Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Zapewne niektórzy z Państwa już czytali „Życie na miarę” Marka Rabija – poruszający reportaż omawiający warunki pracy w fabrykach Bangladeszu i życia robotników w jego stolicy, napisany po katastrofie w Savarze koło Dhaki. Obecnie autor książki zbiera fundusze na realizację kolejnego reportażu, każdy może go wspomóc.


Życie na miaręZawalenie się budynku Rana Plaza, ośmiopiętrowej fabryki odzieży w Savarze koło Dhaki, zwróciło oczy całego świata na Bangladesz. Po 24 kwietnia 2013 roku, gdy katastrofa ta miała miejsce, dziennikarze z wielu krajów przyczynili się do ujawnienia haniebnych zaniedbań poczynionych przez właścicieli przemysłowych obiektów w stolicy Bangladeszu, poczynając od tego, pod którego gruzami zakończyło życie blisko 1200 osób. Jednym z tych dziennikarzy był Marek Rabij, polski korespondent wysłany na miejsce przez redakcję „Newsweeka”. Rezultatem jego dwóch pobytów w Bangladeszu: tuż po katastrofie i rok po niej, stała się między innymi książka „Życie na miarę” – reportaż omawiający warunki pracy i życia robotników w stolicy tego kraju.

Wyjazd reportera po roku od katastrofy miał na celu sprawdzenie, na ile oburzenie światowej opinii publicznej warunkami pracy w fabrykach zaopatrujących w odzież największe globalne koncerny odzieżowe, zamieniło się w realne zmiany. To ten rodzaj dziennikarstwa, jaki dziś uprawia się coraz rzadziej: dociekliwy, wytrwały, wymagający mozolnej pracy niezbędnej do tego, by rzetelnie przedstawić przyczyny, skutki i całe mechanizmy zjawisk.

Marek Rabij przede wszystkim zadał sobie wyrażone w jego książce pytanie „Czy to normalne, żeby w państwie, które ubiera połowę świata, przeciętnego mieszkańca nie było stać nawet na jedno nowe ubranie w roku? Ponad cztery tysiące zakładów odzieżowych w kraju daje pracę blisko pięciu milionom szwaczek, krojczych i prasowaczy. Teoretycznie wszyscy ci ludzie powinni też być klientami swojej branży. Ale nie są”. Napisany przez niego tekst dokumentuje biedę, o jakiej w Europie chcielibyśmy zapomnieć, udawać, że w ogóle jej nie ma, zarazem ukazując, że to właśnie ci mieszkający w slumsach ludzie, wykorzystywani fizycznie w wielogodzinnej, wyczerpującej pracy, opłacani głodowymi pensjami nie dającymi im możliwości zabezpieczenia elementarnych potrzeb własnych i najbliższej rodziny, są w istotnym stopniu współautorami naszego zadowolenia i poczucia prestiżu. To oni produkują odzież tak rozchwytywaną we wszystkich modnych i popularnych sieciach sprzedaży. Większość z nas ma w domu rezultaty ich niewolniczej pracy.

Autorowi nie chodzi jednak o prowokowanie u czytelnika poczucia winy, a o ukazanie mechanizmów społecznych i gospodarczych, których, chcąc nie chcąc, jesteśmy częścią.

Markowi Rabijowi nie chodzi jednak o prowokowanie u czytelnika poczucia winy, a o ukazanie mechanizmów społecznych i gospodarczych, których, chcąc nie chcąc, jesteśmy częścią. Mamy wpływ na to, co dzieje się tysiące kilometrów od nas i to, co dzieje się tysiące kilometrów od nas, ma wpływ na naszą rzeczywistość. Po to nam reportaże z odległych rejonów świata.

