W tej intrygującej, mrocznej opowieści niczego nie można być pewnym! Nie ma jednej wersji wydarzeń, a sytuacja zmienia się jak w kalejdoskopie. Kto mówi prawdę?


Czasami kłamięSą trzy rzeczy, które powinniście wiedzieć o Amber Reynolds. Pierwsza: jej mąż już jej nie kocha. Druga: jest Boże Narodzenie, a Amber po wypadku samochodowym leży w szpitalu w stanie śpiączki. Jej ciało jest bezwładne, zdane na łaskę innych ludzi, ale jej umysł nie śpi, analizując wydarzenia ostatnich tygodni…

Na co dzień nad Amber czuwają siostra i mąż, których po cichu podejrzewała o romans. W ciemności szpitalnej sali czai się jednak ktoś, kto nieustannie jej zagraża. Policja także nie wierzy w nieszczęśliwy zbieg okoliczności, ślady na ciele Amber wskazują na to, że ktoś celowo chciał wyrządzić jej krzywdę.

Kim jest tajemniczy oprawca? Czy to mąż Amber, tak jak podejrzewają śledczy? Czy może duch przeszłości, ktoś, o kim dawno już zapomniała?

Poza tym… Rzecz trzecia: tak się składa, że Amber Czasami Kłamie.

Alice Feeney – brytyjska pisarka i dziennikarka, przez 15 lat pracowała dla BBC News jako wydawca, reporterka i producentka. W 2016 roku ukończyła kurs pisarstwa organizowany przez Faber Academy w Londynie. Razem z mężem i psem mieszka w hrabstwie Surrey. „Czasami kłamię” to jej debiutancka powieść, do której prawa zostały sprzedane jeszcze przed premierą do 8 krajów!

Alice Feeney
Czasami kłamię
Przekład: Agnieszka Walulik
Wydawnictwo W.A.B.
Premiera: 25 października 2017
 
 

Czasami kłamię


***

Nazywam się Amber Reynolds. Są trzy rzeczy, które powinniście o mnie wiedzieć:
1. Jestem w śpiączce.
2. Mój mąż już mnie nie kocha.
3. Czasami kłamię.

