, że wysoki odsetek mężczyzn – nosicieli genu R1a1 – występuje u… Węgrów, których mowa nie ma nic wspólnego nie tylko z językami słowiańskimi, lecz także nawet z całą indoeuropejską grupą językową. Węgierski należy do podgrupy języków ugryjskich grupy ugrofińskiej, podobnie jak wymierający już dzisiaj język chantyjski i mansyjski. Węgrów trudno więc zaliczyć do braci Słowian. Co więcej, wspomniany gen odkryto u 80 procent Celtów, a więc np. u Irlandczyków i Szkotów.
Istnieje też teoria, że przodkami Słowian są Wenedowie, w niektórych opracowaniach występujący też jako Wenetowie, lud, o którym pisali autorzy rzymscy z początków naszej ery. Do dziś uczeni spierają się, czy było to plemię italskie, iliryjskie, celtyckie, dackie, a może bałtyjskie, przy czym część upiera się, że byli to właśnie Słowianie. Na dowód tego twierdzenia podają, że niemieckie słowo Wenden, ewidentnie pochodzące od nazwy tego ludu, po dziś dzień używane jest przez naszych zachodnich sąsiadów do określenia zachodnich Słowian. Ponadto w północnych Niemczech znajduje się region historyczno-geograficzny Wendland nazwany tak na pamiątkę słowiańskiego plemienia Drzewian, zamieszkujących niegdyś te tereny. O Słowianach, nazywanych Wenedami lub Windami, wspominają też skandynawskie sagi, natomiast kraina, o której dziś wiemy, że była zamieszkiwana przez Słowian, występuje u nich pod nazwą Vinland. Skojarzenie z Wenedami nasuwa się samo.
Sprawy Wenedów i ich ewentualnych związków ze Słowianami nie wyjaśniają przywołani wcześniej autorzy rzymscy. Jedni, tak jak aleksandryjski astronom, matematyk i geograf z II wieku, Klaudiusz Ptolemeusz, uważali, że zamieszkują oni obszar ujścia Wisły, inni natomiast, np. Tacyt, pisali, że lud ten zajmuje obszar obecnej południowo-wschodniej Polski. Z kolei żyjący w VI stuleciu rzymski historyk i kronikarz Jordanes, autor Kroniki Gotów (Getica) i Kroniki Rzymian (Romana), w tym pierwszym dziele wymienia właśnie Wenetów, obok Sklawenów i Antów, jako jeden z trzech ludów słowiańskich. Ci starożytni pisarze w kwestii Wenedów i innych ludów słowiańskich z wielu względów nie mogą być uznani za miarodajnych, chociażby dlatego, że żaden z nich nie odwiedził opisywanych przez siebie ziem. W swoich relacjach opierali się wyłącznie na ówczesnych mapach podróżnych, które nijak się miały do rzeczywistego ukształtowania opisywanych obszarów. Poza tym korzystali z relacji kupców i podróżników, którzy swoje opowieści mogli ubarwiać, a nawet zmyślać, a nawet, jeśli mówili prawdę, to przecież niewykluczone, że przekręcali obcobrzmiące i trudne do wymówienia nazwy miejsc i ludów. Bywało, że autorzy owych relacji niewiedzę uzupełniali wyobrażeniami. Przywołany wcześniej Jordanes pisał swoją relację, nie ruszając się z domu, a w jego kronice znajdziemy np. twierdzenie, jakoby Wisła płynęła z zachodu na wschód. Tego historyka interesowały zresztą dzieje Gotów, a nie Słowian. Zgodnie z dzisiejszą wiedzą w połowie IV wieku król Gotów, władca państwa nad Morzem Czarnym, narzucił im swe zwierzchnictwo, a oni sami podzielili się na dwa wielkie odłamy – Antów i Slawenów. Według niektórych naukowców od pierwszych z nich pochodzą Słowianie wschodni, czyli dzisiejsi Rosjanie, Białorusini oraz Ukraińcy, drudzy dali początek Słowianom zachodnim, w tym Polakom.