Tych jednak coraz mniej jest w prasie codziennej. W eseju zamieszczonym na łamach „The Guardian” 16 listopada 2017, Katharine Viner, redaktor naczelna dziennika, przypomniała, między innymi, o roli rzetelnego dziennikarstwa w kształtowaniu postaw społecznych, a także długotrwałym i kosztownym procesie tworzenia wartościowych treści. Dodała też, że „The Guardian” w większym stopniu finansowany jest obecnie przez czytelników niż przez reklamodawców. To istotna zmiana na rynku mediów, która powoli wkracza też do Polski.

***

Próbę zgromadzenia funduszy na realizację nowego reportażu z Bangladeszu podjął właśnie autor „Życia na miarę”, obecnie dziennikarz redakcji „Tygodnika Powszechnego”. Tym razem przedmiotem jego zainteresowania jest los 600 tysięcy Rohindżów, birmańskich uchodźców, którzy w Bangladeszu szukają schronienia przed prześladowaniami. Ich dramat rozgrywający się na pograniczu birmańsko-bangladeskim „Tygodnik Powszechny” omawia od początku tego kryzysu.

Zamierzeniem Marka Rabija jest dotarcie do obozów dla uchodźców, a przede wszystkim obecność podczas zapowiadanego procesu relokacji uciekinierów z powrotem do Birmy. Ale czy próba rozwiązania kryzysu w taki sposób nie doprowadzi tylko do jego zaostrzenia? Czy wygnani mają dokąd i do czego wrócić? – tego dowiedzieć można się tylko na miejscu, zobaczyć na własne oczy.

Zamierzeniem Marka Rabija jest dotarcie do obozów dla uchodźców, a przede wszystkim obecność podczas zapowiadanego procesu relokacji uciekinierów z powrotem do Birmy.

Ze względu na duże koszty realizacji takiego reportażu autor i „Tygodnik Powszechny” proszą czytelników o finansowe wsparcie. My także dołączamy się do tej prośby, bo jesteśmy przekonani, że podobnie jak miało to miejsce w przypadku reportaży z Dhaki, powstaną w rezultacie takiego wyjazdu artykuły ważne dla zrozumienia procesów istotnych także z punktu widzenia Europejczyka.
Wszak nie tylko w Bangladeszu i Birmie władze nie potrafią dojść do porozumienia w sprawie znalezienia właściwych rozwiązań i sposobów pomocy dla ludzi szukających schronienia przed prześladowaniami. Agnieszka Kantaruk

Akcję zbierania funduszy na realizację reportażu można wesprzeć TUTAJ

Marek Rabij – polski dziennikarz i publicysta, specjalizujący się w tematyce globalizacji i transkontynentalnych relacji gospodarczych. Absolwent historii na Uniwersytecie Jagiellońskim. W 1996 rozpoczął pracę w krakowskim oddziale „Gazety Wyborczej”. Potem współtworzył redakcję portalu Interia.pl, aż w 2001 trafił do tygodnika „Newsweek Polska”, gdzie pracował przez 15 lat. Następnie był dziennikarzem miesięcznika „Forbes Polska”, a od 2017 jest członkiem zespołu „Tygodnika Powszechnego”. W 2016 Wydawnictwo W.A.B. wydało jego książkę „Życie na miarę”.

 

Życie na miarę

Marek Rabij
Życie na miarę. Odzieżowe niewolnictwo
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 13 stycznia 2016
 