Teraz

Drugi dzień świąt Bożego Narodzenia, grudzień 2016

Zawsze lubiłam moment zawieszenia między snem a jawą. Te kilka cennych ułamków sekund, zanim otworzy się oczy, kiedy człowiek przyłapuje się na wierze, że jego sny mogą być rzeczywistością. Chwila niezwykłej przyjemności albo bólu, nim zmysły na powrót dojdą do głosu i poinformują cię, kim, czym i gdzie jesteś. Teraz jednak, jeszcze przez sekundkę, rozkoszuję się złudzeniem, które pozwala mi sobie wyobrażać, że mogę być kimkolwiek, gdziekolwiek, mogę być kochana.
Czuję na powiekach światło i zwracam uwagę na platynową obrączkę na palcu. Wydaje się cięższa niż zwykle, jakby jej waga ściągała mnie do ziemi. Moje ciało jest przykryte prześcieradłem; pachnie obco i zastanawiam się, czy przypadkiem nie jestem w hotelu. Ulatnia się wszelka pamięć o tym, o czym śniłam. Próbuję ją pochwycić, usiłuję być kimś, kim nie jestem, i pozostać gdzieś, gdzie mnie nie ma, ale nie mogę. Nadal jestem tylko sobą i tylko tutaj, gdzie – wiem to już teraz – wcale nie pragnę być. Bolą mnie ręce i nogi i jestem tak straszliwie zmęczona, nie chce mi się uchylać powiek, aż przypominam sobie, że i tak nie mogę tego zrobić.
Niczym podmuch lodowatego powietrza ogarnia mnie panika. Nie mogę sobie przypomnieć, co to za miejsce i jak się tu dostałam, ale przynajmniej wiem, kim jestem. Nazywam się Amber Reynolds. Mam trzydzieści pięć lat. Moim mężem jest Paul. Powtarzam sobie w głowie te trzy fakty, trzymam się ich kurczowo, jakby mogły mnie ocalić, lecz mimo to pamiętam, że czegoś w tej historii brakuje, ktoś wyrwał ostatnie kartki. Gdy już uzupełniam w miarę możliwości wspomnienia, na powrót je zagrzebuję, aż cichną w mojej głowie na tyle, bym znowu mogła myśleć, czuć, próbować doszukać się w tym jakiegoś sensu. Jedno wspomnienie odmawia jednak posłuszeństwa, uparcie próbuje wydostać się na powierzchnię, ale nie chcę dać mu wiary.
Do mojej świadomości przebija się odgłos jakiejś aparatury, wykradając mi ostatnie strzępy nadziei i pozostawiając tylko niechcianą pewność, że znajduję się w szpitalu. Sterylny smród tego miejsca sprawia, że mam ochotę wymiotować. Nienawidzę szpitali. To domy śmierci i spóźnionego żalu, nigdy dobrowolnie bym do żadnego nie weszła, nie mówiąc już o pobycie. Przedtem byli tu jacyś ludzie, obcy, teraz to pamiętam. Posługiwali się słowem, którego postanowiłam nie słyszeć. Przypominam sobie zamieszanie, podniesione głosy i strach, nie tylko mój własny. Wysilam się, by przywołać coś jeszcze, ale umysł mnie zawodzi. Stało się coś bardzo złego, tylko nie wiem co ani kiedy.
Czemu go tu nie ma?
Czasem niebezpiecznie jest zadawać pytanie, kiedy zna się już odpowiedź.
On mnie nie kocha.
Zaznaczam sobie tę myśl.
Słyszę otwierane drzwi. Dźwięk kroków, a potem wraca cisza, ale nie idealna, już nie tak czysta. Wyczuwam stęchły odór papierosów, z prawej strony słyszę długopis drapiący po papierze. Ktoś po mojej lewej odkasłuje i dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że w pokoju są dwie osoby. Obcy ludzie w ciemnościach. Jest mi zimniej niż przedtem i czuję się straszliwie mała. Nigdy w życiu nie byłam tak przerażona.
Chciałabym, żeby ktoś coś powiedział.
– Kto to? – pyta kobiecy głos.
– Nie mam pojęcia. Biedaczka, co za tragedia – odpowiada druga kobieta.
Żałuję, że w ogóle się odezwały. Zaczynam krzyczeć.
Nazywam się Amber Reynolds! Jestem prezenterką radiową! Dlaczego nie wiecie, kim jestem?
Raz za razem wykrzykuję te same słowa, ale kobiety nie zwracają na to uwagi, bo na zewnątrz milczę. Na zewnątrz jestem nikim i nie mam imienia.
Chcę zobaczyć tę siebie, którą widzą one. Chcę usiąść, wyciągnąć rękę i ich dotknąć. Chcę znowu coś poczuć. Cokolwiek. Kogokolwiek. Chcę zadać tysiące pytań. Wydaje mi się nawet, że chcę poznać na nie odpowiedzi. Kobiety znowu posłużyły się tym słowem, co wcześniej, tym, którego nie chcę słyszeć.
Wychodzą, zamykając za sobą drzwi, ale słowo pozostaje i jestem z nim sam na sam, nie mogę go już ignorować. Nie mogę otworzyć oczu. Nie mogę się poruszyć. Nie mogę się odezwać. Słowo wypływa jak bańka powietrza, pęka w zetknięciu z powierzchnią i wiem, że jest prawdziwe.
Śpiączka.

