Miliony czytelników na świecie zachwyciły się magią bestsellerowego cyklu „Belgariada” Davida Eddingsa. Teraz dawni wielbiciele mogą raz jeszcze przeżyć tamten zachwyt, a niewtajemniczeni wyruszyć w niezwykłą podróż, pełną fantazji i przygód. Całość w jednym opasłym tomie.


BelgariadaWszystko zaczyna się od kradzieży Klejnotu, który od tak dawna chronił Zachód przed złym bogiem. Dopóki Klejnot przebywał w Rivie, jak stwierdzało proroctwo, tutejszy lud będzie bezpieczny od niszczącej mocy.

Garion, prosty chłopak z farmy, dobrze zna legendę o Klejnocie, ale co do magii pozostaje dość sceptyczny. Aż zrządzeniem losu przekonuje się, że nie tylko legenda Klejnotu jest prawdziwa, ale że on sam musi wyruszyć z misją niebezpieczną i niezwykłą, by go odzyskać.

Garion bowiem jest dzieckiem przeznaczenia, sam los prowadzi go coraz dalej od domu, nieuchronnie pchając ku dalekiemu celowi, ku przerażającej konfrontacji z najczarniejszą magią – a od wyniku starcia zależeć będzie przyszłość świata.

***

Cudowne… Eddings ma wspaniały styl prawdziwego bajarza… Zadziwiająco dobrze sportretowane i złożone postacie… Więcej! Więcej! Więcej!
Anne McCaffrey

***

Cykl „Belgariada” składa się z pięciu ksiąg:

Pionek Proroctwa (Pawn of Prophecy, 1982) – przekład: Piotr W. Cholewa
Królowa magii (Queen of Sorcery, 1982) – przekład: Piotr W. Cholewa
Gambit magika (Magician’s Gambit, 1983) – przekład: Piotr W. Cholewa
Wieża czarów (Castle of Wizardry, 1984) – przekład: Paulina Braiter
Ostatnia rozgrywka czarodziejów (Enchanters’ End Game, 1984) – przekład: Paulina Braiter

David Eddings (1931–2009) amerykański pisarz fantasy. Po ukończeniu University of Washington służył w Armii Stanów Zjednoczonych, a następnie pracował jako sprzedawca w firmie Boeing Aircraft Company i nauczał angielskiego w college’u. Ostatni okres życia spędził w Newadzie. W 1973 roku opublikował swoją pierwszą powieść „High Hunt”, ale to właśnie cykl „Belgariada” przyniósł mu największą sławę.

David Eddings
Belgariada
Przekład: Piotr W. Cholewa, Paulina Braiter
Wydawnictwo Prószyński Media
Premiera: 7 listopada 2017
 
 

Belgariada


Pionek Proroctwa

przekład: Piotr W. Cholewa

PROLOG

będący historią wojny bogów
i dzieł czarodzieja Belgaratha
adaptacja z Księgi Alornów