Bóg pogrzebał Shahinę 24 kwietnia 2013 roku zaraz po śniadaniu.
Gdy kilka godzin później odzyskała przytomność, połowa jej ciała spoczywała zmiażdżona pod monstrualnym żelbetowym zakalcem, w jaki zmieniła się Rana Plaza, ośmiopiętrowy budynek w Savarze koło Dhaki mieszczący pięć fabryk odzieżowych. Druga, wystająca z gruzów połówka Shahiny wyła z bólu, chwilami zagłuszając nawet warkot agregatów prądotwórczych ściągniętych przez ratowników na rumowisko. Bogu widocznie musiało się zrobić głupio, bo ponownie zesłał dziewczynie głęboki sen.
Umarła pięć dni później, w tej samej klaustrofobicznej szczelinie utworzonej przez zaklinowane kawałki stropu, z której na powierzchnię dobiegł jej pierwszy krzyk. Ratownicy przez cały ten czas nie odstępowali jej na krok, podawali tlen i wodę, przynosili z domu khićuri, miejscową potrawę z ryżu i soczewicy, bo ciągle miała na nią ochotę, i odganiali międzynarodową zgraję dziennikarzy, którzy widoczną na powierzchni połówkę Shahiny pragnęli koniecznie uczynić gwiazdą najbliższych wiadomości.
Dziewczyna nie chciała widzieć nikogo poza lekarzami i garstką ludzi z ekipy ratowniczej. Gdy ból zmiażdżonych kończyn na chwilę przestał mącić jej myśli, zdołała im przekazać, że pochodzi z miejscowości Kushtia w pobliżu granicy indyjskiej i że zostawiła tam półtorarocznego synka, którego nie miała za co utrzymać. Na wypadek, gdyby Bóg jednak nie zechciał uwolnić jej spod gruzów Rana Plaza, Shahina poprosiła, by oddać dziecko do adopcji jakimś porządnym ludziom.
Bóg nie zechciał. Najpierw uniemożliwił użycie ciężkiego sprzętu, ukrywając w gruzowisku dziesiątki nadal żyjących ludzi. Gdy zdesperowani ratownicy spróbowali w końcu piłami ręcznymi porozcinać stalowe pręty konstrukcyjne, sprawił, że iskry zapaliły rumowisko pełne tkanin, papieru, plastiku, gumy oraz łatwopalnych chemikaliów używanych przy produkcji odzieży. Zagłębienie, w którym utknęła Shahina, błyskawicznie wypełnił gryzący dym. Strażacy desperacko rzucili się w ogień, by ratować dziewczynę; czterech z nich trafiło do szpitala z poważnymi poparzeniami. W końcu zdołali zdusić płomienie. Niestety, w swojej żelbetowej dziupli przestała odpowiadać na nawoływania także Shahina.
Na zdjęciu jednej z agencji prasowych z 29 kwietnia 2013 roku ratownicy wynoszą z gruzowiska zwłoki dziewczyny owinięte w czerwoną tkaninę. Jeden z mężczyzn wtula twarz w ramiona zmarłej. Kilku innym w świetle reflektorów lśnią na policzkach łzy. „ Sorry, Shahina” – zatytułował notkę o tragedii w Savarze jeden z brytyjskich tabloidów.

***

Kilkanaście dni później wylądowałem z fotografem Filipem Ćwikiem w Dhace, stolicy Bangladeszu, dokąd wysłała nas macierzysta redakcja. Po największej katastrofie w dziejach przemysłu odzieżowego, która oficjalnie kosztowała życie blisko 1,2 tysiąca osób, w polskim „ Newsweeku” postanowiliśmy się dowiedzieć, czy podobny los nie spotkał – lub czy nie spotka w przyszłości – także ludzi szyjących ubrania dla polskich firm odzieżowych.
Bangladeska tragedia wstrząsnęła nie tylko nami. Katastrofy budowlane zdarzają się wprawdzie w każdej szerokości geograficznej, ale nieczęsto zbierają tak krwawe żniwo jak ta w Bangladeszu. Jeszcze rzadziej właściciel budynku na wieść o wypadku natychmiast próbuje czmychnąć za granicę, wiedząc z góry, co inspektorzy wykopią w dokumentach i w ruinach. Rana Plaza, zaprojektowana jako biurowiec, bez stosownych zezwoleń stała się siedzibą pięciu fabryk odzieżowych. Piętra, na których pierwotnie miały stać tylko biurka z komputerami, zawalono setkami ciężkich maszyn do kroju i szycia. Cztery górne kondygnacje – jak powtarzał w kolejnych wywiadach wstrząśnięty Ali Ahmed Khan, komendant główny straży pożarnej w Bangladeszu – dobudowano bez pozwolenia, a na ostatniej strop obciążały dodatkowo wielkie agregaty prądotwórcze i klimatyzatory.
Wkrótce po przebudowie na ścianach pojawiły się pęknięcia, niektóre głębokie na pół dłoni. Na kilka dni przed katastrofą budynek drżał już jak chory na febrę, z sufitów co chwila spadały kawałki tynku. Na parterze w popłochu zamknięto oddział banku i kilka biur, ale o ewakuacji fabryk na wyższych kondygnacjach właściciele nie chcieli słyszeć.
Zaniepokojony personel próbował strajkować. Feralnego poranka setki pracowników zgromadziły się przed budynkiem i odmówiły wejścia do środka. Nadzorcy jednak szybko złamali opór, zapowiedziawszy, że kto nie zacznie pracy na czas, straci dniówkę, a być może i posadę. Zmiana zaczynała się o ósmej. Tuż potem zabrakło prądu, na najwyższym piętrze z warkotem obudziły się spalinowe generatory prądotwórcze i budynek rozkołysał się jeszcze bardziej. Około 8.57 nastąpiło nieuniknione.

