Oceń artykuł:
0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

„Bikini” to niezwykła, napisana z rozmachem powieść, którą wielu czytelników zalicza do najlepszych w dorobku Janusza L. Wiśniewskiego.


BikiniAnna, młoda Niemka, dokumentuje okrucieństwo wojny w doszczętnie zniszczonym Dreźnie. Jest przekonana, że tylko za pomocą fotografii może pokazać światu, jak kończy się nienawiść do drugiego człowieka.
Sama podczas wojny straciła wszystko, swój dom, swoich najbliższych.

Zadanie sfotografowania wojennej rzeczywistości dostaje także Stanley, amerykański reporter. Dwoje ludzi, z czułością patrzących na losy innych, spotyka się w środku piekła, próbując odzyskać to, co zostało zabrane przez wojnę – wiarę w miłość.

Ich niezwykła odyseja będzie wiodła z Drezna przez Nowy Jork, aż po atol Bikini, który światu już zawsze będzie kojarzył się ze słynnymi testami broni nuklearnej.
Czy w takiej rzeczywistości może przetrwać nadzieja?

„Bikini” to niezwykła, napisana z rozmachem powieść, którą wielu czytelników zalicza do najlepszych w dorobku autora. W ciągu zaledwie dwóch lat od pierwszego wydania została przetłumaczona na 9 języków. Wielowarstwowa, pełna historycznych odniesień, pokazuje człowieka w jego najlepszej i najgorszej odsłonie.

Janusz L. Wiśniewski
Bikini
Wydawnictwo Znak
Premiera w tej edycji: 8 listopada 2017
 

Bikini

Drezno, Niemcy,

wczesny ranek, środa, 14 lutego 1945 roku

Obudziła ją cisza. Nie otwierając oczu, wsunęła powoli dłoń pod sweter. Serce biło. Zagryzła wargi. Potem mocniej. Jeszcze mocniej. Gdy poczuła słony smak krwi, otworzyła oczy. Żyła…
– Opowiesz mi bajkę? Przyniosę ci za to wody. Albo nawet papierosa. Opowiesz?
Odwróciła głowę w kierunku, z którego dochodził głos. Dwoje okrągłych niebieskich oczu wpatrywało się w nią uważnie. Uśmiechnęła się.
– Może być ta sama, co wczoraj – nalegał.
Podniosła rękę i bez słowa zaczęła delikatnie gładzić potargane włosy na głowie chłopca.
– Bajek nie opowiada się rano – wyszeptała. – Bajki opowiada się wieczorem.
Chłopiec nachylił się nad nią i pocałował ją w czoło. Strzępy słomy z jego jasnych włosów spadły na jej twarz, zaprószyły oczy, przykleiły się do krwi na wargach.
– Wiem, ale dzisiaj wieczorem muszę się modlić. Poza tym przez te samoloty nic nie słychać. Lepiej mi teraz opowiedz. Zanim umrzemy…
Poczuła nagle znajome ukłucie pod obojczykiem. Tylko Markus mógł powiedzieć coś takiego tak… no tak… no właśnie, do diabła, czyli jak?! Tak na marginesie. Tak absolutnie nieznacząco. Na wydechu, o wiele ciszej niż główne zdanie, prawie szeptem, z nadzieją że może jednak nikt tego i tak nie usłyszy. „Zanim umrzemy”. Jak gdyby mówił o gazecie wcale nie tej z wczoraj, ale o tej sprzed tygodnia! Dlatego zawsze wsłuchiwała się w Markusa do ostatniego dźwięku. Nauczyła się tego przed rokiem, gdy razem z Heidi i Hinnerkiem kradli czereśnie z ogrodu Zeissów…
Dr Albrecht von Zeiss miał szklane oko, które zasłaniał owalną, skórzaną przepaską zawiązywaną na łysinie z tyłu głowy, krótkie, krzywe nogi, ogromny brzuch i według Markusa był najbrzydszym i jedynym „piratem bez szyi”, jakiego znał. Odkąd tylko pamięta, zawsze chodził ubrany w galowy czarny mundur SS i brunatną koszulę. Zawsze też nosił czarny krawat i czerwoną przepaskę ze swastyką na lewym ramieniu. Nawet gdy wychodził tylko do ogrodu lub na spacer ze swoim wilczurem. Patrząc na Zeissa, można było pomyśleć, że Hitler ma urodziny każdego dnia.