Gdy świat był jeszcze młody, siedmiu bogów żyło w harmonii, a rasy ludzi zdawały się stanowić jeden naród. Belara, najmłodszego z bogów, ukochali sobie Alornowie. Mieszkał wśród nich i ich miłował, a oni rośli pod jego opieką. Inni bogowie także zbierali przy sobie ludy i każdy z bogów miłował swój naród.
Lecz najstarszy brat Belara, Aldur, nie był bogiem żadnego narodu. Mieszkał z dala od ludzi i bogów aż do dnia, gdy odnalazło go zbłąkane dziecko. Przyjął chłopca na swego ucznia i nazwał Belgarathem. Belgarath poznał sekrety Woli i Słowa, i stał się czarodziejem. W latach, które nadeszły, inni także szukali samotnego boga. Połączyli się w bractwo i pobierali nauki u stóp Aldura, a czas nie miał do nich dostępu.
I zdarzyło się, że wziął Aldur kamień w kształcie kuli, nie większy niż serce dziecka, i obracał go w dłoniach, aż stał się żyjącą duszą. Wielką miał moc ten kamień, zwany przez ludzi Klejnotem Aldura; Aldur dokonywał nim cudów.
Ze wszystkich bogów najpiękniejszy był Torak. Lud Angaraków składał mu ofiary i nazywał go Panem Panów, a Torakowi słodki był dym ogni ofiarnych i słowa uwielbienia. Nadszedł wszelako dzień, gdy usłyszał o Klejnocie Aldura, i od tej chwili nie zaznał spokoju.
Wreszcie, skryty pod maską obłudy, stanął przed Aldurem.
– Bracie mój – powiedział. – Nie jest właściwe, byś trwał z dala od naszej kompanii i rady. Odrzuć Klejnot, który oderwał twój umysł od myśli o nas.
Aldur zajrzał w duszę brata i upomniał go:
– Czemu szukasz władzy i panowania, Toraku? Nie wystarczą ci Angarakowie? Nie próbuj w swej bucie posiąść Klejnotu, by cię nie zabił.
Wielki wstyd poczuł Torak, gdy usłyszał słowa Aldura. Uniósł dłoń i uderzył brata, a potem uciekł, porywając Klejnot.
Inni bogowie błagali Toraka, by zwrócił Klejnot, lecz odmawiał. Wtedy powstały rasy ludzi i ruszyły do bitwy przeciw hufcom Angaraków. Wojny ludzi i bogów szalały na ziemi, aż niedaleko wyżyny Korim Torak wzniósł Klejnot i zmusił, by połączył swą wolę z jego wolą i rozbił ziemię na części. Góry runęły i napłynęło morze. Lecz Belar i Aldur połączyli swą moc i wznieśli morzu bariery. Jednak ludzie zostali rozdzieleni, a z nimi bogowie.
A kiedy Torak podniósł żywy kamień Aldura przeciwko ziemi, jego matce, Klejnot zbudził się i zajaśniał świętym ogniem. Błękitny płomień spalił twarz Toraka. Urodziwy bóg w męce powalił góry; w bólu rozłupał ziemię; w agonii wpuścił morze. Lewa ręka zapłonęła mu i wypaliła się na popiół, lewa strona twarzy stopniała jak wosk, a lewe oko zagotowało się w oczodole. Z wielkim krzykiem skoczył w morze, by zgasić ogień, lecz cierpienie nie miało końca.
Gdy wynurzył się z wody, jego prawa strona pozostała piękna, lecz lewa była spalona i poraniona straszliwie ogniem Klejnotu. Dręczony bólem poprowadził swój lud ku wschodowi, gdzie na równinach Mallorei zbudowali wielkie miasto. Nazwali je Cthol Mishrak, Miasto Nocy, gdyż Torak w ciemności skrywał blizny. Angarakowie wznieśli dla swego boga żelazną wieżę i umieścili Klejnot w żelaznej szkatule na samym wierzchołku. Torak przychodził tam często i odchodził, płacząc. Lękał się, by nie pokonało go pragnienie ujrzenia Klejnotu, bo wtedy by zginął.