Tamtego poranka Rahina Sarkar zaspała do pracy. Na śniadanie zabrakło już czasu, do termosu wrzuciła więc resztki wczorajszego dania z soczewicy i ze ściśniętym sercem pobiegła w stronę Rana Plaza.
– Z każdym dniem coraz bardziej bałyśmy się tego przeklętego budynku. Wychodząc rano do pracy, zastanawiałam się, czy najbliższy wieczór spędzę w domu, czy w szpitalu – relacjonowała kilkanaście dni po katastrofie, otoczona gęstym tłumem gapiów tkwiących nadal w miejscu, gdzie jeszcze niedawno było wejście do Rana Plaza. – Jeśli się przyłożyło rękę do ściany, czuć było, jak gmach się napina i drży, prawie jak brzuch żywej istoty. Siedziałyśmy więc przy maszynach czujne jak urwy* i co chwila zerkałyśmy, czy z sufitu nie leci wentylator albo większy kawał stropu. Dziewczyny panikowały, że może runąć cały budynek, ale mnie się to jakoś nie mieściło w głowie.

* Odmiana mangusty.

Po porannej przepychance ze zmianowymi Rahina była tak wykończona psychicznie, że perspektywa kolejnego monotonnego dnia przy maszynie do szycia wydała się jej wręcz nęcąca. Ale tamtego poranka od początku nic nie szło tak, jak powinno. Igła w jej maszynie nagle zaczęła wściekle szarpać materiał. Dziewczyna miała właśnie zawołać nadzorcę linii produkcyjnej i pokazać mu, co się dzieje, gdy coś kazało jej spojrzeć w górę.
– Kątem oka zobaczyłam, jak sufit pęka mi nad głową i pluje w moją stronę całą zawartością wyższej kondygnacji – opisywała beznamiętnym głosem i tylko rozbiegane oczy i nerwowe ruchy dłoni wygładzających w kółko ubranie świadczyły, że Rahina wciąż nie poradziła sobie ze wspomnieniami tamtego dnia. – Zawsze mi się wydawało, że jak jest katastrofa, to jest też potworny huk. A tu nic. Cisza, nie było nawet silnego wstrząsu. Moja maszyna stała tuż przy oknie. Odruchowo rzuciłam się w jego stronę.
Ocknęła się pod gruzami, nie wiedząc, ile czasu upłynęło. Twarz i oczy miała zalepione pyłem, w piersiach czuła kłucie przy każdym głębszym wdechu, a w uszach huczało jej jak od głośnego wystrzału. Nie miała nawet pojęcia, czy leży na wznak, czy twarzą w stronę ziemi, czy może głową w dół, postanowiła więc wypluć nieco śliny na policzek. Na szczęście popłynęła na brodę. Wkrótce pył zaczął opadać i promienie ostrego światła docierające z powierzchni przez ażur rumowiska podpowiedziały Rahinie, że leży zagrzebana stosunkowo płytko. Gorzej z lewą stopą, która utknęła jej głęboko między stalowymi prętami konstrukcyjnymi i skręcona pod nienaturalnym kątem bolała jak diabli.
