Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Biografia Vincenta Van Gogha, którą napisali Gregory White Smith i Steven Naifeh, to najbardziej wnikliwa i drobiazgowa opowieść o życiu tego artysty, jaka dotychczas powstała.


Van Gogh. ŻycieGregory White Smith i Steven Naifeh, autorzy monumentalnej biografii Vincenta Van Gogha postawili sobie za zadanie napisanie pracy, która z jednej strony dawałaby asumpt do polemiki z wcześniejszymi badaczami życia i twórczości artysty, a z drugiej trafiała do szerokiego grona odbiorców nie związanych profesjonalnie ze światem sztuki. Zamierzenie takie wydaje się z pozoru nieosiągalne – można zapytać, jak zadośćuczynić wymaganiom badaczy i pozostać jednocześnie zrozumiałym dla laików?

A jednak udało się: „Van Gogh. Życie” to książka fascynująca, najbardziej wnikliwa spośród wszystkich dotychczas napisanych na temat holenderskiego twórcy, a zarazem przystępna i tak najzwyczajniej w świecie ciekawa. Odpowiadają za to z pewnością w dużym stopniu literackie i dziennikarskie doświadczenie autorów przekładające się na umiejętność prowadzenia spójnej, intrygującej czytelnika narracji, mogącej unieść ciężar przytaczanych faktów. O ich ogromie może zaświadczyć, że same przypisy w swej pełnej objętości zajmują pięć tysięcy stron maszynopisu, co sprawiło, że opublikowano je na specjalnie utworzonej stronie internetowej, a nie drukiem.

O czym warto wspomnieć, autorzy dzięki współpracy z Muzeum Vincenta van Gogha w Amsterdamie uzyskali dostęp do dotychczas niewykorzystanych materiałów – wśród nich do nieopublikowanych listów członków rodziny malarza. Z kolei zaangażowanie w proces pracy nad książką specjalistów wielu dziedzin pozwoliło rzucić nowe światło na funkcjonujące powszechnie przekonanie o zamierzonej, samobójczej śmierci malarza i poddać ją w wątpliwość. Zresztą książka ta w wielu kwestiach rzuca nowe światło na zainteresowania i przekonania Van Gogha, co bierze się choćby z faktu krytycznego podejścia autorów do zachowanych listów artysty: stwierdzają wprost, że w korespondencji nierzadko mijał się on z prawdą, czy wręcz, dla osiągnięcia określonych celów rozmyślnie wprowadzał w błąd odbiorcę. Stwierdzenie tego wymagało od biografów doprawdy mrówczej pracy, której rezultatem jest książka zachwycająca w swej przenikliwości i przy tym niepowtarzalna, bo nikt przed nimi, pomimo stałej obecności Vincenta Van Gogha w kulturze, nie pokusił się o aż tak wnikliwą analizę.

Trzeba też dodać, że choć głównym bohaterem tej opowieści jest słynny twórca, to dotyczy ona w wielkim stopniu także drugiej osoby: jego młodszego brata Theo, jedynego naprawdę oddanego i wiernego przyjaciela artysty. Życie opisane przez Naifeha i White Smitha to wspólnota dwóch braci zżytych ze sobą tak mocno i połączonych nieprzeciętnymi więzami psychicznymi do tego stopnia, że śmierć jednego pociągnęła za sobą w krótkim czasie także zgon drugiego. To tragiczna, ale i piękna opowieść o niezłomnej wierze w drugiego człowieka w opozycji do historii o odrzuceniu przez rodzinę i społeczeństwo. Podczas gdy Theo wierzył w talent Vincenta aż do granic rozsądku, pozostali członkowie rodziny wyszydzali go i kpili z jego twórczości, czyniąc jego zagmatwane życie jeszcze bardziej nieznośnym.

W wymiarze uniwersalnym „Van Gogh. Życie” opowiada o cierpieniach, jakie sprowadza nieprzeciętny talent wyprzedzający swoje czasy, na tego, kto go posiada.