Stulecia mijały, Angarakowie zaczęli nazywać swego okaleczonego boga Kal Torakiem, jednocześnie królem i bogiem.
Belar zabrał Alornów na północ. Ze wszystkich ludów ci byli najtwardsi i najwaleczniejsi, a Belar tchnął w ich serca wieczną nienawiść dla Angaraków. Z okrutnymi mieczami i toporami w dłoniach przemierzali północne krainy aż po pola wiecznego lodu, szukając drogi do swych nieprzyjaciół.
Tak było do czasu, gdy Cherek o Niedźwiedzich Barach, największy z królów Alornów, dotarł do Doliny Aldura i odnalazł Belgaratha Czarodzieja.
– Droga na północ jest otwarta – powiedział. – Znaki i przepowiednie nam sprzyjają. Nadszedł czas, byśmy odszukali przejście do Miasta Nocy i odebrali Jednookiemu Klejnot.
Poledra, żona Belgaratha, nosiła już dziecko i czarodziej nie chciał jej opuszczać. Słowa Chereka przekonały go jednak. Wykradli się nocą, by dołączyć do synów Chereka, Drasa o Byczym Karku, Algara o Chyżych Stopach i Rivy Żelaznopalcego.
Okrutna zima ścisnęła Północ i mokradła lśniły pod gwiazdami od szronu i szarego jak stal lodu. Szukając drogi, Belgarath rzucał zaklęcie i przybierał postać szarego wilka. Bezgłośnie przemykał po zaśnieżonym lesie, gdzie drzewa trzeszczały i pękały od przenikliwego mrozu. Szron posrebrzył pysk i grzywę wilka; na zawsze już pozostały srebrne broda i włosy Belgaratha.
Poprzez śnieg i mgłę dotarli do Mallorei i wreszcie stanęli w Cthol Mishrak. Znalazłszy sekretne przejście do miasta, Belgarath powiódł ich do stóp żelaznej wieży. W milczeniu wspinali się na pordzewiałe schody, od dwudziestu wieków nietknięte ludzką stopą. Lękliwie zakradli się do komnaty, gdzie Torak dręczony bólem rzucał się we śnie, kryjąc okaleczoną twarz pod stalową maską. Bezszelestnie przebiegli obok śpiącego boga i wreszcie wkroczyli do komnaty, gdzie leżała żelaz­na szkatuła, w której spoczywał żywy Klejnot.
Cherek skinął na Belgaratha, by wziął Klejnot, lecz czarodziej odmówił.
– Nie mogę go dotknąć – rzekł – bo mnie zniszczy. Kiedyś przyjmował dotyk boga i człowieka, lecz jego wola stwardniała, gdy Torak wzniósł go przeciw jego matce. Nie pozwoli już tak się wykorzystać. Czyta w naszych duszach. Tylko człowiek bez złych intencji, tak czysty, że nie myśląc o władzy i posiadaniu, weźmie go i poniesie, narażając życie – tylko ten może go teraz dotknąć.
– Który z ludzi w mroku swej duszy nie żywi złych intencji? – spytał Cherek.
Riva Żelaznopalcy otworzył szkatułę i wyjął Klejnot. Płomień zajaśniał mu przez palce, lecz Riva nie spłonął.
– Niech tak będzie, Chereku – odparł Belgarath. – Twój najmłodszy syn jest czysty. Jego przeznaczeniem i przeznaczeniem tych, którzy przyjdą po nim, jest nieść i chronić Klejnot. – Westchnął, bo wiedział, jaki ciężar kładzie na barki Rivy.
– Nie jest sam, ma mnie i braci – zauważył Cherek. – Podtrzymamy go, dopóki będzie niósł ten ciężar.
Riva owinął Klejnot płaszczem i ukrył pod tuniką. Przebiegli znowu przez komnatę kalekiego boga, po zardzewiałych stopniach w dół, sekretnym przejściem do bram miasta i dalej, ku pustkowiom.