– Nawet nie próbowałam jej uwolnić, najmniejszy ruch sprawiał mi ból. W dodatku jakiś mężczyzna leżący opodal odzyskał przytomność i zaczął strasznie jęczeć – opowiadała Rahina. – Dopiero wtedy zorientowałam się, że nie leżę w tych gruzach sama.
W dziwnej grocie z pokruszonych betonowych płyt, pośród stalaktytów i stalagmitów pogiętych prętów konstrukcyjnych, katastrofę przeżyło aż sześć osób. Rahina i zawodzący obok mężczyzna nie mogli się ruszyć, cztery inne dziewczyny nie były jednak uwięzione, a poza ranami i stłuczeniami nie odniosły poważniejszych obrażeń. Już po uwolnieniu z gruzowiska Rahina usłyszała od ratowników, że mieli szczęście. Gdy budynek zaczął się rozpadać, część piątego piętra, gdzie pracowała, jakimś cudem nie została przywalona przez wyższe kondygnacje i zsunęła się na obrzeże gruzowiska.
– Wkrótce zaczęliśmy też słyszeć ludzi biegających nad naszymi głowami, ale nadal nie wiedzieliśmy, kiedy się do nas dokopią. Jedna z dziewczyn miała przy sobie wodę w butelce. Uzgodniliśmy, że będziemy wszyscy co dwie godziny zwilżać usta – opowiadała Rahina, przekrzykując się z gapiami, którzy koniecznie chcieli uzupełnić jej relację. – Słychać było, że na górze panuje chaos. Ludzie wspinali się po gruzach, krzyczeli, histeryzowali, ciągnęli za nogi i ręce najpłycej pogrzebanych, zwalając przy tym gruz na innych poszkodowanych. Dopiero po jakimś czasie do akcji ratunkowej włączyło się wojsko oraz strażacy. Wtedy po raz pierwszy pozwoliłam sobie na odrobinę optymizmu. Pomyślałam, że może rzeczywiście nas uratują.
Późnym popołudniem ratownicy w końcu dogrzebali się do Rahiny. Zwichniętą, jak się okazało, nogę udało się uwolnić dopiero z użyciem piły do metalu. Dziewczyna miała też problemy z oddychaniem, sanitariusze przypięli jej więc do ubrania kartkę ze skierowaniem i wkrótce Rahina wylądowała na oddziale pobliskiego szpitala z podejrzeniem złamanych żeber. Po trzech dniach wypisano ją do domu. Sale zaczynały pękać w szwach od kolejnych poszkodowanych w o wiele gorszym stanie.
– Potrzebowałam jeszcze tygodnia, żeby zebrać się w sobie na tyle, by wrócić do Rana Plaza. Nie bałam się tego, co tam zobaczę, ale tego, co usłyszę, tej wyliczanki martwych i okaleczonych koleżanek. – Oczy Rahiny jednak zaszły łzami. – Pierwsze, co dostrzegłam, to czerwona flaga powiewająca na gruzowisku. Powiedziano mi, że to znak dla ekip rozbiórkowych, że w ruinach nie ma już żywych ludzi.
Na piątym piętrze zginęło sześćdziesięciu jeden spośród stu sześćdziesięciu pracowników. Ocalałych szybko okrzyknięto szczęściarzami. Piętro niżej nie przeżył nikt.

