„Krótki przewodnik po życiu”, mądrość człowieka gór – nieznane i aktualne myśli ks. Tischnera o miłości, nadziei i prawdziwej wolności.


Krótki przewodnik po życiuZatrzymajmy przez chwilę uwagę przy tym słowie: życie. Jaka treść kryje się poza tym słowem? Jakie krajobrazy przywodzi nam przed oczy? Kolorowe łąki, falujące zbożem pola, ptaki w powietrzu, pasące się na polach zwierzęta…

Życie jest dramatem pełnym tajemnic. Stawia ono człowieka przed jednym podstawowym pytaniem: co człowiek ma zrobić, by swego życia nie zmarnować?

Miłość, piękno i wolność, lęk i nienawiść nierozerwalnie związane są z ludzką naturą. Ksiądz Józef Tischner pokazuje, jak iść przez życie, by być szczęśliwym i spełnionym. Skłania do refleksji nad tym, co jest naprawdę ważne, co jest istotą człowieczeństwa.

Jego uniwersalne rozważania, pełne mądrości ludzi gór, pomogą Ci odnaleźć spokój i wewnętrzną wolność.

Józef Tischner (1931–2000) – ksiądz, filozof, publicysta. Profesor Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie, współzałożyciel wiedeńskiego Instytutu Nauk o Człowieku. Kawaler Orderu Orła Białego.

Józef Tischner
Krótki przewodnik po życiu
Wydawnictwo Znak
Premiera: 8 listopada 2017
 
 