Wkrótce Torak obudził się i poszedł, jak zawsze, do komnaty Klejnotu. Zobaczył otwartą szkatułę. Klejnot zniknął. Straszliwy był gniew Kal Toraka. Chwyciwszy swój wielki miecz, bóg zszedł z żelaznej wieży, odwrócił się i uderzył raz tylko, a wieża runęła. Potem krzyknął do Angaraków głosem gromu:
– Za to, że staliście się niedbali i nieuważni, że pozwoliliście złodziejom ukraść to, za co tak drogo zapłaciłem, zburzę miasto i przepędzę was. Angarakowie tułać się będą, póki nie wróci do mnie Cthrag Yaska, płomienny kamień.
Potem zmienił Miasto Nocy w ruinę, a hufce Angaraków pognał na pustkowie. Cthol Mishrak przestało istnieć.
Belgarath z oddali usłyszał hałas i wiedział, że Torak się przebudził.
– Teraz ruszy za nami – oznajmił. – I tylko moc Klejnotu zdoła nas ocalić. Kiedy się zbliżą, niech Żelazna Dłoń wzniesie Klejnot, by go zobaczyli.
I podeszli Angarakowie prowadzeni przez Toraka, lecz Riva podniósł Klejnot, a okaleczony bóg i jego hufce zobaczyli go wyraźnie. Klejnot poznał swego wroga. Nienawiść rozgorzała na nowo i niebo zapłonęło od jego furii. Torak krzyknął i zawrócił. Pierwsze szeregi Angaraków pochłonął ogień, reszta umknęła przerażona.
I tak Belgarath z towarzyszami uciekli z Mallorei i przeprawili się przez moczary Północy, na powrót niosąc Klejnot Aldura do królestw Zachodu.
Bogowie, wiedząc, co się zdarzyło, zwołali radę.
– Jeśli wystąpimy w wojnie przeciw naszemu bratu, Torakowi – powiedział Aldur – nasze starcie zniszczy świat. Zatem musimy się usunąć, żeby brat nie mógł nas odnaleźć. Nie ciałem, lecz duchem tylko pozostaniemy obecni, by kierować i chronić nasze ludy. Dla dobra świata musimy to uczynić. W dniu, gdy rozpocznie się wojna, świat zostanie zniweczony.
Bogowie zapłakali z żalu, że muszą odejść. Lecz Chaldan, byk, bóg Arendów, zapytał:
– Czy podczas naszej nieobecności Torak nie zdobędzie władzy?
– Nie – odparł Aldur. – Dopóki Klejnot pozostaje wśród potomków Rivy Żelaznopalcego, Torak nie może zwyciężyć.
I tak bogowie odeszli, jedynie Torak pozostał. Lecz wiedza o tym, że Klejnot w ręku Rivy odbiera mu panowanie, nie dawała mu spokoju.
Belgarath zaś przemówił do Chereka i jego synów:
– Musimy się rozdzielić, by strzec Klejnotu i sposobić na przyjście Toraka. Niech każdy z was odejdzie i czyni przygotowania, jak was uczyłem.
– Tak uczynimy, Belgaracie – przyrzekł Cherek o Niedźwiedzich Barach. – Od tego dnia nie ma już Alorii. Alornowie jednak będą walczyć z potęgą Toraka, póki choć jeden pozostanie żywy.
Belgarath wzniósł głowę.
– Usłysz mnie, Toraku Jednooki! – zawołał. – Żywy Klejnot jest przed tobą bezpieczny i nie zwyciężysz go. Jeśli wyruszysz przeciw nam, stanę do wojny. Dniem i nocą trzymać będę straż i do końca dni czekać twojego przyjścia.
Wśród pustkowi Mallorei Kal Torak słyszał głos Belgaratha i w furii tłukł wszystko wokół. Wiedział bowiem, że Klejnot Aldura na zawsze pozostanie poza jego zasięgiem.