Mahmud Yassin, niski barczysty czterdziestolatek o rzadkiej w tym kraju posturze zapaśnika, znalazł zatrudnienie w ekipie oczyszczającej rumowisko. Początkowo – jak mówił – kierujący rozbiórką brali do tej roboty jak leci, młodych i starych, silnych i słabowitych. No i szybko wyszło na jaw, kto zgłosił się do pomocy ze szczerego serca, a kto chciał jedynie załapać się na darmowe jedzenie albo cenne znaleziska w gruzach. Psy, krzywił się Mahmud. Grabić miejsce zbroczone krwią setek sąsiadów, znajomych, być może nawet krewnych?
– Z mojej rodziny nikt nie pracował w Rana Plaza, ale nie wiem, jak bardzo musiałbym być głodny, żeby przełknąć jedzenie kupione za pieniądze lub rzeczy wykopane z tych ruin. – Mężczyzna gestykulował z wściekłością.
Przez kilka pierwszych dni pracy na gruzowisku Mahmud i tak nie miał apetytu. Dla muzułmanów, którzy pochówek w ciągu dwudziestu czterech godzin od śmierci uważają za obowiązek religijny, usuwanie fragmentów ciał gnijących przez długi czas w ruinach było trudne nie tylko z powodów czysto estetycznych.
– Dźwig uniósł wielki kawał stropu. Kiedy opadł pył, zobaczyliśmy biurko częściowo wystające z rumowiska. – Mahmud przełknął głośno ślinę. – Na blacie leżało gnijące, napuchnięte ludzkie ramię, z dłonią nadal zaciśniętą na słuchawce stojącego obok telefonu. Widok był tak upiorny, że zaczęliśmy się śmiać. Opanowałem się dopiero wtedy, gdy ktoś włożył ramię do plastikowej torby i zaniósł w wyznaczone miejsce, do którego znosiliśmy wszystkie większe fragmenty ciał do późniejszej identyfikacji.

Rankiem 3 grudnia 1984 roku w indyjskim Bhopalu rozszczelnił się zbiornik zawierający czterdzieści trzy tony izocyjanianu metylu, śmiertelnie toksycznej substancji używanej między innymi do produkcji gumy. Firma Union Carbide, właściciel feralnej instalacji, podała oficjalnie, że wskutek wycieku trującego gazu zmarło około 3,8 tysiąca osób, a czterdzieści tysięcy odniosło obrażenia układu oddechowego, które uczyniły je trwale niezdolnymi do pracy. Organizacje pozarządowe od początku jednak podawały te statystyki w wątpliwość i przedstawiały własne, zebrane na miejscu dane. W 1991 roku żniwo katastrofy ostatecznie podsumowały władze indyjskie. Zmarło około piętnastu tysięcy osób, a blisko pięćset tysięcy odniosło rany. Była to więc najtragiczniejsza katastrofa przemysłowa w historii, ale w latach osiemdziesiątych nie było YouTube’a ani Facebooka, telefonów komórkowych nagrywających obraz full HD ani całodobowych kanałów informacyjnych. Transmisję z akcji ratunkowej w Savarze świat śledził już niemal na żywo. Do zachodnich konsumentów, dotychczas wpatrzonych bardziej w marki niż metki, nagle zaczęło docierać, że te krwawe obrazki z internetu i telewizji pochodzą z tego samego świata, z którego przyjechały ich kolorowe ubrania. Również ja ze zdumieniem odkryłem, że jakieś trzy czwarte zawartości mojej szafy pochodzi właśnie z Bangladeszu, choć do tej pory naiwnie podejrzewałem o to raczej chińskie Shenzen, pierwszą i największą strefę wolnego handlu w Chinach utworzoną jeszcze za rządów Deng Xiaopinga. Więcej szczegółów do garderobianej kwerendy błyskawicznie dorzucił Google. LPP, Redan, Big Star, nawet Biedronka – jeśli ktoś w Polsce sprzedawał odzież, mniejszą lub większą część produkcji lokował w Bangladeszu. Najwięksi producenci mieli nawet w Dhace własne biura.