W wymiarze uniwersalnym „Van Gogh. Życie” opowiada o cierpieniach, jakie sprowadza nieprzeciętny talent wyprzedzający swoje czasy, na tego, kto go posiada. Uznanie, które przychodzi zbyt późno, dar nierozumiany przez otoczenie, próby dostosowania nieprzeciętnej jednostki do oczekiwań i miar adekwatnych dla zwykłych ludzi – wszystko to było udziałem Van Gogha, człowieka udręczonego nawrotami dolegliwości psychicznych, a jednocześnie obdarzonego niezwykłym sposobem widzenia świata, wrażliwością dostępną niewielu.

Przenikliwy portret psychologiczny artysty, jaki wyłania się z pracy Gregorego White Smitha i Stevena Naifeha pozwala zrozumieć koleje losu geniusza i zadumać się nad tym, że osobą, która najmniej zyskała na jego wybitnym talencie, był on sam. Nikodem Maraszkiewicz

Gregory White Smith, Steven Naifeh, Gregory White Smith, Van Gogh. Życie, Przekład: Bożena Stokłosa, Marcin Stopa, Wydawnictwo Świat Książki, Premiera: 18 listopada 2015, Premiera w tej edycji: 27 września 2017
 
 

Van Gogh. Życie

Gregory White Smith, Steven Naifeh, Gregory White Smith
Van Gogh. Życie
Przekład: Bożena Stokłosa, Marcin Stopa
Wydawnictwo Świat Książki
Premiera: 18 listopada 2015
Premiera w tej edycji: 27 września 2017
 

Prolog

Zaślepiona artystyczna dusza

Theo był przygotowany na najgorsze. Wiadomość, jaką otrzymał, mówiła tylko tyle, że Vincent „się zranił”. Spiesząc na dworzec, żeby złapać najbliższy pociąg jadący do Auvers, na przemian gorączkowo cofał się i wybiegał myślami do przodu. Poprzednią otrzymaną przez niego taką wiadomością był telegram od Paula Gauguina informujący go, że Vincent jest „poważnie chory”. Gdy przybył wówczas do położonego na południu Francji miasta Arles, okazało się, że brat leży w szpitalu na oddziale dla pacjentów z gorączką, nieprzytomny i z zabandażowaną głową. Co tym razem czekało go na końcu drogi?

W takich chwilach – a było ich wiele – Theo powracał myślami do czasów, gdy Vincent, jego niespokojny starszy brat, ogarnięty różnymi pasjami, potrafił żartować, a także okazywać innym nadzwyczajne współczucie i bezgranicznie zachwycać się światem. Gdy w dzieciństwie chodzili po polach i lasach otaczających holenderską wioskę Zundert, gdzie się urodzili, Vincent ukazywał mu uroki i tajemnice natury. Zimą uczył go jeździć na łyżwach i sankach, a latem budować zamki z piasku. I śpiewał swoim czystym pewnym głosem w kościele na niedzielnym nabożeństwie oraz w domu w salonie, przy akompaniamencie pianina. Potrafił do późnego wieczoru rozmawiać z nim w ich wspólnym pokoju na poddaszu. Theo wyznawał „kult” Vincenta, jak rodzeństwo żartobliwie określało łączące ich relacje. On sam z dumą mówił jeszcze po latach, że to było „uwielbienie”. To z takim Vincentem dorastał, z żądnym przygód przewodnikiem po świecie, inspirującym go i udzielającym mu nagany miłośnikiem wiedzy encyklopedycznej, a zarazem zabawnym krytykiem, rozdokazywanym towarzyszem zabaw, który mógł paraliżować spojrzeniem. Jak więc to możliwe, że ten Vincent, jego Vincent, przemienił się w kogoś przeżywającego taką udrękę?