Cherek uściskał synów i odszedł, by więcej ich nie zobaczyć. Dras ruszył na północ i zamieszkał na ziemiach, gdzie płynęła rzeka Mrin. Wybudował miasto Boktor i nazwał swój kraj Drasnią. On i jego następcy zawsze stali u moczarów Północy, by bronić ich przed nieprzyjacielem. Algar odszedł na południe wraz ze swoim ludem. Na szerokich równinach, przez które płynęła rzeka Aldur, znaleźli konie. Nauczyli się ich dosiadać i po raz pierwszy w historii ludzkości pojawili się konni wojownicy. Nazwali swój kraj Algarią i stali się nomadami, którzy podążają za swymi stadami. Posępny Cherek powrócił do Val Alorn i zmienił nazwę królestwa na Cherek, gdyż był teraz samotny i bez synów. Pogrążony w smutku budował wysokie okręty, by patrolowały morza i broniły brzegów przed nieprzyjacielem.
Powiernikowi Klejnotu przypadł trud najdłuższej podróży. Wraz ze swym ludem Riva dotarł na zachodnie wybrzeże Sendarii. Zbudowali okręty i przeprawili się na Wyspę Wiatrów. Tu spalili statki, wznieśli twierdzę, a wokół niej miasto o wysokich murach. Miasto nazwali Riva, a twierdzę Dworem Rivańskiego Króla. Wtedy Belar, bóg Alornów, strącił z nieba dwie gwiazdy. Riva wykuł z jednej klingę, a z drugiej rękojeść, w której umieścił Klejnot. Miecz był tak wielki, że nikt prócz Rivy nie mógł go podnieść. Na pustkowiach Mallorei Kal Torak poczuł w duszy, że miecz został wykuty, i po raz pierwszy posmakował strachu.
Miecz przytwierdzono do czarnej skały za tronem Rivy, z Klejnotem u wierzchołka. Przylgnął do kamienia tak, że nikt prócz Rivy nie mógł go zdjąć. Klejnot jarzył się zimnym ogniem, gdy Riva zasiadał na tronie, a kiedy zdejmował miecz i wznosił go w górę, ostrze stawało się długim jęzorem zimnego płomienia.
Największym cudem jednak był znak następców Rivy. W każdym pokoleniu jedno dziecko z jego rodu nosiło na dłoni znamię Klejnotu. Dziecko takie prowadzono do sali tronowej, gdzie dotykało kamienia, by mógł je poznać. Za każdym dziecięcym dotknięciem Klejnot rozpalał się blaskiem, a więź między nim a linią Rivy stawała się mocniejsza.
Belgarath rozstał się z towarzyszami i natychmiast pospieszył do Doliny Aldura. Tam jednak przekonał się, że Poledra, jego żona, urodziła dwie córki bliźniaczki i umarła. Pogrążony w rozpaczy, nazwał starszą Polgara. Włosy miała czarne jak skrzydło kruka. Zwyczajem czarodziejów położył rękę na czole dziecka. Pod jego dotknięciem jedno pasemko włosów stało się białe jak śnieg. Zdziwił się, gdyż takie białe pasemko jest znakiem czarodziejów, a Polgara była pierwszą dziewczynką w ten sposób naznaczoną.
Druga córka, jasnoskóra i złotowłosa, nie miała znaku. Nazwał ją Beldaran i kochał nad wszystko, rywalizując z ciemnowłosą siostrą o jej uczucie.
Gdy Polgara i Beldaran ukończyły szesnasty rok życia, duch Aldura przybył we śnie do Belgaratha.
– Mój ukochany uczniu – powiedział. – Pragnę połączyć twój ród z rodem strażnika Klejnotu. Wybierz więc, którą ze swych córek oddasz Rivańskiemu Królowi na żonę i matkę jego następców. W tej linii bowiem zawiera się nadzieja świata, której nie zgasi mroczna potęga Toraka.
W głębi duszy Belgarath pragnął wybrać Polgarę. Znając jednak ciężar, jaki dźwiga Rivański Król, posłał do niego Beldaran i płakał, gdy odjechała. Polgara łkała także, długo i gorzko, wiedziała bowiem, że jej siostra zestarzeje się i umrze. Z czasem jednak pocieszyli się wzajemnie i stali sobie bliżsi.
Połączyli swe siły, by trzymać straż przed Torakiem. Niektórzy mówią, że żyją jeszcze, od nieprzeliczonych wieków trwając w pogotowiu.