Płot otaczający posiadłość Zeissów graniczył bezpośrednio z podwórzem kamienicy, w której mieszkała. Przy Grunaer Strasse 18, w centrum Drezna. Nikt tak do końca nie wiedział, jak to się stało, że w samym środku miasta za budynkami przy głównej, dwupasmowej ulicy znajdowała się willa z ogromnym ogrodem. Rodzice pytani o to ściszali głos, machali tylko ręką lub żartując, kazali zapytać samego Zeissa. Któregoś popołudnia w czerwcu Markus – miał wtedy siedem lat – podszedł pod płot ogrodu i krzyknął piskliwym głosikiem do Zeissa przycinającego krzaki róż:
– Dlaczego ma pan taki duży dom, a my mamy przez to takie małe podwórko?
Na podwórku zapadła grobowa cisza. Zeiss zrobił się czerwony na twarzy, rzucił ze złością nożyce na trawę, poprawił opaskę na oku, zapiął guziki munduru i zbliżył się do Markusa, wypychając swoim ogromnym brzuchem płot.
– Jak się nazywasz, szczeniaku? Nazwisko! – wycedził w kierunku chłopca.
Mały Markus z twarzą przyciśniętą do płotu tuż pod brzuchem Zeissa stanął na baczność, zadarł głowę do góry i z całych sił wykrzyknął:
– Nazywam się Markus Landgraf, jestem Niemcem i mieszkam w Dreźnie, na drugim piętrze.
Pamięta, że wszyscy – podwórko było tego słonecznego popołudnia pełne dzieci i dorosłych – wybuchnęli gromkim śmiechem. Zeiss wyglądał jak człowiek w ataku furii. Zacisnął dłonie na kolczastym drucie płotu, do twarzy napłynęła mu krew, było widać wyraźnie, jak drżą mu szczęki i na wargach pojawia się biała piana. Po chwili bez słowa odwrócił się i ruszył nerwowym krokiem w stronę domu. W pewnym momencie potknął się o metalowy kosz stojący pod drzewem czereśni i upadł. Podwórko znowu wypełniło się odgłosem śmiechu. Ona śmiała się najgłośniej i z największą nienawiścią…
Dwa dni później Heidi, piętnastoletnia siostra Markusa, Hinnerk, jego starszy siedemnastoletni brat, i ona spotkali się późnym wieczorem, po zapadnięciu zmroku, w piwnicy. Gałęzie rozłożystej czereśni w ogrodzie Zeissów uginały się pod ciężarem dojrzałych owoców. Czasami ustawieni rzędem pod płotem z otwartymi ustami patrzyli w milczeniu, jak lokaj i jednocześnie ogrodnik Zeissów, stojąc na drabinie, zrywa owoce. Czekali z nadzieją do końca. Aż lokaj zejdzie z drabiny. Nigdy do nich nie podszedł. Markus wtedy schylał się i rzucał za nim kamieniem. Czasami nawet trafiał. Lokaj i tak nie reagował. Nie pamięta też, aby kiedykolwiek odezwał się do nich chociaż jednym słowem.
Pamięta, że ostatnie czereśnie jadła podczas urodzin babci, latem 1943 roku. Pamięta także, jak babcia zamknęła drzwi prowadzące do ich kuchni, wsypała kilkanaście sztuk do poszczerbionego kamiennego kubka, owinęła go szarym papierem i nałożyła czarną gumkę do włosów. Dla Lukasa…
– Zaniesiesz mu? – zapytała proszącym głosem. – Zanieś mu teraz. I nie zapomnij przed tym zgasić światła w przedpokoju.
Zaniosła.