Wtedy

Tydzień wcześniej – poniedziałek, 19 grudnia 2016

W mroku wczesnego poranka skradam się na dół, ostrożnie, żeby nie zbudzić męża. Wszystko leży na swoim miejscu, a mimo to jestem przekonana, że o czymś zapomniałam. Naciągam gruby płaszcz, żeby uchronić się przed zimnem, i przechodzę przez kuchnię, rozpoczynając codzienny rytuał. Zaczynam od tylnych drzwi: raz za razem przekręcam klamkę, póki nie mam pewności, że są zamknięte. W górę, w dół. W górę, w dół. W górę, w dół. Potem staję przed dużą kuchenką i uginam ramiona w łokciach, jakbym przymierzała się do dyrygowania imponującą orkiestrą gazowych palników. Moje dłonie układają się w znajomy kształt; wskazujące i środkowe palce obu rąk odnajdują kciuki. Szepczę do siebie cicho, jednocześnie patrząc uważnie, czy wszystkie pokrętła i przyciski są wyłączone. Sprawdzam wszystko trzy razy, moje paznokcie wystukują coś w alfabecie Morse’a, który ja jedna potrafię odszyfrować. Kiedy się upewniam, że wszystko jest zabezpieczone i na swoim miejscu, wychodzę z kuchni. W drzwiach przystaję na chwilę, by sprawdzić, czy dziś jest jeden z tych dni, kiedy muszę wrócić i zacząć wszystko od początku. Ale nie.
Skradam się po trzeszczącej podłodze korytarza, biorę swoją torebkę i sprawdzam zawartość. Telefon. Portfel. Klucze. Zamykam, otwieram, sprawdzam jeszcze raz. Telefon. Portfel. Klucze. W drodze do drzwi powtarzam wszystko po raz trzeci. Zatrzymuję się na sekundę i patrzę wstrząśnięta na kobietę w lustrze, która tak samo wpatruje się we mnie. Mam twarz, która kiedyś mogła być ładna, ale teraz ledwo ją poznaję. Mieszana paleta jasnych i ciemnych kolorów. Długie czarne rzęsy ocieniają duże zielone oczy. Nad nimi są gęste brązowe brwi, a poniżej zadomowiły się smutne cienie. Moja skóra jest niczym blade płótno naciągnięte na kościach policzkowych. Włosy mam w ciemnym odcieniu brązu wpadającym niemal w czerń. Proste, oklapłe pasma zwieszają się na ramiona, bo nic innego im nie zostało. Przeczesuję je szorstko palcami i ściągam w kucyk, związuję gumką z nadgarstka, by nie spadały mi na twarz. Rozchylam usta, jakbym chciała coś powiedzieć, lecz wydobywa się z nich tylko powietrze. Z lustra patrzy na mnie twarz gotowa do radia.
Przypominam sobie, która godzina, i upominam się, że pociąg nie będzie na mnie czekać. Nie pożegnałam się – cóż, chyba jakoś to przeżyjemy. Wyłączam światło i wychodzę z domu, sprawdzając trzykrotnie, czy zamknęłam drzwi, po czym ruszam ścieżką przez oświetlony poświatą ogród. Pora jest wczesna, ale i tak jestem spóźniona. Madeline na pewno siedzi już w biurze, wszystkie gazety zostały przeczytane i splądrowane w poszukiwaniu dobrych tematów. Producentki przeglądają papierowe truchła, a ona sarka i domaga się najlepszych wywiadów do dzisiejszego programu. Taksówki są już w drodze, by odebrać i wyrzucić z siebie nadmiernie podekscytowanych, za to niedostatecznie przygotowanych gości. Każdy poranek jest inny, a jednak wszystko to stało się całkowitą rutyną. Dołączyłam do zespołu Porannej kawy pół roku temu, ale nic nie toczy się zgodnie z planem. Mogłoby się wydawać, że mam wyśnioną pracę, tylko że czasem przecież śnią nam się koszmary.
