Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Złożony proces, jakim jest ustanawianie nowego porządku w miejsce powojennych ruin, ukazała Elisabeth Åsbrink w książce zatytułowanej „1947. Świat zaczyna się teraz”. To reporterska kronika czasu chaosu i odbudowy. Chwil, które zdecydowały o tym, jak wygląda Europa, w której dziś żyjemy.


1947. Świat zaczyna się terazW roku 1947, jak pisze w swojej książce Elisabeth Åsbrink, laureatka Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego „Jeszcze nie spisano opowieści o wojnie. Historycy nie wzięli pod lupę powojennych archiwów”. 10 lutego owego roku w Paryżu został złożony ostatni podpis pod traktatem pokojowym definitywnie zamykającym okres II Wojny Światowej, Europa jednak wciąż trwała w powojennych zgliszczach i wszechobecnych niedostatkach. Odbudowanie spalonych do gołej ziemi miast, podniesienie z gruzów narodowych gospodarek, przywrócenie sprawnej komunikacji miało zająć jeszcze sporo czasu, tak samo jak rozpoznanie prawdziwej skali nazistowskich zbrodni.

Åsbrink, korzystając z formuły rocznej kroniki wydarzeń, opisuje, miesiąc po miesiącu, różnorodne, z pozoru odległe wydarzenia, jakie miały miejsce w tytułowym 1947 roku. Dzięki jej reporterskiej relacji będącej kompilacją historycznych materiałów źródłowych, prywatnych wspomnień świadków II Wojny Światowej i prac naukowych, czytelnik może zanurzyć się w różnorodnych obszarach powojennego życia. Na kartach książki dziennikarka ukazuje między innymi sytuację dzieci osieroconych podczas wojny, pierwsze wybory w Polsce, w wyniku których nasz kraj na ponad 40 lat musiał pożegnać się z nadzieją na wolność, szybko odradzające się nazistowskie ruchy i ścieżki nazistów próbujących umknąć sprawiedliwości, zorganizować się na nowo.

Nie umykają jej jednak zdarzenia z innych części świata, takie jak wycofanie się Brytyjczyków z Indii wraz z całą nieudolnością lorda Mountbattena czy zrzeczenie się odpowiedzialności za Palestynę wraz z burzliwym procesem podejmowania decyzji o dalszych losach tego kraju, początek zimnej wojny, odrodzenie się idei dżihadu, masowe ruchy imigracyjne. I kultura – ona także tu jest. Simone de Beauvoir, George Orwell, Thomas Mann, Billie Holiday. A także, wyodrębniona w połowie kroniki wojenna historia budapesztańskiej rodziny autorki. Osobista i przejmująca, w opozycji do opisanych językiem dziennikarskiej bezstronności faktów z całego roku.

Reporterska formuła książki wyklucza dogłębne omówienie przywołanych tematów, stanowi zaledwie ramy do dalszych indywidualnych poszukiwań ze strony czytelnika

Reporterska formuła książki wyklucza dogłębne omówienie przywołanych tematów, stanowi zaledwie ramy do dalszych indywidualnych poszukiwań ze strony czytelnika, wystarcza jednak do tego, by uporządkować wiedzę o działaniach podjętych w 1947 roku mając na względzie ich wagę dla dalszej historii Europy i świata. Wystarcza także do tego, by w okamgnieniu zdać sobie sprawę, że władza często spoczywa w rękach osób łatwo ignorujących minione, choć tak nieodległe błędy, a ich konsekwencje za każdym razem ponoszą wyłącznie zwykli obywatele, a nie autorzy politycznych strategii.

