„Pająk i mucha” to książka odsłaniająca przed czytelnikiem osobliwą relację seryjnego mordercy i reporterki wciągniętej bez reszty w jego opowieść. Czteroletnia więź z psychopatą zaprowadziła ją na skraj przepaści…


Pająk i muchaWe wrześniu 1998 roku młoda reporterka Claudia Rowe pracowała jako niezależna dziennikarka „New York Timesa” w miasteczku Poughkeepsie w stanie Nowy Jork.

W tym samym czasie miejscowa policja natrafiła na ciała ośmiu kobiet ukrytych w piwnicy i na strychu małego kolonialnego domu zamieszkanego przez niejakiego Kendalla Francoisa. Ten nieznośnie uprzejmy dwudziestosiedmioletni student college’u dzielił ponury dom z rodzicami i siostrą.

Dorastająca wśród bezpiecznego mieszczańskiego dobrobytu Nowego Jorku Claudia Rowe od zawsze była zafascynowana mrocznymi światami. Przypadek Kendalla Francoisa okazał się dla niej niezmiernie zajmujący.

Całą swoją uwagę skupiła na zrozumieniu tego, jak ktoś taki mógł uprowadzić i udusić z zimną krwią osiem kobiet. Jak rodzina mogła żyć pod jednym dachem z seryjnym mordercą, pozornie nieświadoma faktu, że tuż obok ukryte są rozkładające się zwłoki?

Claudia miała również nadzieję znaleźć odpowiedzi na pytania dotyczące mechanizmów tak potwornego zła.

Claudia Rowe
Pająk i mucha
Przekład: Piotr Królak
Wydawnictwo Czarna Owca
Premiera: 11 października 2017
 
 