Na przygotowanie relacji dla „ Newsweeka” mieliśmy niecały tydzień. Mnóstwo czasu, zważywszy na to, że listę polskich marek made in Bangladesh można skompletować w godzinę w jednym dużym centrum handlowym. A zarazem koszmarnie mało, biorąc pod uwagę, że po wielkiej katastrofie w zakładzie odzieżowym niekoniecznie wszyscy właściciele fabryk będą zainteresowani rozmową z dziennikarzami i otwarciem przed nimi hal produkcyjnych. Rzeczywiście – z trzynastu zakładów pracujących dla polskich klientów, które udało się nam zidentyfikować w Dhace i okolicy, dwanaście nie wpuściło nas za bramę. Oficjalnie nikt nie odmawiał spotkania i ze zrozumieniem traktował pobudki, które sprowadziły nas do Bangladeszu. Na przeszkodzie zawsze stawały tak zwane obiektywne trudności.
– Akurat mamy zamknięte. W klimatyzacji i w przewodach wentylacyjnych zalęgły się nam jakieś niebezpieczne grzyby – usłyszeliśmy w pierwszej fabryce. – Dezynfekcja potrwa jeszcze kilka dni, na terenie są tylko ludzie z firmy, która ją przeprowadza, i garstka pracowników administracyjnych, więc i tak z nikim nie porozmawiacie.
– Bardzo żałuję, od kilku dni leżę z gorączką – mamrotał przepraszająco do telefonu dyrektor drugiego zakładu. – Nie mam nawet pojęcia, co mnie tak rozłożyło, więc nie będę panów narażać na kontakt z jakimś subtropikalnym paskudztwem.
– Jaka szkoda, jaka wielka szkoda! – lamentował asystent kolejnego szefa. – Dyrektor od kilku dni bawi służbowo w Chinach. Prosił, żeby przekazać, że z przyjemnością się z panami spotka… no właśnie, do kiedy zostajecie w Bangladeszu? Tylko do piątku? Co za pech, co za straszny pech. Szef wraca w poniedziałek. To znaczy najwcześniej w poniedziałek.
– To panowie już na miejscu? I nie ma tam Rashida? Miał czekać na was w fabryce, bo ja dziś od rana jestem poza miastem. Pewnie utknął gdzieś po drodze w korku albo o was zapomniał – wzdychał do telefonu jeszcze inny dyrektor. – Najmocniej przepraszam, osobiście się policzę z tym gamoniem – zapowiedział i choć ani przez chwilę nie wierzyłem, że mówi szczerze, mimowolnie przypomniał mi się fabrykant Herman Bucholc z Ziemi obiecanej Reymonta, pastwiący się z byle powodu nad sekretarzem Augustem. To, co oglądaliśmy zza szyb samochodu, na każdym kroku przypominało nam właśnie reymontowską Łódź. Może z wyjątkiem dorodnych mango na straganach, bo właśnie rozpoczął się sezon na te wyborne owoce.
Tylko jedna fabryka w Dhace nie miała przed nami nic do ukrycia. Kiedyś pracowała dla polskiej marki Reporter, lecz ostatnio nie trafiały już do niej żadne zlecenia znad Wisły. Właścicielowi, na oko czterdziestoletniemu mężczyźnie w modnych okularach i o delikatnych, niemal chłopięcych rysach, dobrze patrzyło z oczu. Był wyraźnie wstrząśnięty tym, co wydarzyło się kilkanaście dni wcześniej w Savarze. Gdyby na siłę chcieć porównać go do któregoś z trójki głównych bohaterów Ziemi obiecanej, byłby to intelektualnie rozedrgany Maks Baum, usiłujący pogodzić rozterki moralne z ambicjami zawodowymi. Facet sprawiał wrażenie ucieszonego naszą wizytą. Nie mógł tylko zrozumieć, dlaczego pytamy w kółko o robotników i warunki pracy, a nie o chybotliwy kurs dolara albo o cyklon, ponownie zbliżający się do wybrzeży Bangladeszu, grożąc opóźnieniem dostaw do Europy i Stanów Zjednoczonych. To były problemy, które najmocniej poruszały naszego gospodarza zaledwie kilka tygodni po hekatombie w Savarze.
– Workers no problem – wypalił w miejscowej angielszczyźnie.