Zawsze gdy schodziła do skrytki pod podłogą w przedpokoju, myślała o pierwszym spotkaniu z Lukasem. Wystraszony mały chłopiec o kruczoczarnych włosach, ogromnych, nieomal czarnych jak węgiel oczach, siedzący skulony w najbardziej oddalonym rogu skrytki. Przez cały czas, na przemian po niemiecku i w jidysz, mówił „dziękuję“. Pewnego dnia po prostu pojawił się u nich…
Dziadek Lukasa, doktor medycyny Miroslaw Jacob Rootenberg, był lekarzem. Prowadził praktykę na przedmieściach Drezna od wielu lat. Babcia Marta przez długi czas uważała, że lekarze w ogóle nie są światu potrzebni. To było dziwaczne, bo jej własny mąż sam był przecież lekarzem. Zwykła mawiać, że „tajemnica medycyny polega wyłącznie na tym, aby zająć czymś w tym czasie pacjenta, a natura i tak sama sobie ze wszystkim poradzi”. Tak uważała do chwili, gdy jej syn zachorował, rok i sześć miesięcy po urodzeniu, na tajemniczą chorobę. Najpierw, tuż po urodzeniu się syna, zmarł na gruźlicę – którą zaraził się od pacjenta – jej mąż. Teraz umierał syn. Żaden z niemieckich lekarzy nie potrafił pomóc. Przez zupełny przypadek, dzięki radzie znajomej polskiej Żydówki, która tak jak ona przybyła do Drezna z Opola, trafiła do gabinetu Rootenberga. To Rootenberg natychmiast rozpoznał zapalenie opon mózgowych. I to on przepisał antybiotyki. Babcia Marta uważała, że nie może istnieć na świecie wdzięczność większa niż ta, jaką poczuła ona, gdy po kilku dniach syn obudził się ze śpiączki i znowu się do niej uśmiechnął.
Gdy pewnego dnia w jej domu pojawił się Lukas ze swoimi rodzicami, którzy przy końcu rozmowy zdobyli się na odwagę, aby zapytać, czy Lukas mógłby „w tych okolicznościach i w tej sytuacji zostać tutaj na jakiś czas”, babcia Marta poprosiła do swojego pokoju synową i wnuczkę.
– Mamo, jak możesz w ogóle pytać – odpowiedziała jej matka i wzięła Lukasa na ręce.
Od tego dnia Lukas zamieszkał z nimi. Pod podłogą…
Tego wieczoru mieli „pomóc” ogrodnikowi Zeissów. Ale tak naprawdę to przede wszystkim drzewu czereśni Zeissów. Nie wie nawet, jak to się stało, ale nagle do piwnicy, w piżamie i kaloszach, z małym metalowym wiaderkiem w dłoni, wkroczył Markus. Nie mieli wyboru. Musieli go zabrać ze sobą. Nad bramką do ogrodu nie było drutu kolczastego…
Objadała się w ciemności czereśniami prosto z drzewa. Tylko kilka sztuk zdążyła wrzucić do wiklinowego koszyka. Nagle zapaliło się światło w jednym z okien na pierwszym piętrze willi Zeissów. Po chwili usłyszeli znajome ujadanie wilczura wypuszczonego na balkon. Zaczęli w popłochu uciekać. Była blisko płotu, gdy usłyszała za sobą trzask łamanych gałęzi i zaraz potem głos Markusa. Cofnęła się pod drzewo.
– Markus, co jest?! – wyszeptała.
– Wszystko w porządku, tylko się poślizgnąłem. Dawno nie jadłem takich dobrych czereśni. Te na wyższych gałęziach są największe. Mam pełne wiadro. Szkoda, że nie zabrałem torby taty. A ty? Dużo zerwałaś? – zapytał.
– Markus, co jest, do cholery? – powtórzyła ze zniecierpliwieniem w głosie.
– Wyciągniesz mi ten gwóźdź z ręki? – wyszeptał spokojnie.
– Jaki gwóźdź, Markus? – zapytała, nie rozumiejąc.
– No ten – odpowiedział cicho, podnosząc do góry prawą dłoń.
Brunatny, zardzewiały gwóźdź wystający z kawałka mokrej deski przebił na wylot dłoń Markusa i wyszedł po drugiej stronie.
– Boże, tylko nie płacz teraz…
– Wyciągniesz? – powtórzył Markus spokojnym głosem, wypluwając pestkę czereśni.