Pająk i mucha


Rozdział 1
Ciężar papieru

Drzwi poczty w Pleasant Valley zderzyły się ze mną, jakby chciały przetestować moją wytrzymałość. Zaskakująco dużo silnej woli wymagało otwarcie ich na oścież i rozpoczęcie posłusznego marszu po białym linoleum do skrzynki pocztowej numer 1273. Ale udało mi się, podobnie jak przez całą mijającą jesień. Kroczyłam wzdłuż ściany małych stalowych drzwiczek, na której każdy niewielki kwadracik to wrota do czyjejś historii, nieróżniące się od reszty niczym z wyjątkiem tego, co ukryto w środku: pieniądze, które trzeba oddać, i wyznania, które trzeba złożyć, wymuszone gesty i niewysłuchane błagania – mały wszechświat intymnych opowieści zamkniętych w zimnych metalowych wnętrzach. Pudełkowata i sklecona z prefabrykatów poczta przytulała się do najstarszego budynku w mieście, przy parkingu o spękanej nawierzchni otoczonym łańcuchem supermarketów. Po drugiej stronie ulicy sklep z karmą dla zwierząt i punkt naprawy maszyn ciężkich czekały jak dwa wygodne fotele na farmerów, którzy raz w miesiącu przyjeżdżali do miasta. Ale to salony dealerów samochodowych i lokale z pizzą najbardziej nęciły kierowców sunących tędy niekończącym się strumieniem ku innym celom.
Nieprzyjemna Dolina2 – tak lubiłam nazywać połać wiejskiego terenu w połowie drogi między centrum Poughkeepsie a okazałymi posiadłościami hrabstwa Dutchess, przypominając sobie w ten sposób, że jestem tutaj intruzem. Pojawiłam się w tej okolicy pięć lat wcześniej, gdy w 1994 roku zostałam zatrudniona jako reporterka w „Poughkeepsie Journal”, dla którego miałam nękać związek zawodowy nauczycieli i przesiewać szkolne wydatki w poszukiwaniu dowodów marnotrawstwa.
Zrezygnowałam z tej posady po dwudziestu dwóch miesiącach, ale pozostałam w mieście. Nie umiałam wyjaśnić dlaczego. Przyjaciołom opowiadałam o otwartych przestrzeniach i urokach wiejskiego życia. Ale to była tylko część prawdy. W atmosferze samego Poughkeepsie, w jego melancholijnych ulicach i upartym entuzjazmie wyczuwałam coś, co dokuczało mi niczym odcisk.
Był listopad i gdy skierowałam się na tył poczty, wstrząsnęło mną panujące w niej duszne ciepło. Moja skrzynka znajdowała się w ostatnim bloku zamkniętych drzwiczek, w drugim rzędzie od dołu. Mural namalowany na przeciwległej ścianie ukazywał farmerskie gospodynie w czapeczkach pozdrawiające się nawzajem na bazarze, z koszami zawieszonymi na zgięciach łokci, co miało dowodzić, że Pleasant Valley tętniła niegdyś wiejskim życiem. Przekradłam się obok nich w niesławie. Jedyne, czym byłam obarczona, to nie kosze z zakupami, tylko wstyd, całe tony wstydu. Byłam zażenowana, że mieszkam tutaj i marnuję czas, choć przekroczyłam już trzydziestkę. Że lunatykuję, tak jakbym czekała na jakąś falę, która zabierze mnie i poprowadzi do innego, lepszego brzegu. Że zainicjowałam proces, który kazał mi codziennie od nowa zachodzić na pocztę w nadziei, że nawiążę kontakt z czymś nieistniejącym – z własnym urojeniem. Tydzień po tygodniu moja skrzynka pozostawała pusta, nie licząc paru okólników wrzucanych do niej niczym upomnienia.
Zastanawiałam się, czy pracownikom sortującym listy było mnie żal. Czasem mogłam dostrzec ich za ścianą, widziałam, jak umieszczają każdą kopertę w odpowiednim koszu – ich ramiona poruszały się niczym dźwignie, a na palcach mieli różowe gumowe kapturki ochronne. Z pewnością wiedzieli, że jeszcze żaden list nie dotarł pod numer 1273, a gdyby jakiś w końcu się pojawił, mogłoby być jeszcze gorzej. Wzdrygałam się na samą myśl o tym, że ktoś zdołałby wtedy rozpoznać adres zwrotny. Nie wyjęłabym przecież ze skrzynki sterty rachunków i czasopism, które pozwoliłyby mi ukryć personalia mojego korespondenta. Wynajęłam tę skrytkę z myślą o tylko jednej osobie.
W tych ostatnich tygodniach dwudziestego wieku listy nadal miały w sobie pewną dyskretną zmysłowość. Ktoś inny dotykał wcześniej kartki, którą właśnie wzięliście do ręki, złożył na pół i wyrównał brzegi, ujął zgięcie między palce i przesunął nimi wzdłuż nowej krawędzi, tworząc prostokąt, który następnie włożył do koperty, zwilżając jej koniec. Ten ktoś zamknął skrzydełko koperty i przejechał palcem po jej brzegu. Potem niósł zaadresowany list w swoich dłoniach, z wyszeptaną w nim tajemniczą wiadomością, i ostatecznie zadecydował o jego wysłaniu. Z szacunku dla tej intymności robiłam, co mogłam, żeby po drodze do skrytki uniknąć spotkania z kierowniczką poczty, która trajkotała z klientami przychodzącymi po swoje przesyłki w porze lunchu.
Tym razem jednak byłam przygotowana. Dobrałam właściwy ton głosu, siedząc pośród zmiętych kubków po kawie i zbutwiałych gazet walających się po moim samochodzie. Zdecydowałam, co powiem: chciałabym zamknąć moją skrzynkę pocztową, skasować konto i otrzymać zwrot pieniędzy za pozostałe cztery miesiące, podczas których nie będę już z niego korzystać. Zarabiałam groszowe stawki jako niezależna współpracowniczka „New York Timesa”, więc sto zmarnowanych dolarów oznaczało dotkliwą stratę. Wątpiłam, czy ktokolwiek z twardych okolicznych mieszkańców zakwestionuje moją potrzebę oszczędzania pieniędzy. Ci ludzie jeździli zardzewiałymi ciężarówkami i przeżartymi przez sól amerykańskimi wozami, chociaż nazwiska ich rodzin szczelnie pokrywały mapy drogowe mojego hrabstwa. Cokolwiek powie kierowniczka, to będzie moja ostatnia wizyta na poczcie w Pleasant Valley. Byłam wykończona pisaniem do kogoś, kto nigdy nie odpowiedział na moje listy.
Na początku podchodziłam do tego pomysłu niemal beztrosko, jakbym podejmowała rozgrywkę, w której spodziewam się tylko sukcesu. Tak jakby wystarczyło tylko wpaść na chwilę i zgarnąć nagrodę. To próżne założenie zamieniło się w konsternację po drugim liście, konsekwentnie zbytym milczeniem. Teraz doznawałam już głównie czegoś graniczącego z upokorzeniem. W piersiach zatykało mnie od poczucia absurdalności, kiedy wkładałam klucz do zamka, żeby po raz ostatni zajrzeć do skrzynki. Zamierzałam wyciągnąć z niej pozostałą partię pobrudzonych atramentem kuponów, wcisnąć ją do przepełnionego kosza na śmieci i zakończyć całą historię.
Ale stało się inaczej. W wąskiej stalowej skrytce leżała pojedyncza kremowa koperta – materialna masa papierowa o określonej fakturze. Zawahałam się, patrząc na moje nazwisko i adres, nagryzmolone z przodu zaokrągloną kursywą. Z leciutkim drżeniem rozdarłam kopertę.