Elisabeth Åsbrink nie bawi się przy tym w snucie skomplikowanych wywodów. Jej książka jest napisana w prosty i rzeczowy sposób, daje czytelnikowi jasny obraz omawianych czasów, a zarazem dostarcza odpowiedzi na pytania o bieżące zdarzenia na scenie międzynarodowej. Chociaż od 1947 roku minęło siedem dekad, to, jak autorka udowadnia w swojej książce, wciąż tkwimy zanurzeni w rezultatach decyzji podjętych wówczas przez ludzi ustanawiających nową, powojenną wersję Europy i Bliskiego Wschodu, oraz tych, którzy nie chcieli się z ich decyzjami pogodzić, jak chociażby syn egipskiego zegarmistrza Hasan al-Banna, inicjator wskrzeszenia idei walki z zachodnimi mocarstwami nastającymi na świat Islamu. Ta opowieść będzie się jeszcze długo pisać. Agnieszka Kantaruk

Elisabeth Åsbrink,1947. Świat zaczyna się teraz, Przekład: Natalia Kołaczek, Wydawnictwo Poznańskie,Premiera: 8 listopada 2017
 
 

1947. Świat zaczyna się teraz

Elisabeth Åsbrink
1947. Świat zaczyna się teraz
Przekład: Natalia Kołaczek
Wydawnictwo Poznańskie
Premiera: 8 listopada 2017
 

W rzekach na północ od przyszłości
zarzucam sieć, którą ty,
wahając się, obciążasz
zapisanymi przez kamienie
cieniami.

Paul Celan

Czas niezupełnie płynie tak, jak powinien.
Pierwszego stycznia 1947 roku „The Times” pisze, że Brytyjczycy nie mogą polegać na swoich zegarkach. Żeby mieć pewność, która jest godzina, słuchają specjalnych raportów BBC, podających prawidłowy czas. Częste przerwy w dostawie prądu wciąż mają wpływ na zegary elektryczne, ale i te mechaniczne wymagają kontroli. Może to z powodu zimna. Może będzie lepiej.
W czasie samego Blitzkriegu na Wielką Brytanię zrzucono prawie 50 tysięcy ton bomb. Zniszczono ponad 4,5 miliona budynków. Mniejsze miasta na prowincji niemal zmieciono z powierzchni ziemi, tak jak szkocki port Clydebank – nalot otrzymał nawet własną nazwę: Clydebank Blitz.
W austriackim Wiener Neustadt kiedyś stało 40 tysięcy budynków. Teraz nienaruszonych zostało tylko 18. W Budapeszcie połowa domów nie nadaje się do zamieszkania. We Francji zniszczono łącznie 460 tysięcy budynków. W Związku Radzieckim zrównano z ziemią 1700 miasteczek i wiosek. W Niemczech zbombardowano około 3,6 miliona mieszkań; co piąty dom w kraju. Połowa domów w Berlinie nie nadaje się do zamieszkania. W całych Niemczech ponad 18 milionów ludzi jest bez dachu nad głową. Kolejnych 10 milionów bezdomnych jest na Ukrainie. Wszyscy muszą poradzić sobie z ograniczonym dostępem do wody i sporadycznym do prądu.
Prawa człowieka nie istnieją, niemal nikt nie słyszał o czymś takim jak ludobójstwo. Ci, którzy przeżyli, dopiero zaczęli liczyć swoich zmarłych. Wielu jedzie do domu i go nie znajduje, inni jadą wszędzie, tylko nie tam, skąd pochodzą.
Wsie Europy splądrowano, spustoszono i częściowo zatopiono po tym, jak zniszczono tamy. Ziemie uprawne, lasy, gospodarstwa – ludzkie życie, jedzenie i praca – spoczywają w popiele, przykryte błotem.
Grecja pod niemiecką okupacją straciła jedną trzecią swoich lasów. Ponad tysiąc wiosek spalono. W Jugosławii zabito ponad połowę bydła, a rabowanie zboża, mleka i wełny doprowadziło gospodarkę do ruiny. Armie Stalina i Hitlera nie tylko siały spustoszenie podczas przemarszu, rozkazano im podczas odwrotu niszczyć wszystko, co stanie na ich drodze. Zgodnie z taktyką spalonej ziemi dla wojsk przeciwnika nie miało zostać nic. Jak powiedział Heinrich Himmler: „Nie może zostać ani jeden człowiek, sztuka bydła, kwintal zboża czy tor kolejowy. (…) Wróg musi zastać kraj kompletnie spalony i zniszczony”.
Teraz, po zakończeniu wojny, wszyscy szukają zegarków – kradną je, ukrywają, zapominają albo gubią. Czas jest niepewny. Kiedy w Berlinie jest ósma wieczorem, w Dreźnie jest siódma, ale w Bremie dziewiąta. Rosyjski czas w rosyjskiej strefie, podczas gdy Brytyjczycy wprowadzili czas letni w swojej części Niemiec. Kiedy pada pytanie o godzinę, większość odpowiada, że nie ma. To znaczy zegarka. A może chodzi o czas?