Obecnie większość badaczy optuje za tym, że Słowianie pojawili się na terenie Polski dopiero w VI stuleciu, bo właśnie wtedy można ich archeologicznie zidentyfikować. Co prawda, wielu starszych czytelników uczyło się zapewne o Prasłowianach, budowniczych Biskupina, ale obecnie ich istnienie rozpatruje się wyłącznie jako hipotezę. Za jej twórcę uważa się Józefa Kostrzewskiego, który utożsamiał ich z twórcami kultury łużyckiej, trwającej od XIV do V wieku p.n.e. Tymczasem, jak wykazały najnowsze badania, Biskupin, uważany wcześniej za prasłowiańską osadę, zbudował nieznany bliżej lud. Nic nie wiemy też o twórcach i użytkownikach kopalni neolitycznej w Krzemionkach Opatowickich. Nie wiadomo, kim byli ludzie wydobywający krzemień, ale ich dokonania doprawdy imponują: na obszarze długości kilku kilometrów znajdowało się ponad cztery tysiące kopalń – nie tylko prostych szybów jamowych i niszowych, lecz także skomplikowanych podziemnych obiektów komorowych.
Jeszcze większą zagadkę stanowią budowniczowie osady odkrytej przez polskich archeologów w 2015 roku w Maszkowicach nad Dunajcem. Jak się okazuje, osada ogrodzona kamiennym murem jest z pewnością najstarszym tego typu obiektem nie tylko w Polsce, lecz także w całej Europie. Ku zdumieniu zespołu archeologów, na którego czele stał doktor Marcin Przybyła z Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, okazało się, że budowla pochodzi… z przełomu XVII i XVIII wieku p.n.e. Co więcej, badania odsłoniły wręcz monumentalne konstrukcje obronne. „Elementy te są doskonale zachowane: mur ma wciąż miejscami ponad metr wysokości, a płyty budujące bramę nadal są ustawione pionowo – ponad trzy i pół tysiąca lat po ich posadowieniu w ziemi. Zastosowany materiał budowlany i rozmach całej konstrukcji sprawiają, że na pierwszy rzut oka umocnienia te wyglądają, jakby wzniesione zostały w średniowieczu, a nie ponad dwa i pół tysiąca lat wcześniej, w początkach epoki brązu”‹1› – wyjaśnia Przybyła.
Nie wiadomo, kto i dlaczego postawił tę tajemniczą budowlę, nie bez kozery nazwaną „polskimi Mykenami”, ponieważ polski obiekt pochodzi z tego samego okresu jak budowle mykeńskie, ale z całą pewnością tajemnicza cywilizacja, którą ją zbudowała, musiała logistycznie zaplanować budowę znacznie wcześniej. Było to przedsięwzięcie wymagające wiele wysiłku i pracy, wszak budowniczowie najpierw musieli wykopać motykami dziesiątki ton ziemi, a następnie pozyskać i wciągnąć na szczyt kamienie potrzebne do wzniesienia owych murów. Jak wykazano, cała konstrukcja miała od 120 do 150 metrów długości. Niestety, niemal nic nie wiemy o budowniczych tej tajemniczej osady, ale być może dalsze badania lub jakieś nowe, zaskakujące odkrycia archeologiczne pomogą odpowiedzieć na pytanie, kim byli i co sprawiło, że znaleźli się w tych stronach.
Współczesna nauka twierdzi, że tereny dzisiejszej Polski przed dwoma tysiącami lat zamieszkiwali Celtowie, którzy pozostawili być może nawet materialne pamiątki w postaci kurhanów znanych dziś jako kopce Wandy i Kraka. Później na dłużej, na naszych ziemiach osiedlili się Goci i Wandalowie. Przy czym należy zaznaczyć, że ludy te, biorąc pod uwagę kwestie genetyczne, mają naprawdę niewiele wspólnego ze współczesnymi Niemcami. Niewykluczone, że Słowianie, kiedy napłynęli na te ziemie opuszczone przez większą część gockich plemion w trakcie wędrówki ludów, sprowokowanej przez najazd Hunów, mieszali się z przedstawicielami tych ludów, którzy nie wyruszyli w stronę rozpadającego się Cesarstwa Rzymskiego. Dlatego w żyłach „stuprocentowych” Polaków może płynąć całkiem spora domieszka krwi gockiej.