Część pierwsza
SENDARIA

Rozdział I 

Pierwszą rzeczą, którą zapamiętał Garion, była kuchnia na farmie Faldora. Do końca swych dni żywił szczególnie ciepłe uczucia dla tych specyficznych dźwięków i zapachów, jakie składają się na pracowitą powagę, związaną jakoś z miłością, jedzeniem, spokojem, bezpieczeństwem, a nade wszystko domem. I choć dotarł w życiu wysoko, nigdy nie zapomniał, że jego wspomnienia zaczęły się od kuchni.
Kuchnia na farmie Faldora była wielkim, nisko sklepionym pomieszczeniem pełnym palenisk, kotłów i ogromnych rożnów obracających się wolno w kominkach podobnych do grot. Były tam długie, ciężkie blaty, gdzie formowano bochenki chleba, dzielono kurczaki, a seler i marchew krajano szybkimi, zdecydowanymi ruchami długich, zakrzywionych noży. Gdy Garion był bardzo mały, bawił się pod tymi stołami i szybko się nauczył trzymać palce z dala od stóp zapracowanych kucharek. A czasem, późnym popołudniem, gdy się zmęczył, leżał w kącie i patrzył na migotanie ognia odbijane przez setki wypolerowanych garnków, noży i łyżek z długimi uchwytami, wiszących na kołkach wzdłuż wyszorowanych do białości ścian. Zapadał wtedy w sen, w doskonałym pokoju i harmonii z całym otaczającym go światem.
Kuchnią i wszystkim, co się w niej działo, niepodzielnie władała ciocia Pol. Zdawało się, że potrafi jakoś znaleźć się we wszystkich miejscach równocześnie. Ostatnie dotknięcie, układające gęś w brytfannie, zgrabnie kształtujące rosnący chleb czy garnirujące dymiącą jeszcze, świeżo wyjętą z piekarnika szynkę, zawsze należało do niej. Choć w kuchni pracowali także inni, żaden bochenek, gulasz, zupa, pieczeń czy jarzyna nie mogły wyjść na zewnątrz, jeśli choć raz nie dotknęła ich ciocia Pol. Wyczuwała smakiem, węchem, może instynktownie, czego wymaga każde danie, i niedbałym na pozór ruchem doprawiała je przyprawami, które miała w glinianych dzbanuszkach. Sprawiała wrażenie, że otacza ją magiczna aura, że dysponuje wiedzą i mocą większą niż zwykli ludzie. Ale nawet wtedy, gdy była najbardziej zajęta, zawsze dokładnie wiedziała, gdzie jest Garion. W samym środku klejenia pierogów, ozdabiania ciasta czy szycia świeżo nadzianego kurczaka potrafiła wyciągnąć nogę i nie patrząc, odsunąć go piętą spod czyichś stóp.
Gdy trochę urósł, zaczął traktować to jak zabawę. Pilnował, kiedy ciocia Pol będzie zbyt pochłonięta pracą, by go zauważyć, a wtedy ze śmiechem biegł na swych mocnych, krótkich nóżkach do drzwi. Ale ona zawsze go łapała. Wtedy śmiał się jeszcze głośniej, zarzucał jej ramiona na szyję i całował, po czym wracał na miejsce i czekał na kolejną okazję.
W tamtych latach uważał, że ciocia Pol jest najważniejszą i najpiękniejszą kobietą na świecie. Przede wszystkim była wyższa od innych kobiet z farmy – niemal tak wysoka jak mężczyzna. Zawsze miała poważną, nawet surową minę – chyba że mówiła coś do niego. I długie, bardzo ciemne, prawie czarne włosy – z wyjątkiem jednego pasemka nad lewą brwią, białego jak świeży śnieg. Wieczorem, gdy układała go w małym łóżeczku, stojącym obok własnego, w ich niedużym pokoiku nad kuchnią, wyciągał rękę i dotykał tego białego pasemka. Uśmiechała się i gładziła jego twarz ciepłą dłonią. Wtedy zasypiał spokojnie, wiedząc, że jest obok i że go pilnuje.