Krótki przewodnik po życiu


Spotkanie

Mówimy: spotkanie. Mówimy: doświadczenie spotkania. Zatrzymajmy się na chwilę na słowie „doświadczenie”. Ono mówi: do-świadczenie. A więc druga część słowa ma ten motyw świadectwa. Słowo wskazuje na jakieś dorastanie do świadectwa. Doświadczyć to znaczy: przeżyć coś takiego, dzięki czemu będzie można potem świadczyć. Doświadczenie w tym sensie czyni nas świadkami. Widać tutaj z tego słowa, że doświadczenie to jest coś więcej niż tylko doznanie czegoś, przeżycie czegoś, posiadanie jakiejś emocji, jakiejś tęsknoty, jakiejś nadziei. To jest dorastanie do świadectwa. Ale najczęściej nie mamy tego poczucia dorastania do świadectwa przy doświadczeniu przedmiotów. (Zostawmy tutaj na boku artystów malarzy, bo nawet wtedy, kiedy malarz maluje martwą naturę, to wchodzi w to dorastanie do świadectwa).
Ale my w takim codziennym biegu życia tego dorastania do świadectwa nie odczuwamy. Nie odczuwamy tego nawet wtedy, kiedy biegniemy, żeby coś w sklepie kupić, żeby coś sprzedać, żeby z kimś porozmawiać. Ale przecież od czasu do czasu dopada nas doświadczenie szczególne, takie, z którego wynika nasze osobiste dorastanie do świadectwa. Stajemy się wtedy świadkami drugiego człowieka. Szczególnie – świadkami jego wyjątkowości, jego wielkości. I to jest spotkanie.
Od spotkania zaczyna się w człowieku jakiś dramat. Dramat – to znaczy, że coś stało się i coś dzieje się między ludźmi. Bo dramat to jest to, co dzieje się między ludźmi. Dramatem nie jest to, co jest w tobie, albo to, co jest we mnie. Dramatem jest to, co się dzieje między nami. Taki dramat dzieje się między kobietą a mężczyzną, kiedy dorastają do wierności. Takie dramaty działy się w Ewangelii pomiędzy Chrystusem a jego uczniami, kiedy oni też dorastali do wierności i do świadectwa. To jest niesłychanie ważne, żebyśmy w tym morzu doświadczeń, które nas napadają, potrafili wydobyć jasne punkty, punkty, od których zależy nasz los. Z całą pewnością każdy z nas ma w życiu tego rodzaju doświadczenia. Szczególnie często pojawiają się one w relacjach między kobietą a mężczyzną. Mówimy czasem o pierwszych miłościach, które trwają do końca życia. Czasem są to krótkie chwile skrzyżowania wzroku, dotknięcia rąk – ale ludzie odczuwają, że do siebie przynależą i są sobie świadkami. Spróbujcie potem powiedzieć coś złego o takim człowieku, którego ja w ten sposób doświadczyłem! Może nawet ten człowiek popełnił taki czy inny zły uczynek, może tu i ówdzie pobłądził. Ale wtedy cały mój wysiłek będzie szedł w tym kierunku, żeby go zrehabilitować, żeby odsłonić w tym człowieku, często poniżanym, coś wielkiego i dać temu świadectwo. Doświadczyć go.
Możemy tutaj kilka kroków dalej posunąć tę analizę spotkania. Przede wszystkim trzeba by tutaj przywołać pojęcie „twarzy”. Spotkać to odkryć przede wszystkim, że inny ma twarz. Rzeczy mają wygląd. Bardzo często ludzie, jak te przedmioty wokół nas, też mają wygląd – zwłaszcza ci, którzy o ten wygląd dbają. Ale czy mają twarze?
Twarz. Co to jest twarz? Najlepiej by było powiedzieć: twarz to jest twarz. W twarzy mamy przeczucie prawdy danego człowieka. Tutaj znakomity mistrz w tych analizach, nawiązujący zresztą do tekstów biblijnych, Emmanuel Lévinas powiada, że twarz zobowiązuje. Ona stwarza obowiązek, ona mówi do nas: nie zabijaj.
„Ty mnie nie zabijesz”. Właśnie – ty mnie. Tak rodzi się zobowiązanie wobec drugiego. Przed chwilą powiedziałem: do-świadczenie, dorastanie do świadectwa. Widzimy, że w tym dorastaniu do świadectwa jest moment obowiązku. I to jest początek etyki. Etyka to nie są zbiory nakazów czy zakazów. Etyka to jest to, co wyrasta z doświadczenia twarzy. I z tego za potrzebowania na świadectwo – że trzeba dać świadectwo. Chrystus, dając świadectwo, umarł na krzyżu. To świadectwo jest często świadectwem heroicznym. Zresztą, cóż po świadectwie, jeśli nie ma być ono heroiczne.
Tutaj są źródła heroizmu człowieka – w tym doświadczeniu innego człowieka, drugiego, jego twarzy. I jeszcze jeden motyw niesłychanie ważny: nie jest nigdy tak, że doświadczając czy wchodząc w tajemnicę twarzy innego, ja pozostawiam na boku siebie. Wręcz przeciwnie: jest tak, że ja poprzez tego innego – poprzez jego twarz, poprzez jego spojrzenie – na nowo odczytuję siebie. I od tego momentu ja już nie mogę patrzeć na siebie tylko i wyłącznie swoimi oczami. Ja muszę popatrzeć na siebie oczami także tych, którym daję świadectwo.
Kiedyś przed laty miałem kazania do przedszkolaków. Opowiadałem im, jak Pan Bóg stwarzał świat. Stwarzał rozmaite żyjątka: i żaby, i ryby, bociany i [inne] ptaki. A potem pytam: „Kto ze wszystkich stworzeń najbardziej się Panu Bogu udał?”. Chciałem w ten sposób przejść do refleksji nad człowiekiem. I wtedy jedna dziewczynka, może z pięć lat miała, podeszła do mikrofonu i powiedziała: „Chyba ja”. Tak bardzo to było piękne, szczere! Ale wydaje się, że w tym spojrzeniu brakło właśnie doświadczenia twarzy innego. I tego spojrzenia na siebie poprzez innego. Nie bylibyśmy tym, kim jesteśmy, bez tych, którym dajemy świadectwo. Nosimy tych innych w sobie. Jak to Rilke kiedyś mówił: „Zgaś moje oczy: ja cię widzieć mogę, / zamknij mi uszy, a ja cię usłyszę, (…) / a jeśli w mózg mój rzucisz swe płomienie, / ja ciebie na krwi mojej będę niósł”. Jest coś takiego, że my „na własnej krwi” niesiemy tych, którym dajemy świadectwo. A inni – ci, którzy dają świadectwo nam – „na własnej krwi” niosą każdego z nas. I to właśnie jest spotkanie, twarz innego.