Theo sądził, że zna odpowiedź na to pytanie: Vincent był ofiarą swojej zaślepionej artystycznej duszy. ,jW jeg° sposobie mówienia jest coś, co sprawia, że ludzie albo go kochają, albo nienawidzą – próbował tłumaczyć. – Nie oszczędza niczego i nikogo”. Gdy inni dawno temu uwolnili się od przyprawiających o zawrót głowy obsesji młodości, on nadal był pod ich bezwzględnym wpływem. Jego życiem zawładnęły tytaniczne, niemożliwe do zaspokojenia pasje. „Jestem fanatykiem!” -oznajmił w 1881 roku. „Czuję w sobie siłę (…) ogień, którego nie wolno mi stłumić i który muszę jeszcze podsycać”1 – wyznał. Robił wszystko z niecierpiącą zwłoki ślepą determinacją dziecka, obojętne czy było to łapanie chrząszczy na brzegu strumienia w Zundert, kolekcjonowanie i katalogowanie grafik, głoszenie Ewangelii, gorączkowe zaczytywanie się w utworach Szekspira i Balzaka czy uczenie się, jak oddziałują na siebie kolory. Nawet gazetę przeglądał „w furii”.

Te wybuchy wzmożonej gorliwości przemieniły chłopca skłonnego do niewytłumaczalnych gwałtownych reakcji w człowieka krnąbrnego i poturbowanego przez życie, obcego w świecie wygnańca z własnej rodziny, wroga samego siebie. Nikt lepiej niż Theo nie znał pełnego udręki życia brata, opisanego w około tysiącu zachowanych listów, świadczących o nieugiętych wymaganiach stawianych przez Vincenta sobie i innym, oraz o wynikających z tego niekończących się problemach. Nikt nie znał lepiej ceny, jaką Vincent płacił w samotności i w poczuciu zawodu za podejmowane w życiu ofensywy, które okazywały się daremne, kończąc się niczym. I nikt lepiej niż on nie zdawał sobie sprawy z bezskuteczności przestrzegania go przed samym sobą. „Dostaję szału, gdy ludzie mi mówią, że niebezpiecznie jest wypłynąć w morze – oznajmił kiedyś Vincent, gdy Theo próbował interweniować. – Bezpiecznie jest w samym środku niebezpieczeństwa”.

Czy mogło zaskakiwać, że tak zaślepiona artystyczna dusza tworzyła taką fanatyczną sztukę? Do Thea docierały krążące na temat brata pogłoski i plotki. „Cest un fou” – mówili o Vincencie ludzie, odrzuciwszy jego twórczość jako dzieło szaleńca osiemnaście miesięcy wcześniej, jeszcze przed wydarzeniami w Arles i pobytami Vincenta w szpitalach i zakładach psychiatrycznych. Jeden z krytyków uznał występujące w niej zdeformowane kształty i szokujące kolory za „wytwór chorego umysłu”. Sam Theo przez całe lata próbował bez powodzenia położyć kres widzeniu w twórczości brata braku umiaru. Gdyby tylko Vin-cent zechciał używać mniej farby, nie kładł jej tak grubo – marzył. – Gdyby tylko zwolnił i nie malował tak szybko tylu obrazów. „Czasami pracuję zbyt szybko. Czy to błąd? Nie potrafię inaczej” – odpowiadał wyzywająco Vincent na takie sugestie. Kolekcjonerzy chcą mieć dzieła wykonane starannie i ukończone -ciągle powtarzał mu Theo – a nie takie gwałtownie tworzone konwulsyjne studia. Ale Vincent nazywał je „obrazami pełnymi malarstwa”.

Theo z każdym szarpnięciem pociągu wiozącego go do miejsca nieszczęścia, jakie ostatnio przydarzyło się bratu, słyszał w głowie przez lata wypowiadane przez ludzi pogardliwe i kpiące słowa pod adresem Vincenta. Rodzinna duma i braterskie uczucia długo nakazywały mu oponować przeciwko uznawaniu Vincenta za obłąkanego. Według niego brat był po prostu „wyjątkowym człowiekiem” – jak Don Kichot walczącym z wiatrakami – być może szlachetnym
dziwakiem, ale nie szaleńcem. Jednak wydarzenia w Arles wszystko zmieniły. ,Wielu malarzy popadło w obłęd, lecz to oni zaczęli tworzyć prawdziwą sztukę -napisał później. – Geniusz wędruje tak tajemniczymi ścieżkami”.