Szanowna Claudio Rowe,
Dzień dobry, bardzo Ci dziękuję za list, ale obydwoje dobrze wiemy, że nie chcesz zostać moją przyjaciółką. Oczekujesz historii. Ja natomiast jestem wspaniałomyślny, więc jeśli masz głowę na karku, to może być dla Ciebie szczęśliwy dzień. Nie potrzebuję zawierać przyjaźni z kimś, kto mnie potem zdradzi. Oto więc moja propozycja.
Chciałbym dowiedzieć się o Tobie wszystkiego, dosłownie wszystkiego. Dlatego za każde dziesięć stron (maszynopisu) odpowiem, wyczerpująco i szczerze, na JAKIEKOLWIEK cztery pytania, które mi zadasz. A więc dwadzieścia stron pozwoli Ci na zadanie ośmiu pytań, ale dziewiętnaście tylko na cztery pytania.
Odpowiem na Twoje pytania tak wyczerpująco i szczerze, jak Ty opowiesz mi o sobie. Chcę wiedzieć, gdzie się urodziłaś, w jakim domu mieszkałaś w dzieciństwie, gdzie chodziłaś do szkoły podstawowej, szkoły średniej, a potem do college’u. Chcę wiedzieć wszystko o Twoim pierwszym samochodzie, pierwszym pocałunku, sukience, jaką włożyłaś pod togę na zakończenie studiów. Chcę wiedzieć wszystko o pierwszym razie, kiedy zrobiłaś facetowi loda (jeśli kiedykolwiek się to zdarzyło), o Twoim pierwszym stosunku, o Twoim ostatnim stosunku, o ludziach, których nienawidzisz w pracy, o romansach, o tym, kiedy (jeśli kiedykolwiek) pofarbowałaś włosy, o rodzajach komputerów, jakie masz i jakich używasz. Pamiętaj, im więcej szczegółów, tym lepiej.
To nie ma być artykuł do gazety, więc nie pisz tak, jakby nim był. Włóż w to trochę serca i energii. Jeśli napiszesz chłodno i obojętnie, mogę uznać, że kłamiesz. Jeśli uznam, że to kłamstwa, nie otrzymasz odpowiedzi.
Dobrego wieczoru!
Kendall Francois