Farma Faldora leżała w środkowej części Sendarii, okrytego mgłami królestwa ograniczonego od zachodu Morzem Wiatrów, a od wschodu zatoką Cherek. Jak wszystkie w owym szczególnym czasie i miejscu, gospodarstwo nie było jednym czy dwoma budynkami, lecz zespołem solidnych szop, stodół, kurników i gołębników, ustawionych wokół centralnego podwórca z mocną bramą od frontu. Z galerii na piętrze wchodziło się do pokoi, dużych lub całkiem maleńkich, gdzie mieszkali robotnicy, którzy orali, siali i plewili szerokie pola za murami. Sam Faldor zajmował pokoje w kwadratowej wieży nad główną jadalnią, gdzie jego ludzie zbierali się trzy razy dziennie – podczas żniw nawet cztery – by ucztować przy hojnych darach kuchni cioci Pol.
Ogólnie mówiąc, żyło się tu całkiem szczęśliwie i spokojnie. Farmer Faldor był dobrym panem. Wysoki, poważny, z długim nosem i jeszcze dłuższą szczęką, rzadko się śmiał czy choćby uśmiechał. Zawsze jednak był uprzejmy dla swych ludzi i zdawało się, że bardziej mu zależy na ich zdrowiu i dobrobycie niż na wyciskaniu z nich ostatniej kropli potu. Przypominał raczej ojca niż pana sześćdziesięciu kilku osób żyjących na jego włościach. Jadał razem z nimi – co było niezwykłe, gdyż wielu okolicznych farmerów trzymało się z dala od robotników – a jego obecność u szczytu głównego stołu w jadalni wywierała uspokajający wpływ na młodych, czasem nadto hałaśliwych. Był człowiekiem pobożnym i przed każdym posiłkiem prostymi słowami zwracał się do bogów o błogosławieństwo. Wiedząc o tym, robotnicy z godnością wkraczali do jadalni i siedzieli w pozornym przynajmniej skupieniu, nim zaatakowali stosy jadła przygotowane przez ciocię Pol i jej pomocnice.
Ze względu na dobre serce Faldora i magiczne, szybkie palce cioci Pol farma była znana jako najlepsze w promieniu dwudziestu mil miejsce, gdzie można mieszkać i pracować. W oberży w niedalekiej wiosce Gralt Górne całe wieczory upływały na opowieściach o cudownych potrawach jadanych co dzień u Faldora. Mniej szczęśliwi ludzie, pracujący na innych farmach, po kilku kuflach łkali otwarcie, słuchając o pieczonych gęsiach cioci Pol. Sława farmy Faldora sięgała coraz dalej i dalej.
Najważniejszym człowiekiem na farmie, nie licząc samego Faldora, był kowal Durnik. Gdy Garion urósł trochę i mógł już bawić się z dala od czujnych oczu cioci Pol, nieodmiennie szukał drogi do kuźni. Lśniące żelazo na kowadle przyciągało go z hipnotyczną niemal siłą. Durnik wyglądał zupełnie zwyczajnie; miał proste kasztanowe włosy i prostą twarz, zaczerwienioną od ciepła paleniska. Nie był ani wysoki, ani niski, ani chudy, ani gruby. Za to poważny i spokojny, a także – jak większość kowali – niezwykle silny. Ubierał się w grubą skórzaną kapotę i fartuch poprzepalany iskrami z paleniska. Nosił także obcisłe spodnie i miękkie skórzane buty, powszechne w tej części Sendarii. Z początku odzywał się do Gariona tylko po to, by go ostrzec, żeby trzymał palce z daleka od kowadła i rozgrzanego metalu. Z czasem jednak zostali przyjaciółmi i rozmawiali dużo częściej.
– Zawsze kończ to, do czego przyłożysz rękę – pouczał. – Niedobrze dla żelaza, jeśli odłożysz je na bok, a potem znowu wsuniesz w ogień na dłużej, niż trzeba.
– Dlaczego? – pytał Garion.
– Bo tak jest – Durnik wzruszał ramionami.
A innym razem, wygładzając pilnikiem metalowy fragment dyszla, mówił:
– Zawsze staraj się wykonać pracę najlepiej, jak potrafisz.
– Przecież ten kawałek będzie pod spodem – zdziwił się Garion. – Nikt go nigdy nie zobaczy.
– Ale ja, wiedząc, że tam jest, jeśli nie wykonam go najlepiej, jak potrafię, będę się wstydził za każdym razem, kiedy zobaczę ten wóz. A widuję go codziennie.
I tak dalej. Durnik zupełnie mimochodem nauczył chłopca trwałych, sendariańskich cnót: solidnej pracy, zapobiegliwości, trzeźwości i rozsądku, będących filarami porządku społecznego królestwa.