Styczeń

Arab az-Zubajd

Hamdeh Dżuma to dzielna dziewczyna, ale gdzieś są jej granice. Są coraz bliżej.
Kiedy mężczyzna przybywa do wioski ze swoim magicznym pudłem, woła do siebie dzieci. Młodsze będą prosić swoje matki o kaszę, starsze będą kraść, ale wszystkie przyjdą popatrzeć na magiczne pudło, które – jak twierdzi mężczyzna – połyka cukier a wypluwa karmelki. Dzieci śmieją się i płacą mu bulgurem, soczewicą i owsem. On opowiada im swoje historie i pokazuje obrazki, zamieniające się w opowieści, jak tylko zakręci kijkiem włożonym do kartonowego pudła.
Hamdeh ma szesnaście lat i nigdy nie nudzi się jej magia ruchomych obrazków. Kradnie mamie chleb, żeby zapłacić mężczyźnie, podbiera ze spiżarni garście soczewicy. Przypomina sobie o stryju, który ma dużo kur i pięć kogutów. Kiedy ucina sobie poobiednią drzemkę, ona zakrada się, żeby ukraść jajka – wszystko po to, by zobaczyć, jak obrazki znów zaczną się poruszać, by posłuchać o bohaterach i bojownikach o wolność, poczuć, jak świat robi się większy. Ale kiedy już ma wychodzić z jajkami z namiotu stryja, ten budzi się, łapie ją i bije. Jajka rozbijają się. Tej nocy Hamdeh śpi w brudnym fartuchu w jaskini, żeby uniknąć gniewu stryja. Ale on mija.
Co wieczór, kiedy przychodzi do finału opowieści, mężczyzna z magicznym pudłem kończy tymi samymi słowami: Oto ciemność, oto noc.

Waszyngton

Prezydent Truman siedzi w Gabinecie Owalnym Białego Domu i prowadzi dziennik. Szóstego stycznia budzi się wcześnie i pracuje przez kilka godzin, a potem wybiera się pieszo na stację na spotkanie z rodziną. Porządny, trzydziestopięciominutowy spacer, jak zanotuje w dzienniku. Jest szczęśliwy, że małżonka i dziecko wróciły. To wielkie, białe więzienie zamienia się w piekło, kiedy jest się w nim samemu. Nocą podłogi skrzypią i trzeszczą. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, by zobaczyć starego Jamesa Buchanana, przechadzającego się w tę i z powrotem, martwiącego się o świat, nad którym nie ma już kontroli. Tak właściwie to cała gromada pokutujących dusz prezydentów kręci się w górę i w dół po schodach, uskarżając na wszystko, co powinni zrobić lepiej i wszystko, czego nie zdążyli zrobić. Niektórzy z jego zmarłych poprzedników trzymają się od tego miejsca z daleka, pisze Truman w swoim granatowym dzienniku. Po prostu nie mają na to czasu, za bardzo pochłania ich pilnowanie nieba i rządzenie piekłem. Ale pozostali, biedni udręczeni prezydenci, którzy nie osiągnęli tego, co chcieli, nie zaznają spokoju. Biały Dom to niezłe piekło.

Londyn

Siódmego stycznia poinformowano, że 500 kobiet zatrudnionych w London Transport System będzie musiało odejść z pracy. Wrócą do domu. W ciągu najbliższych miesięcy wszystkie konduktorki z londyńskich autobusów i tramwajów zostaną zwolnione. Łącznie 10 tysięcy kobiet. Mężczyźni wracają.