Dwie strony o wymiarach trzysta pięćdziesiąt sześć na dwieście szesnaście milimetrów zostały zapełnione w całości – od góry do dołu, od lewego marginesu aż do samej krawędzi prawego. Odręczne pismo było gęste i dziecinne, ale każde słowo zapisano starannie, bez skreśleń czy wciśniętych później dopisków. Sugerowało, że ktoś dokładnie wiedział, co chce przekazać, i zrobił to bez wahania. Przeczytałam ten list raz, stojąc w głębi korytarza na poczcie, a potem pojechałam do domu, wcisnęłam kopertę pod stos książek i nie tknęłam jej przez następne dwa tygodnie.

Rozdział 2
Fulton Avenue 99

Pierwsza zasada reportażu głosi, że postać autora nigdy nie jest tematem historii, więc mojej opowieści z definicji nie można nazwać dziennikarstwem. Ale od niego właśnie wszystko się zaczęło. Biurko, na którym pod stertą książek ukryłam list Kendalla, było starym biurowym stołem o stalowych nogach i poliuretanowym blacie imitującym drewno. Właściciel domu wypożyczył mi ten mebel, wyciągnąwszy go wcześniej z garażu, nad którym zajmowałam wynajęte lokum wraz z moim chłopakiem, Derrickiem – to przed nim ukrywałam kopertę z listem. Nie potrafiłam wytłumaczyć swojego zachowania, zwłaszcza że to właśnie Derrick od początku zachęcał mnie do zajęcia się tą sprawą. Każdego wieczora wracał do domu z redakcji „Poughkeepsie Journal”, gdzie zajmował się newsami związanymi ze środowiskiem, i psioczył na szefostwo gazety, które uparcie odmawiało opublikowania czegoś więcej poza krótką notką o zaginięciu dwóch kobiet. Niedługo potem poszukiwano już trzech zaginionych, później czterech, a lokalna prasa wciąż nie poświęcała im uwagi. W tamtym okresie nie pracowałam już w redakcji wiadomości, ale z ogłoszeń na witrynach sklepowych i słupach latarni kojarzyłam atramentowe odbicia ich twarzy o prowokujących, odległych albo otumanionych spojrzeniach, rozmazane coraz bardziej przez zmiany pogody i upływ czasu. Mimo to dopiero latem 1998 roku, gdy liczba poszukiwanych kobiet zdążyła wzrosnąć do siedmiu, zdecydowałam się podnieść słuchawkę i wykręcić numer.
Pierwszy telefon wykonałam do Marguerite Marsh, ponieważ wydawało mi się, że spośród wszystkich zaginionych kobiet najwięcej będę się mogła dowiedzieć o jej córce. Głos Marguerite był wątły i zmęczony, kiedy rozmawiała ze mną ze swojego domu w Schenectady, godzinę drogi na północ, ale odpowiedziała na wszystkie moje mało delikatne pytania dotyczące Catherine – o jej hobby i drużyny sportowe, którym kibicowała, o ulubione piosenki i niedotrzymane obietnice. Poruszyłam temat relacji między matką a córką, życia na ulicy, nałogu. Bycie reporterką pozwalało na robienie takich rzeczy, na wnikanie z niezachwianą pewnością w prywatne życie obcych osób, tak jakby miało się do tego prawo. Zawsze wydawało mi się to oszustwem, jednak ludzie poszkodowani za każdym razem się na nie nabierali. Większość z nich i tak była już przyzwyczajona do ciągłych najść – przedstawicieli opieki społecznej, pracowników sądu, szpitali albo policji – i nawet jeśli nie była to dla nich zbyt wygodna sytuacja, zgadzali się na nią. Po rozmowie z Marguerite zadzwoniłam do Pat Barone, matki Giny, a następnie do Jamesa DeSalvo, brata Kathleen Hurley. Dzwoniłam do partnerów zaginionych kobiet, do śledczych zajmujących się tymi sprawami, aż wreszcie odezwałam się do redaktora „Timesa”.
– Masz coś ciekawego? – zapytał uprzejmie. Niedawno po dziewięciu miesiącach wysiadywania na sali sądowej skończyłam relacjonować proces o zniesławienie, wyróżniający się tym, że jeden z obrońców wygłosił część swojej mowy w pozycji leżącej, miotając się po podłodze. Po nim zajmowałam się przypadkiem przemocy domowej, który skłonił prokuratora okręgowego do wniesienia o karę śmierci. Kolejny reportaż dotyczył kultu religijnego rozwijającego się w górach w okolicy Woodstock. Zaczynałam być niezawodnym źródłem informacji o prowincjonalnych dziwactwach dla redakcji zajmującej się newsami ze stanu Nowy Jork. Z pocałowaniem ręki przyjmowali każdą moją nową historię.
– Nie jestem pewna… To znaczy nie jestem pewna, czy to się nadaje na artykuł. W Poughkeepsie znikają kolejne kobiety, dużo kobiet. Wykonałam kilka telefonów. Ale to się dzieje od paru lat.
– Pracuj nad tym dalej – powiedział mi wtedy redaktor. – I odezwij się, jak będziesz miała coś więcej.