***

Spotkać znaczy zawsze: być twarzą w twarz.
Dzięki spotkaniom osiągamy naoczność twarzy drugiego człowieka. Czym jest z kolei twarz? Twarz odsłania jakąś prawdę drugiego człowieka. Człowiek jest taki, jaka jest jego twarz. Twarz nie jest tym samym co wygląd człowieka i nie jest tym samym co zasłona i maska. Poprzez wyglądy dane są nam rzeczy oraz ciała zwierząt i ludzi, ale wyglądy człowieka nie odsłaniają nam tego, kim człowiek jest. Twarz nie jest również maską: zadaniem maski jest stwarzać ułudę twarzy. Twarz nie jest zasłoną: zasłona zakrywa twarz. Ani maski, ani zasłony nie powiedzą nam tego, kim jest człowiek. O tym mówi jedynie jego twarz. (…)
Spotkanie z drugim człowiekiem jest w najgłębszym znaczeniu tego słowa – wydarzeniem. W nim doświadczenie drugiego człowieka i zapośredniczone przez nie doświadczenie siebie dochodzi do szczytu naoczności. Swój szczyt osiąga również siła perswazji obecna w doświadczeniu. Od momentu spotkania wszystko w życiu człowieka zaczyna się jakby od nowa.
Spotkanie stanowi wyłom w dotychczasowej przestrzeni obcowania z drugim. Spotkany drugi nie mieści się na żadnej z podstawowych płaszczyzn obcowania: nie pojawia się ani jako współpracownik (…), ani jako przeciwnik, którego należy zwalczać, ani jako mój władca, ani jako poddany. Ten, kogo spotykam, jest inny. „Ukazała mu się, jak zjawisko”, pisze o spotkaniu Fryderyka z panią Arnoux Gustave Flaubert (Szkoła uczuć). Nawet gdy [drugi] jest oczekiwany, uprzednio poznany, zaskakuje odrębnością.
„Kitty stała na przeciwległym końcu ślizgawki, rozmawiając z jakąś panią. Zdawało się, że nie było nic szczególnego ani w jej stroju, ani w postawie, Lewin wszakże rozpoznał ją w tym tłumie z taką łatwością, jak poznaje się różę wśród pokrzyw. (…) Oświetlała wszystko. Była uśmiechem, który opromieniał wszystko dookoła” (Lew Tołstoj, Anna Karenina). Spotykając, czujemy: jesteśmy w poszukiwaniu innej, nowej płaszczyzny bycia. Wszystko trzeba będzie zacząć od nowa. Dawne gesty i dawne słowa muszą nabrać nowego sensu. Więcej: cały mój dotychczasowy sposób bycia staje się problematyczny. Każde doświadczenie, czy to rzeczy, czy samego siebie, odznacza się jakąś swoistą, własną mocą perswazji. Stawia ona mniej lub bardziej ostre granice możliwym próbom wątpienia. Spotkanie z drugim nie da się pod tym względem porównać z niczym innym. Obecny w spotkaniu drugi perswaduje, jak nie perswaduje żaden przedmiot. Drugi jest. Drugi przychodzi, odchodzi, drugi mówi i patrzy, drugi zobowiązuje.
Perswazja ta może być słowna lub pozasłowna. W niektórych sytuacjach perswazja pozasłowna jest nawet bardziej przenikliwa i wiążąca niż perswazja słowna. (…) Podczas spotkania Fryderyka z panią Arnoux Fryderyk słyszy tylko: „Dziękuję panu”. A przecież od tego momentu zaczyna się ich dramat. Spotkany drugi jest pod pewnym względem jak Kantowska rzecz sama w sobie – jest transcendensem, istnieje radykalnie i nieprzenikliwie poza mną. Zarazem jednak jest on kimś, kto nie jest rzeczą w sobie – jest mi bliski, pokrewny mi; obcy, ale i swojski zarazem. (…)
Spotkanie jest zawsze „twarzą w twarz”. (…)
Widząc drzewo, nie potrzebuję odsłaniać twarzy; jeśli chcę widzieć lepiej, wystarczy, że zbliżę się do drzewa, obejdę je dookoła. Podobnie gdy spotykam psa, konia. Nawet wtedy, gdy jako „funkcjonariusz” jakiejś sprawy stykam się z „funkcjonariuszem” sprawy zazębiającej się z moją, nie potrzebuję odsłaniać twarzy. Ale gdy drugi ukaże mi swoją twarz, muszę uczynić coś podobnego: albo ukazać, kim jestem, albo zasłonić siebie, przybrać maskę, [w każdym razie] muszę uczynić coś z twarzą. Gdy Jezus przed Piłatem odsłania twarz, Piłat odsłania ją także. Horyzont spotkania jest nie tylko horyzontem spotkania z drugim, lecz również horyzontem spotkania z sobą samym. (…)
W twarzy człowieka ujawnia się to, kim człowiek jest. Albo inaczej: spotkanie z twarzą jest spotkaniem z prawdą człowieka. Twarz wydaje się tym, co najmniej uchwytne, niemożliwe do określenia, co jednak raz ujęte, na przekór swej nieokreśloności, decyduje o naszym najgłębszym odniesieniu do drugiego. Nie umiemy pojąć twarzy drugiego, nie umiemy jej nazwać inaczej jak tylko własnym imieniem, zarazem jednak wszystko, co o drugim wiemy, wiemy poprzez pryzmat jego uchwyconej lub przynajmniej domniemanej twarzy. Zastanawiające, że Lévinas, który sprawie „epifanii twarzy” poświęcił najwięcej uwagi, wyraźnie unika odpowiedzi na pytanie, czym jest twarz. Woli mówić o sposobach doświadczenia twarzy. (…)
Dla Lévinasa twarz jest „głębią, która wykracza poza to, co z niej ujmujemy”, jest ruchem ku nieskończonemu. Dlatego nie daje się objąć, zawrzeć, ogarnąć, posiąść.