Malmö

Ruchy przy granicy, drzewa niczym czarne linie na białym horyzoncie. Kroki na zamarzniętej ziemi prawie nie zostawiają śladów. Świat jest pełen uchodźców, którzy chcą uciec, chcą się wydostać. Jedne granice są strzeżone słabiej niż inne, drogi są wąskie i kręte, a miejscowi zajmują się swoimi sprawami.
Granica między Niemcami a Danią. Kolejna między Danią a Szwecją. Granice wodne, lądowe, linie zaznaczone na mapach na papierze w rzeczywistości wyznaczane są przez kamienie, płoty, tysiące źdźbeł wyschłej trawy, szumiących z każdym powiewem wiatru.
Wielu ucieka od tego, co przeżyli. Inni uciekają od konsekwencji swoich czynów. Cisza. Konspiracja. Zaszyfrowane wiadomości i każda noc w innym miejscu. Strumień mężczyzn przedostaje się z Niemiec do Danii, a potem dalej do Szwecji. Pomocne dłonie dają im po drodze jedzenie, przygotowują miejsce do spania.
Per Engdahl chce odzyskać paszport. Nie udaje mu się, zostaje unieruchomiony we własnym kraju. Kraju, który chciałby jednocześnie zachować i rozszerzyć tak, aż pękną granice. Jego wizja jest pełna sprzeczności, ale będzie ciężko pracował nad wcielaniem jej w życie. Szwedzka tajna policja uznaje go za nazistę, a po wizycie u Vidkuna Quislinga w Norwegii podczas wojny, a później jeszcze podróży do Finlandii, gdzie spotkał się z kilkoma wysoko postawionymi przedstawicielami Wehrmachtu, odebrano mu paszport. Mimo wielu prób jego odzyskanie potrwa długo – każe więc innym przyjeżdżać do siebie, do Malmö. Ma wiernych współpracowników, podróżujących i działających w jego imieniu. Nie zachowały się prawie żadne dokumenty, a w tych, które zostały, jest tylko kilka nazwisk. Okrężnymi drogami można jednak wytropić, wyszukać i złożyć w całość to, co wydarzyło się w ciągu miesięcy składających się na rok 1947, czas, kiedy wszystko wydawało się możliwe, bo wszystko się już wydarzyło.
Przybywają z całej Europy. Wielu z nich walczyło w szeregach SS na wschodnim froncie, jest też wielu mieszkańców krajów nadbałtyckich, którzy ryzykują ekstradycję do Związku Radzieckiego. Wszyscy potrzebują pomocy, by uciec od konsekwencji swoich wojennych czynów, a mężczyzna bez paszportu ich przyjmuje.
Per Engdahl jest przywódcą szwedzkich faszystów, ale ten biały strumień zwracających się do niego uchodźców chce utrzymać z daleka od swojego ruchu, dyskretnie i niejawnie. Jego własny dom przy Mäster Henriksgatan 2 w Malmö staje się centrum dowodzenia. Spotkania nabierają literackiego charakteru, bo piszący wiersze faszysta wykorzystuje tytuły książek jako kryptonimy uchodźców, kryjówek i transportów – wszystko po to, by utrzymywać szwedzką policję w nieświadomości.
Ilu przyjeżdża? Nie wiadomo dokładnie. Kim są? Nie ma takich informacji. Ale spośród tysięcy uciekających białych mężczyzn kilku zostaje więcej niż tylko nazwiskiem, może nawet przyjaciółmi. Jak profesor Johann von Leers, prawa ręka i protegowany ministra propagandy Goebbelsa, jeden z najbardziej wpływowych ideologów, stojących za nazistowską propagandą nienawiści. Niezłomny i zaangażowany antysemita wśród nazistowskich władz. Wielkie nazwisko, wielka zdobycz. Von Leers został wzięty do niewoli przez amerykańskie oddziały i internowany w Darmstadt, ale zbiegł po 18 miesiącach. Potem tropy są niejasne i sprzeczne. Na kilka lat zniknął z pola widzenia, by nagle pojawić się znów w 1950 roku w Buenos Aires. Niektórzy twierdzą, że przez wiele lat ukrywał się w północnych Niemczech, inni uważają, że żył incognito we Włoszech.
Wiadomo na pewno, że pod koniec 1946 roku udaje się do Flensburga, dawnego kupieckiego miasta, dziesięć kilometrów od granicy z Danią. Tam spotyka się z duńskim ochotnikiem SS, Vagnerem Kristensenem, który zabiera go jakieś dziesięć kilometrów dalej, do duńskiego miasteczka Padborg.
„Prowadziliśmy uchodźców ścieżką, przez bagna, a potem przez granicę”.
Młody Kristensen polubił Johanna von Leersa – będą utrzymywać kontakt – eskortuje swojego nowego przyjaciela przez Danię do Kopenhagi, gdzie przejmują go inni i przeprawiają łodzią przez Sund.
„Przyjeżdżali do mnie, kiedy ja nie mogłem wyjeżdżać”, będzie później z pewną dumą wspominał Engdahl. Zadba jednak o to, by nie padły żadne nazwiska.
Engdahl i jego towarzysze mogą załatwić pracę jakiemuś tysiącowi uciekających nazistów. Stocznia Kockums i producent maszyn liczących Addo chętnie ich przyjmą, pod warunkiem, że Engdahl nic o tym nie napisze w swojej gazecie „Vägen Framåt” („Droga naprzód”). Wszyscy wiedzieli, o co chodzi: chętnie pomogą, ale żeby nie było o tym głośno.
Per Engdahl: poeta, dziennikarz, przywódca faszystów. Szwedzka policja uważa go za prawdziwego założyciela szwedzkiego nazizmu.
„Już przed wojną był znany jako szwedzki nazista o najlepszych kontaktach w kręgach światowego nazizmu. Był persona grata w Berlinie i Rzymie. […] Już pod koniec 1945 roku Engdahl nawiązał kontakt z nazistowskimi i faszystowskimi jednostkami, które uchowały się za granicą”, pisze Statspolisen, centralny organ szwedzkiej policji, w sprawozdaniu z początku lat 50.