Ścisnęła mocno jego nadgarstek lewą ręką, a prawą chwyciła za deskę, pociągając w kierunku swojej twarzy. Po chwili byli przy płocie.
Dwa tygodnie później Hans-Jürgen Landgraf, ojciec Heidi, Markusa i Hinnerka, niepozorny, rachityczny, od zawsze chory, ciągle kaszlący, spokojny, wyglądający, jak gdyby miał umrzeć za chwilę, urzędnik pracujący w biurze zabezpieczenia głównego dworca w Dreźnie, specjalnym rozkazem został przeniesiony „w trybie natychmiastowym na bardziej odpowiedzialne stanowisko”. Na froncie wschodnim…
– Tylko nie płacz teraz – powiedział chłopiec, ścierając palcem łzy zbierające się wokół jej oczu. – Wszyscy tutaj teraz płaczą. Nawet Zeiss. A Heidi to wyła i miauczała przez całą noc. Jak kotka Roesnerów z trzeciego piętra w marcu. Nie mogłem w ogóle spać.
– Markus, no co ty! Przecież umówiliśmy się w ogrodzie u Zeissów. Zapomniałeś? Ja nie płaczę. To tylko ta słoma z twoich włosów. Wpadła mi do oczu. Naprawdę nie płaczę – powiedziała, wymuszając radość w głosie.
Chłopiec podniósł się z kolan, otrzepał energicznie spodnie wsunięte w filcowe kamasze i naciągnął na głowę wełnianą czapkę. Stojąc w rozkroku przed nią, próbował zbyt krótkimi rękami dosięgnąć kieszeni monstrualnie za dużej kurtki. Kieszenie były na wysokości jego kolan.
– To ty teraz pomyśl, a ja przyniosę ci wody.
Patrzyła, jak powoli się oddala, przechodząc pomiędzy śpiącymi na podłodze ludźmi. Za chwilę zniknął w krużganku prowadzącym do bramy w południowej nawie kościoła.
Podniosła się i klęcząc, rozglądała się dookoła. Przez wielką wyrwę w dachu powstałą po drugim nocnym nalocie przedostawała się szarość zachmurzonego nieba, oświetlając rozproszoną poświatą kilkanaście metrów eliptycznej przestrzeni wokół ołtarza. Cała reszta pozostawała w mroku przechodzącym stopniowo w ciemność. Tak jak u Dürera, na obrazach, które oglądała, jeszcze przed wojną, podczas szkolnej wycieczki, w muzeum w Berlinie! I tak jak u znienawidzonej przez jej ojca Leni Riefenstahl, którą – ale tylko jako fotografkę – podziwiała stokroć bardziej niż Dürera! Riefenstahl potrafiła zatrzymać moment, Dürer go tylko odtwarzał i dodając zbyt dużo od siebie, przesadzał. Do granicy kiczu. Zupełnie nie można było odróżnić granicy przenikających się nawzajem kolorów. Wszystko było tylko w doskonale nakładających się na siebie odcieniach szarości. Magicznie, bezgranicznie szare. Bez linii granic szare. Patrzyła na to jak oczarowana. Takie światło nie zdarza się często. Może tylko raz w życiu, „zanim umrzemy…”. Wstała i pośpiesznie otworzyła walizkę. Wyciągnęła ostrożnie owinięte w grubą, futrzaną kamizelkę zawiniątko. Wydobyła z niego aparat fotograficzny.
Mama kazała jej wczoraj – podczas pierwszego alarmu – zabrać tylko „najpotrzebniejsze rzeczy”. Najpierw owinęła pieczołowicie aparat i ułożyła ostrożnie na grubej poduszce ze swetrów. W pierwszej chwili sądziła, że to wszystkie „najpotrzebniejsze rzeczy”, jakie ma. Potem, poganiana coraz głośniejszymi pokrzykiwaniami matki stojącej w przedpokoju, biegnąc do drzwi, zmieniła zdanie. Wróciła do swojego pokoju i dodała przewiązany jej podwiązką plik kopert z listami od Hinnerka, fotografię babci, jej obrączkę, którą zdjęła z jej palca, wszystkie podręczniki do nauki angielskiego, jedną ulubioną sukienkę, trzy komplety bielizny na zmianę, oprawiony w skórę atlas świata, który dostała jako nagrodę za najlepsze wyniki w nauce, pisany od siedmiu lat pamiętnik schowany pod materacem i ogromny jak piłka zwitek waty, którą w tajemnicy podkradała mamie. Miała akurat „swoje dni”. Miała je regularnie, co miesiąc, od ponad sześciu lat, ale mama nie zdążyła tego zauważyć. Albo tylko udawała.