Robię krótki przystanek w lobby, by kupić kawę dla siebie i koleżanki, po czym wspinam się po kamiennych schodach na piąte piętro. Nie lubię wind. Przyklejam do twarzy uśmiech i w końcu wkraczam do biura, myśląc, że to właśnie wychodzi mi najlepiej: zmieniam się tak, by dopasować do potrzeb otaczających mnie ludzi. Mogę być „przyjaciółką Amber” albo „żoną Amber”, ale w tej chwili jestem „Amber z radia”. Potrafię zagrać każdą rolę, w której obsadziło mnie życie. Znam wszystkie kwestie; bardzo długo je ćwiczyłam. Słońce dopiero co wstało, ale tak jak się spodziewałam, mały, złożony w większości z kobiet zespół jest już na miejscu. Trzy młode i pełne entuzjazmu producentki, napędzane kofeiną i ambicją, siedzą pochylone przy biurkach. Otoczone stertami książek, starymi scenariuszami i pustymi kubkami, stukają w klawiatury, jakby od tego zależało ich życie. W przeciwległym kącie widzę światło lampy w prywatnym gabinecie Madeline. Siadam przy swoim biurku i włączam komputer, odwzajemniając serdeczne uśmiechy i pozdrowienia. Ludzie to nie lustra, nie widzą cię tak, jak ty sam siebie postrzegasz.
Madeline zwolniła w tym roku już trzy asystentki. Nikt nie jest w stanie przetrwać na tym stanowisku. Ja nie chcę własnego biura i nie potrzebuję asystentki, wolę siedzieć tu ze wszystkimi. Miejsce obok mnie jest puste. O tej porze Jo powinna już tu być i martwię się, że może coś się stało. Spuszczam wzrok na stygnącą kawę, którą dla niej kupiłam, i zmuszam się, by zabrać ją do gabinetu Madeline. Niech to będzie gałązka oliwna.
Przystaję w drzwiach niczym wampir, którego trzeba zaprosić do środka. Gabinet jest żałośnie mały, to zwyczajnie zaadaptowany schowek – Madeline nie zgadza się siedzieć z resztą zespołu. Każdy skrawek ścian pokrywają oprawione zdjęcia, na których pozuje ona z różnymi sławami, a za biurkiem znajduje się mała półka z nagrodami. Madeline nie podnosi głowy. Patrzę na jej brzydkie krótkie włosy z siwymi odrostami wyglądającymi spod czarnej strzechy. Liczne podbródki układają się jeden na drugim, a resztę pofałdowanego ciała litościwie skrywają czarne, workowate ubrania. Lampa na biurku rzuca światło na klawiaturę, nad którą zawisły przyozdobione pierścieniami palce. Wiem, że Madeline mnie widzi.
– Pomyślałam, że ci się przyda – mówię, rozczarowana prostotą tych słów, kiedy tak długo musiałam ich szukać.
– Postaw na biurku – odpowiada Madeline, nie odrywając oczu od ekranu.
Nie ma za co.
W kącie ciężko pracuje mały wiatrakowy grzejnik i czuję, jak po nogach pnie mi się pachnące lekko spalenizną ciepełko, które nie pozwala mi odejść. Przyłapuję się na tym, że gapię się na brodawkę na policzku Madeline. Czasem tak mam; moje oczy skupiają się na jakiejś niedoskonałości, jakbym na chwilę zapomniała, że dana osoba wie, że patrzę na coś, co wolałaby ukryć.
– Jak weekend? – pytam w końcu.
– Nie jestem jeszcze gotowa na rozmowy – mówi Madeline.
Zostawiam ją samą.
Z powrotem przy biurku przeglądam stertę przesyłek, które uzbierały mi się od piątku; kilka tragicznie zapowiadających się powieści, których nigdy nie przeczytam, trochę listów od wielbicieli i zaproszenie na imprezę charytatywną, które przyciąga moją uwagę. Sączę kawę, marząc o tym, co mogłabym włożyć i kogo ze sobą zabrać, gdybym poszła. Naprawdę powinnam się bardziej angażować w działalność dobroczynną, po prostu jakoś nigdy nie starcza mi czasu. Madeline jest nie tylko głosem Porannej kawy, ale też twarzą Kryzysowego Dziecka. Zawsze mnie dziwiło, że współpracuje z największą krajową organizacją charytatywną dla dzieci, bo przecież ona ich nienawidzi i żadnych nie ma. Nigdy nawet nie wyszła za mąż. Jest całkiem sama, ale nigdy samotna.