Nikt nie wędrował bardziej tajemniczymi ścieżkami niż Vincent, który w swoim życiu zaliczył krótki, zakończony niepowodzeniem okres pracy w charakterze handlarza dziełami sztuki, chybioną próbę zostania duchownym, ewangelizacyjną misję wędrownego kaznodziei, wypad w dziedzinę ilustracji prasowej i w końcu krótką, gwałtowną aktywność artysty malarza. Wybuchowy, buntowniczy charakter van Gogha objawił się w najbardziej spektakularny sposób niż w licznych obrazach, których tworzenie wypełniało nędzne życie artysty nawet wtedy, gdy pobieżnie oglądane zalegały w szafach, na strychach i w pokojach gościnnych członków rodziny, przyjaciół i wierzycieli.

Theo uważał, że tylko poznanie charakteru i powodu łez jego brata, mogło naprawdę pozwolić na zrozumienie sztuki Vincenta z uporem tworzonej pod wpływem wewnętrznych impulsów. W ten sposób odpowiadał tym wszystkim, którzy odrzucali obrazy Vincenta, jego listy traktowali jako perory nieszczęśnika, a stanowili oni większość. Uparcie twierdził, że tylko znając Vincenta „od środka” można oczekiwać, że zobaczy się i odczuje jego sztukę w taki sposób, w jaki widział ją i odczuwał sam artysta. Zaledwie na kilka miesięcy przed tą pamiętną jazdą pociągiem z wdzięcznością napisał do pierwszego krytyka sztuki, który odważył się pochwalić twórczość jego brata: „Studiował pan te obrazy i dzięki temu bardzo dobrze zobaczył pan człowieka”.

Przedstawicieli świata sztuki końca XIX wieku interesował, tak jak Thea, temat wpływu losów artysty na jego twórczość. To podejście zapoczątkował Emile Zola wezwaniem do uprawiania sztuki „z ciała i krwi”, takiej w której malarstwo i życie malarza zlewają się w jedno. ,W obrazie szukam najpierw człowieka, a dopiero potem wszystkiego innego” – napisał. – Znaczenia dziejów życia artysty w jego sztuce poszukiwał żarliwie też Vincent van Gogh. „[Zola] mówi coś pięknego o sztuce (…): obrazie (dziele sztuki) szukam i uwielbiam człowieka – artystę«” – napisał w 1885 roku. Gorliwie gromadził informacje dotyczące biografii artystów, zbierał wszystko – od obszernych opracowań po „legendy”, „opowiastki” i najdrobniejsze pogłoski. Trzymając się przywołanego wyżej stwierdzenia Zoli, wypatrywał w każdym obrazie oznak tego, „jakiego rodzaju człowiek kryje się za płótnem”. U progu swojej artystycznej kariery, w 1881 roku, oznajmił przyjacielowi: „Generalnie, a w szczególności w wypadku artystów, przywiązuję taką samą wagę do człowieka, który wykonuje daną pracę, jak do niej samej”. Dla Vincenta sztuka, którą tworzył była prawdziwszym świadectwem jego życia, ukazującym więcej niż nawet grad listów, który zawsze temu życiu towarzyszył, świadectwem „jakże głębokim – jakże nieskończenie głębokim”. Van Gogh uważał, że każdy przypływ „spokoju i szczęścia”, tak samo jak każdy paroksyzm bólu i rozpaczy, znajduje swoje ujście w malarstwie, każda boleść – w pełnych bólu wizerunkach, każda sytuacja – w sztuce autoportretu. „Chcę malować to, co czuję i czuć, to, co maluję” – oznajmił. To przekonanie towarzyszyło mu do śmierci, od której dzieliły go zaledwie godziny, gdy Theo przybył do Auvers. Nikt nie mógł we właściwy sposób odbierać obrazów van Gogha, nie znając historii jego życia. „Jakie jest moje dzieło, taki jestem ja” -oznajmił.