Jej matka nie chciała, aby córka przed końcem wojny stała się kobietą. Kobietę można zgwałcić. A potem wysłać jej syna na front. A potem czekać na listy od niego. A na końcu odebrać żółtawą, opieczętowaną ze wszystkich stron kopertę, wyjąć z niej drżącymi dłońmi szary arkusz papieru z jakimś ogromnym numerem w nagłówku, dowiedzieć się, że to „osobiście od Führera” – chociaż bez podpisu – i przeczytać, że ten ogromny numer „poległ ku chwale”. Jej matka nienawidziła Führera. Oficjalnie, ale przede wszystkim osobiście. Ta nienawiść do Hitlera była rodzajem namiętności, którą z prawdziwym oddaniem pielęgnowała w duszy i która pozwalała jej radzić sobie z własną bezsilnością, niezasłużoną samotnością i z pragnieniem zemsty. Za to czekanie na listy od męża, za jego odmrożone pod Stalingradem nogi, za nieskończony smutek wierszy, które pisał dla niej, za nieudolnie wyskrobywane żyletką przez cenzora angielskie tłumaczenia tych wierszy i za ich wspólny, od dawna dzielony wstyd, że są Niemcami. Ale przede wszystkim za żółtawą kopertę, którą odebrała na schodach od roztrzęsionego, unikającego jej wzroku młodego listonosza w wyświechtanym mundurze. W środowe upalne południe 12 maja 1943 roku. I także za to, że każdej nocy śni ten ogromny numer, którego nauczyła się na pamięć, i za to, że nie ma nawet grobu, którego mogłaby dotykać, przy którym mogłaby uklęknąć i przy którym mogłaby należnym jej prawem rozpaczać…
A potem, gdy sądziła, że nie może istnieć jeszcze większa, jeszcze bardziej szczera nienawiść, zaczęła nienawidzić jeszcze bardziej. Za swoją matkę, która w poszczerbiony kubek pakowała czereśnie dla żydowskiego chłopca przechowywanego w klatce pod podłogą ich przedpokoju…
Matka z największą, gorliwą namiętnością nie tylko nienawidziła, ale także gardziła Adolfem H. Tym „niedorozwiniętym, małym, pokracznym, niedouczonym, psychicznie chorym od momentu poczęcia pomiotem, budzącym odrazę, sikającym pod siebie ze strachu, zakompleksionym impotentem z Austrii, który jako przestępca nigdy nie powinien dostać niemieckiej wizy…”. Pamięta, że gdy pierwszy raz usłyszała to z ust matki, miała nie więcej niż dziesięć lat. Jeszcze przed wojną. Ojciec zerwał się wtedy z krzesła i natychmiast zamknął okno, a ona zapytała, kto to jest impotent, co to jest poczęcie i co to jest wiza. Mama uśmiechnęła się tylko, wzięła ją na kolana i zaplatając drżącymi rękami jej włosy w warkocze, szeptała coś jeszcze bardziej niezrozumiałego do jej ucha. Pamięta, że ojciec spojrzał wtedy na matkę z podziwem.
– Chrisie, bądź sprawiedliwa, nie wiemy, czy Hitler jest impotentem, a jeśli nawet tak jest, to należy mu się współczucie. To bardzo bolesna sprawa dla każdego mężczyzny. Pewne jest także, że wtedy, gdy przyjechał do Niemiec, nie był żadnym przestępcą, poza tym Austriacy nie potrzebują wizy, aby wjechać do Niemiec – powiedział cicho. – To zostało już dawno ustanowione traktatem z…
– Wiem. Oczywiście, że wiem! Wiem także, którym idiotycznym traktatem – przerwała ojcu, dotykając palcami jego warg, jak gdyby chcąc go uciszyć. – Boże, jak ja wiedziałam, że mi to powiesz. Uwielbiam cię. Także za to – wyszeptała.