Posortowawszy pocztę, czytam brief do dzisiejszego programu. Zawsze dobrze liznąć wcześniej trochę kontekstu. Nie mogę znaleźć swojego czerwonego długopisu, więc idę do szafki z artykułami biurowymi.
Ktoś uzupełnił zapasy.
Oglądam się przez ramię, a potem patrzę z powrotem na półki pełne schludnie ułożonych rzeczy. Łapię garść samoprzylepnych karteczek i czerwone długopisy, które wpycham do kieszeni. Wybieram wszystkie, aż pudełko zostaje puste. Pozostałych kolorów nie ruszam. Żadna z producentek nawet nie podnosi wzroku, kiedy wracam do biurka; nie widzą, jak chowam wszystko do szuflady i zamykam ją na klucz.
Kiedy już zaczynam się martwić, że moja jedyna koleżanka dziś nie przyjdzie, Jo wchodzi do biura i uśmiecha się do mnie. Ubrana jest tak samo jak zawsze, w niebieskie dżinsy i białą koszulkę, jakby wciąż tkwiła w latach dziewięćdziesiątych. Jej botki, których rzekomo nienawidzi, mają wytarte obcasy, a jasne włosy są wilgotne od deszczu. Siada przy sąsiednim biurku, naprzeciwko pozostałych producentek.
– Przepraszam za spóźnienie – szepcze.
Nikt poza mną nie zwraca na nią uwagi.
Jako ostatni, jak zwykle, pojawia się Matthew, wydawca programu. Jego spodnie rurki pękają w szwach – Matthew nosi je nisko na biodrach, żeby nie uciskały wydatnego brzuszka. Są trochę przykrótkie na jego długie nogi i odsłaniają kolorowe skarpetki wystające z lśniących brązowych butów. Matthew kieruje się prosto do swojego schludnego biurka pod oknem, z nikim się nie witając.
Nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego zespół składający się z samych kobiet i produkujący program kobiecy jest zarządzany przez mężczyznę. No, ale z drugiej strony to Matthew zaryzykował i dał mi szansę, kiedy moja poprzedniczka niespodziewanie odeszła z pracy, więc chyba nie powinnam się skarżyć.
– Matthew, skoro już raczyłeś się pokazać, możesz do mnie zajrzeć? – pyta Madeline z drugiej strony redakcji.
– A on już myślał, że ten poranek nie może być gorszy – szepcze Jo.
– Nadal jesteśmy umówione na drinka po pracy?
Kiwam głową, czując ulgę, że Jo nie zamierza znowu znikać zaraz po programie.
Patrzymy, jak Matthew łapie swoje notatki i pędzi do gabinetu Madeline. Poły jego ekstrawaganckiego płaszcza powiewają za nim, jakby chciały go unieść w powietrze. Kilka chwil później Matthew wyłania się na powrót z zagniewaną miną, czerwony na policzkach i zmieszany.
– Lepiej chodźmy do studia – mówi Jo, wyrywając mnie z zamyślenia.
Słusznie, w końcu za dziesięć minut wchodzimy na antenę.
– Sprawdzę, czy Jej Królewska Mość jest gotowa – odpowiadam, z przyjemnością widząc, że skłoniłam Jo do uśmiechu.
Matthew unosi zadbaną brew i rzuca mi spojrzenie. Nie powinnam była mówić tego na głos.