* * *

Zostałam reporterką, bo myślałam, że dzięki temu nauczę się pisać. Że dziennikarstwo wpoi mi dyscyplinę, której mi brakowało. Sprawi, że moje chaotyczne próby nadania sensu otaczającemu światu zyskają wreszcie jakiś konkretny kształt. Pomoże mi osiągnąć koncentrację i jasność myśli, uchwycić to, co realne. Dotychczas miałam z tym problemy. Wszystko wydawało mi się znaczące, przeczucia hołubiłam bardziej niż fakty, pogłoski traktowałam na równi z tym, co było widoczne gołym okiem. I zbyt mocno mi na wszystkim zależało. Ogarnięta wściekłym gniewem, który pojawiał się w każdej mojej historii, nigdy nie próbowałam odszukać źródła swojej wrażliwości. Zamiast tego przekonywałam samą siebie, że płonący we mnie ogień nada siłę i energię mojej pracy. I tak było.
Kiedy po raz pierwszy dostałam pracę w gazecie, siadałam do biurka o szóstej rano, a w weekendy tropiłam przestępców. Przyłapałam nastolatka bazgrzącego w Bronksie swastyki na budynkach żydowskich firm – okazał się metalowcem, który rzucił szkołę, a jego portret zapewnił mi wyróżnienie dla Debiutującego Reportera 1992 roku, przyznawane przez New York Press Association. Chociaż nie miałam w tym żadnego interesu, załatwiłam sobie dostęp do archiwów sądowych i odkryłam mroczny epizod z życiorysu członka miejskiej rady szkolnej: w przeszłości był kierowcą podczas nieudanej próby zamordowania nauczyciela. Wszystko to robiłam, goniąc za odpowiedzią na pytanie, którego nigdy nie postawiłam sobie na głos. „Chcesz wiedzieć, co skłania ludzi do tego, co robią? Chcesz zrozumieć ich motywacje?” – zapytał mnie mój pierwszy redaktor, trafiając w sedno. „Pisz o szkołach”.
Nie mógł mi rzucić lepszego wyzwania. Czy to w salach lekcyjnych, czy w więziennych celach, czy na rogach ulic, docierałam do tych niewydarzonych i do tych napiętnowanych, mierząc dystans między mną a nimi i usiłując znaleźć drogę do zrozumienia, jeśli nie wybaczenia. Nie byłam zbyt dobra w udzielaniu tego drugiego. Ale dziennikarstwo pozwalało mi przynajmniej rozmawiać i rozprawiać się z moimi lękami – by potem próbować zawrzeć ludzkie tajemnice w dwóch szpaltach druku.