Przecisnęła się przez tłum w kierunku schodów prowadzących na ambonę znajdującą się dokładnie naprzeciwko ołtarza. Przystanęła na chwilę i ustawiła naświetlenie i przysłonę. Szybko wbiegła krętymi schodami na górę. Słyszała przekleństwa siedzących na schodach ludzi przebudzonych lub potrącanych przez nią. Zdyszana dotarła do niewielkiego eliptycznego placu, otoczonego zamknięciem z kamiennych, rzeźbionych kolumn tworzących rodzaj balustrady. Zatrzymała się. Dziewczyna w granatowej wełnianej sukience zwiniętej do góry, z nagimi, sterczącymi piersiami objętymi męskimi dłońmi i rozłożonymi szeroko nogami unosiła się i opadała, siedząc na udach mężczyzny leżącego pod nią na marmurowej posadzce ambony. Nieoczekiwanie stanęła na wprost niej. Dziewczyna – mogła być w jej wieku lub niewiele starsza – otworzyła oczy. Uśmiechnęła się przyjaźnie. Po chwili je zamknęła. Na chwilę przestała się poruszać. Zwilżyła wargi językiem, podniosła palce do ust, zmoczyła śliną, opuściła je na dół, zasłoniła dłonią plamę z jasnych włosów pomiędzy szeroko rozłożonymi udami, uniosła się i odchyliła do tyłu głowę. Dziewczyna była jak w innym świecie, zupełnie nie zwracała uwagi na nic, co działo się wokół. Znowu zaczęła rytmicznie podnosić się i opadać. Rozpuszczone, długie blond włosy dotykały twarzy leżącego pod nią mężczyzny…
Poczuła zawstydzenie. Ale także ciekawość. I rodzaj podniecenia. A zaraz potem jeszcze większy wstyd. Taki inny, z jednoczesnym poczuciem winy. Za to podniecenie. Że odczuwa je nawet teraz, w tych okolicznościach i w tym miejscu. Wszystko inne było zupełnie normalne i zupełnie pasowało do rzeczywistości. Przypomniała sobie swoje rozmowy na ten temat w domu…
Była wystarczająco „dużą dziewczynką”, aby wiedzieć i w pełni zrozumieć całe to wydarzenie. Seks nie był dla niej żadnym tabu. I to już od dawna. Co wcale nie było normalne. Seks w Trzeciej Rzeszy już dawno przestał być najbardziej osobistą, intymną sprawą. Seks był sprawą publiczną i polityczną. Głównie dlatego, że miał pomnażać naród. I tylko to się liczyło. Niemiecka kobieta miała rodzić jak najwięcej dzieci i do tego jak najwcześniej. Wcale nie musiała nic wiedzieć o seksie. Może nawet lepiej, że nie wiedziała. Coś takiego jak wychowanie seksualne nie istniało. To było paranoiczne, ponieważ z jednej strony zachęcano do rozmnażania, do którego nie mogło dojść bez seksu, a z drugiej okrywano seks tajemnicą. Więcej o nim dowiadywała się – jeśli w ogóle można nazwać to wiedzą – z szarych propagandowych ulotek rozkładanych na parapetach okien w szkole niż od nauczycieli w trakcie lekcji. W tych ulotkach nie było nic o bliskości, więzi, rodzinie i miłości. Było za to dużo o obowiązku, o macicy i o przyszłości wielkiego i licznego czysto niemieckiego narodu. Przeczytała taką ulotkę, gdy jeszcze nie wiedziała, co to jest macica. Miała wtedy trzynaście lat. Przeczytała tylko jedną taką. Potem je ignorowała.