Zegar odlicza ostatnie minuty do pełnej godziny i wszyscy przygotowują się do programu. Razem z Madeline idziemy do studia i zajmujemy zwykłe miejsca na zaciemnionej scenie. Jo i reszta producentek obserwują nas przez ogromną szybę z bezpiecznych wyżyn galerii, jakbyśmy były zwierzętami z różnych gatunków, omyłkowo zamkniętymi na tym samym wybiegu. Na galerii jest jasno i głośno, pełno tam różnokolorowych guzików, które wydają się straszliwie skomplikowane, biorąc pod uwagę, jak proste jest w sumie to, co robimy: rozmawiamy z ludźmi i udajemy, że sprawia nam to przyjemność. W samym studiu z kolei panuje ciemność i niezręczna cisza. Stoją tu tylko stół, kilka krzeseł i dwa mikrofony. Madeline i ja siadamy bez słowa w półmroku, ignorując się nawzajem i czekając, aż zapali się czerwona lampka informująca o rozpoczęciu transmisji i będziemy mogły zacząć pierwszą część programu.
– Dzień dobry, zapraszamy na poniedziałkowe wydanie audycji Poranna kawa, przy mikrofonie Madeline Frost. Za chwilę dołączy do nas bestsellerowa autorka E.B. Knight, ale najpierw pomówimy o rosnącej liczbie kobiet będących głównymi żywicielkami rodziny. W rozmowach ze słuchaczami poruszymy temat wymyślonych przyjaciół. Czy mieliście ich w dzieciństwie? Może nadal macie…? Zadzwońcie do nas.
Znajome brzmienie jej radiowego głosu uspokaja mnie i przełączam się na autopilota, czekając na swoją kolej, by coś powiedzieć. Zastanawiam się, czy Paul już wstał. Ostatnio nie jest sobą; przesiaduje do późna w ogrodowej komórce, którą przerobił na gabinet do pisania, i kładzie się spać tuż przed tym, jak ja wstaję z łóżka, albo w ogóle nie śpi. Mówi na tę komórkę „chatka”. Ja wolę nazywać rzeczy po imieniu.
Spędziliśmy kiedyś wieczór z E.B. Knight. To było zaraz po sukcesie debiutanckiej powieści Paula. Ponad pięć lat temu, niedługo po tym, jak się poznaliśmy. Wtedy byłam reporterką telewizyjną. Wiadomości lokalne, nic specjalnego. Ale widok siebie na ekranie zmusza człowieka do dbania o wygląd. W tamtych czasach byłam szczupła, nie umiałam gotować; przed Paulem nie miałam dla kogo tego robić, a rzadko chciało mi się wysilać dla siebie samej. Poza tym byłam zbyt zajęta pracą. Przeważnie przygotowywałam materiały o wybojach na drodze albo kradzieży cyny z kościelnego dachu, aż któregoś dnia wtrąciło się przeznaczenie. Nasza specjalistka od show-biznesu zachorowała i posłano mnie w zastępstwie, żebym zrobiła wywiad z jakąś nową gwiazdą literacką. Nawet nie przeczytałam jego powieści. Miałam kaca i wcale mi się nie podobało, że muszę odwalać cudzą robotę, ale wszystko się zmieniło, kiedy do pokoju wszedł Paul.
Jego wydawca wynajął do tego wywiadu apartament w Ritzu. Pomieszczenie sprawiało wrażenie sceny, a ja czułam się jak aktorka, która nie nauczyła się kwestii. Pamiętam, że strasznie się denerwowałam, lecz kiedy Paul usiadł naprzeciwko mnie, zdałam sobie sprawę, że jest jeszcze bardziej stremowany. To był jego pierwszy wywiad dla telewizji i jakimś cudem udało mi się rozluźnić atmosferę. Po programie poprosił mnie o wizytówkę; nie sądziłam, że coś się za tym kryje, ale kamerzysta przez całą drogę do samochodu z lubością komentował „chemię” między nami. Gdy Paul zadzwonił do mnie wieczorem, czułam się jak pensjonarka. Rozmawialiśmy zupełnie swobodnie, jakbyśmy się znali od dawna. Powiedział, że za tydzień musi iść na jakieś rozdanie nagród i nie ma kogo zabrać. Zastanawiał się, czy jestem wolna. Owszem, byłam. Podczas ceremonii siedzieliśmy przy jednym stole z E.B. Knight; to prawie tak, jakbyśmy jedli kolację z legendą – bardzo pamiętna pierwsza randka. E.B. Knight była czarująca, bystra i dowcipna. Odkąd usłyszałam, że zaproszono ją do programu, cieszyłam się na kolejne spotkanie.