Rzym

Zaledwie na kilka dni przed tym, zanim rok 1946 stanie się 1947, pięciu mężczyzn zbiera się na Viale Regina Elena w Rzymie. Dziennikarz, archeolog, księgowy, przywódca partyjny i mężczyzna twierdzący, że jest synem Benito Mussoliniego z nieprawego łoża. Wspólnie tworzą Movimento Sociale Italiano (Włoski Ruch Społeczny), któremu przyświecały te same ideały i idee, co partii faszystowskiej Mussoliniego. MSI szybko zdobywa licznych zwolenników i duże sumy od prywatnych darczyńców. Już po miesiącu powstają grupy lokalne w całych Włoszech, a ruch może zacząć działalność, atakując demokrację i walcząc z komunizmem. I to nie tylko we Włoszech. Ich celem jest też nowa Europa.
Falangiści w Hiszpanii, peroniści w Argentynie, brytyjscy faszyści pod wodzą Oswalda Mosleya, neonaziści zbierający się nielegalnie w Wiesbaden pod przywództwem Karla-Heinza Priestera. A w Szwecji Per Engdahl. Działają pod powierzchnią, ujawniają się, kiedy świat odwraca wzrok. Już teraz tworzą dobrze zorganizowaną sieć kurierów, obchodząc restrykcje dotyczące paszportów, wiz i walut. Wkrótce zbliżą się do siebie, nawet połączą. Bezruch mającego odwahnąć się wahadła.

Polska

Dziewiętnastego stycznia w Polsce odbywają się wybory. Tymczasem w ostatnich tygodniach 400 tysięcy ludzi oskarżono o współpracę z nazistami i ukarano ich odebraniem prawa wyborczego. Ponad 80 tysięcy członków i zwolenników antykomunistycznego Polskiego Stronnictwa Ludowego zaaresztowano tuż przed wyborami. Około 100 z nich zostało zamordowanych przez Urząd Bezpieczeństwa.
Wskutek tego komuniści odnieśli miażdżące zwycięstwo.
Podczas konferencji jałtańskiej z 1945 roku Stalin obiecał Polsce wolne wybory. Dla systemu wielopartyjnego 19 stycznia to dzień śmierci.