Niedługo skończy dwadzieścia dwa lata. Niektóre z jej koleżanek w tym wieku miały już trójkę dzieci. Pierwsze urodziły, gdy były jeszcze w gimnazjum. Dostawały wtedy okolicznościowy urlop, rodziły i po roku, gdy nadal miały na to ochotę, wracały do szkoły. Ważne było jedynie to, że urodziły aryjskie dziecko. Wcale nie musiały wychodzić za mąż. Marianne na przykład, notabene córka ewangelickiego pastora, z którą siedziała przez cały rok w jednej ławce, urodziła dwóch chłopców i dziewczynkę. Chłopcy, urodzeni podczas jej nauki w gimnazjum, to bliźniacy, ich ojcem był Hans-Jürgen, dziewczynkę urodziła, gdy Hans-Jürgen od jedenastu miesięcy był na froncie, więc to z pewnością nie on był jej ojcem. Odkąd kraj potrzebował dzieci, nie było z tym większych problemów. Tak naprawdę nie było z tym żadnych problemów. Niemieckie kobiety miały rodzić, a niemieccy mężczyźni jak najczęściej je zapładniać. Żony, kochanki, przyjaciółki, znajome jednego wieczoru lub ostatniej, jednej godziny, prostytutki, jakkolwiek je nazwać. Najlepiej było, gdy niemieckie kobiety zapładniali esesmani. Oni byli rasowo najbardziej pewni. Nakazem prawa, ustanowionym przez Himmlera, ich rasową czystość sprawdzano na wieki wstecz. Esesmanem mógł stać się jedynie ten mężczyzna, w którego drzewie genealogicznym „czystość rasowa” nie budziła wątpliwości od 1 stycznia 1750 roku. Taką datę, z nieznanych nikomu powodów, ustalił Himmler. Marianne urodziła nieślubne dziecko esesmana. Dzieci esesmanów były „szlachetnym podarunkiem dla niemieckiego narodu”. Nie wie, czy tak było w przypadku Marianne, która po urodzeniu trzeciego dziecka nie wróciła do szkoły.
Rozmawiała o tym często z rodzicami. Jej rodzice nie czynili z seksu żadnego tabu. Gdy skończyła szesnaście lat, na półkach ich domowej biblioteczki w salonie pojawiła się nagle książka holenderskiego autora van de Velde. To był w pewnym sensie akt odwagi ze strony rodziców. Zarówno naziści, jak i niemiecki Kościół zakazali czytania jego książki. Wyjątkowo zgodnym głosem. Kościół, ku radości reżimu, umieścił ją nawet na liście „ksiąg zakazanych”. Naziści ją potępiali jako „szkodliwą społecznie”, Kościół czytania jej zabraniał. Co tylko zwróciło na nią jeszcze większą uwagę. Nagle mało znany w Niemczech ginekolog z Holandii stał się synonimem zła i występku. I tylko dlatego, że pozwolił sobie przedstawić, naukowo opisać i pochwalić – to był ten jego największy występek – zmysłowy seks nieprowadzący do prokreacji, a tylko do bliskości i spełnienia pary kochających się ludzi. Czytała tę książkę najpierw z trudem (jej ojciec – celowo – zdobył angielskie tłumaczenie), potem uczyła się na niej angielskiego, a potem, gdy już wszystko rozumiała, zachwycała się nią.
To, co było zwyczajne w jej domu, nie było wcale takie zwyczajne gdzie indziej. Wiedziała o tym od swoich rówieśnic. One o seksie dowiadywały się głównie z okrytych tanią sensacją, szeptanych na ucho „zasłyszanych relacji” starszych, tak zwanych bardziej doświadczonych w tej materii, koleżanek. Ona mogła rozmawiać o tym z rodzicami bez żadnego skrępowania. Ale jedynie wtedy, gdy nie było przy tym babci Marty. Babcia uważała, że dzieci powinny być poczęte tylko w ciemności, w małżeńskich łóżkach, i rodzić się tylko prawowitym żonom. I wyłącznie żonom jednego mężczyzny. Tym poślubionym w kościele. Na całe życie. Wszystko inne jest grzechem i wstrętnym bezeceństwem. Odkąd nastał „ten pokraka i rozpustnik Hitler”, zrobiło się inaczej. Tak uważała babcia. Hitler, jej zdaniem, „zbrukał i zhańbił Niemcy” jak nikt nigdy dotąd. „Niby taki święty”, a uczynił z Niemiec „największy burdel na świecie”. To jej własne słowa.